Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Najsztub. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Najsztub. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 sierpnia 2009

Krajobraz po meczu

We wczorajszej Rzepie, jak to skutecznie zademonstrowałem w moim poprzednim wpisie, najbardziej dla mnie poruszającym tekstem był manifest poparcia dla projektu i osoby Jerzego Owsiaka, przedstawiony przez Igora Janke. A przecież, szczególnie dla kogoś, kto przez cały tydzień był bardzo skutecznie upośledzony, jeśli idzie o dostęp do wszelkiego mainstreamu, wystawiony głównie na odgłosy szczekających psów i gdaczących kur, ponowny kontakt ze światem musi być siłą rzeczy o wiele bardziej efektowny, niż to zapewnia jeden tylko tekst, choćby nawet tak szczególny, jak ten, który się przydarzył panu Igorowi.
Zanim jednak przejdę do tego, co mnie przede wszystkim zmobilizowało do kolejnego wpisu, podzielę się refleksją nie bardzo oryginalną. Myślę, że wiele osób, które, podobnie jak ja, są na co dzień bardzo zajęte polityką, przynajmniej parę razy w zyciu miało okazję zauważyć, jak to wystarczy nawet te kilka dni wyłączenia się, żeby nagle wszelkie proporcje zostały odpowiednio przywrócone. Jak to nagle, człowiek któremu dotychczas wydawało się, ze nie ma nic ważniejszego, niż to, co kto powiedział, kto co temu komuś na to odpowiedział i jak to wszystko zostało skomentowane przez kogoś trzeciego, zauważa, że to było zwykłe złudzenie, najbardziej ordynarny narkotyk, do tego tak zawstydzająco byle jaki. Jak to nie z tego ni z owego, człowiek włącza telewizor, i… mu się po prostu nawet nie chce słuchać.
Pierwszy raz – pamiętam – miałem tego typu doświadczenie, jeszcze za głębokiej komuny. Wyjechałem sobie na półtora miesiąca poza Polskę i było to, proszę sobie wyobrazić, lato roku 1980, i kiedy wróciłem pod koniec sierpnia, potrzebowałem naprawdę kilka dobrych dni intensywnego ‘wciągania’, żeby się zainteresować chociaż, czy ten gość to Walesa, czy jakoś może inaczej. Oczywiście później ta cała polityczna szajba mi wróciła i to bardziej niż sam tego chciałem. I tak to już trwa.
W niedzielę wieczorem wróciłem ze wsi i nawet mi się nie chciało włączać telewizora. W poniedziałek zapomniałem kupić gazetę. Dopiero wieczorem, włączyłem mój ukochany TVN24,by po pięciu minutach telewizor zgasić. Jednak zauważyłem cos nowego. Otóż nie chodziło o to, że gadał Bugaj z Lityńskim i mnie to znudziło. Ani o to, że przy kolejnej próbie z kolei Szejnfeld z Jakubiak się tam o coś spierali, a ja nie wiedziałem, o co. Problem polegał na tym, że ja po raz pierwszy w ogóle, z taka intensywnością zauważyłem, że oni siedzą naprzeciwko siebie i się zwyczajnie nienawidzą. Mało tego. Przyszło mi w pewnej chwili do głowy, że nawet jeśli ta nienawiść jest jedynie złudzeniem, to jest to złudzenie bardzo starannie wykreowane. Że ta wojna, która się toczy od kilku lat, a zaczęła się jeszcze w czasie kampanii przed wyborami 2005, ma bardzo dokładnie zaplanowany charakter i z góry ustalony przebieg. A jej dominującą cechą jest czy to zimna nienawiść, czy może pogarda, czy zaledwie szyderstwo, jednak o jednym tylko kierunku – w górę. I jeszcze coś. To wojna, która musi być taka i nie może już być inna, bo straci cały swój sens. Bo jeśli osłabną te emocje, to pozostaną już tylko argumenty. A to dla tych, którzy tę wojnę rozpętali, będzie oznaczało koniec. I jest to prawda, którą znają wszyscy uczestnicy tego starcia, włącznie z tzw. wolnymi mediami i z całym tym popkulturowym zapleczem, które zawsze wtedy, gdy pojawi się groźba zwykłej, tradycyjnej debaty, wezmą sprawy w swoje brudne ręce i nakręcą ten stary, tak dobrze nam znany rechot.
Nie byłem oczywiście na Przystanku Woodstock i o tym, co się tam działo, wiem tylko ze szczątkowych relacji. Między innymi właśnie Igora Janke we wczorajszej Rzepie. Pisze on, że ci piękni młodzi, których, w ramach jakże potrzebnej edukacji politycznej, zebrał wokół siebie Owsiak, podczas spotkania z Tadeuszem Mazowieckim, Lechem Wałęsa i – co nie powinno być przegapione – Piotrem Najsztubem, „zadawali gościom wiele trudnych pytań – np. Wałęsę indagowano o jego współpracę z SB”. Pewnie było tak jak pisze Janke. Nie będę się spierał. Nie wiem. Wiem natomiast świetnie, jak się to pełne trudnych pytań indagowanie skończyło. Piotr Najsztub, człowiek, który nie tak jeszcze dawno, tuż po tragicznej śmierci Jorga Haidera, miał okazję publicznie wyrazić żal, ze w Polsce nie dochodzi do tak skutecznych rozwiązań, jak w Austrii, z pewnością zadbał o to, żeby nie było nudno. Bo w momencie jak to koło przestanie się kręcić, ono natychmiast , w jednej sekundzie, zarośnie rdzą. Taki ewenement.
A to że sytuacja jest już bardzo dramatyczna, widać jak na dłoni. I tu mogę wrócić do tych informacji z wczorajszej Rzepy, do której się wciąż odwołuję. Czytam mianowicie, że jeden ze sztandarowych projektów Platformy Obywatelskiej, czyli uzawodowienie polskiej armii, wszedł w druga fazę, czyli, po ostatecznej likwidacji poboru, zachęcani przez rządową akcję promocyjną młodzi mężczyźni zaczęli się gremialnie zgłaszać do wojska. I cóż się okazuje? O żadnej pracy żaden z nich nie ma co marzyć. Bo jest bieda, nie ma pieniędzy, a więc nie ma mowy o żadnym wojsku. Artykuł w Rzeczpospolitej jest bardzo oszczędny w sensie komentarza. Goła informacja, suche fakty. Koszary sa puste, nie ma pieniędzy, nie ma pracy. A ja sobie tylko dopowiadam. Rozumiem, że nie ma wojska. Polska najprawdopodobniej została jednym lekkim gestem pozbawiona armii. I niech mi nikt nie mówi, że z tego co mówię bije nienawiść. O nie. Nienawiść się dopiero pojawi, gdy się dowiem, że jestem głupim pisiorem.
I oto drugi tekst, z tej samej Rzepy. Okazuje się, że właściwa prokuratura ostatecznie umorzyła śledztwo w tzw. sprawie podsłuchów. Doniesienie, w harmonii z ówcześnie panującą atmosferą, na początku rządów Platformy Obywatelskiej, złożył w tej sprawie szef ABW Krzysztof Bondaryk. Dziś prokuratura twierdzi, że żadnych nielegalnych podsłuchów nie było. I koniec. Kropka. O ile sobie dobrze przypominam, nie zostało już nic więcej. Laptopy, porażone radioaktywnością pielęgniarki, karty kredytowe, nawet Cezary Michalski, który – pamiętam do dziś – pisał, ze nikt nie będzie płakał po CBA, już jest poza systemem. Rzepa publikuje informację o umorzeniu, w drobnej notce, na piątej stronie, w dolnym rogu, a wieczorem w telewizji TVN24, Marek Siwiec – ot tak, przy okazji i od niechcenia – rzuca jeszcze raz jakąś uwagę o tym, że PiS nieustannie podsłuchiwał polityków.
A ja to właśnie nazywam wygasaniem starcia, prowadzonego przez niemal 5 lat, przy użyciu najbardziej brutalnych i bezwzględnych środków. Starcia, którego inżynierowie, dla interesów pewnej, nie tak przecież wielkiej grupy, ale za to bardzo, bardzo mocnej, w rzeczywistości gotowi byłi zniszczyć duszę całego pokolenia i doprowadzić do czegoś, co ja bym nazwał kulturową wojną domową. Zaczynają wygrywać fakty. I choć, niestety wciąż pozostaje dysząca nienawiść - niezaspokojona, zawiedziona, wciąż bardzo spragniona ofiar – to już zmieniająca się w soją własną karykaturę. I zupełnie bezradna.
A nam pozostaje się tylko w spokoju odrodzić.

wtorek, 22 kwietnia 2008

Z brzytwą na społeczeństwo

Nie czytam magazynu o nazwie “Press”, ale czytam Rzeczpospolitą i Salon24, więc dowiedziałem się właśnie, że grupa dziennikarzy oficjalnie uznała, że ich obowiązkiem jest zrobić wszystko by Kaczyński nie powrócił do władzy.
Jak relacjonuje przekaz "Press", Rafał Ziemkiewicz, dziennikarz nazwiskiem Najsztub poinformował, że media uznały ekipę Kaczyńskiego za “niebezpieczną”, dziennikarz nazwiskiem Baczyński z kolei podał informację, że PiS-u nie wolno traktować jak “każdej innej partii”, a jeszcze inny dziennikarz, nazwiskiem Władyka dodał, że Polska powinna “powstrzymać powrót PiS-u do władzy”.
Wymienione wyżej osoby są powszechnie znane i w pewnym sensie stanowią mainstream polskiego dziennikarstwa. Tym bardziej, wszystko co piszą, lub mówią ci panowie, nie jest jakąś tam paplaniną, lecz głosem środowiska.
I ten właśnie głos środowiska mnie martwi. Martwi mnie jednak nie dlatego, że panowie Najsztub, Baczyński i Władyka nienawidzą PiS-u, boją się PiS-u, uważają, że PiS powinien zniknąć ze sceny i w związku z tym prowadzą na rzecz tej swojego przekonania propagandę.
Osobiście nie uważam, żeby tego rodzaju zaangażowanie przynosiło chlubę jakiemukolwiek dziennikarzowi, ale pal licho. Chcą, niech sobie piszą. Ja ich nie zatrudniam, nie ja im płacę.
Problem, o którym chcę pisać polega na tym, że panowie Najsztub, Baczyński i Władyka nie tylko prowadzą swoją wojnę, ale że wzywają Państwo Polskie do przyłączenia się do tej wojny.
Panowie Najsztub, Baczyński i Władyka uznali, że demokracja jest ułomna i akt wyborczy nie wystarczy do tego, by zapewnić odpowiednią dbałość o stan Państwa. Tym samym uznali oni, że nie tylko należy wyeliminować ze sceny politycznej jedną z partii, ale również część społeczeństwa należy pozbawić prawa wolnego wyboru.
Bo cóż oznaczają apele panów Najsztuba, Baczyńskiego i Władyki? Sens ich wystąpień jest taki – jeśli dobrze go rozumiem – że polityczna działalność Jarosława Kaczyńskiego stanowi tak wielkie zagrożenie dla ładu państwowego, że należy zorganizować pospolite ruszenie na rzecz oczyszczenia kraju z tego typu jednostek. I nie drogą wyborczą, ale drogą zmasowanej i zorganizowanej propagandy.
Nie drogą wyborczą, ale – proszę zauważyć – też nie drogą prawną. Bo wydawałoby się, że cóż bardziej prostego? Wystarczyłoby napisać wniosek o zdelegalizowanie PiS-u, odpowiednio go uzasadnić , zgłosić ów wniosek do odpowiednich instytucji, i ze spokojem czekać na decyzję.
Panowie Najsztub, Baczyński i Władyka dobrze jednak wiedzą, że PiS-u nie da się zdelegalizować. I to nie dlatego, że sądy są w rękach faszystów, a Sejm, podobnie, opanowany jest przez wrogów prawa i sprawiedliwości. PiS-u nie da się zdelegalizować, a wyborców PiS-u pozbawić praw wyborczych, bo nie ma do tego podstaw. Wiedzą oni bardzo, że sprawa zaczyna się i kończy na tym, że oni, podobnie jak pewna część społeczeństwa, nienawidzą Kaczyńskiego, i na tym koniec.
Powtarzam raz jeszcze. Nie chodzi o to, że Najsztub wraz ze swoimi kolegami uprawiają propagandę przeciwko jednej partii i części społeczeństwa. Nie chodzi o to, że wzywają oni społeczeństwo do niegłosowania na PiS. Niech sobie dalej apelują. Oni jednak wiedzą, że prawdopodobnie te apele nie przyniosą już efektu. A w związku z tym proponują zjednoczenie tzw. służb medialnych (a może właściwie wszystkich możliwych służb; w końcu cel jest wielki) do propagandowego zniszczenia tej części społeczeństwa.
Jaki więc z tego wniosek? Wniosek jest taki, że panowie Najsztub, Baczyński i Władyka chcą przeprowadzić pewną operację polityczną na poziomie pozaprawnym. Korzystając ze swojego szczególnego umocowania w domenie publicznej, chcą wykorzystać to swoje umocowanie do pozbawienia jednej partii i znacznej części społeczeństwa prawa wyborczego.
I jeszcze coś. Z działań panów Najsztuba, Baczyńskiego i Władyki wynika jednoznacznie, że stanowią oni zagrożenie dla ładu państwowego, ładu społecznego i dla podstawowych praw obywatelskich. I gdybym miał czas i ochotę, to pewnie bym podał ich trzech do sądu.
Pewnie bym przegrał. W końcu sądy są jeszcze na tyle cywilizowane, że nie zdelegalizują partii politycznej ot tak sobie, ale niestety nie na tyle cywilizowane, żeby wziąć trzech takich dziennikarskich chuliganów, jak Najsztub, Baczyński i Władyka za kołnierz i starannie nimi potrząsnąć.
Ale zawsze jakąś satysfakcję bym miał.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...