Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jędze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jędze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 sierpnia 2011

Nie dla łajz

Jak już wspomniałem przy okazji poprzedniego wpisu, miniony weekend spędziłem głównie w zachodniej Ukrainie, przy samej naszej granicy. Ponieważ pani przewodnik była bardziej niż klasyczną idiotką, na zwiedzanie Sambora, Truskawca i Drohobycza mieliśmy przydzielone jakieś 90 minut, natomiast większość dnia spędziliśmy na zaciskaniu pęcherzy i przełykaniu z głodu śliny w, co trzeba przyznać bez awantur, bardzo wygodnym autokarze. Biorąc jednak pod uwagę, że jakimś cudem udało nam się zdążyć na pociąg z Sianek do Wołosianki, można powiedzieć, że misja została spełniona. O tym jednak, zgodnie zresztą z zapowiedzią, za parę dni. Dziś będziemy rozprawiać o łajzach.
Nie bardzo dziś już pamiętam, co stanowiło początek tamtej rozmowy, ale stało się jakoś tak, że w pewnym momencie nasza koleżanka Marylka postawiła następujący problem: Skoro pewien typ kobiety określamy jako „jędza”, jak można określić analogiczny typ mężczyzny. Ponieważ kwestia wydała mi się interesująca, pomyślałem nad tym przez chwilę i doszedłem do wniosku, że, chociaż męskie jędze jak najbardziej istnieją i są nawet dość łatwe do opisania, wydaje się, że dotychczas nie została dla nich wymyślona odpowiednia nazwa. A więc ograniczyłem się jedynie do tego, by narysować typ mężczyzny, który, w momencie gdy jest głodny, zaczyna jęczeć, że go boli głowa i stwierdzić, że chyba faktycznie odpowiedniej dla niego nazwy dotychczas nie wymyślono. A więc z tego wszystkiego, została tylko ta jędza i jej głodny i obolały męski odpowiednik.
I proszę sobie wyobrazić, na pomoc nam przyszła pani Toyahowa. I to w momencie jak najbardziej nieoczekiwanym, a mianowicie podczas wspomnianej sobotniej wycieczki na zachodnią Ukrainę. A było tak, że w autokarze, który we wczesny sobotni ranek zabrał nas z Przemyśla do Drohobycza, równolegle do nas siedziała pewna pani z pewnym panem, jak się później dowiedzieliśmy, z miasta Łodzi. Ludzie tak trochę pewnie po trzydziestce, pani bardzo ładna, trochę pulchna, smutno uśmiechnięta, a pan wysoki, postawny, jak na moje oko – przystojny, w krótkich spodniach, i w ogólnie wycieczkowym nastroju. Siedzieli spokojnie, praktycznie ze sobą nie rozmawiając, głównie z powodu takiego, że pan albo jadł, przyrządzone mu zapewnie przez żonę, bułki z czymś w środku, albo spał. A więc on spał, budził się, mruczał że strasznie długo trwa ta podróż, ona dawała mu kolejną bułkę, on ją jadł, a ona, tym swoim smutnym spojrzeniem, patrzyła w okno. On zasypiał, a ona dalej patrzyła przez okno na mijane przez nas wręcz bajeczne cerkiewki.
Warto opowiedzieć o sposobie, w jaki on spał. Otóż, ponieważ był, ogólnie rzecz biorąc, duży, nogi miał wystawione w stronę przejścia, a jego reszta zachowywała się, jak reszta małego dziecka, które śpi na rękach u mamy. A więc, krótko mówiąc, kiedy spał, w pewien szczególny sposób – zwisał. To w tę, to w tamtą stronę. A czasem jakoś tak do przodu i w bok. I kiedy wydawało się, że on już się odpowiednio dużo wyspał i zjadł odpowiednio dużo tych bułek, i w związku z tym będzie miał siłę do dalszej podróży, okazywało się, że on jest coraz bardziej zmęczony. Budził się więc raz za razem z tego swojego dziecięcego snu i zaczynał płaczliwym głosem jęczeć, że on się źle czuje i jest zmęczony. Na co jego smutna żona pytała go czy zjesz może, Sławku, bułeczkę, albo, czy może chciałbyś, Sławku, włożyć sobie pod głowę polara, na co Sławek odpowiadał, że on chyba się prześpi, a jak idzie o polara, to chętnie.
W końcu nastąpił kryzys i ponieważ Sławek zaczął umierać ze zmęczenia („Bardzo źle się czuję, naprawdę bardzo źle się czuję”), przeniósł się wraz ze swoim polarem na tył autokaru, gdzie było więcej miejsca i tam się rozwalił do snu, gdzie już właściwie pozostał do końca podróży, zostawiając swoją żonę samą przy tym oknie, od czasu do czasu tylko odnajdującą go tym swoim smutnym wzrokiem, jakby chciała sprawdzić, czy on jeszcze żyje. Oczywiście te wszystkie okresu snu, jedzenia bułek i narzekania były przerywane krótkimi okresami spędzonym poza autokarem, a przeznaczonymi na zwiedzanie, kiedy to Sławek mógł sobie zapalić papierosa i z tym papierosem w palcach szukać swojej żony, krzycząc za nią: „No, gdzie jesteś?”, na co ona nieodmiennie odpowiadała mu „Nie bój się, Sławku. Jestem tutaj”. Stało się w pewnym momencie jednak też tak, że autokar zatrzymał się gdzieś między jednym a drugim miasteczkiem, przy jakimś przydrożnym – dość, trzeba przyznać eleganckim – motelu, byśmy mogli wreszcie coś zjeść. Był to moment zaraz po tym, jak Sławek przeniósł się na koniec autokaru i tam umarł. Okazało się, że owa śmierć zrobiła mu bardzo dobrze, bo wyszedł na zewnątrz w bardzo dobrym nastroju, i, gadatliwy jakby się czegoś najadł, chodził od jednego do drugiego, informując wszystkich, że się dobrze wyspał, i teraz w sumie jest bardzo dobrze, i że ostatecznie bardzo mu się na wycieczce podoba.
Wprawdzie to jest bardzo nie na temat, ale muszę powiedzieć parę słów o tym motelu. Otóż całość budynku, jak mówię, dość eleganckiego, stanowił motel, na dole była duża restauracja – akurat z jakiegoś powodu nieczynna – a obok, jak głosił szyld, tak „Bar”, do którego jakaś pani, którą znaleźliśmy w restauracji, nas skierowała. Jak już całą kupą zeszliśmy do tego baru, dwie dziewczyny plus kucharka, która zaciekawiona wynurzyła się z kuchni, najpierw nas poinformowały, że na szybko można dostać tylko trzy rodzaje zupy, natomiast na drugie danie trzeba będzie poczekać. Kiedy powiedzieliśmy, że nic nie szkodzi, poczekamy, dziewczyny powiedziały nam, że właściwie to jest tylko zupa, a gdy okazało się, że niech już będzie ta zupa, okazało się, że zostały już tej zupy zaledwie trzy porcje. W tej sytuacji trzy pierwsze osoby w kolejce poprosiły zupę, a reszta piwo lub kawę i tak wszyscyśmy zasiedli przy stolikach na zewnątrz.
Sławek wciąż jednak był wniebowzięty. Siedział obok mnie, jadł przyniesioną mu przez swoją smutną żonę bułkę, popijał ją przyniesioną mu przez żonę wodą mineralną, i wciąż powtarzał, że jest świetnie, bo się dobrze wyspał, i w sumie wycieczka mu się bardzo podoba. Żeby jakoś nawiązać rozmowę, powiedziałem mu, że owszem, jest super, a byłoby jeszcze lepiej gdyby pani przewodnik nie była taka durna. Okazało się, że on nic nie zauważył, więc mu wyjaśniłem, że chodzi mi o to, że na zwiedzanie tych trzech miasteczek można było zorganizować więcej czasu, niż po pół godziny, że skoro ona koniecznie chciała nam coś wciąż opowiadać, a musiała czytać wszystko z przewodnika, mogła przynajmniej nie wchodzić na strony na chybił trafił, no i przede wszystkim zorganizować odpowiedni czas na sikanie, na jedzenie i na zwiedzanie, a nie narzekać wciąż na to, że mamy strasznie mało czasu i że jeśli ktoś chce siusiu, to możemy się tu zatrzymać i wysikać za tym oto krzaczkiem, lub przystankiem.
I wtedy Sławek powiedział coś, co mnie autentycznie zamurowało i, jeśli ktoś mi nie wierzy, że to prawda, mogę tu złożyć uroczystą przysięgę, że nic nie zmyślam. Otóż, kiedy skończyłem, Sławek pokiwał znacząco głową, wydął wargi w szyderczym uśmiechu i powiedział: „No tak. Z babami już tak jest”.
Właściwie ten moment jest tak moim zdaniem mocny, że on już praktycznie kończy tę historię, ale muszę jeszcze dodać, już tylko dla porządku, że na samej granicy, po sam wieczór, kiedy – zgodnie z polsko-ukraińską tradycją sprawy się nieco wydłużały, w pewnym momencie Sławek się właściwie pobeczał („Dlaczeeeeego? No, dlaczeeeeego oni nas tak traktują?”) i z tych nerwów spadła mu z palca obrączka, którą następnie, chlipiąc i sapiąc, zaczął na czworakach szukać po ciemku na podłodze. Wspominam, jak mówię, o tym, dla porządku, ale jeszcze z jednego powodu. Otóż to własnie wtedy pani Toyahowa nachyliła mi się do ucha i szępnęła: „Ależ to łajza”. I oto właśnie chodzi. Ten facet to łajza, droga Marylko. Męskim odpowiednikiem jędzy jest łajza. I sam już nie wiem, co gorsze.
Jak wszyscy wiemy, blog który przed nami, to blog polityczny i nie trzeba zbyt wielkiej przenikliwości, żeby zauważyć, że ten wpis z polityką ma wspólnego – jak to kiedyś śpiewał mistrz Młynarski – niewiele zgoła. Jednak pragnę uspokoić bardziej spanikowanych czytelników. Polityka ma to do siebie, że wciśnie się wszędzie. Piszę więc ten tekst, a z tyłu głowy szumi mi najświeższa informacja o tym, że europoseł Platformy Obywatelskiej Protasiewicz właśnie się pobeczał, że on już nie może znieść tego, jak PiS wciąż powtarza, że Platforma źle rządzi. Że to jest potwarz i obelga, w dodatku nieprawdziwa, i Platforma tego tak zostawić nie może. I w związku z tym, oni w trybie wyborczym pozwą PiS do sądu o to, że ogłasza nieprawdziwe informacje, jakoby Platforma Obywatelska była do bani. A ja sobie myślę, że ten Protasiewicz to – wbrew temu, co wielu z nas ma skłonność sądzić – ani mason, ani gangster, ani jakiś drobny lewus z Wałbrzycha To jest zwykła łajza. Zwykła, ordynarna łajza. Ale przecież nie tylko on. Jestem głęboko przekonany, że fenomen Platformy Obywatelskiej tak naprawdę polega na tym, że oni stanowią pierwszą od czasów Unii Wolności polityczną formację grupującą wyłącznie albo jędze, albo łajzy. Albo takie Pitery, albo takich Protasiewiczów. Jestem przekonany, że gdyby tak ich wszystkich wsadzić do autokarów i wysłać na wycieczkę po pięknej, zielonej, zachodniej Ukrainie, to wszyscy oni spędziliby ten czas na spaniu, jęczeniu i wpieprzaniu bułek z masłem i z serkiem, które im na podróż przygotowały ich dupowate żony i równie dupowaci mężowie. Czyż nie mam racji?
Jeśli ten tekst kogoś dobrze nastroił, a może nawet rozbawił, bardzo mi jest miło. A będzie mi jeszcze lepiej, jeśli z tej okazji ktoś zechce kupić moją książkę, która tuż obok czeka by tylko w nią kliknąć, lub wspomógł nas finansowo pod podanym też tuż obok numerem konta. Dziękuję.
A już na sam koniec, wszystkim prawdziwym kobietom i mężczyznom z Prawa i Sprawiedliwości, dedykuję cover słynnej piosenki Jamesa Browna "It's A Man's World" w bardzo zabawnym wykonaniu zespołu The Residents. To jest coś zdecydowanie nie dla łajz.




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...