Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wigilia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wigilia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 grudnia 2020

przemsa: Biegowa Opowieść Wigilijna

Ponieważ całkiem lubię ten tekst – a możecie mi wierzyć, że choć napisałem już ich trochę nie jest to dla mnie odczucie powszechne – pozwalam sobie go wkleić dzisiaj także tutaj. Jego pierwotna wersja znajduje się w Szkole Nawigatorów pod adresem:
http://przemsa.szkolanawigatorow.pl/biegowa-opowiesc-wigilijna

Jest dwudziesty czwarty grudnia, kilkanaście minut po piątej rano. Pada deszcz, ciemno. Biegnę lasem. Nie za bardzo wiem po co. Wiem za to dlaczego. To przez głupią, dziecinną ambicję. Mamy już dwudziesty czwarty dzień grudnia, a za mną zaledwie sto pięćdziesiąt kilometrów. W każdym wcześniejszym miesiącu było tego więcej. Trzeba zatem coś nadrobić nadrobić. Z trudem się zebrałem, a teraz jest mi ciężko. Sprawdzam tętno i widzę, że niewiele brakuje do mojego maksimum. Niechętnie zwalniam i wtedy właśnie czuję ukłucie. Centralnie w klatce piersiowej. Muszę stanąć. Zatrzymuję czas na zegarku, opieram się dłonią o drzewo i wystraszony daję sobie odpocząć. Po dłuższej chwili oddech wraca do normy. Żadnego bólu już nie czuć, zatem chyba w porządku. Dobrze, że do domu już niedaleko. Jeszcze tylko – zerkam na zegarek – niecałe trzy kilometry, doczłapię. Po kilkunastu minutach jestem na miejscu. Wszyscy śpią. Nie robiąc hałasu rozbieram się i wpadam do łazienki. Wchodzę pod prysznic. Nim biorę się za mycie, pozwalam wodzie długo po mnie spływać

Facet siedzi w fotelu w salonie. Ja w szlafroku wytrzeszczam na niego oczy. Zatyka mnie. Naprawdę nie wiem, jak zareagować. Nie powinno go tu być. Uciekać, krzyczeć, sięgnąć do szuflady po nóż? Ubiega mnie. Słyszę jego głos. – Spokojnie, na wszystko jest już za późno – brzęczy gdzieś głęboko w mojej głowie. Wolę nawet nie zgadywać, co to ma znaczyć. Przyglądam mu się wreszcie. Ubrany w czarny garnitur z innej epoki, w takiego samego koloru koszulę ze stojącym wysoko kołnierzykiem i gładko przyczesanymi na bok olśniewająco białymi włosami przypomina przedsiębiorcę pogrzebowego ze starych komedii. Z tym, że nie ma w nim nic śmiesznego. Wąskie usta są zaciśnięte, a zimne oczy patrzą na mnie z nienawiścią i bezwzględną zawziętością. Odzywa się znowu i wtedy dopiero zauważam, że jego twarz pozostaje nieporuszony niczym maska. Mimo to jego głos dobiega moich uszu. Czy raczej dźwięczy niezależnie od nich. Nie potrafię dokładnie go zidentyfikować.

– I jak umiera się pod prysznicem – pyta beznamiętnie.

Milczę, bo co niby mógłbym odpowiedzieć. Bardziej zajęty jestem tym, że nie mogę się ruszyć, a myśl o śpiącej na górze żonie i dzieciach sprawia, że wpadam w panikę.

– No już, możesz – mówi, a ja czuję, że odzyskuję władzę w nogach. – Idź do łazienki – rozkazuje, bo nie sposób nazwać inaczej tego tonu.

Choć nie wiem dlaczego, bez wahania wykonuję polecenie. Dziwne. Odnoszę wrażenie, że raczej sunę równo i jednostajnie nad podłogą niż stawiam kroki. – To pewnie przez ten zbyt – pocieszam się bez przekonania.

Leżę pod prysznicem golusieńki. Z rozbitej głowy lub tylko nosa – nie widzę dokładnie, bo ta nie jest zwrócona w moją stronę – sączy się krew. Ciągle lecąca woda rozcieńcza ją i w odpływie znika przypominająca napój malinowy, rzadka ciecz. Jestem jakoś dziwnie powykręcany i nie wiem, czy oddycham. Mam nadzieję, że tak, ale nie założyłbym się o to. Zdecydowanie wyglądam martwo i ze zgrozą konstatuje, że koszmarna irracjonalność całej sytuacji dziwi mnie coraz mniej.

– Zdaje się, że to nagła śmierć sercowa – słyszę i wtedy orientuje się, że stoi tuż za mną. – Nie masz pojęcia o medycynie, więc nie będę cię raczył szczegółami. Istotne, że jest z tobą na tyle źle, że zjawiam się ja. A możesz mi wierzyć, że nie fatyguję się do ludzkiego śmiecia na nierokujące pogawędki.

– Umarłem?

– Prawie. Mózg jeszcze pracuje, ale mówiąc szczerze nie oczekiwałbym cudu. A w twojej sytuacji, to właśnie cud byłby niezbędny. Na tym etapie przechodzenia do – zdecydowanie nie nazwałbym go lepszym – świata, medycyna jest raczej bezradna. Zresztą skąd miałby się wziąć tu lekarz? Nim cię ścięło definitywnie, dzwoniłeś może na pogotowie? – kończy szyderczo.

– Jesteś…?

– Diabłem. To chyba oczywiste. Przyszedłem po twoją duszę.

– A nie czeka aby tu gdzieś obok jakiś mniej upadły anioł? – pytam z pewnym zadowoleniem zauważając, że moje ciężkie poczucie humoru ma się mimo wszystko nadal nieźle.

Spogląda na mnie z politowaniem.

– Obawiam się, że są zajęci mniej beznadziejnymi przypadkami. I nie mam tu na myśli kondycji fizycznej, ale raczej dorobek tudzież całokształt.

– Nie jestem taki zły – stwierdzam niepewnie.

– Byłeś, jak już. Czas przeszły mocno uzasadniony. Wymieniać mógłbym długo, ale weźmy pierwszy lepszy przykład z brzegu. Kiedy ostatni raz przyjmowałeś Komunię?

Zaskakuje mnie. Nieprzyjemnie i boleśnie. Czuję mrowienie w – zdaje się, że mało cielesnym– karku. – Hmm. W sierpniu? – odpowiadam niepewnie.

– W czerwcu, ósmego. A mamy grudzień… – Albo dalej – ciągnie. – Wprawdzie wybrałeś się trzy razy z dziećmi na roraty, jednak na niedzielnej Mszy Świętej już się nie zjawiłeś. Pracowałeś! Pamiętaj aby dzień święty święcić! Naprawdę za każdym razem niesamowicie i niezmiennie bawi mnie ten wasza szczera, debilna bezmyślność. Macie coś napisane. Czarno na białym. Oczywiste. Przykazania, Stary i Nowy Testament, nauczanie Kościoła, świadectwa świętych. A wy i tak wiecie lepiej. No bo przecież tego nie można traktować literalnie! Ważne jest, by być uczciwym i miłym, a ta cała reszta, to taki dodatek. W dzisiejszych czasach mniej ważny. I tak dalej w ten kretyński deseń. Jeden z drugim chłopek-roztropek, mędrek myśli sobie, że wie lepiej, co należy robić, by wypełniać wolę TegoKtóryPozwoliłMiWykorzystywaćKażdąOkazję! Tego, który nie wiedzieć czemu stworzył was, a później obiecał, że po śmierci może być wam jednak dane kontemplować Jego oblicze! Pomimo tego, że ta egzaltowana idiotka Ewa i jej infantylno-naiwny maż Adam, mając WSZYSTKO, skusili się na NIC! Pomimo tego, że wprost Mu wykazałem jakim beznadziejnym jesteście ścierwem. I On śmiał ukarać także i mnie! – wrzeszczy. – Pewnie już słyszałeś kiedyś te historię, co? Aha, no tak. To tylko taka alegoria. Jaki tam Pan Światła pod postacią węża, bajki dla dzieci – kończy drwiąco.

Zmienia się. Już nie jest przedsiębiorcą pogrzebowym, ale pełzający, gadem. Grubym, oślizłym i błyszczącym. Syczy i błyskawicznie zbliża swoją wielką głowę do mojej. Złe, jednak identyczne jak w człowieczej wersji oczy wbijają się we mnie ze wstrętem.

– Nienawidzę was – wyrzuca. – Nienawidzę was tak bardzo, że nie jesteście sobie w stanie tego nawet wyobrazić. To przez was zostałem wygnany sprzed Jego oblicza! I moim jedynym celem jest zemsta. Aż do końca świata.

Patrzę jak wraca do swojej ­– z mojego punktu widzenia – dawnej, ludzkiej postaci. Znów siedzi w fotelu, a ja, tak jak na początku, stoję sparaliżowany strachem, gdy…

Zjawia się kot. Moja kotka. Człapie powoli. Ziewa. Przeciąga się i patrząc na niego obojętnie ociera się o poły mojego szlafroka. Ewidentnie jest głodna.

– Ona mnie widzi – mówię z nadzieją, która się właśnie we mnie zatliła. – A zdaje się, że powinienem być czymś w rodzaju ducha. Czy więc aby coś ci się jednak nie pomyliło – zdecydowanie nabieram pewności siebie.

Zbywa mnie machnięciem ręki. – Koty są obok. To znaczy tu i tam. Mają ten przywilej od momentu, gdy On stworzył zwierzęta. Wszystkie oddały mu cześć, a tylko to jedno odwróciło się obojętnie. Nie pozwolił się nawet pogłaskać. Bo tak. Oniemiał, ale też rozbawiło Go to tak bardzo, że po wygnaniu z Raju pozwolił kotom różnić się od innych zwierząt i być wszędzie, nie tylko ludzkim świecie. Oczywiście kot nie jest tego świadomy. Stąd te wszystkie jego dziwne, schizofreniczne zachowania i humory. Koty po prostu czują, że coś tu nie pasuje. Raz wokół sami żywi, za chwilę mignie ktoś umarły. Nie rozumieją tego i stąd te ich dziwne reakcje. Ale zostawmy koty, bo zdaje się, że twojego nakarmić będzie musiał jednak ktoś ździebko twardziej stąpający po tym świecie – zaśmiał się nieprzyjemnie.

Nic nie mówię. Słucham.

– Twój czas dobiegł końca. O niebie zapomnij. Obstawiam piekło, ale w grę niestety wchodzi również czyściec. Wprawdzie nigdy nie głosowałeś na SLD lub Platformę i napisałeś kilka śmiesznych tekstów o Tusku i Petru, ale to jednak za mało by zrównoważyć inne grzechy. Samych zaniechań masz tyle, co dni dorosłego życia. Liczę jednak, że szala przeważy się na moją stronę.

Przerywa i sprawia wrażenie zamyślonego. Albo to tylko moja wyobraźnia, bo jego twarz nie wyraża nic poza nienawiścią.

– Wieczność – zdawało mi się, że wymawia to słowo z lubością. – Jak bardzie nie jesteś w stanie wyobrazić sobie wieczności? – pyta patrząc na mnie wyczekująco.

Nie odpowiadam, ale chyba też tego nie oczekuje.

– Zdradzę ci więc, że wieczność może być już sama w sobie czymś tak okrutnym, że w zasadzie nie potrzeba niczego więcej. To niewyobrażalna dla ludzkich pomiotów, nieskończona, pozbawiona wszelkiej nadziei tęsknota za Jego miłością. Miałeś jej namiastkę tysiące razy. Bardzo mocno odczułeś jej obecność, gdy rodziły się Twoje dzieci. Więc pomyśl, że Jego miłość jest googol googoli razy większa. A Ty ją poczujesz raz, w pełni, i zostanie ci odebrana. Na zawsze i zawsze. Na wieczność. Na tym polega piekło…

Zaczynam krzyczeć. A może tylko bardzo chciałbym. Nie wiem. Jeżeli jeszcze takową mam, paniczny strach mrozi mi resztkę krwi w żyłach. Czuję lodowate, przejmujące zimno. I głos. Inny. Znajomy.

– Tato, tato. Co ci się stało? Poślizgnąłeś się pod prysznicem?

To córka. Patrzy się na mnie lekko wystraszona. Musiała wstać przed momentem. Rozglądam się otępiały. Leżę, nadal leje się na mnie zimna już woda. Z nosa cieknie mi krew. Boli głowa. Jestem zziębnięty. Z trudem podnoszę się na śliskich kafelkach. Cały się trzęsę.

– Tak, tak… –  dukam spierzchniętymi ustami. – Musiałem się poślizgnąć – mówię. Całuję ją zapewniając, że wszystko w porządku. Zakręcam kurek. Wycieram się ręcznikiem. Ubieram szlafrok. Krew tamuję chusteczką. Wychodzę do pokoju. Siadam wyczerpany i z zziębnięty na kanapie obok córki. Ta odwraca się mówiąc:

– A wiesz, tatusiku, gdy wstałam przed chwilą pomyślałam, że dziś Wigilia i pomodlę się za ciebie tak trochę bardziej…

Kotka siedzi wymownie przed miską. Podaję jej jedzenie.

 


przemsa, 24.12.17
(z drobnymi poprawkami z 24.12.20)

 


sobota, 28 grudnia 2019

A co gdy zostanie już tylko kłamstwo?


         Świąteczny okres już nam pomaleńku mija, a mnie nie stąd ni zowąd na głowę spadł tekst niejakiej Klaudii Kolasy, zamieszczony w samą Wigilię na portalu Wirtualna Polska, a zatytułowany „Polskie tradycje wigilijne to dla obcokrajowców koszmar. 12 potraw, a według nich każda gorsza od poprzedniej”. Jak się możemy już nawet teraz domyślić, rzecz w tym, że Kolasa wymieniła bożonarodzeniowe wrażenia z którymś ze swoich zagranicznych znajomych, ten jej opowiedział, jak to się nacierpiał, zmuszony przez polskich gospodarzy do zjedzenia karpia, pierogów z kapustą i grzybami, barszczu z uszkami i makowca, a jej się w związku z tym zrobiło tak strasznie wstyd za Polskę, że postanowiła dokonać swoistego aktu ekspiacji i właśnie w Wirtualnej Polsce opublikowała tekst, w którym przedstawiła reportaż oparty o zebrane przez nią inne opinie na temat owego obrzydlistwa.
       A wygląda to tak:
       Peter pochodzi ze Szwecji. Spędza w Warszawie święta Bożego Narodzenia już po raz 11. Choć zdążył się już przyzwyczaić do obowiązujących w Polsce tradycji, nadal pamięta ten dzień, kiedy spróbował karpia po raz pierwszy. – To było 11 lat temu. Spróbowałem. Nie powiedzieli mi co to. Ten pierwszy kęs … Pamiętam, jakby to było wczoraj. Poczułem zapach akwarium. A później ości… jedna za drugą… i ten smród – wzdryga się. Wcześniej karp kojarzył mu się jedynie z jedzeniem dla kota. W Szwecji również nie jest to ryba spożywana przez ludzi”;
      Wujowie klepią się po brzuchach z radości, ciotki krzątają się po kuchni, donosząc kolejne talerze. Babcie zacierają szczęśliwie ręce z myślą, że wszyscy w końcu się najedzą, a zagubiony obcokrajowiec siedzi w kącie i ma myśli podobne jak Scott z Londynu, który w rozmowie ze mną zastanawia się: ‘skoro takie potrawy podają dziś na uroczystej kolacji, to co dostają tego dnia w więzieniu?’”;
       Okej. Postaram ci się to wytłumaczyć – zaczyna Daniele. – W krajach południowych karp nie jest uznawany za jadalną rybę. Żyje w słabych warunkach. Śmierdzi. Nie jest smaczny. Wy podajecie go w wigilię [mała litera w oryginale] i dodatkowo pokrywacie go galaretą. Serio? To nie poprawia sytuacji. Wiem, że w waszej kulturze to ważna ryba i w wielu innych kulturach również, ale dla nas nie jest ona smaczna”;
      Ramon lubi polską kuchnię i na co dzień odnajduje się tu świetnie. Jednak wigilia [jak wyżej] jest dla niego nie do zniesienia. W Brazylii tego dnia zaczynałby kolację o 22. Na stole znalazłby pieczonego indyka, pieczoną wieprzowinę i inne mięsiwa, różnego rodzaju sałatki oraz desery. Nie rozumie, czemu Polacy to sobie robią, bo przecież w sklepach jest tyle produktów. - Mogliby już odpuścić i iść z duchem czasu. Grzyby, kapusta i ryby. Przecież to istny koszmar! – zaznacza”.
        Prawdziwe fajerwerki pojawiają się jednak na koniec. Otóż wedle relacji Wirtualnej Polski w takich Włoszech „również 24 grudnia nie jadają mięsa, a 25 jest już dozwolone”. A my już rozumiemy, że to nie to co w Polsce, gdzie przede wszystkim we wszystkich domach, gdzie zainstalowane są kościelne kamery – a zwłaszcza w tych, które goszczą gości ze Szwecji oraz Wielkiej Brytanii – nie dość że w Wigilię wszyscy zmuszeni są do wpieprzania kapusty z grzybami i zagryzania karpiem w galarecie, to jeszcze w 25 grudnia można wyłącznie dojadać po kolacji wigilijnej i nawet zwykłej szynki nie można wziąć na twarz.
      No i runda honorowa:
      Chociaż kulinarne tradycje świąteczne są odmienne w każdym kraju, to każdy tego dnia chce spędzać czas z najbliższymi. Obcokrajowcy, którzy trafili do polskich domów, z pewnością mają powody, by tu być i żadne jedzenie nie zepsuje im tego wyjątkowego wieczoru. A Polacy nadal będą zagryzać karpia pierogiem z kapustą i grzybami, i kolędować w najlepsze”.
      Wbrew, jak sądzę, oczekiwaniom, nie będę komentował tego czegoś, bo jestem przekonany, że każdy kto ma tu zwyczaj przychodzić, może bez najmniejszych trudności zrobić to indywidualnie, a ja mam już tylko nadzieję, że zdecyduje się na to dziś, wyjątkowo również tu na blogu. Zamiast tego jednak przejdę do czegoś pozornie zupełnie innego, a mimo to, w pewien szczególny sposób z tematem związanego. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w okresie okołoświątecznym, kiedy telewizja Canal+ transmituje mecze angielskiej ligi piłkarskiej, to zarówno w ich przerwie, jak i po ich zakończeniu emituje serię wyprodukowanych przez siebie krótkich filmowych nowelek, wszystkie niezmiennie w reżyserii niesławnego Mikołaja Lizuta, oraz z niezmiennym udziałem młodego Stuhra i Magdaleny Cieleckiej, a opartych na opowiastkach wybranych polskich autorów. Wczoraj więc, tuż po zakończeniu meczu Wolverhampton – Manchester City, zamiast tradycyjnego komentarza zaproszonych ekspertów, Canal+ przedstawił historyjkę autorstwa Manueli Gretkowskiej. Opowiem może: Otóż do kościoła, gdzie w centralnym miejscu nad ołtarzem widnieje wielka figura Matki Boskiej z Jezusem na piersi, wchodzi Stuhr, przyklęka, żegna się  niedbale i w momencie gdy, jak się można domyślić, pragnie się pomodlić, Matka Boska się materializuje i w tym momencie już aktorka Cielecka bardzo obcesowym tonem prosi Stuhra o „fajkę”. Ten się najpierw oczywiście dziwi, że oto przeżył cud, ale Cielecka natychmiast wybija mu te kaprysy z głowy i każe mu skoczyć do sklepu po papierosy. On znajduje jakiegoś skręta, daje jej zapalić, no i oboje dalej sobie rozmawiają, głównie o tym, że on jest jakimś strasznym dupcynglem, który zdradza kolejne partnerki i powinien się ustatkować. On oczywiście tłumaczy się przed Cielecką, że jemu jest bardzo ciężko zrezygnować z owych doczesnych przyjemności, jednak ta go konsekwentnie wyszydza tłumacząc, że ma przestać myśleć tylko o „dupczeniu” – tak, tak, to jest słowo, które z ust Matki Boskiej Cieleckiej jak najbardziej pada – no ale w tym momencie dzwoni telefon, Stuhr odbiera, błyskawicznie zakłada na siebie księżowską sutannę, mówi, że opłata będzie jak zawsze według cennika, Cielecka znów wraca do roli Matki Boskiej, a on pędzi udzielić komuś ostatniego namaszczenia. The End.
       O co chodzi? Otóż z jednej strony mamy tę Wirtualną Polskę i jej autorkę ubolewająca nad tym, że w Polsce Kościół każe jeść karpia z kapustą i grzybami nawet 25 grudnia i w dodatku śpiewać te głupie kolędy, z drugiej Manuelę Gretkowską oraz Mikołaja Lizuta we wspólnym geszefcie z Cielecką i Stuhrem, jadących, jak się zdaje, dzień w dzień na, nomen omen, pasku, dostarczanym im regularnie przez francuski Canal+, a ja w tej sytuacji nie potrafię jakoś nie zareagować. A więc reaguję i pragnę po raz kolejny już poinformować wszystkich, że nawet jeśli Jarosław Kaczyński nagle nieszczęśliwie odejdzie, a na swojego zastępcę wyznaczy samego Piotra Glińskiego, to ja będę trzymał sztamę z Glińskim. Bo, jak to ładnie kiedyś określił mistrz Dostojewski, nawet jeśli mu udowodnią, że Jezus jest kłamstwem, to on woli zostać z Jezusem – kłamstwem, niż z nimi. Bo tam jest już tylko piekło.


       


czwartek, 29 grudnia 2016

Kto szczuje, kto kłamie, a kto pakuje rękę do cudzej kieszeni?

       Dopóki nie pojawi się oficjalne sprostowanie w kwestii świeczki-penisa znajdującej się na ustawionym przez zjednoczoną opozycję przed Sejmem wigilijnym stole, my skromni obserwatorzy pozostaniemy jedynie w domysłach krążących między pytaniem, czy ów penis został do interesującego nas zdjęcia dorysowany, czy może z niego wygumowany. Jakikolwiek jednak byłby wynik owego dochodzenia, fakt pozostaje faktem, że kłamstwo, jako podstawowy instrument prowadzenia politycznego – a przecież i nie tylko politycznego – sporu stało się czymś, do czego wszyscy się już powoli przyzwyczajamy. Oczywiście nikt z nas, nawet ci, którzy pamiętają lata PRL-u, nie jest w stanie wskazać palcem momentu, kiedy owo bezczelne kłamstwo, gdzie oczywiste dobro staje się złem, a równie oczywiste zło dobrem, miało swój debiut. O wiele prościej będzie nam sięgnąć do czasów współczesnych i tak zwanego „Borubara”. Jestem pewien, że wszyscy wiemy, w czym rzecz. Podczas pamiętnych mistrzostw Europy w piłce nożnej, po przegranym przez polskich piłkarzy meczu z Austrią, obecny na trybunach prezydent Lech Kaczyński powiedział: „Dobry był Boruc bardzo” i w tym momencie pojawił się do dziś niezidentyfikowany poeta, który uznał, że byłoby o wiele zabawniej, gdyby zamiast mówić „Boruc bardzo”, znienawidzony przez elity prezydent zapomniał nazwiska polskiego bramkarza i powiedział „Borubar”. Pomysł ten w określonych środowiskach sprowokował taki entuzjazm, że gdzieniegdzie jeszcze nawet dziś o zmarłym w Smoleńsku prezydencie nie mówi się inaczej, jak „Borubar” właśnie. Tak by nikt nie zapomniał, że z tego Kaczyńskiego to jednak był niezły kawał durnia.
     Nie wydaje mi się, by od tamtego kłamstwa pojawiło się coś równie drastycznego, a więc z jednej strony tak bezczelnie niesprawiedliwego, a z drugiej aż tak nośnego. Ktoś powie, że dokładnie  to samo zostało powtórzone całkiem niedawno, kiedy to ktoś sobie zażartował z Ryszarda Petru i jego rzekomego Rubikonia i do dziś znaczna część opinii publicznej jest przekonana, że on faktycznie sądził, że Rubikon to koń. Różnica jednak jest taka, że przede wszystkim sam Petru dał naprawdę dużo autentycznych powodów, by tę plotkę potraktować poważnie, no a poza tym ona tak naprawdę nie ma faktycznego wpływu na jego publiczny status. Bez względu na to, czy Ryszard Petru od jutra stanie się czołowym rozgrywającym na politycznej scenie, czy przestanie praktycznie istnieć, przyczyną z całą pewnością nie będzie ów Rubikoń. Ów Rubikoń pozostanie zaledwie jeszcze jednym kłamstwem świadczącym o napięciu, jakie towarzyszy ciągnącej się od lat politycznej walce. Gdy chodzi jednak o Lecha Kaczyńskiego, był moment, i ja go znakomicie pamiętam, kiedy to nic go równie skutecznie nie kompromitowało, jak ów Borubar, i co moim zdaniem mocno przyczyniło się do tego, że on w końcu musiał umrzeć.
      I oto wygląda na to, że i nam udało się stworzyć kłamstwo, które, gdyby tylko atmosfera medialna była bardziej sprzyjająca, a jego ofiara wystarczająco słaba i pozbawiona jakiejkolwiek ochrony, mogłoby mieć siłę rażenia podobną do ówczesnego „Borubara”, a mam tu oczywiście na myśli ów penis prawdopodobnie doklejony przez jakiegoś idiotę do wigilijnego stołu, przy którym zebrali się Szczerba z Petru i Kijowskim. Czemu akurat to kłamstwo mogłoby ich zniszczyć bardziej niż cokolwiek innego? Otóż moim zdaniem, gdyby dzisiejsza władza posiadała choćby część tej kontroli nad propagandą, jaka przez osiem lat, a tak naprawdę znacznie przecież dłużej, była w posiadaniu Platformy Obywatelskiej, i gdyby z owej kontroli chciała korzystać z podobną determinacją, jaka miała miejsce w stosunku do tamtej opozycji, gdyby dziś System postanowił z tej świeczki uczynić symbol podobny do pamiętnego „Borubara”, już dziś byłoby po Szczerbie, Kijowskim, Petru i całej tej menażerii. Ta świeczka by ich rozerwała na strzępy. I nie pomogłoby tłumaczenie, prezentowanie oryginalnego zdjęcia, zapewnienia świadków – połowa Polski, poczynając od kabaretów, przez uniwersyteckie aule, a kończąc na poważnych politycznych dyskusjach przed telewizyjnymi kamerami, z radością waliłaby tą świeczką po łbach biednej i zaszczutej opozycji.
     Ale nie trzeba by było nawet sięgać aż do społecznej atmosfery tamtych dni. Wystarczyłyby choćby te strzępy dawnej agresji, jakie dziś możemy obserwować w telewizji TVN24, by owa świeczka wypełniła swoje zadanie z nie mniejszą skutecznością, niż ta, jaka wciąż święci triumfy w przypadku choćby słynnego „gorszego sortu”.
      Jak mówię jednak, dopóki nie pojawi się oficjalny komunikat wskazujący na ewentualną manipulację, wiemy to co wiemy, czyli to, że wedle przekazanej przez „Wiadomości” TVP informacji, na udekorowanym przez opozycję wigilijnym stole znalazła się świeczka w kształcie penisa, a w tym samym czasie poseł Nitras przeszukiwał torebki posłanek PiS-u. Osobiście mam poważne podejrzenia, że doszło do ciężkiego nadużycia i ta banda idiotów ograniczyła się wyłącznie do zwykłego nagrobnego znicza. A jeśli mam rację, to znaczy, że my się od nich nie różnimy już niczym. Jeśli natomiast faktycznie wśród tej całej hałastry pojawił się w pewnym momencie ktoś, kto uznał, że tę atmosferę można by było nieco rozruszać i postawił im tam tę świeczkę, a oni go stamtąd natychmiast nie wynieśli na butach, to znaczy, że nie ma takiej kary, na jaką oni nie zasługują.
      Czekam z niecierpliwością.


Moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Szczerze zachęcam.

niedziela, 22 grudnia 2013

O przedświątecznej fryzurze ojca Grzegorza Kramera

Zabierając się za pisanie tekstu o Katarzynie Bratkowskiej, kobiecie, która ogłosiła, że zamorduje swoje dziecko, że, aby było zabawniej, zrobi to w Wigilię Bożego Narodzenia, no i że zrobi to tak, by nikt jej nie był w stanie niczego udowodnić, miałem prawdziwy dylemat. Z jednej strony, wiedziałem, że muszę zwrócić uwagę na fakt, że wystąpienie Bratkowskiej to nędzna prowokacja, która właściwie nie warta jest choćby splunięcia, a z drugiej, bałem się, że poza mną i może paroma szczególnie zaczadzonymi tak zwanymi „obrońcami życia poczętego”, na ten występ nikt nie zwrócił uwagi, a ja tylko się niepotrzebnie wychylę.
Tymczasem wystarczy choćby rzucić okiem na Salon24, by wiedzieć, że w tym świętym okresie nie ma praktycznie tematu, który byłby w stanie konkurować z Bratkowską. Nawet Coryllus, człowiek, który wręcz demonstracyjnie unika angażowania się w problemy pozorne, napisał tekst o Bratkowskiej, i nawet to, że on, jako nieomal jedyny z komentujących, zwrócił uwagę na fakt, że ta wigilijna aborcja, to jedynie bezczelna wrzutka Systemu, w dodatku wrzutka z jakąś biedną narkomanką w roli głównej, nie zmienia faktu, że Bratkowska zdecydowanie wygrywa.
Nie byłoby jeszcze tak źle, gdyby większość komentarzy oscylowała wokół przedstawionej na moim, czy Coryllusa blogu, diagnozy, niestety, z tego, co się zdążyłem zorientować, ogromna ich większość ogranicza się albo do potępiania Bratkowskiej, jako przedstawicielki najdzikszego genderyzmu, albo do wznoszenia modlitw za życie tego dziecka, a jej nawrócenie.
I to uważam za prawdziwe nieszczęście. Zbliża się Święto Niepodległości, „Gazeta Wyborcza” ogłasza, że dla Polski zabory okazały się cywilizacyjnym zbawieniem; dobrzy ludzie przygotowują się do tego, by wspominać masakrę w Kopalni Wujek, ta sama „Wyborcza” przeprowadza wywiad z jakimś komunistycznym generałem; przed nami rocznica sowieckiej agresji na Polskę – możemy być pewni, że oni zrobią wszystko, żeby zająć naszą uwagę jakimś skandalem. A teraz ta Bratkowska, jako niezapowiedziany gość przy wigilijnym stole. Co za rozpacz!
Dziś mój kolega Lemming przysłał mi link do bloga nieznanego mi krakowskiego jezuity, nazwiskiem Grzegorz Kramer, na którym uznał on za stosowne zamieścić swój list do Bratkowskiej, skromnie zatytułowany „Do Pani Katarzyny Bratkowskiej”, zaczynający się od słów „Pani Katarzyno! Proszę Panią, jako mężczyzna – niech Pani nie zabija swojego Dziecka”, a kończący się deklaracją, że jeśli ona zechce jednak urodzić to dziecko, on zrzuci habit i je adoptuje.
Otóż ja już pomijam kuriozalność tej oferty. W końcu, jak on sobie dalszy rozwój wypadków wyobraża? Bratkowska, korzystając z krótkiej chwili przytomności, przyjmuje deklarację ojca Kramera, donosi swoją ciążę do przepisowego końca, następnie zostawia to dziecko w szpitalu z przyczepioną do nóżki karteczką „Dla Grzegorza Kramera” i podanym przez niego na blogu numerem telefonu, szpital dzwoni do Kramera, zawiadamia go, że czeka na niego przesyłka, a on wsiada w samochód i odbiera małego Kramera? Przepraszam za ten złośliwie-ironiczny ton, ale mam nadzieję, że wszyscy rozumiemy, że ojciec Kramer nie dał mi zbyt dużego pola manewru.
Jednak nie oto chodzi. Prawdziwy problem nie jest ani w tym, że ów świątobliwy mąż najzwyczajniej w świecie bredzi, ani też w tym, że on bredzi, bo chciał się najnormalniej w świecie podlansować, tyle że mu nie wyszło, ale w tym, że on najwyraźniej jest głęboko przekonany, że ta Bratkowska jest bytem całkowicie autonomicznym i że to, co ona będzie jeszcze prawdopodobnie przez dwa dni powtarzała, to coś, na co ona ma choćby podstawowy wpływ. Mogę się mylić, ale, kiedy czytam list ojca Kramera do Bratkowskiej, nie mogę przestać myśleć, że – choć oczywiście, jak już wspomniałem, wykorzystuje całe zdarzenie wyłącznie do tego, by się nieco podlansować – on wierzy, że Bratkowska jest faktycznie w ciąży i chce dokonać aborcji. A to już jest zmartwienie bardzo poważne.
Ojciec Kramer w pewnym momencie swojego listu pisze „jestem księdzem, od przeszło pięciu lat mam to szczęście ‘słuchać spowiedzi’, to znaczy, że przez cały ten czas mam okazję być świadkiem Bożej Miłości i Miłosierdzia”. I, powiem szczerze, że to oświadczenie robi na mnie wrażenie z jednego względu. Otóż ja jestem głęboko przekonany, że księża – i to księża wszyscy, niezależnie od osobistych niedostatków – właśnie przez to, że spowiadają, i w ten sposób właśnie, jak nikt inny, są nie tylko wiarygodnymi świadkami Bożej Miłości i Miłosierdzia, są też pierwszymi świadkami ludzkiego upadku i zawsze go wyprzedzającego kłamstwa. I oto nagle przed jednym z nich pojawia się jakaś półprzytomna oszustka, w sposób ewidentny nasłana przez ludzi od niej nieskończenie ważniejszych i cwanych, a on ją gotów jest utulić do swojego ojcowskiego serca. Ja rozumiem, że z konfesjonału nie widać za bardzo twarzy, więc ten element mógł ojcu Kramerowi umknąć, no ale przecież on widział zdjęcie Bratkowskiej, widział jej oczy, zamieścił je nawet na swoim blogu. I co? To wciąż za mało? Gdybym był bardziej cyniczny, to bym się pewnie zastanowił, czy ten Kramer to też nie jest jakaś prowokacja.
Pora kończyć. Powiem więc już tylko na koniec, że, bez względu na to, co zrobimy i co powiemy, tegoroczne Święta już i tak mamy z głowy. Oni już je nam zorganizowali, a my nie mamy już żadnego ruchu. List ojca Grzegorza Kramera to sprawa, o ile się nie mylę bardzo świeża, więc jest bardzo możliwe, że do naszego wigilijnego stołu będzie trzeba dostawić dwa, a nie jeden talerz. Dla niej, ale też i dla niego. Ewentualnie możemy faktycznie jeszcze spróbować się pomodlić. Tylko, broń Boże, za nią. Za nas. Już tylko za nas.

Do końca roku księgarnia Coryllusa, gdzie normalnie można kupować książki jego i moje, będzie zamknięta. W związku z okołoświąteczną gorączką, Gabriel najzwyczajniej w świecie nie dał rady utrzymać tego szaleńczego tempa. Ponieważ u mnie panuje jako taki spokój, jeśli ktoś ma ochotę na którąkolwiek z moich książek z podpisem, plus ewentualnie zapis video całego występu o Szatanie, bardzo proszę się zgłaszać na adres toyah@toyah.pl. Jeśli jednak komuś z jakiegoś powodu na książkach nie zależy, bardzo proszę nas wspierać pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...