Posty

Wyświetlanie postów z październik, 2008

Wygrać i nie spłonąć w piekle

Ciekawy jestem, czy dziś jeszcze ktoś w ogóle to pamięta. A jeśli nie pamięta, czy uwierzy. Prawda jest jednak taka, że po wyborach w roku 1991 do naszego Sejmu weszło 29 (słownie - dwadzieścia dziewięć) ugrupowań. Oczywiście, nie wszystko to były partie polityczne w sensie powszechnie obowiązującym. Wiele z tych grupek i towarzystw, to były najróżniejsze związki, koalicje, sojusze i ruchy, ale też nie da się ukryć, że te właśnie niby to struktury miały w tak rozdrobnionym Sejmie pozycje niekiedy decydującą. Był to dziwny Sejm. Najsilniejsza partia - Unia Demokratyczna - zdobyła w wyborach 12,32% głosów i uzyskała 62 mandatów. 16 miejsc zajęło coś, co zechciało się nazwać (albo może tylko zgodziło się nazwać) Polską Partią Przyjaciół Piwa. 60 mandatów dostali komuniści. Do Sejmu dostały się trzy ugrupowania chłopskie. Był tam też UPR i tak zwana Partia X. I7 mandatów miała Mniejszość Niemiecka. Był też w Sejmie reprezentowany przez dwóch przedstawicieli Ruch Autonomii Śląska. Było stos

Czas na chwilkę optymizmu

Możliwe, że ktoś mi zarzuci obsesję, ale trudno. Nie mam wyjścia. A wszystko wcale nie przez to, że zanim z samego rana otworzę oczy, pod powiekami jeździ mi na wrotkach Ludwik Dorn. Nie. Problem polega na tym, że zanim otworzę oczy, pod moimi powiekami mam wyłącznie nocne niebo i rój gwiazd, a Ludwik Dorn pojawia się dopiero wówczas, jak otworzę pierwszą lepszą gazetę, albo zajrzę do Internetu. Więc nawet jeśli cierpię na swego rodzaju obsesję, to niewątpliwym współwinowajcą jest Ludwik Dorn i jego medialna - bo już naturalnie nie polityczna - nadaktywność. A mogło być tak przyjemnie. Nie kupuję Dziennika Polska, nie czytam, go i nie śledzę losu tej zapewne bardzo interesującej gazety, więc nawet nie wiedziałem, że w weekendowym wydaniu wystąpił właśnie były już pisior, Ludwik Dorn z bardzo długim i niezwykle bogatym w treści wywiadem. Ale kompletnym przypadkiem, dowiedziałem się wczoraj właśnie, że jest tam ta szczególna wypowiedź, pogrzebałem w sieci, no i jestem znów cały dla W

No to po jednym za pomyslność obywateli... i dość!

Miałem nadzieję, że mój kolejny wpis, przez to, że jubileuszowy, będę mógł poświęcić czemuś, jeśli już nie pięknemu, to przynajmniej ważnemu. Odpuściłem więc pobyt Tuska w Chinach. Odpuściłem jego nędzny powrót. Odpuściłem nawet wczorajsze ‘specjalne', kompletnie dla mnie kuriozalne, wydanie Kropki nad i z piosenkarką Peszek. I cały czas liczyłem, że nagle pojawi się coś, co możliwie najzgrabniej dopasuje się do okazji. Nie doczekałem się. Obejrzałem dziś kolejną Olejnik, jednak już nie z Peszek, tylko z Rafałem Grupińskim - ministrem w kancelarii Premiera. I już wiedziałem, że zabawa nie nastąpi. Pozostanie szary, obezwładniający smród, czystego, zwyczajnego kłamstwa. Za to będzie krótko. Redaktor Olejnik, po zwyczajowym przekomarzaniu się na tematy ogólne, spytała Grupińskiego o to, czy Tusk spotka się z Dalaj Lamą. Kiedy po kolejnej odmowie udzielenia konkretnej odpowiedzi, Grupiński - postawiony pod ścianą - zaczął coś bredzić o tym, że on za komuny bardzo szanował Dalaj Lamę

Czyżby nic tu po nas, Krzysztofie?

Z przykrością ostatnio zauważam, że moje życie intelektualne spadło do tak niskiego poziomu, ze nie jestem w stanie wymyślić jednej rzeczy, o której mógłbym uczciwie powiedzieć, że jest całkowicie moja, albo że jest moja choćby w znacznej większości. Wszystko, co mi przychodzi do mojej biednej głowy, jest wynikiem tego, że albo coś usłyszałem, albo coś przeczytałem, i to coś zainspirowało mnie na tyle, że mogę zaryzykować na ten temat jakąś refleksję. Co gorsza, czasem jest tak, że jeśli już napisze coś, co wynika z czysto cudzej inspiracji, to już następna myśl, jaka się pojawi na rozpościerającym się przede mną horyzoncie, jest zainspirowana tym moim wcześniejszym tekstem. Wychodzi więc na to, ze niekiedy upadam tak nisko, ze parodiuje samego siebie. Dziś jest podobnie. Przeczytałem właśnie najnowszy tekst Krzysztofa Wołodźki, który mi się bardzo spodobał, oczywiście natychmiast umieściłem tam swój komentarz, i od razu pomyślałem, że jeszcze mógłbym coś na ten temat dorzucić, a późni

A Simple Story

Jak się zdaje, sprawa konfliktu między Ludwikiem Dornem, a jego partią, a ostatnio, fakt usunięcia Ludwika Dorna z ugrupowania, które współtworzył i które przez wiele lat wspierał, wciąż prowokuje kolejne pytania i jeśli tak dalej pójdzie, niewykluczone , że już wkrótce Discovery Channel wyprodukuje kolejny odcinek serialu zatytułowanego Niewyjaśnione zagadki XXI wieku. Póki co jednak, dyskusja toczy się na poziomie spekulacji czysto amatorskich i - jak się zdaje - ile głosów, tyle opinii. Można jednak w tym zgiełku wyłapać pewne tendencje i spróbować je jakoś uszeregować. Ogólnie rzecz biorąc, część opinii publicznej twierdzi, że Ludwik Dorn padł ofiarą swoich błędów i jego usunięcie z partii jest tylko jego winą, a druga grupa jest przekonana, że Ludwik Dorn runął pod ciężarem chorej sytuacji wewnątrz swojej partii, antydemokratycznych procedur i tyranii jednej osoby i tak zwanej świty. Dziś jednak, wśród komentarzy na swoim blogu, znalazłem opinię malviny, która sugeruje możliwość i

Uwaga: totalitaryzm!

Przy okazji wyrzucenia Ludwika Dorna z partii, zgodnie z przewidywaniami, powrócił temat, a razem nim dyskusja na temat systemów totalitarnych, faszystowskich, dyktatorskich, autorytarnych, a nawet - zwyczajnie - przestępczych. Chodzi naturalnie, nie o Dorna, ale o Jarosława Kaczyńskiego i ogólnie o PiS. Chodzi o to, że Ludwik Dorn został wyrzucony z PiS-u, bo PiS jest sektą, która swoich członków i sympatyków doprowadza do takiego stanu otępienia, że po bardzo krótkim czasie, niemal każdy z nich zostaje tchórzem i lizusem, a przede wszystkim traci rozum i umiejętność podejmowania decyzji. Co więcej, po paromiesięcznym praniu mózgów, które Jarosław K. wspólnie z Przemysławem G. i Markiem K. urządzają, dobrym w gruncie rzeczy, ludziom większość nich nabiera przekonania, ze jest im w partii dobrze i że prezes partii jest prezesem dobrym i skutecznym. Większość więc, jak mówię, ulega tym wymyślnym technikom manipulacyjnym, ale nie wszyscy. Jednym z tych, którzy się oparli urokowi preze

demokraci.com

Kiedy powstała, już chyba dziś nieistniejąca, partia o cudacznej nazwie demokraci.pl, i ogłosiła narodowi, jak się wabi, większość komentatorów śmiała się i szydziła przede wszystkim z formy, jaką twórcy ugrupowania uznali za powabną, ale też z samej zawartości tego opakowania. Śmieszne bowiem bardzo było to, że te wszystkie wielkie, wręcz ikonowe, nazwiska, takie jak Lityński, Geremek, Frasyniuk, Mazowiecki, Wujec, Onyszkiewicz i kto tam jeszcze się wybrał, podejmują kolejną próbę zaistnienia na scenie politycznej, tym razem, jako kompletnie nieokreślona frakcja Komunistycznej Partii Polski, i to z tak kiepskim alibi. Ja się też śmiałem, jednak absolutnie ani nie z tego, że ktoś im tam wybrał tak głupkowatą nazwę, ani nawet z tego, że w swojej desperacji zawędrowali ci wieczni bohaterowie pod czerwone strzechy. W końcu ludzie, którzy tworzyli to środowisko i którzy to środowisko wspierali intelektualnie, nigdy nie byli zbyt inteligentni, a z kolei dążenie polityka nieważnego do teg

Pawana na odejście Ludwika Dorna

No i już jest po Dornie. Wprawdzie były wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości tłumaczy, że to tylko sytuacja przejściowa, że on „tu jeszcze wróci", że on jest tylko „na wygnaniu", ale o tym, że - jak mówię - już po Dornie, wiedzą już wszyscy, tylko nie sam zainteresowany. I jest to oczywiście bardzo dziwne, bo, jak słusznie zauważają wszyscy komentatorzy, od lewej do prawej, Ludwik Dorn, to najjaśniejsza może gwiazda na intelektualnym firmamencie polskiej polityki. Głupio więc to wygląda, kiedy wszyscy wiedzą, a on nagle nie. Jest więc już po Dornie i - szczerze powiem - że, choć nie jest mi bardzo smutno, to popadłem w nastrój refleksyjny, bo dużą część moich politycznych emocji zawsze jakoś wiązałem z Ludwikiem Dornem, cieszyłem się ze słów, które wypowiadał i dumny byłem ze wsparcia, jakiego swoją błyskotliwą duszą udzielał mojej partii. Poświęcam więc mu swój dzisiejszy wpis, żeby jakoś uczcić ten jego ostateczny upadek, a z drugiej strony, żeby podumać nad paroma rzeczami.

Czy ktoś się przestraszył smierci sprzed lat?

Pamiętam bardzo dobrze dzień, kiedy dowiedziałem się, że ksiądz Popiełuszko zaginął. Pamiętam znakomicie moje pierwsze myśli, że to ewidentna robota komunistów, a później pamiętam, jak nadeszła wiadomość, że już wiadomo, że Ksiądz nie żyje i że został zamordowany przez milicjantów. To były niezwykłe czasy. Po raz pierwszy zdarzyło się, że milicja zamordowała człowieka i że ten fakt został publicznie ujawniony. Podobnie jak wielu innych ludzi, z jednej strony oczywiście płakałem nad losem Księdza, nad Jego cierpieniem, a z drugiej jednak miałem satysfakcję, że system po raz pierwszy ‘zwalił' robotę i że będą teraz musieli się wykręcać, kombinować, kłamać, że będą mieli kłopoty i żeby nie wiem co wymyślili, to oficjalnie już będzie wiadomo: ten system morduje niewinnych ludzi. Ale było coś jeszcze. Była ta nieznośna myśl, i na samym początku tej historii, ale zwłaszcza już później, podczas tego przedziwnego, transmitowanego przez komunistyczną telewizję procesu trzech milicjantów i i

Chwin

Jestem pewien, że wśród osób, które czytają ten tekst, znajdzie się dość dużo takich, którzy się od razu zechcą spytać, że a cóż to za okazja, że lokalny autor, jakim jest Stefan Chwin, zasługuje, żeby odnotowywać jego istnienie tak, jak się to robi w przypadku ludzi-ikon. Nazwisko i kropka. Jest jednak tak, że Chwin jest pisarzem utalentowanym, o pewnej, niewzruszonej pozycji, i - nie da się ukryć - że na tym naszym, polskim rynku wykazuje pewną wybitność. To jest troszeczkę tak, jak z innymi przedstawicielami kultury popularnej. Mówimy „Kondrat", „Cichopek", „Wiśniewski", to i możemy mówić „Chwin". Oczywiście, ja zdaję sobie sprawę, że Stefan Chwin to nie Ich Troje, ani pod względem talentu, ani - tym bardziej - tak zwanego sukcesu komercyjnego, niemniej w jakimś tam wymiarze, jest on częścią polskiej oferty kulturalnej, więc zasługuje na to, żeby mówić o nim „Chwin". Skąd mi ten Chwin wpadł do głowy? Otóż posłyszałem o nim ostatnio dwa razy. Raz w formie

Ernest Skalski kontra Lech Kaczyński 0:3

W ciągu kilku ostatnich dni wydarzyło się parę rzeczy, które ostatecznie sprowokowały mnie do tego, żeby bardziej szeroko zająć się postacią prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a może nawet bardziej niż postacią - problemem Lecha Kaczyńskiego. Wydaje mi się, że nasz prezydent zasługuje na kilka normalnych, uczciwych słów zarówno ze względu na to, że jest prezydentem, czyli kimś jednak bardzo ważnym w historii kraju, ale również ze względu na swój indywidualny wymiar, który - w moim odczuciu - jest absolutnie wyjątkowy. Ale, jak mówię, bezpośrednią przyczyną tego, że dziś piszę o Lechu Kaczyńskim jest seria wydarzeń bardzo bieżących i w gruncie rzeczy bardzo lokalnych, które jednak mają tę siłę, że dźwięczą na tyle irytująco, że dopóki się coś z nimi nie zrobi, będą drażnić zmysły. Więc robię. Proszę posłuchać. Lech Kaczyński nie wygrał wyborów prezydenckich, jako tak zwana 'wrzutka'. Kiedy zgłosił swą kandydaturę, oczywiście nie wiadomo było, czy ostatecznie zostanie tym prezydentem