Posty

Wyświetlanie postów z lipiec, 2015

Czy będą się wieszać, czy strzelać?

Przeczytałem gdzieś wczoraj, że dla gnijącej Platformy prawdziwą wunderwaffe ma się okazać minister obrony Tomasz Siemoniak. Podczas gdy premier Kopacz jest jaka jest, a wszystko co się kręci wokół niej, robi wrażenie jeszcze gorsze, wybitni komentatorzy polskiej sceny politycznej stawiają właśnie na Siemoniaka, który tam podobno wyrasta ponad przeciętność i którego premier Kopacz szykuje, by to on zadał pisowskiej kontrrewolucji śmiertelny cios. Przeczytałem tę informację i od razu pomyślałem sobie, że to jest coś absolutnie fantastycznego, że zaledwie dwa dni wcześniej swój kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety” poświęciłem właśnie owemu cudownemu dziecku Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Będą mieli więc premierę jak się patrzy. Polecam. Ile razy patrzę na któregokolwiek z posłów czy ministrów rządzącej koalicji i widzę, jak każdy z nich, zamiast wiać gdzie pieprz rośnie, nie dość, że jeszcze bardziej wydaje się lgnąć do tego trupa, to sprawia wrażenie, jakby życie w tej owej

Jan Kulczyk, czyli się zatrzęsło

Zmarł Jan Kulczyk i dla kogoś takiego jak ja, a więc człowieka, który przede wszystkim ma już swoje lata i przynajmniej dotychczas starał się je wykorzystywać tak, by nic mu nic mu nie spadło znienacka na głowę i pozostawiając go wyłącznie w poczuciu ciężkiego wstydu, jest to wiadomość porażająca. Chodzi mianowicie o to, że są wydarzenia, przy okazji których najgłupsza rzeczą, jaką można zrobić jest pokiwać głową w zadumie i powiedzieć wzorem dziadka Britty i Anny: „Ho, ho, tak, tak”. Takie to było doświadczenie pewnego sobotniego ranka pamiętnego roku 2010 i takie to jest nasze doświadczenie dziś. Zmarł Jan Kulczyk i, jak mówię, najgorszą rzeczą, jaką możemy teraz zrobić, to zacząć coś pleść na temat przemijania i ludzkich losów. Pamiętajmy: samoloty z prezydentami na pokładzie nie spadają, a jeśli ktoś ma ambicje, żeby być jednym z najbogatszych ludzi na świecie, to nie po to, by w wieku 65 lat zejść na skutek komplikacji pooperacyjnych, jak jakiś Nowak, czy Nowakowa. Miejmy więc dzi

On jest moim pasterzem, czyli witamy w studio tatuażu

Notka dziesiejsza chodzi mi po głowie od wielu już miesięcy, by nie powiedzieć lat i jeśli dotychczas nie udało mi się nawet jej zacząć, to przede wszystkim dlatego, że do dziś praktycznie nie umiałem znaleźć tego jednego obrazu, który zawsze jest potrzebny, kiedy chce się powiedzieć coś w formie wiersza, opowiadania, piosenki, czy choćby zwykłej refleksji. I oto od paru mam przed oczyma coś, co chyba doprowadzi mnie do tego, że wyrzucę to z siebie raz na zawsze. Ale zacznijmy od początku. Parę dni temu szedłem sobie ulicą, kiedy minęła mnie dziewczyna, wedle wszelkich znanych mi standardów, bez śladu czegoś, co moglibyśmy nazwać postawą wyzywającą, z jednym maleńkim wyjątkiem: otóż wysoko na piersi, nieco z boku od miejsca, gdzie się zwykle nosi medalik, miała wytatuowany skromny krzyżyk. Choć widok ów zrobił na mnie pewne wrażenie, muszę przyznać, że nie stało się to po raz pierwszy. Oto parę lat temu jechaliśmy sobie pociągiem z Bletchley do Londynu i obok nas stała bardzo ładna kob

Gdy szatani spoważnieli

W któryś z niedawnych wieczorów, zgodnie z prawie już ostatnio naszą domową tradycją, włączyliśmy telewizor, żeby sobie popatrzeć na program „Szkło Kontaktowe”. Wyjaśniałem to nasze dziwaczne zachowanie jakiś czas temu, więc może dziś już tylko dla przypomnienia: na przykładzie owej, jak by nie było, sztandarowej produkcji propagandowej Systemu, zarówno ja jak i mój syn z prawdziwą ekscytacją obserwujemy, w jaki sposób owa propaganda stopniowo zmienia kierunek, uderzając w znajdującą się pod ścisłą dotychczas ochroną Platformę Obywatelską. Trudno jest mi dziś przewidzieć, jak to się wszystko będzie rozwijać i czy przypadkiem nie będzie tak, że pod koniec roku Maria Czubaszek z Grzegorzem Markowskim będą odbierać telefony od najbardziej uzależnionych od tego sączonego od dziesięciu lat w ich mózgi jadu widzów, tylko po to by ich już tylko wyszydzać, jednak to co już dziś widzimy pozwala na bardzo odważne prognozy. Podczas wspomnianej na początku dzisiejszej notki doszło do zdarzenia, kt

Like A Rolling Stone, czyli złote gody

Miniony tydzień tak nas wciągnął w różnego rodzaju bieżące wydarzenia, że przegapiliśmy absolutnie niezwykłą rocznicę. Oto w dniach 15 i 16 czerwca 1965 roku Bob Dylan nagrał, a 20 lipca tego samego roku wydał na płycie „Highway 61 Revisited”, jedną z najwspanialszych swoich piosenek „Like A Rolling Stone”. A zatem parę dni temu minęło okrągłe 50 lat od zdarzenia podwójnie znaczącego: publikacji tego niezwykłego przeboju, oraz wydania owego albumu – zdaniem niektórych najwybitniejszego albumu Boba Dylana. Z tej okazji chciałbym przedstawić jeden z rozdziałów mojej książki o muzyce, którego pozornym bohaterem jest akurat Al Kooper, ale o którym chyba jednak nie mielibyśmy wiele do powiedzenia, gdyby nie geniusz Boba Dylana. W filmie Scorsesego o Dylanie, Al Kooper przedstawia niezwykle interesującą historię związaną z nagrywaniem być może najwybitniejszego, obok „Blonde On Blonde” i „Blood On The Tracks”, albumu Dylana, „Highway 61 Revisited”. Otóż kiedy miały rozpocząć się sesje, pr

Czy Bronisław Komorowski i Czesław Kiszczak zostaną zbawieni?

O zamówionej przez diabli wiedzą kogo mszy dziękczynnej za pięć lat prezydentury Bronisława Komorowskiego nie miałem ochoty pisać z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja już na najbliższe dni mam parę tematów oczekujących, do których jestem bardzo przywiązany i nie mogę się doczekać aż je będę mógł tu przedstawić, drugi natomiast związany jest z moją bardzo silną niechęcią do komentowania decyzji mojego Kościoła, zwłaszcza gdy chodzi o jego relacje z ludźmi, których osobiście uważam za bezbożników większych od siebie. Pamiętam zarówno pojawiające się wokół komentarze, ale również swoje własne emocje, kiedy po do dziś nie do końca wyjaśnionej śmierci Bronisława Geremka, w warszawskiej katedrze, przy najbardziej uroczystej koncelebrze, została odprawiona Msza Święta za jego duszę. I to wtedy napisałem zdanie, z którego do dziś jestem bardzo dumny, a w którym wyraziłem przekonanie, że oni wszyscy tak naprawdę nic poza tym nie mają: „ Jakiż to miałby pogrzeb wspomniany już profesor Bronis

O dobrym doktorze Bartoszu i jego nieroztropnych kolegach

Mamy piątek, a więc kolejny numer „Warszawskiej Gazety”. Szczerze zachęcam, nie tylko ze względu na mój felieton. Mamy czas wakacji, upał nie opuszcza, zmiana lokatora na Krakowskim Przedmieściu jeszcze nieco przed nami, można więc chyba zająć się sprawami mniej poważnymi. Jestem pewien, że część z nas pamięta jeszcze medialne doniesienia o tym, jak to były już minister zdrowia Bartosz Arłukowicz udawał się gdzieś samolotem i podczas lotu uratował życie jednemu z pasażerów, który z jakiegoś powodu zasłabł. Ton informacji był taki, że pasażer ów stracił przytomność i kiedy wydawało się, że sytuacja robi się bardzo niebezpieczna, akurat w pobliżu znalazł się dzielny pan minister, podjął akcję ratowniczą, zastosował wszelkie niezbędne czynności i szczęśliwie swojego współpasażera uratował. Komentujący sprawę dziennikarze jeszcze przez parę dni rozpisywali się z jednej strony o bohaterstwie Arłukowicza, z drugiej o jego wyjątkowo zimnej krwi, ale przede wszystkim o jego niezwykłym kunszc

O Mszę dla Polski

Mogę oczywiście czegoś nie pamiętać, czy w ogóle mogło się zdarzyć, że coś przegapiłem, jednak wydaje mi się, że sposób, w jaki przy okazji ledwo co przeżywanego przez nas procedowania przez polski parlament tak zwanej „ustawy o leczeniu niepłodności”, a w rzeczywistości legalizacji metody in vitro w jej możliwie najbardziej liberalnej formie, na to co się dzieje zareagował Kościół, był w całej najnowszej historii Polski absolutnie unikalny. Mieliśmy tu naprawdę bardzo wiele najróżniejszego rodzaju sytuacji, gdzie wielu z nas wręcz modliło się o to, by wreszcie biskupi zabrali głos, a po tamtej stronie pojawiała się albo kompletna cisza, albo jakieś nikomu nic nie mówiące wypowiedzi – bez celu i bez powodu. Tym razem jednak Kościół najwidoczniej uznał, że nie dość, że nie można milczeć, to jeszcze konieczne jest wołanie głośne bardzo, jednoznaczne i adresowane możliwie bezpośrednio. No i na poziomie najwyższym, czyli Episkopatu. Jaki był wynik tych apeli wiemy już dziś wszyscy, a widzą

I zawsze śmierć, jej żywy krok

Jednym z miejsc w Budapeszcie, których nie wolno nie odwiedzić jest oczywiście tak zwane Muzeum Terroru, gdzie każdy kto życzy sobie poznać najnowszą historię narodów, które miały to nieszczęście, by najpierw przejść przez czasy niemieckiej okupacji, a następnie przez nieszczęścia komunizmu. Dwie rzeczy uderzają, kiedy już kupi się ten bilet i minie ten sowiecki czołg, który jest do obejrzenia za darmo, jak te niedźwiedzie w warszawskim zoo: pierwsza to ta, że tu nie ma mowy o jakichkolwiek żartach, kabaretach i wesołych anegdotach z czasów minionych, a druga, że to muzeum to jest kawałek absolutnie profesjonalnej roboty. Miałem dwa razy okazję oglądać Muzeum Powstania Warszawskiego, byłem też bardzo niedawno w Muzeum Polskich Żydów i powiem szczerze, że nie ma sposobu by jedno i drugie próbować porównywać do budepesztańskiego Muzeum Terroru. Przepraszam bardzo ale to jest kosmos. Nie będę przedstawiał tu tego wszystkiego co tam widziałem i przeżywałem, bo uważam, że każdy z nas

O pomniku, którego nienawidzą bardziej niż nas

W poprzedniej notce wspomniałem o pomniku, który stoi na budapesztańskim Placu Zwycięstwa i jest bardzo brutalnie kontestowany przez polityczne środowiska żydowskie, zarówno w samych Węgrzech, jak i naturalnie za granicą, no a skoro przez nie, to i jak najbardziej przez różnego rodzaju lokalne agendy. Chciałbym więc dziś może temat ów potraktować osobno, tak byśmy może dowiedzieli się na ten temat nieco więcej, i choćby w ten sposób poczuli wspólnotę losów wobec owej niebywałej wręcz agresji. Kiedy wiosną zeszłego roku Węgrzy przystąpili do budowy pomnika mającego na celu upamiętnienie ofiar niemieckiej okupacji roku 1944, niemal wszyscy amerykańscy kongresmeni żydowskiego pochodzenia zwrócili się z petycją do premiera Victora Orbana, by się opamiętał i z realizacji swojego projektu wycofał. Wprawdzie wówczas jeszcze chyba nie były znane ani ostateczny kształt a już na pewno do końca symbolika pomnika, jednak przeciwko Węgrom skierowano całą siłę owego protestu, z tego jednego powodu

Węgry - nasza sprawa, nasza nadzieja, nasz los

To się po przyjeździe do Budapesztu rzuca w oczy niemal natychmiast. Owa, z jednej strony, niezwykła wprost uroda tego miejsca i ludzi – Węgrzy, wedle powszechnie rozumianych standardów, generalnie są wręcz wzruszająco ładni – ale również ten ich, można by powiedzieć, cywilizacyjny majestat, a z drugiej, pewna, wydawałoby się, bardzo starannie ukryta przed obcym okiem, a jednak nieprzyjemnie pulsująca, polityczna agresja, ta sama, której my Polacy mieliśmy okazję doświadczyć w latach 2005-2007 i której wciąż nie możemy zapomnieć. Ponieważ węgierski język jest, jaki jest, a więc dla mnie niedostępny choćby na poziomie domysłu, mogłem liczyć wyłącznie na obraz, oraz na to co znam, czyli pojawiające się tu i ówdzie angielskie słowa. I tak więc, wystarczyło mi raz rzucić okiem na budynek Parlamentu, by dostrzec czarną flagę. Na jego froncie, z jednej strony, wisi flaga Węgier, z drugiej, flaga Europy, a z boku, nagle, tej samej dokładnie wielkości – czarna flaga, diabeł jeden wie, co oznac

In vitro, czyli zabójstwo o stuprocentowej skuteczności

Tekst o Węgrzech, który piszę od wczoraj i bardzo mi na nim zależy, będzie dopiero jutro, dziś natomiast proponuję najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Przed kilkoma dniami miałem zaszczyt i przyjemność uczestniczyć w audycji Katolickiego Radia Podlasie, w której głównym zaproszonym gościem był wybitny polski lekarz-ginekolog, a jednocześnie znany obrońca życia poczętego, którego zadaniem było przedstawienie słuchaczom istotnych faktów związanych z niewyobrażalnym wręcz oszustwem znanym pod nazwą „in vitro”. Ponieważ, jak mówię, sam miałem zaszczytną okazję w owej audycji uczestniczyć, poza tym tak się składa, że wspomniany lekarz jest od lat moim konsultantem, a my znaleźliśmy się właśnie na prostej drodze do zalegalizowania w naszym kraju owego wyjątkowo czarnego procederu, chciałbym podzielić się w tym temacie paroma bardzo krótkimi uwagami. Otóż z informacji, jakie zostały mi przekazane przez dr. Fąka, wiemy, że skuteczność wspomnianej metody, i to realizowanej w na

Czy Jacek Żakowski robi po godzinach dla braci Karnowskich?

A więc („nie zaczyna się, Osiejuk, zdania od więc!”) podróż na Węgry mamy już za sobą i ja dziś już wiem, że Węgrom – państwu, ale też i Węgrom – ludziom, zostanie tu poświęconych kilka kolejnych tekstów, a i tak, nawet kiedy już temat ostatecznie wyczerpiemy i zamkniemy, trzeba będzie do niego wracać, tak jak trzeba będzie wracać na Węgry. Dziś jednak muszę pisać o czymś zupełnie innym, a to w związku z wiadomością, jaką przeczytałem dziś w nocy w pociągu, która mnie najzwyczajniej w świecie poraziła. I tak jak to się zwykle dzieje, nie chodzi nawet o samą wiadomość, ale o utworzony wokół niej bardzo ponury kontekst. Ale może zacznijmy od początku. Otóż kiedy parę tygodni temu razem z pewnym księdzem, oraz z moim kuzynem-ginekologiem występowaliśmy w Katolickim Radio Podlasia, kuzyn mój pokazując, w jaki sposób cały ów projekt znany pod nazwą in vitro, a tak naprawdę obejmujący przestrzeń znacznie szerszą i głębszą, jest niczym więcej jak prostym i bezczelnym oszustwem, wspomniał o ni

Wesoła historia o czterech czaszkach w przewodzie wentylacyjnym

Nie wiem, na ile owa wiadomość stała się już własnością publiczną, z tego jednak co zdążyłem zauważyć, sprawą zajęły się przynajmniej Onet i portal wpolityce.pl, a zajęły się w taki sposób, by nikomu nawet do głowy nie przyszło, że wakacje się jeszcze nie zaczęły i że powinniśmy sobie zawracać głowę starymi zmartwieniami. Żeby nie przeciągać, spójrzmy może, jak nas o tym, co się wydarzyło, informuje „nasz” portal wpolityce.pl i zacznijmy może od tytułu: „ Włamanie do bazyliki w Krakowie: Ukrainiec chciał ukraść czaszki. Szukał przodków ”. A dalej idzie tak: „ W ręce krakowskich policjantów wpadł student z Ukrainy, który włamał się do Bazyliki Bożego Ciała. Jak informuje ‘Radio Kraków’, 18-latek próbował wykraść z krypty cztery ludzkie czaszki, ale utknął w otworze wentylacyjnym. Po zatrzymaniu tłumaczył, że… chciał szukać swoich przodków. Ukrainiec został zatrzymany w piątek rano. Do krypty dostał się nocą przez otwór wentylacyjny i tą samą drogą zamierzał się z niej wydostać. Coś jedn

Czy jedyne co nam zostawią na swoje odejście to loteria?

Przed nami mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Pozornie wakacyjny, jednak, jak się łatwo przekonać, tylko pozornie. Zapraszam. Wioska, z której pochodzą moi rodzice, nawet jeśli wziąć poprawkę na moje naturalne sentymenty, robi wrażenie nieba na ziemi. Z krótką bardzo przerwą, spędzam tam każdy wolny czas, zima czy lato, od 60 już niemal lat i czym jestem starszy, tym mocniejsze jest moje pragnienie, by tam właśnie ostatecznie spocząć. W czasach PRL-u, moja wieś, jak zapewne większość polskich wsi, kipiała życiem, a jeśli uwzględnić fakt, że ja akurat spędzałem tam głównie miesiące letnie, a więc czas żniw, owo życie robiło wrażenie szczególne. Dziś z tamtego dawnego charakteru pozostał oczywiście ogólny krajobraz, którego nie jest już w stanie zmienić całe zło tego świata, nawet jeśli okolice wzdłuż rzeki, włącznie z dawną plażą, zarosły i dostęp do rzeki wyznaczającej dziś już nie tylko granicę państwa, ale Europy, stał się niemal niemożliwy, a pola i lasy przesłonięte

O honorowe obywatelstwo miasta Krakowa dla Ewy Kopacz i Beaty Szydło

Jak poinformował portal wpolityce.pl, miasto Kraków przyznało Jerzemu Buzkowi tytuł honorowego obywatela. Za przyznaniem obywatelstwa zagłosowali wszyscy radni z klubu Platformy Obywatelskiej i czegoś, co nosi nazwę „Przyjazny Kraków”, natomiast przeciwko był cały klub Prawa i Sprawiedliwości. Jak twierdzą pomysłodawcy projektu, Buzek otrzymał ów tytuł ze względu na jego oczywiste zasługi dla miasta, które, nawet jeśli przyjąć, że są faktyczne, tu akurat nie mają większego znaczenia, natomiast protest przeciwko wyróżnieniu akurat Buzka sformułowany został na różne sposoby. Radny klubu PiS Józef Pilch powiedział: „ Macie jeszcze Krzycha, Rycha, Kopacz i Tuska. Bardzo ciekawi nas, kiedy będziecie zgłaszać kolejne kandydatury. To przechodzi ludzkie pojęcie ”, jego partyjny kolega Krzysztof Durek z kolei zaproponował, by „ zastanowić się nad polityką przyznawania honorowych obywatelstw ”, natomiast przewodniczący klubu PiS w Radzie Miasta Krakowa Włodzimierz Pietrus powiedział, że PiS głos

Polska 2025, czyli o tym jak nasi szykują nam Gotham City w wersji turbo

Myślę, że większości z nas w jakiś kompletnie perwersyjny sposób udało się zapamiętać tamten dzień bardzo dobrze, a zapamiętując, oznaczyło go sobie, jako jeszcze jeden przykład emocjonalnego i intelektualnego upadku Platformy Obywatelskiej i ludzi zajmujących w niej pierwszorzędne miejsca, dla porządku jednak przypomnę. Oto w pewnym momencie, poseł Adam Szejnfeld na swoim profilu na Twitterze wkleił znalezione w Sieci zdjęcie z Kuwejtu, czy może Kataru, lub jakiegoś innego arabskiego państewka i dopisał do niego prognozę, że tak właśnie będzie wyglądała Polska po kolejnych czterech, czy ośmiu latach rządów Platformy. Wokół tej wypowiedzi rozległ się oczywiście najpierw szyderczy śmiech, a po nim przyszły już bardziej poważne analizy, sugerujące, że z tym Szejnfeldem faktycznie jest coś nie tak, i to bardzo mocno i raczej ostatecznie. No bo, powiedzmy sobie otwarcie, znaleźć gdzieś w czeluściach Internetu współczesną parodię Gotham City i uznać, że to jest ten nasz z dawna wymodlony „p

Co wie Grzegorz Miecugow, a czego nie wiemy my

Z powodu kilkudniowego urlopu, trochę się tu na naszym blogu opuściłem, co sprawiło też, że zeszłotygodniowy felieton z „Warszawskiej Gazety” mamy tu dopiero dziś. Zachęcam jednak niezmiennie i życzę dobrych wrażeń. Jestem pewien, że dla czytelników „Warszawskiej Gazety” nie jest obcy projekt pod nazwą „Szkła Kontaktowego”, a co wypełnia naszą przestrzeń publiczną od ponad dziesięciu już lat, każdego dnia, piątek czy świątek, deszcz czy pogoda, zima czy lato. „Szkło Kontaktowe” jest nadawane od ponad dziesięciu lat każdego dnia, z tego co wiem, bez jednego dnia przerwy, przez bitą godzinę, na zakończenie tak zwanego „prime time’u”, w jednym tylko celu: by podtrzymywać w nas, a przez to, drogą prostego propagowania idei, w większości społeczeństwa, nienawiść do politycznego projektu o nazwie „Prawo i Sprawiedliwość”. I nie ma najmniejszej potrzeby, by wyjaśniać tej garstce czytelników, którzy nie wiedzą w czym rzecz, jak został zorganizowany ten projekt i do jakiego stanu doprowadził

Dlaczego mimo że Open'er, czyli o trudnej sztuce dziennikarstwa

Festiwal Open’er w Gdyni ma dla mnie znaczenie o tyle, że moje dzieci uważają za rzecz absolutnie podstawową, by każdego roku brać w nim udział, co dla mnie i mojej żony dotychczas najczęściej oznaczało, że jakąś część z naszych wakacyjnych pieniędzy musieliśmy przeznaczać na tę rozrywkę, no i że faktycznie czasami pojawi się tam artysta rzeczywiści wart uwagi. W tym roku jest o tyle inaczej, że one potrafią sobie to coś opłacić z własnej pracy, a więc nasz udział jest tu ledwo widoczny, no a poza tym, biorąc pod uwagę fakt, że dotychczas gdyński lineup chyba nigdy nie był aż tak nieinteresujący, w ogóle nie ma za bardzo powodu, by się Gdynią zajmować. I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj, chcąc zobaczyć, jak System komentuje wielką konferencję Prawa i Sprawiedliwości w Katowicach, zajrzałem do Onetu i tam znalazłem informację o mniej więcej takim tytule: „Open’er – grały ich wszystkie rozgłośnie radiowe, mimo że ich piosenki stanowiły ostrą antykatolicką satyrę”. Przecz

In vitro, czyli powrót do Krainy Grzybów

Zgodnie z wczorajszą popołudniową zapowiedzią i mimo różnego rodzaju perturbacji, doszło ostatecznie do mojego występu w audycji Katolickiego Radia Podlasie. Wprawdzie był to udział wyłącznie telefoniczny, co niestety wpłynęło na intensywność przekazu, ale, jak głosi piękne polskie powiedzenie, lepszy rydz niż nic. Ponieważ wszystko się działo bardzo szybko i część czytelników może nie wiedzieć, w czym rzecz, przypomnę, że wczoraj popołudniu właśnie zostałem zupełnie nieoczekiwanie zaproszony do udziału w rozmowie, jakie Radio Podlasie planowało przeprowadzić z wybitnym lekarzem ginekologiem dr Józefem Fąkiem na temat in vitro. Ponieważ spędzam czas w Sławatyczach, a studio mieści się w Siedlcach, plan był taki, że ktoś tu po mnie przyjedzie i odstawi na miejsce. Niestety, z nieznanych mi przyczyn transport nawalił i kiedy wydawało się, że już nic z tego nie będzie, tuż przed rozpoczęciem audycji postanowiono, że prowadzący ksiądz do mnie zadzwoni, no i ja powiem, co mi tam w temacie i