Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 września 2021

Dlaczego Jarosław Kaczyński nie przyszedł na urodziny Roberta Mazurka

 

Jak pewnie część z nas już wie, dziennikarz Robert Mazurek zaliczył 50 rok życia i z tej okazji, zamiast zrobić sobie porządną imprezę w towarzystwie rodziny i przyjaciół i się tym samym odpowiednio zabawić, postanowił urządzić wielkie przyjęcie dla znajomych celebrytów i polityków, no i tym sposobem ostatecznie skompromitował się na czysto. A ja, doceniając oczywiście fakt że, z jednej strony, Mazurek uznał za konieczne spędzić ów wyjątkowy dzień w fascynującym jak jasna cholera towarzystwie posłów Neumanna, Budki, Suskiego i Cymańskiego, a z drugiej, że zaproszenie na tę dziwną imprezę przyjął również wicepremier Gliński i że wszyscy się tam świetnie bawili, znacznie bardziej jestem poruszony faktem, że, jak rozumiem, to sam solenizant w całości sfinansował ową uroczystość. Jak czytam, na miejscu stawiło się około 100 osób z różnych zakątków polskiego establishmentu i nie bardzo sobie wyobrażam że Robert Mazurek kazał im się zrzucać do puszki, ani tym bardziej, że śladem nowego świeckiego obyczaju, zorganizował na ten cel zbiórkę w Internecie, ale jeszcze bardziej, że on tych tam wszystkich ludzi ściągnął, uprzedzając ich wcześniej, że każdy musi przynieść własną flaszkę plus słoik ogórków.

        Urodzinowa impreza Mazurka wywołała na Twitterze i w paru innych miejscach dość żywą reakcję, a między innymi – co stwierdzam z satysfakcją – część komentatorów przypomniała mój tekst sprzed paru lat, w którym zacytowałem fragment listu, jaki otrzymałem swego czasu od śp. Zyty Gilowskiej. W liście tym Pani Profesor opowiedziała mi o tym, jak to brat Roberta Mazurka, został najpierw zatrudniony w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza jako rzecznik prasowy w Ministerstwie Finansów, a gdy stamtąd wyleciał, przez Bronisława Wildsteina w TVP, skąd po zmianie władz, został wywalony z półmilionową odprawą, i najpierw pomyślałem sobie, że przypomnę tę tekst tutaj, ale już po chwili zdecydowałem cofnąć się o kilka lat wcześniej, do roku 2012, i powtórzyć coś równie ciekawego. Bardzo więc proszę.

 

 

 

 

      Przypuszczam, że to co teraz powiem spowoduje zarzut, że wpadam w najbardziej prymitywną kokieterię, jednak fakt jest faktem, że dopiero późnym wieczorem dowiedziałem się, że tekst Roberta Mazurka, w którym on deklaruje, że już nigdy nie pójdzie na Krakowskie Przedmieście by płakać nad rozszarpanymi ciałami Lecha i Marii Kaczyńskich, zrobił na kimkolwiek większe wrażenie. Przyznaję, że był taki moment w ciągu dnia, kiedy gdzieś przeczytałem o tym co Mazurek napisał w „Rzeczpospolitej”, jednak daję uczciwie słowo honoru, że informacja ta niemal w jednej chwili pozostała w mojej świadomości zepchnięta na dalszy plan przez cały szereg innych, jak choćby ta, że podobno każdy człowiek swoim organizmie śladowe ilości złota, czy że… ja wiem? Już zapomniałem.

       Dlaczego publiczna deklaracja Mazurka, że ponieważ, z jednej strony, służby Platformy Obywatelskiej sprzątnęły z chodnika kwiaty, które jego żona zostawiła tam dla Marii Kaczyńskiej, a z drugiej, że wśród tych kwiatów – zanim jeszcze doszło do owego aktu wandalizmu – łaziło pełno jakichś pisowskich wariatów i oni Mazurkowi działali na nerwy, on ma już tego całego Smoleńska dość, nie zrobiła na mnie wrażenia? Przede wszystkim dlatego, że on rzeczy na tym poziomie obłędu powtarza tydzień w tydzień w przeróżnych tak zwanych prawicowych mediach od lat i trudno by mi nawet było powiedzieć, że ów najświeższy występ był tu jakoś szczególnie bulwersujący. To był powód pierwszy. Jednak znaczenie też, jak dziś widzę, miało to, że ja nie przeczytałem tego tekstu, lecz tylko dowiedziałem się o tym że on jest. A skoro nie przeczytałem, to nie wiedziałem, że Mazurek napisał go w kompletnie innym stylu, niż robi to tradycyjnie. A rzecz w tym, że on go napisał w tonie śmiertelnie poważnym, wręcz refleksyjnym. A to już jednak stanowi pewien news.

      Jak wszyscy chyba, którzy tu jesteśmy wiemy, Robert Mazurek w naszej prawicowej publicystyce, to ktoś taki jak Jerzy Urban dla bolszewii. O co chodzi? Otóż, przy pełnym zachowaniu proporcji – choćby i w tym znaczeniu, że Urban jest od Mazurka nieskończenie bardziej sprawny intelektualnie i dziennikarsko – zarówno jeden i drugi to są tak zwani „szydercy”. Oni są tymi szydercami jak gdyby już zawodowo, wręcz mentalnie, i trudno sobie wyobrazić, żeby któryś z nich kiedykolwiek powiedział coś w taki sposób, by można to było ocenić jako refleksję smutną, wesołą, lub zwyczajnie – refleksyjną. Jak idzie o Urbana, to ja chyba pamiętam jeden jego tekst, w którym on nie rechotał, jeszcze z początku lat 70-tych, kiedy wziął na warsztat kilka przypadków nieszczęść wynikających z ludzkiej głupoty, a polegających na przykład na tym, że gdzieś w jakiejś fabryce chemicznej grupa kolegów innemu koledze – wyłącznie dla żartu – wlała do butelki z oranżadą jakiś kwas i on od tego umarł w cierpieniach. Zresztą, nawet i tu dziś nie mam pewności. Może tam nastrój był inny, natomiast to tylko mi się zrobiło tak smutno, że wyobraziłem sobie, że Urban też jest smutny?

      Co do Mazurka, wydaje mi się, że on nie-żartować nigdy nie potrafił. Więcej. O ile mnie pamięć nie myli, on nawet nie potrafił tak się zachować, by pisząc, się tak dziarsko nie kolebać. I oto nagle, czytam wczoraj wreszcie ten tekst o skurwysynach i wariatach z Krakowskiego Przedmieścia, i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Mazurek jest tak poważny, że jeszcze chwila a zacznie płakać. W dodatku, tam jest jeszcze coś. On niemal połowę miejsca jakie mu redakcja „Rzepy” udostępniła na ów coming-out, przeznacza na zaklinanie się, jakim to on jest tak naprawdę patriotą i obrońcą smoleńskiej pamięci, tyle że tych wariatów się już tak namnożyło, że on nie mógłby tego swojego patriotyzmu w miejscu tak fatalnie zainfekowanym przez ludzką głupotę kultywować. I to wszystko też pisze z najgłębszą powagą. A ja się zastanawiam, dlaczego? Dlaczego pisze i dlaczego tak poważnie?

      Przede wszystkim, dlaczego pisze? Nie ulega bowiem wątpliwości, że składając tę deklarację, Mazurek się skompromitował do samego końca i w dodatku praktycznie wykluczył z towarzystwa, które mu dawało sławę i pozycję. Ja oczywiście tu nie mówię, że teraz Lisicki przepędzi go z „Uważam Rze”, a zamiast jego felietonów w „Rzeczpospolitej” zaczną się ukazywać felietony Łukasza Warzechy. Wcale nie. Jestem pewien, że jego koledzy za ten tekst na niego się wcale nie obrażą. W końcu, cóż on tam napisał takiego, by ich to miało oburzać? Że ludzie to hołota? Nie przesadzajmy. Kiedy mówię, że Mazurek straci pozycję, mam na myśli pozycję wśród tej reszty prawicowej opinii publicznej autora „naszego”. Już z reakcji jakie można było zaobserwować wczoraj na blogach, widać, że w wśród patriotycznie ukierunkowanych mas, nastąpił głęboki szok. Ja sobie nie wyobrażam, by on, oświadczając, że te tłumy patriotów pod Pałacem Prezydenckim go brzydzą, nie wiedział, co się za chwilę wydarzy. Świadczy o tym choćby ta seria histerycznych wręcz zastrzeżeń, że on i jego rodzina naprawdę szanowali Marię Kaczyńską. A zatem, mogę przypuszczać, że on ten tekst pisał nie dlatego, że tak chciał, ale dlatego że tak musiał. I wcale tu nie sugeruję, że ktoś mu go napisać kazał – choć oczywiście nic nie jest wykluczone – ale że z jakiegoś powodu nie mógł się powstrzymać. Że on go zrobił na takiej zasadzie, jak człowiek niekiedy musi pojść do ubikacji, bo inaczej się posra. I mi właśnie o to chodzi. Że ja podejrzewam, że Mazurek się zwyczajnie posrał.

      Ja oczywiście wiem, że wiele osób zainteresowanych tym co się stało, bardzo dziś chętnie powtarza, że nie ma o czym gadać, bo każdy wie, że Mazurek to była zawsze kanalia, szpieg i zdrajca. Że to od początku był człowiek Platformy, kumpel Arabskiego i Cichockiego i on od początku miał ten cały Smoleńsk w nosie. Takie podejście rozumiem, bo ono wszystko załatwia od początku do końca, a wiadomo, że czasu na głupstwa jest coraz mniej. Jednak to jest nie do końca prawda. Jestem przekonany, że Mazurek jednak ten tekst napisał w pewny szczególnym sensie wbrew sobie. Jasne że jeśli przypomnieć sobie, co on pisał przez całe lata na temat choćby Przemysława Gosiewskiego, czy Anny Fotygi, czy nawet Jarosława Kaczyńskiego, a wcześniej Lecha, zobaczymy że dla niego bicie w słabych, a więc w naszym przypadku w tych, którzy już leżą skopani przez reżimową propagandę, było sposobem na życie. Jego zadanie ograniczało się do tego, by – i tu znów pojawia się Urban – by tych, którzy znaleźli się na celowniku służb schlastać biczem satyry. A więc by ten pop uczynić częścią przemysłu rozrywkowego. Więc ja bym zrozumiał, gdyby on w miniony wtorek poszedł na Krakowskie Przedmieście, a następnie opisał ten tłum tak jak on to zawsze robi – wyciągając z niego paru wariatów i w jakiś dowcipny sposób poprowadził parabolę między nimi, a na przykład kotem Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem Mazurek zachował się inaczej. Wygląda na to, że on tam poszedł, zobaczył tych „wariatów” i doznał olśnienia. W jednym ułamku sekundy zdał sobie sprawę z tego, że coś się dzieje. I zadrżał.

      Proszę mi tu pozwolić na chwilę refleksji odnośnie wspomnianych „wariatów”. Otóż ja dość aktywnie uczestniczę w politycznym życiu polskiej prawicy od początku lat 90-tych, a więc choćby od dnia kiedy to zapisałem się do Porozumienia Centrum, i od samego początku mam okazję trafiać na ludzi najróżniejszych. Od pierwszego mojego dnia w tej polityce – a przecież i tak naprawdę wszystko się zaczęło jakieś dziesięć lat wcześniej – spotykałem ludzi niemal każdego rodzaju, zarówno zwykłych nie rzucających się w oczy obywateli, wybitnie inteligentnych i dowcipnych działaczy, ale też takich, o których z czystym sumieniem można powiedziec, że są troszkę bardziej szaleni, niż każdy z nas. I mam wrażenie, że po tych wszystkich latach – w końcu czasy są naprawdę okrutne – procent tych ostatnich mocno wzrósł. Pisałem o nich tu na blogu niejednokrotnie. I zastanówmy się teraz, jak to jest? Czyżby Robert Mazurek nie znał tych ludzi wcześniej? Przecież to jest niemożliwe. Ja wiem, że ten szalik, z którym on się wiecznie obnosi, mógł go tak przydusić, że on stracił podstawową perspektywę, jednak nie wierzę, żeby to zaślepienie posunęło się aż tak głęboko, że on w pewnym momencie doszedł do przekonania, że świat to on i jego koledzy z redakcji.

      A zatem, jeśli on nagle zobaczył tych, jak sam ich nazywa, „wariatów”, i postanowił napisać na ich temat tak pełną smutku refleksję, musiało się coś stać. Jak mówię, powodów może być kilka. Zupełnie prostych, jak ten, że to nie on, ale żona Mazurka ich zobaczyła, i kazała mu ten tekst napisać, ale też choćby tak absurdalnych, że ktoś do niego się zgłosił i powiedział mu: „Dobra, panie Mazurek, koniec tego dobrego. Przechodzicie do ‘Newsweeka’”. Mogło być też choćby i tak, że Robert Mazurek – znów ten szalik – ma tak mocno rozwinięte ego, że dla niego sytuacja, kiedy jego nie zapraszają do komentowania w TVN24 była już do tego stopnia nie do zniesienia, że postanowił nagle – może i trochę po pijanemu – zadeklarować swego rodzaju lojalność. Niedawno napisałem tekst w pewnej części poświęcony osobie jednego takiego Zbigniewa Lewickiego, i nagle mój kolega Kozik znalazł w sieci jakiś fragment Dziennika Telewizyjnego sprzed lat, gdzie to ów Lewicki – dziś jak najbardziej „nasz” człowiek – składa publiczną deklarację lojalności wobec generałów. A więc możliwe, że w przypadku Mazurka doszło do czegoś podobnego. Może ten jego tekst to swoista deklaracja lojalności? Może jemu zaproponowano jakąś naprawdę świetną pracę za naprawdę duże pieniądze, a on miał już tylko w to wrzucić parę słów oświadczenia. Jednak w to też nie wierzę. W końcu, czemu do niego? No i przede wszystkim, w jaki sposób Mazurek, stercząc dalej tam gdzie sterczy dziś i pisząc to co pisze, komukolwiek przeszkadzał? Rozumiem że on może mieć marną sytuacje finansową, jakieś nie daj Boże, kredyty, no ale czemu ktokolwiek miałby się nad nim nagle litować? Tego zwyczajnie nie widzę.

       A jednak on sobie ten grób wykopał i dobrze by było wiedzieć, czemu? Otóż mnie się wydaje, że u niego to było jednak szczere i do końca uczciwe. Mazurek faktycznie jest tak głupi, że on nie wiedział, że ludzie są ludźmi. I że na pewnym poziomie wzruszenia, wielu z nich po prostu nie wytrzymuje i ogarnia ich swego rodzaju szaleństwo. I że jest pewien rodzaj wzruszeń – Katastrofa Smoleńska jest tu idealnym przykładem – kiedy to człowiek, który sobie z tym napięciem nie radzi, może faktycznie zacząć się zachowywać w sposób bardzo, ale to bardzo niekonwencjonalny. Oczywiście, nie jest też tak, że on tych ludzi wcześniej w ogóle nie widział. Przecież ich niemal codziennie pokazują wszystkie telewizje, a jak ktoś nie chce oglądać telewizji, to widział paru z nich choćby w filmie „Krzyż”. Tyle że dotychczas on się z nich tylko śmiał. Tak jak śmiał się, zanim jeszcze owo biedne chore ciało Przemysława Gosiewskiego zostało rozdarte na strzępy przez złych ludzi. I nagle stało się coś co sprawiło, że Mazurek zobaczył, że oni wcale nie są śmieszni. Ani trochę śmieszni, lecz straszni, wręcz upiorni. Co on dokładnie zobaczył, tego nie wiem. Z mojego punktu widzenia wszystko jest jak było. Jednak sądzę, że on coś musiał zobaczyć. I się zwyczajnie wystraszył. I zawołał: „Zabierzcie mnie stąd. Ja z nimi nie chce mieć nic wspólnego!”

      Czytałem kiedyś rozmowę z pewnym słynnym masowym mordercą nazwiskiem Speck. Speck zamordował siedem uczennic szkoły pielęgniarskiej gdzieś w Dallas i za to dostał wyrok 1200 lat więzienia. Z tego co pisze o nim dziennikarz, Speck był – dziś już szczęśliwie nie żyje – człowiekiem doskonale przerażającym. Ktoś kto nie bał się nikogo i niczego. W pewnym momencie opowiada Speck, że on wciąż otrzymuje w tej swojej celi listy od kobiet, które się w nim kochają. Kobiety piszą, że chcą go poznać, chcą za niego wyjść za mąż. Przysyłają swoje zdjęcia i adresy. Speck jednak wszystko oddaje swoim kolegom z więzienia i wyjaśnia to tak: „One są często naprawdę ładne, ale z nimi musi być coś nie tak. Ja nie chcę mieć z nimi nic wspólnego”.

       Otóż ja myślę, że w przypadku Mazurka mamy reakcje podobną. On się nad tymi ludźmi – ale przecież nie tylko nad tymi – znęcał, szydził z nich, dręczył i był szczerze przekonany, że to jest taka głupia śmierdząca masa. I nagle nastąpiło coś, co kazało mu zmienić perspektywę. Spojrzał i się przestraszył. I stąd to wszystko. Co będzie dalej? Nie mam pojęcia. Myślę, że on jednak wkrótce dojdzie do siebie. Podobnie jak wielu innych.

 

      Jak już wspomniałem, powyższy tekst powstał w roku 2012. Dziś Mazurek okazuje się być częścią tak zwanej elity, akceptowaną przez jednych i drugich. Jest jednak coś, co pozwala mi wciąż zachowywać pozycję wyprostowaną. Otóż już jakiś czas temu znalazłem gdzieś wypowiedż wspomnianego Mazurka, gdzie ów wyznał, że jest mu bardzo przykro, że taki Jarosław Kaczyński jako jedyny nigdy jeszcze nie zgodził się udzielić mu wywiadu. Dziś, jak się okazuje, on nawet Mazurkowi nie złożył urodzinowych życzeń. A zatem, ja akurat wciąż mam się czego trzymać.





 

sobota, 7 września 2019

Dziadzio rekin, czyli sens życia


      Moja żona – a muszę tu zaznaczyć, że ona moją aktywność w Internecie traktuje jako zło konieczne, a przez to, wszystko co ja tu robię, demonstracyjnie lekceważy  –  poinformowała mnie, że ona nie jest w stanie znieść tego, że ja do tego stopnia przejąłem się faktem, że zakończyłem 64 rok życia, że mam potrzebę ogłaszać ten fakt publicznie. No ale faktem jest, że dla mnie ten dzień jest w rzeczy samej tak ważny, że to są chyba pierwsze moje urodziny od wielu lat, które w ogóle zauważyłem.
       Czemu tak? Odpowiedź, jak już miałem okazję na to zwrócić uwagę, znajduje się w piosence Beatlesów „When I’m Sixty-Four”, którą znam od zawsze i mam do niej stosunek bardzo osobisty. W czym rzecz? Otóż, nie wiem, czemu tak to się ułożyło, ale ja właściwie od dziecka mam bardzo silne poczucie upływu czasu. Kiedy byłem dzieckiem, a potem młodzieniaszkiem i jeszcze jakiś czas potem, czas swoje życie odmierzałem kolejnymi olimpijskimi igrzyskami. A więc, kiedy miałem 13 lat, a w Meksyku organizowano Olimpiadę, miałem w głowie, że za cztery lata będę miał lat 17, kiedy cztery lata później w Monachium doszło do słynnej masakry, ja sobie myślałem wyłącznie o tym, że za kolejne cztery lata, ja już będę miał symboliczne gdzieniegdzie 21 lat, i tak dalej i tak dalej.
      Dziś mam lat 64 i wciąż słyszę słowa tamtej piosenki Beatlesów, której słuchałem wtedy, gdy właśnie skończyła się olimpiada w Meksyku, i gdyby ktoś nie wiedział, o co tam w ogóle chodzi, już wyjaśniam. Ów tekst jest oczywiście znacznie głębszy i inteligentniejszy, ale krótko mówiąc, rzecz sprowadza się do tego, że on jest bardzo młody, bardzo kocha jakąś dziewczynę, ona oczywiście jego, a on się zastanawia, jak to będzie, kiedy on będzie miał 64 lata, a oni wciąż będą razem, zakochani, wierni sobie i zwyczajnie szczęśliwi.
       No i przyszła kolej na mnie. Sam mam 64 lata i jednocześnie mam poczucie, że nie mam nic wspólnego z tą parą, którą tak pięknie przedstawili w swojej piosence Beatlesi. Owszem to już nie jest to co kiedyś, ale muszę uczciwie przyznać, że kiedy zamknąłem 40 rok życia i moje dzieci narysowały mi tę piękną laurkę, którą zresztą hołubię do dzisiaj, nie mogłem się uwolnić od myśli, że oto właśnie osiągnąłem wiek inżyniera Karwowskiego i z tą myślą nie było mi wesoło. Dziś mam poczucie, że te 24 lata to było nic, a ja wciąż jestem jasny i gotowy.
          Z okazji dzisiejszych urodzin otrzymałem dwa prezenty i, szczerze powiem, nie umiem powiedzieć, który z nich jest dla mnie ważniejszy. Pierwszy z nich to ta flaszka, jaką podarował mi mój serdeczny przyjaciel Aleksy, którą już napocząłem i jestem prawdziwie wzruszony.





      Od mojej żony natomiast otrzymałem coś takiego:




      I tu, w odróżnieniu od obrazka poprzedniego, który mówi sam za siebie, należy się wyjaśnienie. Otóż od czasu gdy zostałem obsypany wnuczkami i moje życie się zmieniło kompletnie, poznałem całą kupę piosenek dla dzieci, a wśród nich i tę gdzie dzidziuś rekin, mama rekin, tata rekin, dziadzio rekin, oraz babcia rekin płyną sobie w oceanie szukając rybek, które mogliby zjeść. Kto jest zainteresowany, może sobie wysłuchać całej historii, dla mnie jednak dziś najważniejsze jest to, że moja żona podarowała mi tego rekina z informacją, że to jest dla Grandpa Shark. A ja właśnie postanowiłem, że z nim dziś będę spał.
     I to jest szczęście związane z faktem, że się skończyło 64 rok życia.
     Miłego weekendu!






czwartek, 2 marca 2017

O radości życia i urodzinach raz na cztery lata

               Pierwszy swój tekst na blogu opublikowałem 29 lutego 2008 roku, a zatem, jeśli uwzględnimy fakt, że rok 2008 był rokiem przestępnym, dziś mogę powiedzieć, że dziewiąta rocznica mojego blogowania nie nastąpiła i już niestety nie nastąpi, o ile oczywiście nie przyjmiemy, że ona miała miejsce 1 marca, czyli wczoraj, choć i wtedy nawet nie mógłbym się normalnie napić ze względu na początek Wielkiego Postu. Inna sprawa, że nie nastąpiła też rocznica pięta i nie nastąpi dziesiąta, więc wychodzi na to, że każdy rok jest tu dobry. Dodatkowo też jednocześnie tak się nagle stało, że ja po raz pierwszy w ciągu tych wszystkich lat pamiętałem o owych szczególnych urodzinach, pomyślałem więc sobie, że nie zaszkodzi, jeśli dziś na ten temat podzielę się paroma refleksjami.
      Otóż w roku 2008 miałem 53 lata i z dzisiejszej perspektywy muszę przyznać, że to dopiero ten rok, w pewnym szczególnym sensie ostatecznie zdeterminował moje życie. Oczywiście, zawsze przy tego typu refleksjach należy pamiętać o wielu innych, być może w ostatecznym rozrachunku wydarzeniach znacznie bardziej kluczowych dla mojej dzisiejszej kondycji, niemniej jednak, jak mówię, w pewnym szczególnym sensie, to dopiero wtedy, w wieku 53 lat, ta jedna decyzja, by założyć blog i napisać tamten tekst, w którym zarzuciłem Rafałowi Ziemkiewiczowi elementarny brak uczciwości, zdecydowała o kształcie tego już pewnie ostatniego odcinka mojej drogi. Dość późno, prawda?
      A zatem, ktoś pewnie spyta, cóż jest takiego fascynującego w tym, co dziś stanowi tak ważny element mojego życia, że ja to stawiam niemal na równi z moim życiem rodzinnym, czy zawodowym, że już nie wspomnę o psie, który tu zawitał jeszcze później, czyli w pamiętnym roku 2009? Otóż oczywiście moim zdaniem jak najbardziej fascynujące jest wszystko to, co się wiąże z pisaniem, a więc ten blog, to imię Toyah, którym większość moich dzisiejszych znajomych się do mnie zwraca, te książki, każdy z może już dziś tysięcy przyjaznych gestów, których miałem szczęście przez te lata doświadczyć. No i ludzie, o których nie mam sposobu, by opowiedzieć, bo brakuje miejsca i słów. I kiedy mówię, że to wszystko stanowi treść owej ostatniej już pewnie prostej, jestem jak najbardziej i szczery i jednocześnie pełen autentycznej satysfakcji.
       I dziś właśnie chciałem powiedzieć coś na temat owej satysfakcji. Rzecz w tym, że ja sobie naprawdę nie potrafię wyobrazić, by ona mogła być większa, czy bardziej intensywna. Ja naprawdę nie mam najmniejszego powodu, by odczuwać jakiekolwiek niedosyt, gdy chodzi o poziom tego bloga i o liczbę, klasę, oraz zaangażowanie jego czytelników, podobnie jak nie mam żadnego powodu, by wypatrywać lepszego i bardziej prestiżowego wydawcy niż Coryllus, powiem wręcz, że w chwilach poważniejszej refleksji, dochodzę do wniosku, że wszystko co byłoby ponad to, wyszłoby mi bokiem. A zatem, moim zdaniem, po tych dziewięciu latach moja sytuacja blogera, autora i przyjaciela moich przyjaciół jest tak doskonała, jak miejsce Księżyca między Ziemią a Słońcem. Każdy ruch w jedną, czy w drugą stronę byłby mi jak psu na budę.
      I oto w tej wręcz wybornej z mojego punktu widzenia sytuacji, w jakiej się znalazłem w wieku blisko już 62 lat, z różnych stron dochodzą do mnie raz po raz głosy, że ja jestem albo zgorzkniały, albo pełen złości, czy że wypełnia mnie nieustanna zawiść do wszystkich o wszystko. O to, że nie udało mi się w roku 2011 dostać do Sejmu i nie jestem dziś tak ważnym posłem, jak choćby Dominik Tarczyński, że Jarosław Kaczyński nie uczynił mnie swoim asystentem, że nie chcą moich tekstów ani w „Gościu Niedzielnym” ani w tygodniku „W Sieci”, ani w portalu wpolityce.pl, ani nawet w „Naszym Dzienniku”, że z moim zdaniem nie liczą się bracia Karnowscy, że po moje książki nie ustawiają się takie kolejki, jak po książki Twardocha, czy Miłoszewskiego, że mój blog nie ma tylu odsłon, co blog Matki Kurki, że nie jestem przez Michała Rachonia zapraszany do TVP Info, a jakby tego było mało, niedawno jeden z byłych kolegów poradził mi, żebym nie był tak pełen goryczy, bo przecież jutro też będzie dzień i poranna kawa. Przepraszam, ale jak tak można!
      A zatem, kończąc już ten trochę wspomnieniowy, a trochę komentujący stan tego bloga i swój, jako jego autora, tekst, chciałbym dziś podziękować wszystkim tym, którzy solidarnie tu przychodzą od lat każdego dnia, wspierają mnie nie tylko swoim dobrym słowem, ludziom, którzy kupują moje książki i którzy wreszcie uważają mnie za swojego dobrego kumpla, nawet jeśli starszego od nich o wiele lat i wszystkich zapewnić, że nie mógłbym być bardziej szczęśliwy z powodu tego, co mnie spotyka i proszę Jedynego Boga, żeby tu akurat może nic nie ruszał.


środa, 7 września 2016

61

Rozumiem delikatność sytuacji, ale nie mogłem się powstrzymać. Słuchajmy więc Stachury.





A tak już zupełnie poważnie, informuję, że na zbliżające się targi w Katowicach szykujemy moją ósmą już książkę, prawdziwy hit z niespodzianką. Nieco wcześniej jednak będzie ona do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie i już teraz zapraszam na zakupy.

środa, 9 września 2015

Anetka, czyli życie

Jak niektórzy z nas mieli możliwość zauważyć, niedawno obchodziłem swoje sześćdziesiąte urodziny. Ponieważ sześćdziesiąt lat to w sposób obiektywny nie byle co, można by uznać, że sprawa jest zamknięta, tymczasem w moim skromnym wypadku wydarzyło się coś, co całość postawiło w zupełnie innym świetle, a mnie zmotywowało, by napisać notkę absolutnie wyjątkową.
Oto zatem moja opowieść urodzinowa.
Proszę sobie wyobrazić, że moim ojcem chrzestnym był niejaki „pan Włodek”. Ja owego „pana Włodka”, o ile dobrze pamiętam, nie widziałem nigdy na oczy, nie mam pojęcia, kim on był, co robił, czy był osobą sympatyczną, czy wręcz przeciwnie, jednak tak się akurat złożyło, że kiedy się urodziłem, byłem bardzo chory i rodzice moi musieli mnie na gwałt ochrzcić, no a tym samym, również na gwałt znaleźć dla mnie rodziców chrzestnych.
Skąd oni wzięli owego „pana Włodka”? Otóż kiedy krótko po wojnie mieszkali jeszcze wraz z moim starszym bratem Szklarskiej Porębie, jedynymi ich znajomymi byli sąsiedzi, państwo K., którzy mieli sklep i córkę, o której zawsze się mówiło „panna Irena”. Jak bardzo byli oni nam bliscy, świadczyć może też fakt, że „panna Irena” została matką chrzestną mojego brata. A zatem, była ta Szklarska Poręba, Osiejukowie z synem i ich sąsiedzi i przyjaciele, państwo K. z córką Ireną, i, jak się okazuje, z synem – wspomnianym już „panem Włodkiem”, który akurat mieszkał w innej części Polski. Nie mam tu oczywiście pewności, ale zdaje mi się, że on poszedł do wojska gdzieś na Pomorzu, tam założył rodzinę i tam też już został.
Kiedy doszło do pamiętnej wymiany pieniądza, państwo K. stracili cały majątek, zabrali co mieli i wyjechali do Katowic, a moi rodzice pojechali za nimi. No i tu również owa znajomość, czy przyjaźń nie zgasła, nawet kiedy już starsi państwo K. poumierali, a „panna Irena” wyszła za mąż za niejakiego B. i siłą rzeczy została „panią Ireną”.
Kiedy ja się jednak urodziłem taki słaby i chory, była jeszcze „panna Irena”, a jej brat, „pan Włodek” został moim ojcem chrzestnym.
I proszę sobie wyobrazić, że „pan Włodek” miał córkę Anetkę w moim, lub podobnym, wieku, której ja nigdy nie mogłem spotkać, ale o której wciąż słyszałem, którą znałem ze zdjęć i pamiętam, że to była prześliczna dziewczynka. Rodzina „panny Ireny” przyjechała do Katowic raz, kiedy ja miałem dziewięć lat, a ja z tego pamiętam tylko Anetkę. Spędziliśmy jedno popołudnie z rodzicami na działce i ja z tego dnia pamiętam do dziś, że jedliśmy truskawki i że Anetka była naprawdę pięknym dzieckiem. Więcej już jej nie zobaczyłem.
No i przechodzimy do dnia dzisiejszego. W dniu moich sześćdziesiątych urodzin, żona moja kazała mi pójść ze sobą na rower. Jedziemy więc tymi rowerami przez las (w Katowicach, wbrew temu co niektórzy mogą sądzić, lasów jest zatrzęsienie) i w pewnym momencie spotykamy mojego ucznia sprzed lat, pewnego Tomka z żoną, którego nie widziałem od czasu jak przestałem uczyć w szkole. Bardzo miło i długo sobie w czwórkę rozmawiamy, następnie się żegnamy, a ja nie mogę sobie darować, że nie pamiętam jego nazwiska. Wracamy do domu, a ja ciągle grzebię w pamięci za tym nazwiskiem. I czym dłużej grzebię w pamięci, tym bardziej wiem, że muszę sobie przypomnieć, jak on miał na nazwisko. No i wtedy, w odruchu czystej desperacji, myślę sobie, że wejdę na Naszą Klasę, gdzie nie byłem od trzech już, czy może nawet czterech lat i tam go spróbuję znaleźć. Nie jest to łatwe, bo za cholerę nie umiem sobie przypomnieć hasła, no ale jakoś się udaje. Tomka nie znajduję, natomiast okazuje się, że przez te wszystkie lata nazbierała się kupa wiadomości od bardziej, mniej, czy w ogóle nieznanych mi osób. I proszę sobie wyobrazić, że wśród tych wiadomości znajduję najnowszą, zaledwie z sierpnia tego roku, o następującej treści:
„Dzień Dobry, pozwoliłam sobie napisać żeby spytać czy zna Pan może rodzinę B. z Katowic, a konkretnie Irenę B. i jej syna Marka. To moja ciotka ze strony ojca, Włodzimierza K. Szukam z nimi kontaktu, a z dzieciństwa pamiętam że przyjaźnili się z rodziną Osiejuków, którzy mieli syna Krzysztofa. Pamiętam Krzysia Osiejuka z okresu jak miał 9 lat i Pan mi tu na zdjęciu w nk wydaje się podobny. Jeśli to się zgadza i może mi Pan pomóc nawiązać kontakt z rodziną, to podaję kontakt do siebie…”, no i tu już tylko dane Anetki.
Oczywiście w żaden sposób Anetce nie mogłem pomóc z tego prostego powodu, że wszyscy już dawno nie żyją, a gdy chodzi o Marka, to przez to, że on był znacznie ode mnie młodszy, nie był nigdy moim kolegą i jego los pozostał mi kompletnie nieznany. No aleśmy sobie miło porozmawiali, ona mi powiedziała, że byłem pierwszym chłopakiem, jakiego poznała w życiu, a ja jej, że ona z kolei pierwszą dziewczynką, w której się kochałem, do tego stopnia, że do dziś pamiętam tamte truskawki, no a poza tym przez to, że jej tata był moim ojcem chrzestnym, jesteśmy praktycznie rodziną.
Bardzo to wszystko jest wzruszające, no i pełne znaków. Człowiek kończy te swoje sześć dych, zagląda bez sensu na tę Naszą Klasę i nagle sobie uświadamia, że gdyby nie ten rower i ten uczeń i to dziwne odnalezienie starego jak świat hasła, jedynym prezentem urodzinowym byłyby te wypasione flaszki i szwajcarski scyzoryk z korkociągiem od mojej ukochanej żony, która potrzebowała zadbać o to, żebyśmy, kiedy znowu pojedziemy do Budapesztu, mieli czym otworzyć wino w hotelowym pokoju pod koniec kolejnego dobrego dnia.

Jeśli komuś się ta historia spodobała i chciałby pozostać w nastroju, zachęcam do kupna mojej książki o markach, dolarach, bananach i pewnym biustonoszu, która jest do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.




sobota, 7 września 2013

Urodziny, czyli co nam dał Otis Redding

I znów ostatnio się trochę opuściłem, tym razem nie w związku z pracą nad tłumaczeniem dialogów do filmu o Roju i tych, co go zatłukli na śmierć, ale ponieważ muszę nadgonić pisanie książki o zespołach. No i znów ten blog marnieje.
Ona początkowo miała być gotowa przed wakacjami, ale ponieważ na niej zależy mi szczególnie, przesunęliśmy jej wydanie na jesień i owe wieczory.
Piszę więc kolejne rozdziały, a jednocześnie zadręczam się wyrzutami sumienia. W dodatku dziś są moje urodziny i, jak zawsze przy tej okazji, wpadam w nastrój ponury, i żeby jakoś odreagować, chyba będę musiał napisać coś o Otisie Reddingu. On wprawdzie był osobą specjalną pod każdym względem, no ale, biedny, nawet nie doczekał trzydziestki. Straszna to niesprawiedliwość. Wystarczy więc sobie pomyśleć o nim, o Reddingu, by poczuć satysfakcję z tego, że Dobry Bóg dał mi aż tyle kolejnych szans. Chyba mnie lubi.
A zatem, zanim dojdę do jakiegoś bezpiecznego momentu, dziś wszystkim przyjaciołom tego bloga proponuje poczytać sobie wstęp.

Biorąc do ręki jakąkolwiek tak zwaną „książkę o zespołach”, możemy mieć pewność, że albo to będzie coś w rodzaju pracy encyklopedycznej, albo zbiór refleksji spisanych przez miłośnika tego czy owego, który lubi słuchać muzyki.
Jeśli encyklopedia, a więc historia życia i twórczości któregoś z artystów, sprawa jest prosta. Rzecz tylko w tym, gdzie jest więcej nieznanych wcześniej i bardziej pikantnych szczegółów. Jak idzie natomiast o pozycje już bardziej refleksyjne, a dotyczące jakiegoś jednego wykonawcy, lub określonego muzycznego gatunku, albo ewentualnie owej przestrzeni, którą się obserwuje gdzieś na pograniczu, między muzyką, a inną dowolną dziedziną kultury, czy w ogóle życiem, tu już mamy do czynienia najczęściej ze zwykłą tandetą, podpartą na dokrętkę przez jakiś strasznie mądry tytuł typu „Rock’n’roll a postmodernizm w sztukach plastycznych”.
Ta zresztą metoda stała się, mam wrażenie, szczególnie ostatnio, bardzo popularna. Rzecz w tym, że z jakiegoś niezbadanego przeze mnie do końca powodu, każda praca naukowa – i to już niezależnie od tematu – natychmiast awansuje o kilka poziomów, jeżeli tam z odpowiednią częstotliwością pojawi się nazwisko Raya Manzarka, czy Johna Lennona. Przychodzi jakiś docent z instytutu chemii któregoś z bardziej znanych uniwersytetów i wydaje książkę pod tytułem „Otrzymywanie cienkich warstw silseskwioksanowych na podłożach amorficznych metodą wiązki molekularnej”, a my wiemy na sto procent, że jeśli pierwsze zdanie tego dzieła będzie brzmiało: „Dlaczego Paul McCartney przechodząc przez Abbey Road, jest bez butów?”, jest duża szansa, że znajdą się chętni, by tę książkę czytać dalej, przynajmniej do momentu, aż się pojawi informacja o „Subterranean Homesck Blues” Dylana, no a poza tym – i kto wie, czy to nie jest w tym najważniejsze – większość z czytających natychmiast sobie pomyśli, że ten autor, to musi być naprawdę fajny gość.
Kiedy jeszcze sobie spokojnie studiowałem, najbardziej popularną osobą na całym wydziale, a kto wie, czy nie na uniwersytecie, był człowiek nazwiskiem Tadeusz Sławek. Kim był Sławek? Otóż był to zwykły najpierw magister, a potem doktor, wykładający literaturę angielską, ani mądrzejszy, ani głupszy od innych, ani bardziej sympatyczny, ani sympatyczny mniej, ani bardziej dowcipny, ani bardziej ponury – typowa uniwersytecka przeciętność. Jedyne, co go jednak odróżniało od reszty, to było to, że miał długie włosy, chodził przebrany za beatnika, i wciąż gadał o Lennonie i Doorsach. Poza tym pisał wiersze – podobnie jak on sam, ani lepsze, ani gorsze od tych, które pisali pewnie w tym samym czasie jego studenci i koledzy z wydziału – i te wiersze recytował w towarzystwie kontrabasu, na którym grał jego znajomy Bogdan Mizerski.
Kariera tego Sławka – kariera zresztą trwająca do dziś, już akurat w skali ogólnopolskiej – jest dla mnie czymś absolutnie niepojętym. I gdybym musiał się zdecydować na jakieś objaśnienie tego fenomenu, powiedziałbym jedno: on prawdopodobnie od samego początku, gdziekolwiek się pojawił w towarzystwie innych pracowników uniwersytetów, musiał wciąż gadać o tym Lennonie, i w ten sposób sobie odczarowywał wszelką drogę awansu. Czasem wydaje mi się, że nawet wtedy, gdy zostawał rektorem Uniwersytetu Śląskiego, w swojej aplikacji zamieścił tekst „Break On Through”, i to ostatecznie zaważyło. Oto potęga rock’n’rolla. Oto, co rock’n’roll potrafi, jeśli tylko wykazać odrobinę chytrości.
Książka, którą trzymamy w ręku, to książka o zespołach, jednak ani nie mająca ambicji faktograficznych, ani tym bardziej nie stanowiąca rozważań na tematy z muzyką nie mających wiele wspólnego, tyle że z owym nieustannym brzęczeniem w tle. Książka ta to książka, w sensie jak najbardziej ścisłym, o zespołach, przeznaczona dla tych, którzy to wszystko, co tu jest napisane, świetnie wiedzą, znakomicie znają, i może tylko chcieliby usłyszeć jeszcze jedną interpretację tych przecież oczywistości.
Książka ta to seria refleksji, których ambicją jest opisanie istotnych zjawisk muzycznych związanych z tak zwaną kulturą popularną, a w dużym stopniu skierowana też do tych, którzy są tak uzależnieni od swoich prywatnych upodobań i niechęci z jednej strony, a od zewnętrznej propagandy z drugiej, że nie są już w stanie obiektywnie ocenić tego, co miało być wybitne, a wybitnym z jakiegoś powodu nigdy się nie stało, ale też odwrotnie – tego, co na wielkość nigdy nie miało najmniejszych szans, a wielkie akurat jest, a jeśli my nie jesteśmy w stanie tego ocenić, to wyłącznie nasza wina. Nasza i tego okropnego nastawienia, gdzie wszystko traktujemy ściśle użytkowo, i nie jesteśmy w stanie zobaczyć, że za wszystkim stoi pojedynczy człowiek, z jego wielkością, ale też i małością.
Dopiero co, w Warszawie występował Paul McCartney, którego osobiście z wielu względów ani nie lubię, ani nie szanuję, ani też niezbyt chętnie słucham, ale który niewątpliwie jest jednym z największych autorów piosenek, jakiego wydała Ziemia, i takim już pozostanie. I oto czytam, jak gdzieś ktoś pisze, że Paul McCartney to gówno, choćby w porównaniu z takim Motorhead, których każda piosenka jest lepsza od całej tej beatlesowskiej nędzy.
Oto w sylwestrową noc na Times Square w Nowym Jorku występuje Justin Bieber, i w towarzystwie Carlosa Santany śpiewa „Let It Be” Beatlesów. I od razu na internetowych forach całego świata pojawiają się tabuny miłośników muzyki, a jednocześnie wrogów Justina Biebera, którzy piszą, że to prawdziwy skandal, że Bieber miał czelność śpiewać tak wspaniałą piosenkę, tak fatalnie ją fałszując. Mam nadzieje, że się rozumiemy. Oto przed nami staje Justin Bieber, jak by nie patrzeć, jeden z najbardziej utalentowanych współczesnych piosenkarzy pop, i okazuje się, że on fałszuje. A banda muzycznych specjalistów i rock’n’rollowych freaków ten fałsz oczywiście świetnie słyszy!
A więc ta książka też jest trochę i pisana z uwagi na te osoby. Z nadzieją, że może, przeczytawszy to co tu stoi jak byk, zrozumie, że z muzyką jest tak jak z każdą inną dziedziną życia. Na końcu zawsze stoi człowiek i to, co on zrobił z tymi swoimi talentami, a wokół niego słyszymy wciąż ów nieznośny skowyt okrutnej propagandy. Powinniśmy umieć to usłyszeć, zrozumieć i ocenić.
No a poza tym, to jest tylko, i aż muzyka, a więc coś, co zostało nam dane od Boga. Nie od Szatana. Od Boga. Powinniśmy jej strzec, i robić wszystko, by nam jej nie odebrano.

Pewną znaczącą ulgę odczujemy dopiero, gdy nam producenci Roja zapłacą, co nastapi dopiero pewnie za kilka tygodni, no a poza tym, przed pażdziernikiem jednak nie zdarzy sie nic. W związku z tym, bardzo wciąż proszę o wspieranie tego bloga. Włąściwy numer konta umieszczony jest tuż obok. Jesli ktoś ma, bardzo proszę o jakikolwiek gest, a jesli nie ma - niech tu po prostu wpada. Po prostu. Mam wielką nadzieję, że się nie zawiedzie. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...