Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unia europejska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unia europejska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 października 2021

Orjan: O sprawach oczywistych do porzygania

 

Dzisiejsza notka będzie zupełnie wyjątkowa. Otóż, jak wiemy, ledwie co wczoraj wrzuciłem tu swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, na który – o czym wielu z nas nie wie – zaregował jeden z najwierniejszych czytelników tego bloga Orjan. A jego komentarz uznałem za tak ważny, że postanowiłem go tu wrzucić, jako osobną notkę. A zatem, proszę o skupienie, bo sie dzieje.

 


To wszystko jest proste. Trzeba tylko odrzucić bełkot, który te prostotę zalewa.


W jaki niby sposób traktaty unijne w ogóle weszły w polską przestrzeń prawną i organizacyjną? Ano w taki sposób, że POZWOLIŁA na to Konstytucja RP określając zakres i warunki pozwolenia. W ten właśnie, a nie w inny sposób zawarcie traktatów unijnych w ogóle ma (i musi mieć!) umocowanie konstytucyjne, a więc prawne dopuszczenie w Polsce. W trybie tego pozwolenia traktaty unijne po prostu należą do obszaru wykonywania Konstytucji RP, a nie odwrotnie!

Suwerenność polega na odmowie (na braku) podrzędności. Suwerennego nie dotyczy, że ktoś zewnętrzny domaga się swojej nad nim nadrzędności, bo z pozycji suwerennego takie cudze domaganie się jest po prostu agresją!

Pytanie o "nadrzędność" jest więc źle postawione. Istotne jest bowiem pytanie o podrzędność. W szczególności zaś durna opozycja powinna wskazać w którym miejscu Polska OGŁOSIŁA swoją podrzędność? Nigdzie!

Pewne obszary ściśle określone Polska poddała regulacjom unijnym, ale i tu nie zdeklarowała podrzędności, lecz tylko zgodę na WSPÓLNE rozwiązywanie danych spraw. Wspólne, to znaczy, że musi powstać porozumienie wszystkich członków UE, jak daną sprawę będzie się jednakowo załatwiać. Tak jest np. w sprawie podatku od wartości dodanej, czy unijnego cła - wszyscy się zgodzili na jednolite rozwiązanie.

Jeśli więc durna opozycja bełkoce o standardach praworządności jako naturalnym (?) ograniczeniu polskiej suwerenności w organizacji sądownictwa, to musi najpierw pokazać ten ustanowiony wspólny standard. Oczywiście on nie istnieje, więc argument unijny jest nic nie wart w stosunkach unijnych a forsowanie go po prostu jest aktem agresji konkretnych instytucji unijnych przeciwko członkom Unii. Agresji instytucji, a nie Unii jako całej i w tym wymiarze agresja ta jest jednocześnie anarchią danych instytucji wobec traktatów.

Co ciekawe, nie jest to też agresja państwa na państwo, tylko agresja pozapaństwowej organizacji typu korporacyjnego na państwo. Atrybut suwerenności przysługuje bowiem tylko państwu. Unii na pewno nie dotyczy. Poza używanymi narzędziami i sposobami jest więc ta agresja instytucji analogiczna jak agresja jakiejś korporacji islamskiej określającej samą siebie jako "państwo".
Warto też zaobserwować, że agresja instytucji unijnych napędziła też liczne obecnie agresje korporacji rynkowych, jak np te głośne, stosowane przez portale społecznościowe wobec organów władz, czy nawet bezpośrednio wobec państw.

Istota szczególnego ciężaru agresji na Polskę bierze się jednak z czegoś innego. Mianowicie, szczując w instytucjach Unii przeciwko Polsce, durna opozycja spowodowała, iż Polska jawi się na zewnątrz jako POCHYŁE DRZEWO, na które każda KOZA SKACZE. Unijna, czeska, niemiecka, każda koza, bo skoro drzewo ktoś kozie pochylił ...

Rodzajowo ten sam efekt durna opozycja ustawia pochylając granicę wschodnią, na którą skacze koza białoruska.

PS. Opozycję nazywam durną, bo choćby te skaczące kozy w końcu zawaliły i objadły polskie drzewo, to upadając przywali ono przede wszystkim tę opozycję. Ona wśród obcych robi bowiem za oczywistego frajera do wykorzystania. Gdyby do tego zaś doszło, to Polska i tak się potem podniesie, ale opozycja i jej członkowie na pewno już nie. Judaszowe srebrniki i sznur.




niedziela, 17 października 2021

Litera wobec obłąkanego umysłu

 

Tak się złożyło, że zaledwie tydzień po wymuszonej na mnie konieczności wyjazdu do strefy stanu wyjątkowego, nadszedł Dzień Nauczyciela, a skoro tak, to wszyscy polscy nauczyciele, w tym i moja żona, otrzymali czterodniowy weekend, a to sprawiło, że wyjechaliśmy znów, tym razem w okolice Kalwarii Zebrzydowskiej oraz Lanckorony. W tej sytuacji, przez pewien czas ten blog pozostał nieco zaniedbany, ale  już dziś zamieszczam tu swój felieton z jutrzejszego wydania „Warszawskiej Gazety”, z nadzieją na odpowiednie refleksje.

 

      Wystarczyło że nasz Trybunał Konstytucyjny, przede wszystkim z wierości prawu i zdrowemu rozsądkowi, ale również śladem wielu innych europejskich trybunałów, wydał postanowienie, że wszelkie zapisy dokonane w konstytucjach poszczególnych krajów, w zakresie nie zastrzeżonym w konkretnych traktatach, stanowią prawo najwyższe i nie podlegające jakiejkolwiek dyskusji, gdy zarówno totalna opozycja, jak i aktywnie wspierające ją instytucje europejskie, postanowiły urządzić tu u nas w kraju piekło, które, obok rosyjskiej agresji na polską granicę, mogłoby dać jakąś szansę przejęcia władzy. Ciekawe w tym wypadku jest to, że gdy faktycznie obraz udręczonych dzieci, uwięzionych między Polską a Białorusią może zarówno wzruszać, jak i wywoływać polityczne dyskusje, zarówno kwestia umów traktatowych, jak i ewentualności wyjścia Polski z Unii Europejskiej dotyczy wyłącznie faktów. Przede wszystkim każdy w miarę przytomny obserwator życia politycznego ma pełną świadomość, że o jakimkolwiek wyjściu Polski ze struktur europejskich, a już tym bardziej, o siłowym Polski z niej wyprowadzeniu, mowy być nie może, no a po drugie, że cała owa histeria rozpętana zarówno przez polityków opozycji, jak i zaprzyjaźnionych brukselskich urzędników, to wyjątkowo bezczelny przekręt, będący czymś, co można już tylko nazwać ostatnią desperacką próbą uchronienia się przed polityczną anihilacją.

       Gdy piszę ten tekst, w wielu polskich miastach zakończyły się właśnie demonstracje, których uczestnicy uznali za stosowne zaprotestować przeciwko postanowieniu Trybunału Konstytucyjnemu, stwierdzającemu fakt, co już zresztą zostało wspomniane wyżej, że w każdym kraju członkowskim, gdy chodzi o to, co nie jest objęte zapisami traktatowymi, Konstytucja stanowi prawo najwyższe. Na czele owych protestów stanęli oczywiście czołowi politycy opozycji, a za nimi, jak za Panią Matką, ruszyli zbłąkani jak dzieci we mgle najbardziej aktywni owej opozycji sympatycy. I to im przede wszystkim, choć mam pełną świadomość, że moje słowo do tych najbardziej zaczadzonych nigdy nie dotrze, chciałbym zadedykować coś, o istnieniu czego oni nawet choćby przez chwilę nie mieli bladego pojęcia, a więc realne zapisy realnych traktatów, gdzie wszystko jest wyłożone jak na dłoni, i co pokazuje, że to z czym mamy do czynienia to zwykły przekręt i to przekręt wyjątkowo bezwstydny. Oto najpierw odpowiedni fragment Traktatu z Lizbony i jego Artykuł 3b pkt 2:

Zgodnie z zasadą przyznania Unia działa wyłącznie w granicach kompetencji przyznanych jej przez Państwa Członkowskie w Traktatach do osiągnięcia określonych w nich celów. Wszelkie kompetencje nieprzyznane Unii w Traktatach należą do Państw Członkowskich”,

no i załączony do Traktatu, chyba już tylko na wszelki wypadek, Protokół Brytyjski z Artykułem 2:

Jeżeli dane postanowienie Karty odnosi się do ustawodawstw i praktyk krajowych, ma ono zastosowanie do Polski lub Zjednoczonego Królestwa wyłącznie w zakresie, w jakim prawa i zasady zawarte w tym postanowieniu są uznane przez ustawodawstwo lub praktyki Polski lub Zjednoczonego Królestwa”.

      Amen i prośba: zamknijcie się wreszcie, bo nie macie żadnego pola manewru.



 

środa, 29 maja 2019

Gdzie Dominik Tarczyński spędzi tegoroczne wakacje?


       Pomijając właściwie tylko nokaut, jaki spadł na tępe łby kandydatów ugrupowania przedstawiającego się jako Konfederacja, to co zrobiło na mnie w minionych dniach wrażenie największe, to przypadek Dominika Tarczyńskiego. Gdyby ktoś nie wiedział, przypominam bardzo krótko, że Tarczyński to poseł Prawa i Sprawiedliwości, który jeśli wciąż utrzymuje zaufanie prezesa Kaczyńskiego, to chyba tylko przez to, że płynnie posługuje się językiem angielskim, a jak wiemy, Prezesowi tego typu umiejętność zawsze bardzo imponuje, a którego głównym przedmiotem aktywności jest kręcenie się po Twitterze i rozglądanie się za towarzystwem na najbliższy wieczór. Tarczyński to również człowiek, który w Prawie i Sprawiedliwości pełni funkcję podobną do tej, jaką w Platformie Obywatelskiej pełnił swego czasu Stefan Niesiołowski, z tą tylko różnicą, że Niesiołowski, co by o nim nie mówić, był zdecydowanie bardziej inteligentny oraz dowcipny.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że Dominik Tarczyński dostał się do Parlamentu Europejskiego z najgorszym możliwym wynikiem i to wyłącznie dzięki temu, że awantura między Unią a Wielką Brytanią się bezsensownie przedłuża i Diabeł jeden wie, czy będzie w tym bałaganie miejsce dla niego. Póki co jednak jest tak, że choć on do czasu aż Wielka Brytania nie wystąpi oficjalnie z Unii nie może oficjalnie objąć funkcji posła, to zgodnie z prawem owym posłem do Europejskiego Parlamentu jak najbardziej jest i przysługują mu dokładnie takie same prawa, jak, nie przymierzając, Januszowi Lewandowskiemu, czy jakiemuś innemu gangsterowi.
     Co w związku z tym? Wygląda na to, że nie dość że ten cwaniak został niemal rzutem na taśmę owym posłem, to jeszcze w stosunku do nich wszystkich znalazł się w pozycji wyjątkowo uprzywilejowanej. Z tego co zasugerował podczas ostatniej konferencji prasowej przewodniczący PKW wynika niezbicie, że Dominik Tarczyński, jako pełną gębą poseł do PE, choć wciąż poseł nieaktywny, będzie mógł liczyć na wszystkie należne owym urzędnikom apanaże.
      Co to oznacza? A więc wedle informacji jakie dochodzą do nas już od dłuższego czasu, Dominik Tarczyński, snując się po brukselskich knajpach i zbijając klasyczne bąki, będzie otrzymywał miesięczną pensję w wysokości 6710 euro miesięcznie na rękę, plus 4416 euro na różnego rodzaju wydatki związane z poselską działalnością.  Dodatkowo, będzie otrzymywał niemal 4 tys. euro miesięcznie na wszelkie inne wydatki poniesione w czasie pełnionej kadencji. Tarczyński może naturalnie zatrudnić też sobie asystentów, lub jeszcze lepiej, asystentki i na ten cel otrzyma dodatkowe nawet 24 tys. zł miesięcznie z budżetu Unii Europejskiej. Już nie będziemy wspominać o emeryturze, którą Tarczyńskiemu Europa będzie wypłacała już po roku posłowania po ukończeniu 63 roku życia. Nie 60, ani nawet 65, ale właśnie 63. Bardzo to ciekawe, prawda?
      No ale o tym już wielokrotnie dyskutowaliśmy i w sumie żadna z podanych liczb nie robi na nas najmniejszego wrażenia. Natomiast w sytuacji w jakiej jesteśmy dziś, z Tarczyńskim w dodatku w tle, przychodzi nam się wyjątkowo zupełnie zastanowić nad tym, co to za projekt, z którym mamy do czynienia. I znów, to też nie stanowi dla nas jakiejś szczególnej nowości, niemniej dziś nagle widzimy z całą , że zacytują poetę, jaskrawością, że ta Unia Europejska to najbardziej oczywisty biznesowy przekręt, którego celem jest tylko i aż wyprać możliwie jak najwięcej pieniędzy, z takim skutkiem, że ci, którzy do owego projektu zostaną dopuszczeni, będą mogli już do końca życia leżeć do góry brzuchem, nie próbując nawet dotknąć jakiejkolwiek uczciwej pracy.
      Jak mówię, myśmy to albo wiedzieli, albo czuli podskórnie od samego początku funkcjonowania tego czegoś, jednak przypadek Dominika Tarczyńskiego, przynajmniej dla mnie, stanowi swego rodzaju przełom poznawczy. I teraz, jak się domyślam, ktoś zapyta, że skoro tak, to w takim razie czemu ludzie, wydawałoby się porządni i uczciwi, decydują się brać udział w tym przekręcie. Otóż ja wiem, czemu mnie tam nie ma. Otóż nie ma mnie tam dlatego, że ani nikt mi tej fuchy nie zaproponował, ale też przez to, że ja mam inne sprawy na głowie niż kręcenie się po politycznych salonach i telewizyjnych studiach. Ale też nie ma mnie tam dlatego, że ja bym prawdopodobnie po kilku dniach tej aktywności, albo zwariował, albo zwyczajnie wykitował, a tego akurat nie chcę. Natomiast owszem, mam wielki szacunek dla tych wszystkich polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy mieli tę odwagę i determinację, by zrobić coś, co zrobić trzeba, a czego z czysto ludzkiego punktu widzenia zwyczajnie robić nie warto, nawet mimo tych pieniędzy, które tam leżą i czekają, by ktoś je sobie zabrał.
      Naprawdę bowiem nie jest łatwo przyłączyć się do projektu od początku do końca w sposób oczywisty zakłamanego,  nawet jeśli – i to powtórzę raz jeszcze – w pewnym sensie jest to jedyne co można w tej sytuacji zrobić.



Zapraszam do kupowania moich książek. Okładki są wyświetlone tuż obok, wystarczy kliknąć. Bardzo polecam.

czwartek, 27 września 2018

O napadzie Marsjan na siedzibę ONZ


      Od paru dni media straszą nas zdjęciem, na którym, podczas kolejnego, kompletnie niepotrzebnego posiedzenia ONZ, widzimy prezydenta Dudę oraz przewodniczącego Tuska, jak siedzą obok siebie i zamiast się tłuc po ryjach, uśmiechają się do siebie uprzejmie. Ja oczywiście znam moralne, ale też intelektualne możliwości naszych dziennikarzy, jednak atmosfera, jaką oni postanowili stworzyć wokół tego zdjęcia, zaskoczyła nawet mnie. Otóż wedle medialnych analiz, przekaz jest taki, że widok Tuska i Dudy siedzących zgodnie obok siebie gdzieś w dalekim Nowym Jorku i uśmiechających się do siebie serdecznie, jest naprawdę czymś pięknym i otwierającym nową optymistyczną perspektywę. Pewien polityk Nowoczesnej posunął się nawet do tego, by wysnuć teorię, że prezydent Duda nie opluł Tuska tylko dlatego, że nad nim nie stał prezes Kaczyński, który by mu na żadne uprzejmości nie pozwolił.
      A ja się zastanawiam, co sobie ci durnie wyobrażali? Że, jak już wspomniałem, oni się wezmą za łby? Że Duda pokaże Tuskowi język, lub będzie przed nim demonstrował obrażoną minę?
      Pamiętam konfrontację wtedy jeszcze zaledwie kandydata Dudy z dziennikarzem Lisem, kiedy obaj panowie spotkali się w holu siedziby Springera i w obecności kamer traktowali się nadzwyczaj uprzejmie, po czym Duda, przeprosił dziennikarzy i kamerzystów, zaprosił Lisa do toalety i tam już się odbyła reszta rozmowy, o której kształcie nawet muchy, które tam akurat fruwały do dziś nie puścily pary. A zatem, powtarzam pytanie, czego ci durnie spodziewali się tym razem?
       No ale mamy tego Tuska, który, było nie było, w owej europejskiej hierarchii zajmuje pewne dość istotne miejsce i tego lekceważyć nam nie wolno. Jeśli już uznajemy za osoby mające pewien prestiż takich cudaków jak Verhofstadt, Juncker, czy Timmermans, to, przepraszam bardzo, ale jakie my mamy powody, by dyskryminować Donalda Tuska? Przecież on w najmniejszym stopniu nie jest gorszy od tej bandy pedofilów.
       A więc spotkał się nasz prezydent z Donaldem Tuskiem i zdjęcia z tego spotkania nie są dla nas szczególnie miłe. No ale polityka pozostaje polityką i trzeba się z tym faktem pogodzić. Natomiast mam tu dla nas coś, co powinno nas wprawić w dobry humor, a propos wspomnianych może już nie pedofilów – w końcu to była tylko taka figura retoryczna, wszak każdy wie, że europejscy politycy to są porządni ludzie, którym w głowie się nie mieści, by się zachowywać, jak jakiś nie przymierzając wiejski ksiądz spod Przerworska – lecz zwykłych gangsterów. Otóż w brytyjskiej bulwarówce „The Sun” ukazał się tekst na temat sposobu w jaki między innymi Donald Tusk właśnie traktuje kraje, które nie chcą się podporządkować dyktatowi Niemiec i Francji, gdzie czytamy między innymi:
       Jak wszyscy porządni gangsterzy, próbują oni rządzić za pomocą strachu. To jest ich jedyna broń, którą mogą zastosować tam gdzie coraz więcej wyborców staje przeciwko projektowi, który coraz bardziej przypomina Sycylię, niż Strasburg. Jest rzeczą najważniejszą, byśmy pokazali Unii Europejskiej, która najwidoczniej wciąż uważa, że w kwestiach, które są dla nas fundamentalne, położymy uszy po sobie, że jesteśmy gotowi na nową przyszłość, wolną od ich bezczelnej pazerności”.
      I to oczywiście jest autentycznie mocne, jednak na koniec proponuję coś szczególnego. Oto ten sam „The Sun” publikuje zdjęcie, które mówi więcej niż wszystkie słowa. Proszę rzucić okiem:



      I zachęcam do tego, byśmy wszyscy zachowali spokój. To co oni przeciwko nam wyciągają zostało już bardzo dobrze opisane. Oni tak naprawdę stoją goli i bezbronni. A, jak wiemy, nie ma nic ważniejszego niż mieć świadomość, że za rogiem nie czai się na nas wspomniany ksiądz, lecz ktoś zupełnie, zupełnie inny.

Na portalu www.prawygornyrog.pl od paru dni są do obejrzenia trzy moje gadki na temat trzech różnych moich książek. Zachęcam i do oglądania, no i kupowania.



piątek, 22 grudnia 2017

O zwisie męskim na czas kryzysu

       Biorę pod uwagę, że to wstyd, ale o istnieniu niejakiego Marcina Matczaka po raz pierwszy w  życiu dowiedziałem się ledwo co wczoraj. Z drugiej jednak strony, jeśli wziąć pod uwagę, że owa wiedza pochodzi z telewizji TVN24, powinienem się domyślać, że ów Matczak jest zaledwie jednym z dziesiątek kompletnie anonimowych ekspertów  wynajmowanych przez ową stację do komentowania bieżącej sytuacji w kraju, tak by nieco urozmaicić dotychczasową ofertę obejmującą osobistości tak intelektualnie fascynujące jak Włodzimierz Cimoszewicz, Tomasz Nałęcz, czy Kazimierz Marcinkieiwcz. I pewnie nie miałbym jakichś szczególnych powodów, by się wspomnianym Matczakiem w ogóle zajmować, gdyby nie fragment jego wypowiedzi, który zrobił na mnie wrażenie szczególne. Oto komentując sytuację, w jakiej znalazła się Polska po uruchomieniu przeciwko niej tak zwanej – swoją drogą, chciałby widzieć tego durnia, który wymyślił tę wyjątkowo tandetną nazwę –  „procedury atomowej”, ogłosił, że jeśli polski rząd się „nie opamięta” i my nadal „będziemy postępowali tak arogancko jak postępujemy, to spowodujemy, że ci Polacy, którzy popierają Unię Europejską, przestaną ją popierać, chociażby ze względu na propagandę antyeuropejską, która jest prowadzona. I wyjdziemy z Unii Europejskiej albo nas z niej wyrzucą”.
     Mam nadzieję, że zorientowalismy się już w stanie umysłu, jaki zaprezentował ów dziwny człowiek. My postępujemy w stosunku do Unii Europejskiej z bezczelną arogancją i to może spowodować nałożenie przez nią na nas kar, a to z kolei musi doprowadzić do tego, że nawet ci z nas, którzy dotychczas popierali nasze członkowstwo, zaczną mieć wątpliwości, a to, z braku społecznego entuzjazmu dla owego projektu, skończy się wyjściem Polski z Unii. Proszę zwrócić uwagę, w jaki sposób Matczak rozpoznaje poszczególną odpowiedzialność za ewentualny rozwój zdarzeń. Nie jest ważne, czy rację w obecnym konflikcie ma Polska, czy brukselscy urzędnicy, podobnie jak nie ma znaczenia, czy argumenty przedstawiane przez Rząd przemawiają do Polaków, czy nie, a unijna propaganda ludzi wyłącznie irytuje – liczy się tylko to, jak sprawę ocenia Bruksela. Mało tego. Jest wręcz tak, że im bardziej rację ma polski rząd i im większym społecznym poparciem się cieszy i im bardziej polityka unijna i towarzyszący jej propagandowy atak budzi niechęć Polaków, tym gorzej dla nas. Myśl stojąca za diagnozą Matczaka wydaje się sprowadzać się do zasady: „Nawet jeśli naprzeciwko siebie masz agresywnego idiotę, podporządkuj się, bo kto wie, co on zechce wymyślić”. 
     I to jest coś, o czym sobie pomyślałem, kiedy trafiłem na kolejną informację, akurat dotyczącą zupełnie innej sprawy. Oto, proszę sobie wyobrazić, że zarząd Agory wydał komunikat. Przepraszam wszystkich, ale to musi pójść w całości:
      „Zarząd Agory informuje, że 19 grudnia br. zakończyła prace specjalna komisja powołana w celu wyjaśnienia zarzutów niewłaściwego zachowania wobec pracowników lub współpracowników spółki. Przedstawiciele komisji przedstawili raport ze swoich ustaleń oraz zalecenia ‘odnośnie do dalszych działań, w tym podjęcia niezbędnych kroków prawnych’.
       Komisja zarekomendowała Zarządowi m.in. bezzwłoczne rozwiązanie stosunku pracy z jednym z pracowników. Zarząd zwrócił się do związku zawodowego w Agorze o niezwłoczne rozpatrzenie tego wniosku.
       Zarząd nie będzie podawał więcej informacji na ten temat ‘z uwagi na poszanowanie prywatności pracowników i współpracowników, których ta sprawa dotyczy’; ‘zarówno prace, jak i raport komisji objęte zostały klauzulą poufności’.
       Zarząd Agory zapowiedział specjalne szkolenia i warsztaty dla wszystkich pracowników dotyczące postępowania w podobnych przypadkach”.
       Oczywiście ci kosmici nie mają nawet na tyle odwagi, by przypomnieć, o co w tym komunikacie konkretnie chodzi, przez co ostatnia uwaga na temat „podobnych przypadków” jest tak pusta, że chyba nawet Matczak nie potrafiłby sięgnąć tego poziomu. My jednak oczywiście dobrze pamiętamy, że sprawa dotyczy jednego z redaktorów „Gazety Wyborczej”, uznanego działacza na rzecz obrony kobiet przed samczą agresją, który zgwałcił i pobił którąś ze swoich znajomych feministek. O tym, co ten bałwan zrobił w pierwszej kolejności poinformowała sama zainteresowana, następnie on sam przyznał się do winy, a kobietę przeprosił, a ci co go wyhodowali, zamiast normalnie wyrzucić go z roboty, a siebie zmusić do odrobiny refleksji, najpierw powołują specjalną tajną komisję, która przedstawia równie tajny raport, w którym zwraca się do swojego związku zawodowego o zgodę na zwolnienie z pracy jednego z pracowników, a na końcu publikują oświadczenie, którego jedyny konkret jest taki, że w firmie będą organizowane specjalne „szkolenia i warsztaty”, podczas których wszyscy pracownicy Agory będą się mogli dowiedzieć, że kobiet nie należy bić i gwałcić, nawet jeśli te są brzydkie i głupie.
      Ostatnio w Internecie stało się bardzo popularne wrzucanie zdjęć z coraz to nowszych pokazów mody męskiej, tak byśmy wszyscy mogli się wspólnie pośmiać z kierunku, w którym się udaje dzisiejszy świat. Tego jest naprawdę dużo i nie jest łatwo wybrać coś naprawdę najlepszego. Ale chyba mi się udało. Bardzo proszę. Zachęcam zarząd Agory do tego, by zrobili ten jeden krok do przodu. Mogą nawet zabrać ze sobą Matczaka.




Okres już tak bezpośrednio przedświąteczny nie zachęca do robienia internetowych zakupów, niemniej jednak, jeśli ktoś ma chwilę i już myśli o tym, co przyniosą dni kolejne, może zechce zajrzeć do naszej ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i sobie coś wybierze. Serdecznie zachęcam.

czwartek, 21 grudnia 2017

Marcin Król, czyli zobaczyć Diabła i zwariować

       Jak wiemy, wczoraj wystąpił na konferencji prasowej wiceprzewodniczący Timmermans i ogłosił, że Unia Europejska wszczęła wobec Polski procedurę, która ma nas odpowiednio zdyscyplinować na przyszłość, i jest to oczywiście wydarzenie dnia. Oglądałem przez chwilę wieczorem fragmenty tego wystąpienia, no i tam trafiłem na coś, co mnie autentycznie zainteresowało. Otóż w pewnym momencie zabrał głos dziennikarz francuskiej telewizji i zapytał Timmermansa, czy przypadkiem to, że oni po dwóch czy trzech latach demonstrowania kompletnego braku politycznej  skuteczności wobec Polski, nagle wyskakują z tymi sankcjami, ich nie kompromituje, na co Timmermans odpowiedział, że jest wolność i każdy ma prawo uważać, co chce, a zatem pan dziennikarz może tak myśleć.
     Kiedy skończyłem z Timmermansem i jego pajacowaniem, przejrzałem resztę wiadomości, jakie nam regularnie dostarcza portal tvn24 i trafiłem na coś, co zmieściło się wręcz idealnie w temacie, a przy tym ma wszelkie szanse, by się stać idiotyzmem roku, a może i dekady. Oto w audycji „Fakty po faktach” wystąpił znany jeszcze być może starszym czytelnikom profesor Marcin Król i – tu mniej odpornych czytelników zachęcam do założenia masek gazowych – powiedział co następuje:
      „Zapanowała w naszym kraju tyrania. To jest tyrania większości. Tego obawiali się ojcowie demokracji. Polska jako kraj demokratyczny po raz pierwszy wprowadziła ustrój tyranii większości. Taki stan przeczy prawom jednostki i człowieka. Tyrania większości to jest także tyrania kłamców i głupców. Ja nie chcę nikogo obrażać i nie będę mówił, kto tutaj jest głupcem, ale myślę, że prawie wszyscy, jak ich widzimy. Moim zdaniem to, co uprawia PiS w tej chwili, to jest granie na poczuciu bezpieczeństwa i jednocześnie na tym, że w każdym z nas jest skłonność do dobra i zła, czyli granie na skłonności do zła. To jest zło. PiS dla mnie uosabia w całości i niektórzy z przedstawicieli PiS-u uosabiają zło, diabła”.
      Mam nadzieje, że wszyscy zrozumieliśmy myśl, która ulęgła się pod czaszką Profesora. Oto ogłasza on, że kiedy tak zwani „ojcowie demokracji” meblowali nam świat, bali się jednego – co będzie jeśli ludzie potraktują ten projekt poważnie, jeśli wszystkie zabezpieczenia gwarantujące utrzymanie kontroli nagle przestaną działać, i jeśli w efekcie ludzie zaczną gadać i robić nie to co się od nich oczekuje, ale to co im w duszy śpiewa? I oto właśnie nadszedł czas, gdy owe obawy zyskały wymiar jak najbardziej realny i okazuje się, że ta cała demokracja to jest jednak diabelska robota.
      Jak mówię, dla wielu Czytelników tego bloga ktoś taki jak Marcin Król to dziś już postać kompletnie nieznana, ja go jednak pamiętam z dawnych bardzo lat, jako niezwykle przenikliwego komentatora, który jeszcze przed wielu laty czuł pismo nosem i dawał wyraz swoim niepokojom. Zapamiętałem choćby pewną jego wypowiedź, która dziś jako żywo stanowi dowód na to, że kto jak kto, ale on wiedział. Wiedział i przestrzegał. Niestety wówczas nikt go nie chciał słuchać i mamy dziś to co mamy. Posłuchajmy więc Marcina Króla z maja 2009 roku, kiedy on, podobnie jak dziś, jako osoba bardzo kulturalna i inteligentna, nie chciał nikogo obrażać, ale miał jeszcze siłę, by dmuchać w ten gwizdek, który oto najwyraźniej właśnie połknął:  
      „Nie chciałbym nikogo obrażać, ale odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy kompletnie dowolne. Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno”.
      No i proszę! Czyż nie trzeba było wtedy zacząć działać, kiedy widać było wyraźnie, że z tą demokracją tak słodko nie będzie? I nie chodzi mi o to, by od razu strzelać, no ale choćby jakieś małe egzorcyzmy.
     Może nie będę się tu więcej popisywał, tylko normalnie, przypomnę swój tekst jeszcze wcześniejszy, bo z roku 2008. Kto wie, czy to nie tę właśnie notkę miał wówczas na myśli Marcin Król? Kto wie?



     Właściwie, wobec dzisiejszej, a może jeszcze wczorajszej, śmierci tego niewinnego dziecka, traci sens pisanie nawet o Lechu Wałęsie, a co dopiero o innych codziennych potyczkach. Niestety nowe czasy przyzwyczaiły nas do tak przeróżnych barbarzyństw, że nic tu nie zmieni ani jakakolwiek powszechna demonstracja, ani pojedynczy nawet gest. Jedyne, co można zrobić, to uczcić to smutne wydarzenie, pisząc o zjawisku, które stanowi początek i jednocześnie koniec tego samego sznura, czyli o demokracji, jednak demokracji szczególnej, bo demokracji we władzy ciemności.
      Dziś „Rzeczpospolita”, po raz już któryś, relacjonuje rozpaczliwe ruchy wokół sytuacji w Europie po irlandzkim referendum. Już sam tytuł artykułu wieści ciekawą przyszłość: Czy Irlandię można wyrzucić z Unii. Chodzi o to, że niejaki Martin Schultz, niemiecki socjalista, zaproponował, że jeśli Irlandia okaże się jedynym państwem, które nie ratyfikuje traktatu, trzeba będzie być może Irlandię z Europy pogonić.
       Co prawda, nie zostaliśmy poinstruowani, co zrobić, jeśli będą te państwa dwa, ale za to odezwał się inny prawdziwy, znowu jednak niemiecki, Europejczyk, który powiedział, że może nie będziemy Irlandii wyrzucać, ale niech Irlandczycy coś zaproponują.
       I znów, wprawdzie nikt nie powiedział, że jeśli w następnych wyborach w Polsce motłoch wybierze PiS, to niech motłoch zaproponuje co z tym fantem zrobić, ale żeby nie było tak, że to tylko Niemcy popadli w histerię, odezwał się jeden Czech i powiedział, że trzeba zmienić zasady. Mianowicie, demokracja powinna funkcjonować dalej, owszem, tyle, że troszkę zmodyfikowana.
      I teraz jest tak, że ja się na Europie znam mało. To znaczy wiem, gdzie leży jaki kraj i pamiętam, że jeszcze niedawno były niemieckie marki, francuskie franki i włoskie liry, natomiast nie wiem, co Europa kombinuje. Z tego, co dotychczas usłyszałem, wnioskuję, że plan był taki, że najważniejsze kwestie uchwalamy wspólnie, bo jesteśmy jednością i chcemy dawać przykład. Jeśli ktoś natomiast będzie miał inne zdanie, niż wszyscy inni, to się będziemy zastanawiać tak długo, aż wymyślimy, żeby było lepiej. Spodziewałem się oczywiście, że ten głupkowaty pomysł jest tylko strzałem na wiwat i nawet nie narobi większego huku, co ciekawsze jednak, wiedziałem też, że wszystko będzie dobrze, dopóki i ja i oni i każdy będziemy demokratycznie chcieli tak, jak chcą ci, którzy o tym, co należy chcieć, decydują. W momencie, jak ktoś zechce inaczej, to dostanie po uszach. Bo demokracja, jak wiemy, jest okay, pod warunkiem, że pozwala decydować tym, którzy wiedzą lepiej. W telewizji niedawno widziałem posła Niesiołowskiego, który się pieklił, że nie może być tak, żeby paręset tysięcy ludzi decydowało o losach Europy. Ja oczywiście się z nim zgadzam, tylko pragnąłbym się dowiedzieć, kto to taki i z jakiego powodu na samym początku wymyślił system, w którym paręset tysięcy będzie decydowało?
Więc kto to wymyślił, nie wiem, bo aż tak głęboko w ciemność moja głowa nie sięga. Natomiast wiem, po co. Po to mianowicie, żeby można było tym alibi o nazwie demokracja całej wystawionej do wiatru Europie machać pod nosem.
       Demokracja jest oczywiście jakimś tam rozwiązaniem, nawet jeśli wynikającym z chwilowego kaprysu historii, i nawet jeśli wolelibyśmy coś bardziej absolutnego, a przez to bardziej oświeconego, niż rządy tłumu, czy (w rzeczywistości rządy bezwzględnych manipulatorów), to akurat to nie my jesteśmy tymi, którzy demokracją gardzą. W rzeczywistości, to są ci, którzy kiedyś wpadli na pomysł, że najlepszy będzie system, w którym przy pomocy najróżniejszych technik najpierw ogłupi się społeczeństwa, a potem pozwoli im się rządzić zgodnie z wolą ich przedstawicieli – oczywiście przedstawicieli starannie wyselekcjonowanych. Kiedy od czasu do czasu okazuje się, że ci dziwni inżynierowie jak zwykle za bardzo się przejęli swoimi możliwościami i, jak wiele razy wcześniej, nie docenili siły ludzkiego ducha, to my wszyscy musimy z zażenowaniem obserwować, jak w efekcie tej swojej chorej kalkulacji ci wszyscy panowie i panie raz po raz wybuchają gniewem, bo demokracja im nie działa.
      Tak jest oczywiście na całym świecie, że przedstawiciele tej – w ich własnej opinii – mądrzejszej i bardziej światłej części społeczeństwa, męczą siebie i innych nieustannym i notorycznym zawodzeniem skierowanym na pozostałą część grupy, w której przyszło im żyć. I wciąż bezwstydnie krzyczą: “Daliśmy wam tę demokrację, a wy jesteście tacy niewdzięczni”. Ten dziwaczny stan mamy też, owszem, i w Polsce od początku tzw. władzy ludowej, a potem solidarnościowej i wreszcie post-ludowej by skończyć na post-solidarnościowej. Wygrał Wałęsa – naród głupi; wygrał AWS – naród nie zasługuje; wygrał PiS – naród odrzucił demokrację; wygrał Kaczyński – coś chyba z tą demokracją trzeba zrobić. Dlaczego? No jak to dlaczego? Bo naturalnie decyzję tłumu zagrażają demokracji.
      No i żyjemy w tym pseudodemokratycznym chaosie, gdzie demokracja jest piękna i zła i głupia i niebezpieczna i upragniona i jedyna i najgorsza. A jej jedyny stały, niezmienny i potężny efekt to ten, że raz do roku, a jak trzeba, to i kilka razy do roku, można wypuścić na ulicę bandę poprzebieranych onaninistów, a jak komu przyjdzie ochota, to zabić w majestacie prawa jakieś dziecko.

Nie pamiętam już dziś, co to było za dziecko, nad którym się tak wówczas użalałem, ale obawiam się, że nie było ono ani pierwsze, ani ostatnie. Nic się tu niestety nie zmienia. Tyle tylko może, że Marcin Król zobaczył diabła. I to jest wiadomość nieco optymistyczna. Moje książki jak zawsze są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam.


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Ile Polski w Unii, ile boczku w boczku?

      Po raz pierwszy informacja ta pojawiła się jeszcze kilka dobrych lat temu, a ja z niej zapamiętałem tyle, że Unia Europejska planuje wprowadzić powszechny zakaz tradycyjnego wędzenia wędlin, swoje zamiary tłumacząc tym, że, zdaniem brukselskich – a może luksemburskich –  uczonych, w wędlinach wytwarzanych w powszechnie przyjęty sposób jest zbyt dużo rakotwórczego benzopirenu, a na to, by narażane było zdrowie obywateli, unijni urzędnicy pozwolić nie mogą. To wtedy też po raz pierwszy zapopoznałem się z pojęciem „dymu wędzarniczego”, a więc środka chemicznego, który ma stanowić doskonały zapachowy – a kto wie, czy też nie smakowy – substytut tego, z czego dla „wspólnej korzyści i dla dobra wspólnego” będziemy zmuszeni zrezygnować.
     Mijały lata, nasze wędliny niezmiennie robiły wrażenie co najmniej tak samo smacznych, jak dotychczas, a niekiedy nawet i smaczniejszych, co, w momencie gdy niektórzy producenci wpadli na pomysł, by je reklamować hasłem „szynka jak z PRL-u”, zaczęło wywoływać we mnie pewien niepokój, aż przyszedł rok 2016, kiedy to pojawiła się informacja, że pod wpływem nacisków ze strony między innymi polskich producentów, unijni urzednicy zdecydowali się wstrzymać z egzekwowaniem swoich zaleceń, przynajmniej gdy chodzi o produkty „wpisane na listę regionalnych lub tradycyjnych wyrobów”, no i przynajmniej też do czasu, gdy wskazani eksperci wystąpią z nowymi wyliczeniami i wynikającymi z nich dyrektywami.
      Nadszedł rok 2017, a rynek – i to również ten wyznaczany przez wielkie sieci handlowe –  czego wszyscy jesteśmy bezpośrednimi świadkami, wręcz eksploduje od naprawdę smacznych „regionalnych i tradycyjnych” wędlin, niekiedy w dodatku oferowanych po na tyle atrakcyjnych cenach, że my – ja zdaję sobie sprawę z tego, że owa analogia jest niebezpiecznie ryzykowna, ale lepszej znaleźć nie potrafię – „patrzymy to na świnię, to na człowieka, potem znów na świnię i na człowieka, ale nikt już nie może się połapać, kto jest kim”. Szukam jakichś informacji na temat tego, jak postępują prace nad programem ochrony obywateli przed szkodliwym wpływem owego benzopirenu i nie znajduję nic.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, parę dni temu zaszliśmy z żoną do naszej lokalnej sieci o nazwie „Stokrotka” wcelu dokonania zakupów i żona moja poprosiła panią na stoisku mięsnym, by jej ukroiła kawałek boczku z renomowanej firmy „Morliny”. Kupiliśmy wspomnainy boczek, przynieślismy go do domu i wtedy oto coś żonie mojej strzeliło do głowy, by przeczytać to, co poza nazwą i ceną jest zapisane na opisie produktu. Część literek, z niewiadomego powodu, jest zamazana czarnymi kwadracikami, ale specjalnie z myślą o czytelnikach tego bloga, zadałem sobie trud, by z jak najwyższą starannością odtworzyć całość owej informacji i ją tu przekazać bez jakiejkolwiek ingerencji. Proszę posłuchać:
     „Boczek wieprzowy Morliny – 85% woda, sól, stabilizatory: E451, E450, E452; substancje żelujące: E407A, E415, E425, E410; białko sojowe; błonnik pszenny (zawiera gluten);  białko wieprzowe; cukier; wzmacniacze smaku: E621, E631, E627; ocet; ekstrakty drożdżowe; regulator kwasowości: E330; aromaty; przeciwutleniacze E316; E301; skrobia modyfikowana kukurydziana (E1422); aromat dymu wędzarniczego; alergeny; zawiera śladowe ilości produktów pochodnych mleka, włącznie z laktozą; seler i gorczyca; konserwanty E250”…
       A-ha!
       I jeśli ktoś myśli, że oni nam to sprzedają po 8.99 zł za kilogram, jest w dużym błędzie. Tam wprawdzie nie ma słowa o tym, że mamy do czynienia z „boczkiem ze spiżarni”, czy „spod strzechy”, ale to i tak wciąż idzie za ponad 20 zł. za kilogram.
       A więc wygląda na to, że kiedy na chwilę odwróciliśmy wzrok w drugą stronę, coś się jednak stało. I to w dodatku coś, z czym nikt nawet nie próbował się ukrywać. Pojawił się nawet ów „aromat dymu wędzarniczego”.
      Poza tym, boczek jak boczek. Daję słowo, że nigdy bym nie zgadł.

Zachęcam wszystkich do zaglądania do ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. To są wprawdzie książki dla odważnych, ale naprawdę warto spróbować.

sobota, 12 sierpnia 2017

Polexit? Brzmi interesująco.

Na samym początku informacja techniczna. Ponieważ na blogspocie każdego dnia pojawia się cała kupa komentarzy oznaczonych jako „anonimowy”, z których zdecydowania wiekszosć, to albo automatycznie wysyłany spam, albo złośliwy trolling, ja nie jestem w stanie cierpliwie znosić nawet tych z nich, które są merytoryczne, a czasem nawet i życzliwe. Widzę podpis „Anonimowy” i natychmiast wpadam w zły nastrój.  Nie mam bowiem sposobu rozmawiac z czterema „anonimowymi” komentatorami, nie mając pojęcia, który jest który. Proszę więc wszystkich tych, którzy nie mają konta w Google, aby przy zamieszczaniu komentarzy, zaznaczali opcję „nazwa”. W przeciwnym wypadku proszę na mnie nie liczyć.
Dziś pora na najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Życzę dobrych wrażeń.

       Rozmawiałem wczoraj z pewnym Szwedem, człowiekiem dotychczas kompletnie mi nieznanym, starszym ode mnie i bardzo poważnym i proszę sobie wyobrazić, że powiedział mi on coś, o czym dotychczas nie dość że nie słyszałem, to wręcz nie miałem pojęcia. Otóż, jeśli weżmiemy pod uwagę Szwecję i jej sytuację, pomijając zupełnie naturalny i znany nam świetnie problem emigrantów, oni mają kłopot z wilkami. Otóż skoro, jak wiemy, ów piękny kraj to w znacznej swojej większości lasy i wieś, problemem są wilki. Dla przeciętnego Szweda stanowią one plagę, którą można porównać wyłącznie do tego, na co jest narażony mój pies podczas wyprawy do parku, gdzie już dziś na niego czekają dziesiątki kleszczy. A zatem wspomniany Szwed nie marzy o niczym innym jak o tym, by coś takiego jak wilk zostało starte z powierzchni ziemi.  I oto okazuje się, że Unia Europejska, której Szwecja jest niefortunnym członkiem, zażyczyła sobie, by szwedzkie wilki zostały obięte ochroną. Życzenie to zostało zresztą sformalizowane i wilki, którym przeciętny Szwed nie życzy nic innego jak szybkiej i w miarę spokojnej śmierci, wedle przepisów unijnych, mają żyć i nie może ich nigdy być mniej niż 400 sztuk. Bo inaczej, jak my tu rozumiemy, Unia Europejska wprowadzi sankcje, które Szwecję wyrzucą poza nawias cywilizowanego świata.
      Jak już wspomniałem, my ten rodzaj nicisków świetnie rozumiemy i mamy na to jedną odpowiedź, której tu nie przedstawię ze względu na panujące na tym blogu dobre obyczje.  Nie zmienia to jednak faktu, że  tego typu gesty komentować jak najbardziej możemy, co chętnie niniejszym czynię. Otóż, jak część z nas wie, polski rząd otrzymał dopiero co informację przesłaną przez jedną z urzędniczek Unii Europejskiej, gdzie stoi jak byk, że Polska absolutnie nie może różnicować wieku emerytalnego, gdy chodzi o kobiety i meżczyzn, bo tego typu zachowanie stoi w sprzeczności z europejskimi wartościami. Mało tego. Owa minister, której nazwiska nie znam i znać nie potrzebuję, stwierdziła, że wprawdzie w wielu krajach Unii Europejskiej wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn pozostaje różny, i taki pozostać może, niemniej w Polsce mamy do czynienia z niewłaściwą tendencją, a tego Unia znieść nie jest w stanie. Za trudne? Już tłumaczę. Chodzi o to, że rząd Platformy Obywatelskiej wprowadził równy wiek dla kobiet i mężczyzn, gdy chodzi o emerytury, co stanowiło dobrą zmianę, natomiat PiS, obejmując władzę, zakłócił przyjęte przez Europę tendencje.
      Ktoś powie, że nie, że to jest niemożliwe. Czegoś takiego nawet unijni urzędnicy nie byliby w stanie wymyślić.  Otóż tak się mają fakty. Polska przywróciła dawny wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn, na co Unia Europejska zakomunikowała, że tak być nie może. To jest coś czego Europa nie zniesie. Ma być równość.
       No i niech nam też tu z tymi wilkami Szwecja nie podskakuje.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich książek.

poniedziałek, 1 maja 2017

Europa napada

      Wydawało się już, że pierwszy przedstawiciel Grupy Bilderberg na Polskę, Andrzej Olechowski, gdzieś się nam zapodział i jesteśmy zdani wyłącznie na połajanki brukselskich urzędników, kiedy oto pan Andrzej pojawił się jak jutrzenka swobody w zaprzyjaźnionej stacji TVN24 i ogłosił, że polskie „instytucje okazały się bezbronne, kiedy wjechała taka fala Hunów, którzy je roznoszą”. Daję słowo, że nie zmyślam. Andrzej Olechowski, człowiek, którego zasług dla wolnej Polski nie byłby w stanie opisać nawet sam senior rodu Rotschildów, powiedział publicznie, że w roku 2015, w wyniku demokratycznych wyborów, Polska została najechana przez falę Hunów, które teraz roznoszą jej instytucje, a wolny świat nie znajduje na to rady.
      Oczywiście można by na to złośliwie powiedzieć Olechowskiemu, że w tej sytuacji jemu już nie pozostaje nic innego, jak tylko dla Ojczyzny ratowania odnowić dawne kontakty z kolegami z Samary, nie zmienia to jednak faktu, że podczas gdy tu w kraju Grzegorz Schetyna świętuje swoje sukcesy w walce z Ryszardem Petru o przywództwo, Europa faktycznie nie próżnuje. Przewodniczący Juncker wraz ze swoją tak zwaną Komisją Europejską przekazał nam ostateczne ostrzeżenie, że jeśli natychmiast nie przerwiemy wycinania drzew w Puszczy Białowieskiej, będziemy mieli kłopoty. Wprawdzie ten dziwny człowiek nie wyjaśnił precyzyjnie, o jakie kłopoty może chodzić, jednak wiedza, którą właśnie posiedliśmy pozwala nam przypuszczać, że on wyślę na Polskę kosmitów, którzy zrobią z nami porządek.
       A bez kosmitów w rzeczy samej może się nie obyć, zwłaszcza gdy zauważymy, że obliczu kompletnej kompromitacji opozycji na polu walki z kaczyzmem, miejscowi politycy ruszyli do mediów, by tam szukać swojego miejsca u boku przewodniczącego Schetyny, natomiast cała tak zwana „państwowa” robota faktycznie przekazana została w ręce urzędników z Brukseli i okolic. Z jednej strony mamy więc to, a z drugiej warto zwrócić uwagę na fakt, że główne sondaże zostały objęte nadzorem czegoś, co pod nie znoszącą sprzeciwu nazwą Grupy Kantar Consumer Insight Polska przygarnęło dwie popularne sondażownie, Millward Brown oraz TNS Polska, i publikując dzień w dzień pod różnymi nazwami jeden i ten sam sondaż, ma nadzieję doprowadzić do tego, że już wkrótce na śmietnik historii wylecą zarówno Ryszard Petru, Paweł Kukiz, jak i przede wszystkim Jarosław Kaczyński, i jedyną poważną propozycją dla Polaków pozostanie wspomniany już Grzegorz Schetyna, czyli, jak by nie patrzeć, nic więcej, niż worek kartofli z porcelanowymi zębami.
      Swoją drogą, to jest naprawdę bardzo ciekawe, jak oni wszyscy nie potrafią normalnie, jak zwykli ludzie, wieczorem pójść spać, a rano się obudzić, i nie myśleć jednocześnie o Polsce. Niejaki Emmanuel Macron, jak informują media najprawdopodobniej kolejny prezydent Francji, w ramach swojej kampanii wyborczej ogłosił, że Polska powinna zostać objęta wszelkimi możliwymi sankcjami. Nie wnikając oczywiście w to, czy owe sankcje powinny pozostać na poziomie wyznaczonym dla Rosji, Kuby i Korei Północnej, czy tu akurat należałoby w stosunku do Polski rozważyć specjalne kroki, ja mam właściwie tylko jedno pytanie. Czy to możliwe, że to co Macrona u Polaków boli najbardziej to fakt, że w Polsce sytuacja, kiedy to 15 letni uczeń zostaje uwiedziony przez nauczyciela, i to nawet nie katolickiego księdza, jest uważana za ciężką patologię? Wiemy, o co chodzi, prawda? W ramach ocieplania wizerunku przyszłego prezydenta zaprzyjaźnionego państwa, pod fascynującym tytułem „Emmanuel Macron ma żonę starszą o 25 lat. Oto historia ich niezwyklej miłości”, Onet opowiedział nam, jak to było z tym całym Macronem i jego małżonką, kobietą nazwiskiem Brigitte Trogneux. Okazuje się, że kiedy młody Emmanuel miał wspomniane 15 lat i chodził jeszcze z innymi dziećmi do szkoły, był tak piękny i mądry, że zakochała się w nim jego nauczycielka, wówczas zaledwie 40-letnia Trogneux, żona mężowi i matka dzieciom, i to dziecko zwyczajnie uwiodła. Kiedy rodzice chłopca zorientowali się, co się dzieje, wpadli w naturalną panikę i przenieśli syna do innej szkoły, niestety już było za późno. Trogneux nie odpuściła i dziś Macron już za chwilę kończy czterdziestkę, Trogneux właśnie weszła w 65 rok życia, i niewykluczone, że większość Francuzów aż piszczy z podniecenia, w przekonaniu, że teraz to im nawet premier Luksemburga ze swoim mężem nie podskoczy.
      A więc niewykluczone, że to iż Macron postanowił ni stąd niż owąd zająć się Polską, spowodowane jest tym, że on nagle poczuł ów wiatr normalności i dostał cholery. A przecież u nas nawet nie trzeba szczególnie się rozglądać, by doświadczyć owego braku tolerancji w stosunku do zachowań tak bardzo przecież ludzkich, gdzie jedyną winą człowieka jest to, że się zakochał. Weźmy przypadek przewodniczącego Petru i pani poseł Schmidt, którzy nie zrobili przecież nic złego ponad to, że udali się razem na parodniową wyprawę na Maderę. Polecieli biedaczkowie na ową Maderę i dziś efekt jest taki, że nie dość że nie mogą się pokazywać ludziom na oczy, to jeszcze Europa ogłosiła, że Nowoczesnej w sondażach spadło z 30 do 5 procent. Aż strach pomyśleć, co by to było, gdyby Ryszard miał 15 lat, a jego Jane 70. Wylecielibyśmy z Unii bez gadania.


Wszystkim przeciwnikom obecnej władzy, z okazji Święta Pracy, składam najserdeczniejsze życzenia zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności, a resztę zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Czy K-Pax został honorowym członkiem Unii Europejskiej?

W miniony piątek, jak co tydzień ukazał się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój kolejny, cotygodniowy felieton, tym razem o Marsjanach, którzy zaatakowali Brukselę. Polecam.


      Początkowo planowałem rozpocząć dzisiejszy felieton od słów „Nie rozumiem...”, jednak niemal już w jednej chwili doszedłem do wniosku, że tak naprawdę, to wszystko co się wokół nas dzieje rozumiem naprawdę znakomicie. Powiem więcej, ja bym raczej nie rozumiał sytuacji, gdzie wszystko nagle by zaczęło wyglądać zupełnie inaczej, niż wygląda dziś. Gdyby świat, w którym przyszło nam żyć ni stąd ni z owąd znormalniał, a każdy przejaw obłędu byłby traktowany, jak obłęd właśnie, a nie norma. Wówczas bym się zapewne zdziwił.
      A mimo to, jakimś zupełnie niezbadanym przypadkiem, trafiłem na coś tak wstrząsającego, że, jak mówię, w pierwszej chwili pomyślałem, że to się nie dzieje. W dodatku, również zdziwił mnie fakt, że to coś przez niemal rok pozostawało w ukryciu z autentycznie bezprecedensową bezczelnością.
      A przecież, nie oszukujmy się, tu nie mogło być inaczej. To musiało się tak potoczyć. Najwyższy czas odsłonić owo szaleństwo.
      Otóż proszę sobie wyobrazić, że jeszcze 28 czerwca zeszłego roku, w wystąpieniu przed Parlamentem Europejskim, przewodniczący Komisji Europejskiej, niesławny Jean-Claude Juncker, powiedział co następuje:
Przed nami otwierają się nowe horyzonty, dotyczące nie tylko Europy, ale również całej planety. Nie możemy jednak nie zdawać sobie sprawy z tego, że ci, którzy obserwują nas z daleka, mają powody do zmartwień. Spotkałem się z przywódcami innych planet, słuchałem, co mają do powiedzenia i musicie wiedzieć, że oni wszyscy są bardzo zatroskani kierunkiem, w jakim zmierza Unia Europejska. Musimy więc zrobić wszystko, by uspokoić zarówno Europę, jak i tych, którzy patrzą na nas z kosmosu”.
      Ktoś powie, że ja żartuję i już za chwilę ujawnię pomysł, który stoi za owym żartem. Otóż nie. Tu akurat żartów nie ma. Jean-Claude Juncker w rzeczy samej w czerwcu zeszłego roku wygłosił przemówienie na forum tego dziwnego parlamentu i powiedział słowo w słowo to co powyżej zacytowałem. On naprawdę poinformował posłów, że spotkał się właśnie z przywódcami innych planet i że oni są bardzo zaniepokojeni tym, co się dzieje w Europie.
      Wciąż wielu z nas żyję, zdaniem niektórych absolutnie fatalną, pomyłką, jaka przydarzyła się naszemu ministrowi Waszczykowskiemu, kiedy zamiast San Cristobal, użył całkowicie fikcyjnej nazwy San Escobar. Wiadomość o tej wpadce podana została przez niemal wszystkie światowe agencje, Pojawiły się głosy, że w momencie, gdy minister Waszczykowski użył nazwy San Escobar, świat zamarł ze wstydu, a Polska trafiła do Księgi Guinessa, gdy chodzi o poziom kompromitacji. Nie trzeba wspominać, że zdaniem niektórych – informacja na temat owej gafy została nawet zamieszczona w Wikipedii – omyłka ministra jest wystarczającym powodem by go na zbitą twarz wyrzucić z rządu. I tego typu głosy nadchodzą z obu stron politycznej sceny.
      Na temat wystąpienia przewodniczącego Junckera panuje pełna, moim zdaniem starannie zorganizowana cisza. Gdzieniegdzie tylko pojawi się podejrzenie, że on chleje. No ale, nie oszukujmy się, kto z nas nie chleje?

Jak zawsze zachęcam do zaglądania do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Polecam serdecznie.



wtorek, 28 marca 2017

Czy Joanna Lichocka lubi ministra Waszczykowskiego?

      Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, co znaczna część sympatyków Prawa i Sprawiedliwości, a jednocześnie, zupełnie naturalnie, rządu Beaty Szydło, myśli sobie o ministrze Waszczykowskim i jaką przyszłość dla niego planuje, gdyby jednak kogoś interesowało moje zdanie, pragnę tu stanowczo zadeklarować, że jeśli już miałbym kontestować to, co się w ramach tego projektu dzieje, to Witold Waszczykowski nie mieściłby się nawet w pierwszej dwudziestce. Ktoś powie, że ponieważ wszyscy znają moją przewrotność, w owej deklaracji nie ma nic dziwnego, i ja tu od razu muszę złożyć kolejną deklarację. Owszem, ile razy widzę, że wokół czy to jakiegoś wydarzenia, czy choćby pojedynczej osoby zaczyna się zbierać grupa ludzi, która mówi dokładnie to samo, podpierając się dodatkowo dokładnie takimi samymi argumentami, w sposób naturalny wolę się trzymać od nich z daleka. Podobnie jest oczywiście w przypadku Waszczykowskiego. Ja go mam na oku właściwie od pierwszej chwili jak się pokazał publicznie i nie mogłem nie zauważyć, że wrogość jaką on zaczął budzić po wszystkich właściwie stronach politycznej sceny była co najmniej irracjonalna. Jasne, że on nigdy nie robił wrażenia kogoś szczególnie sympatycznego, a jego wypowiedzi zbyt często wskazywały na to, że on się zupełnie nie liczy z tym, co sobie o nim pomyśli iluś tam dziennikarzy, polityków, czy nawet wyborców, dla mnie jednak to ani przez chwilę nie był wystarczający powód, by się na niego zżymać, a tym bardziej odwracać się do niego plecami. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że ja sobie nie przypominam, by on kiedykolwiek powiedział nieprawdę, lub zachował się głupio, czy nieprzyzwoicie. Niedyplomatycznie, owszem. Nieprzyzwoicie, nigdy.
      Jednak nie to jest pierwszy powód, dlaczego dziś Waszczykowskiego postanowiłem bronić. Rzecz w tym, że jeśli mam wskazywać na ludzi związanych z obecnym obozem władzy, których w najlepszym dla nich wypadku nie toleruję, to Waszczykowski nie stanowi dla nich jakiejkolwiek konkurencji. Weźmy choćby wspomnianego tu ledwo co Jarosław Gowin, o którym nawet nie mam ochoty myśleć, a co dopiero po raz kolejny pisać. Bardzo źle również znoszę ministra Glińskiego, czy rzecznika rządu Bochenka. Uważam też, że nie zaszkodziłoby szefem Kancelarii Premiera uczynić kogoś, że tak powiem, bardziej lotnego od Beaty Kempy, a ministrowi Błaszczakowi zdecydowanie odradzić występy w telewizji, tak by nie daj Boże wyborcy nie zorientowali się w końcu, że on nie dość, że ich traktuje jak ostatnich durniów, to jeszcze się tym chwali. Bardzo też bym był szczęśliwy, gdyby, skoro oni już muszą być posłami, do reprezentowania partii w trakcie telewizyjnych debat, zamiast redaktor Lichockiej, czy posła Żalka, Prawo i Sprawiedliwość wystawiało choćby puste wiadro. A tuż już miejsca by zabrakło, gdybym miał wspominać całą tę bandę niepokornych jak jasna cholera dziennikarzy, zaczynając od Marcina Wolskiego, przez Stanisława Janeckiego, a kończąc na Witoldzie Gadowskim. To oni bowiem wszyscy moim zdaniem stanowią prawdziwy problem Prawa i Sprawiedliwości, a nie minister Waszczykowski. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że gdy chodzi o Waszczykowskiego, cokolwiek on zrobi lub powie, nie ma takiej możliwości, byśmy mu mogli zarzucić, że on nas traktuje jak zbieraninę ciemnych ludków, że już nie wspomnę o tym, że przynajmniej nie wygląda, jak znaleziony w bramie menel.
      Waszczykowski to człowiek nieznośnie poważny i niech nikt się nie łudzi, że kiedy on do nas będzie mówił, to choćby na chwilę ową powagę zechce zastąpić nędzną kokieterią. Dziś wszyscy jeden przez drugiego dostają cholery na Waszczykowskiego za to, że ten, kiedy już wszystko rzekomo układało się tak pięknie, ni stąd ni z owąd wyskoczył z pretensjami do Brukseli o sfałszowanie niedawnych wyborów na Przewodniczącego Rady Europejskiej. I nie chodzi mi tu wcale ani o ten cały, mniej lub bardziej zorganizowany „antypis”, ale o tak zwanych „naszych”, którym gapienie się w tę całą politykę, do tego stopnia poprzestawiało klepki we łbach, że gotowi są wręcz twierdzić, że Waszczykowski jest zwyczajnie „głupi”. I pomyśleć tylko, że jeszcze tak niedawno dla każdego z nas to, co właśnie oficjalnie powtórzył minister Waszczykowski, stanowiło jak najbardziej oczywistą oczywistość. Proszę mi pozwolić przypomnieć tu komentarz naszego wybitnego kolegi Orjana, który tuż po owym fałszerstwie napisał co następuje:
Moim zdaniem, Tusk jest uzurpatorem. Dowód mieści się w pytaniu: ile głosów otrzymał w wyborach Saryusz-Wolski. Powinien mieć w protokołach szczytu 1 głos za (Polski). Jeśli w dokumentach szczytu nie ma takiego wyniku, to znaczy, że wybory nie odbyły się.
Drugie pytanie: ile głosów za, ile przeciw (tu powinno być przynajmniej 1), ile wstrzymujących się zostało zapisane w protokole wyborczym szczytu za Tuskiem. Brak któregoś ustalenia w protokole = wyborów nie było.
Polska nie podpisała konkluzji szczytu. Kwestia, czy wybory należały do szczytu, czy nie należały, ergo brak konkluzji na skutek wyboru nie wpływa, jest tylko interpretacją. Wyborów nie ustala się z interpretacji, lecz z protokołu wyniku wyborów.
W byle spółce z o.o. sąd KRS nie wpisałby takiego ‘wyboru’ Tuska do rejestru. To jest szwabska hucpa, a nie krool Europy.
Czy są argumenty przeciwne? Ale proszę darować sobie argumenty oparte na sile i przewadze. W końcu nie na nich ma polegać demokracja. Raczej inny ustrój”.
      I jeszcze to:
Czy ktoś potrafi podać wiarygodne źródło opisujące przebieg ponownego ustanowienia Tuska?
Celowo piszę ‘ustanowienia’, bo tam - zdaje się - w ogóle nie doszło do wyborów, co - gdyby tak istotnie było - samo w sobie byłoby urągowiskiem w miejsce demokracji tak drogiej Niemcom i Timermansom wszelkiego lotu.
Otóż nie ma mowy o wyborach wtedy, gdy nie dopuszcza się głosowania na wszystkich kandydatów konkurujących między sobą. Tymczasem, tam - to akurat zdaje się pewne - nie głosowano o wybór między Tuskiem a Saryuszem Wolskim. Już to wystarczy, aby zakwestionować, iż Tusk został wybrany. Jest ‘ustanowiony’, ale nie jest wybrany.
Z kolei samo ‘ustanawianie’ Tuska miało - ponoć - taki przebieg, iż zapytano, kto jest przeciw? Na to podniosła się tylko jedna, polska ręka - przeciw. Dalej nie pytano. Stąd wynika, iż 27 głosów za Tuskiem należy do kategorii Urban legends przy czym ‘Urban’ należy pisać z dużej litery.
Ten moment także składa się na pyrrusowy wymiar sukcesu Tuska. To nie jest zwycięstwo, ale solidna, niemiecka instalacja.
Jednak w skali długookresowej Niemcy jeszcze nigdy niczego nie wygrali tak skierowaną solidnością. Natomiast Pyrrusem nie ma się co zajmować”.
      A więc, czy są argumenty przeciwne? Czy argumentem przeciwnym jest może to, że Waszczykowski jest głupi, bo szkodzi realizacji misternego planu, który ma Polsce zapewnić zwiększone wpływy w przekręcie , który się nazywa „Wspólna Europa”? A może argumentem jest to, że skoro znaleźliśmy się w tak znakomitym towarzystwie jak owa banda uzurpatorów kierowana wspólnie i w porozumieniu przez Timmermansa, Junkera i Tuska, powinniśmy się dostosować i przynajmniej przestrzegać podstawowych reguł dyplomacji? A może tam jest jeszcze coś, o czym nie wiem? Otóż z mojego punktu widzenia, najgorsze co byśmy zrobili, to przejście do porządku dziennego nad owym przekrętem, czy, jak to ładnie określił nasz kolega, „Pyrrusem”.
      Ja nie mam złudzeń, że od naszego gadania ta skamielina choćby stęknie. Mowy nie ma. Dlatego oczywiście polski rząd powinien robić to co do niego należy, mając w perspektywie kolejne potyczki, z których ta, o której dziś rozmawiamy, wcale nie musi być najgorsza. No i mieć na uwadze fakt, że jeśli z następnych wyborów nie wyjdziemy wzmocnieni, nikt nam tego nie wybaczy, a śmiechu, jaki się rozlegnie wokół, nic nie zagłuszy. No a już z całą pewnością powtarzanie sobie, że to wszystko przez Waszczykowskiego, co nie umiał powstrzymać języka, kiedy sytuacja tego wymagała.


Przypominam, że już pojutrze w Warszawie rozpoczynają się Targi Wydawców Katolickich, w których planuję brać osobisty udział. Jak się dziś wydaje, jedynie w sobotę, no ale tym bardziej zapraszam wszystkich, którzy mieliby przyjemność się spotkać. Proszę wypatrywać szczegółów, czy to tutaj, czy na blogu Coryllusa.

poniedziałek, 20 marca 2017

Do naszych niemieckich przyjaciół, czyli Grzesiek pisze list

Miałem dziś przedziwny sen. Otóż proszę sobie wyobrazić, że przyśniła mi się sytuacja, gdzie w jakiś zupełnie niezbadany i tajemniczy sposób znaczna część niemieckiego rynku prasy znalazła się w rękach polskiego koncernu medialnego zarządzanego przez właściciela SKOK-ów senatora Grzegorza Biereckiego i w związku z tym, że Donald Tusk został ponownie wybrany na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, Bierecki do zarządzanych przez siebie niemieckojęzycznych mediów wysłał list o następującej treści:

      „Drogie koleżanki i koledzy!
Kamil Stoch kontra Andreas Wellinger 238:166 – co to był za pojedynek! Jednak to nie te zawody zasłużyły na miano starcia miesiąca. Ta kategoria należała do dwóch Polaków, którzy zmierzyli się ze sobą na arenie europejskiej, a ich starcie skończyło się wynikiem 1:27. Wbrew temu jednak co by się nam mogło wydawać, wynik owego starcia w żaden sposób nie jest zwycięstwem Donalda Tuska, a przegranym z pewnością też nie jest Jarosław Kaczyński. Wbrew pozorom, z tego nierównego pojedynku Unia Europejska wyszła mocno poturbowana moralnie, natomiast Polska zaprezentowała się, jako dumny i godny szacunku kraj zasad. Dziś więc wszyscy, razem z Jarosławem Kaczyńskim, możemy mieć nadzieję, że w końcu uda nam się zreformować Unię Europejską w taki sposób, by ona stała się unią wszystkich narodów, a nie tylko kilku silnych państw pozostających pod kontrolą niemieckiego rządu. Badania pokazują, że wielu Niemców podziela tę opinię i ich liczba z każdym dniem coraz bardziej rośnie.
      Czego się dowiedzieliśmy?
      1. Donald Tusk i jego niemieccy promotorzy zrozumieli, że odnieśli pyrrusowe zwycięstwo.
      2. Ideologia i prymitywne zakulisowe rozgrywki przegrały z wartościami i zasadami. Obywatelom Niemiec w rzeczywistości pozostał jedynie niesmak i poczucie wstydu.
      3. Przywódcy Unii Europejskiej zaczynają rozumieć, że bez jedności ich projekt nie ma żadnych szans na przetrwanie. To bardzo cenna lekcja na przyszłość. Marzenia o Unii dwóch prędkości muszą skończyć się porażką.
       Ta ostatnia z lekcji ma szczególne znaczenie dla Niemców. Moment w którym w głowach niektórych z ich przywódców pojawia się wizja z jednej strony autostrady, a z drugiej pasa wolnego ruchu, każe im wszystkich zatrzymać się na chwilę na parkingu, a z myślą o nich do gry muszą się włączyć wolne media, takie jak my.
      Nigdy nie zapominajmy o podstawowych wartościach, jakie reprezentujemy: opowiadamy się za wolnością, rządami prawa, demokracją i ZJEDNOCZONĄ EUROPĄ.
      Pamiętajmy że większość naszych czytelników i użytkowników należy do tej miażdżącej większości, która popiera członkostwo Niemiec we wspólnej i zjednoczonej Europie równych prędkości. Podpowiedzmy im, co należy robić, by nie wypaść z tego pasa szybkiego ruchu i nie wylądować na parkingu.
      Stawką w tej grze jest wolność i pomyślność przyszłych pokoleń.
      Choć wyniki badań napełniają optymizmem, to jednocześnie rodzą się pytania, na które warto poszukać odpowiedzi. Dlaczego krytyczna postawa wobec dzisiejszej Europy jest szczególnie widoczna wśród młodego pokolenia? Dlaczego w mniejszym stopniu wierzy ono w Europę trzech czy czterech najsilniejszych krajów i zwasalizowanej reszty? Z pewnością przyczyniła się do tego arogancja europejskich przywódców, nieznośny rozrost unijnej demokracji i kreowany w mediach fałszywy obraz stale rozwijającej się Unii Europejskiej. Obywatele Europy dostrzegli obecność tego trendu wśród młodszego pokolenia i samodzielnie przyłączają się do owych działań. Swoje poparcie dla zjednoczonej Europy wyrażają przez inicjatywę pod nazwą „Chrześcijańskie korzenie Europy”. Warto się z nią zapoznać: www.toyah.pl.
        Prezentacja naszej wiosennej ramówki w ubiegłym tygodniu okazała się kolejnym sukcesem i spotkała się z bardzo pozytywnym medialnym odzewem. Aktualnie, w ujęciu miesięcznym, nasza Grupa uzyskuje liczbę 500 mln streamów miesięcznie, z czego 230 mln na żądanie. Daje nam to niekwestionowaną pozycję lidera na rynku niemieckim, oraz plasuje Grupę w czołówce europejskich wydawców.
       Pogratulujmy sobie tego wspaniałego osiągnięcia.
      Grzesiek”


Chyba znowu mnie coś niedobrego napadło. Obiecuję, że postaram się więcej nie dokazywać. Książki są jak zawsze do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

środa, 15 marca 2017

Czy Jarosław Kaczyński wspólnie z Januszem-Korwinem Mikke będą demontować Unię?

      Kiedy Janusz Korwin-Mikke najpierw w jednej ze swoich pretensjonalnych wypowiedzi zauważył, nie po raz pierwszy zresztą, że kobiety są od mężczyzn statystycznie mniej inteligentne, słabsze fizycznie, oraz niższe wzrostem, a następnie, sprowokowany przez dziennikarzy brytyjskiej stacji ITV, ową tezę powtórzył, rozpętało się piekło. Ja akurat, gdy chodzi o Korwina, z całą pewnością mogę powiedzieć, że on osobiście potwierdza zaledwie jedną z tych prawd, a mianowicie to, że jako mężczyzna, jest faktycznie wysoki. Co do reszty, nie mam wiedzy, czy on jest silny, czy słaby, i czy jest, jak się powszechnie sądzi, inteligentny. Jak już tu miałem okazję pisać, to że on zgodził się wziąć udział we wspomnianym programie, świadczyłoby, że jego inteligencja funkcjonuje na poziomie wyjątkowo niskim, no ale nie wykluczam, że gdyby mu dać do rozwiązania jakiś test, gdzie trzeba by było dopasowywać kropki do trójkątów, ewentualnie liczby do kolorów, osiągnąłby wynik imponujący.
      Natomiast mam w tym temacie swoje własne przemyślenia i zgadzam się, że faktycznie kobiety są statycznie od mężczyzn fizycznie niższe, fizycznie słabsze – inna sprawa, że ostatnio zauważam tu pewną zmianę tendencji – i że choć w czasach, które dobrze pamiętam, mężczyźni przynajmniej mieli ambicje być od kobiet inteligentniejsi, a kobiety też z głupszymi od siebie wolały się nie zadawać, dziś jest to zdecydowanie melodia przeszłości. Z moich obserwacji wynika jednoznacznie, że mężczyźni od kobiet nie tylko są głupsi – czego Korwin akurat nie wykluczył – ale również zdecydowanie mniej inteligentni. A zatem, uważam, że Korwin jest dziś zaledwie mocno starszym panem, który jakieś 40 lat temu odkrył parę barwnych bon motów i od tego czasu powtarza je na okrągło, licząc na to, że w ten sposób zaimponuje zwłaszcza młodszej części publiczności.
I nie byłoby oczywiście potrzeby zajmować się owymi mocno wątpliwymi mądrościami, szczególnie gdy dopiero co ich autorowi poświęciliśmy tu aż nazbyt wiele miejsca, gdyby nie fakt, że po tym, jak dzięki uprzejmości brytyjskiej telewizji, świat się dowiedział o jego istnieniu, środowiska feministyczne rozpętały wokół jego wypowiedzi piekło, a Parlament Europejski z autentyczną radością postanowił Korwina ukarać całą serią dotkliwych kar. Co ciekawe, jak się zdaje, Korwin nie został ukarany za to, że gdy chodzi o jego stosunek do kobiet, on wciąż tkwi w czasach, gdy bohaterem zarówno damskiej jak i męskiej wyobraźni był raczej John Wayne, niż Woody Allen, lecz za rzekomo wyrażony pogląd, iż słuszną rzeczą jest, by kobiety zarabiały mniej od mężczyzn, bo są od nich głupsze.
      I to jest powód, dla którego zdecydowałem się jeszcze raz zająć się Januszem Korwinem-Mikke. Otóż moim zdaniem, tu wcale nie chodzi o niego. Już wtedy, gdy on się pokazał w tej nieszczęsnej telewizji, czułem, że oni doskonale wiedzą, że to co on sobie myśli, nie stanowi niczego aż tak kontrowersyjnego. Proszę zresztą zwrócić uwagę, że Korwinowi od świń wymyślała nie kobieta, która urzędowała tam w tym studio, lecz ów facet. To on się tam najbardziej napinał, podczas gdy ona właściwie przez cały czas robiła wrażenie zaledwie rozbawionej. A ja już wtedy uznałem, że jest bardzo prawdopodobne, że wypuszczenie Korwina, by opowiedział światu, co sądzi na temat antropologicznych różnic między kobietą i mężczyzną, stanowiło część szerszego planu, mającego na celu skompromitowanie Polski w oczach europejskiej opinii publicznej. Już na drugi dzień po tym, jak on powiedział, co miał do powiedzenia, w tym samym programie swoje zdanie w temacie przedstawiła słynna piosenkarka Annie Lennox i zakomunikowała światu, że to jest bardzo zabawne, że ludzie tacy jak Korwin „mają władzę”.
      A ja już tylko się dziwię, że oni nią nie pokierowali nieco staranniej, tak by powiedziała na przykład, że to bardzo zabawne, że ktoś taki jak Korwin-Mikke może być ministrem w rządzie dużego europejskiego kraju, członka Unii Europejskiej, i że Bogu dzięki są jeszcze ludzie na tyle odpowiedzialni, by kogoś takiego nie wybrać Przewodniczącym Rady Europejskiej. To by się zdecydowanie mieściło w standardzie. Tak jak pamiętna akcja ze zdechłą wiewiórką, czy z wypowiedzią Mariny Le Pen na temat rzekomej paczki, jaką ona tworzy wspólnie z Jarosławem Kaczyńskim. Wówczas z całą pewnością byśmy już mieli serię publicznych wypowiedzi, gdzie z jednej strony tłumaczono by, że Korwin ani nie jest ministrem w rządzie PiS-u, ani też nie był przez PiS zgłaszany na przewodniczącego Rady Europejskiej, a z drugiej zapewniano, że to jest zupełnie bez znaczenia, bo przecież i tak wiadomo, że to wszystko jest jedna banda.


Zapraszam wszystkich jak zawsze do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco.

sobota, 11 marca 2017

O samotnym mścicielu, walce w cieniu i zwykłych ludzkich emocjach

      Słowo daje, że jeszcze do wczoraj miałem szczery zamiar choćby jednym słowem nie zająknąć się na temat brukselskich wyborów Przewodniczącego Rady Europejskiej, a to z dwóch głównych powodów. Przede wszystkim ja nie widzę najmniejszego powodu by angażować swoje emocje w coś tak z naszego, polskiego punktu widzenia nieistotnego, jak to, kto będzie szefem jednego z wielu urzędów tworzonych regularnie w ramach owej fikcji, jaką znamy pod nazwą Unii Europejskiej. I jest to dla mnie kompletnie bez znaczenia, czy owym przewodniczącym, prezydentem, czy komisarzem będzie Polak, Francuz, czy Niemiec, bo – powtarzam raz jeszcze – według mojego rozeznania, dla nas tu w Polsce, nie ma to najmniejszego znaczenia. Nasz sukces, czy porażka zależy bowiem wyłącznie od tego, jak my sobie będziemy radzić tu na miejscu. Oczywiście, jeśli ktoś obejmowanie tych stanowisk traktuje jako zaszczyt, czy prestiżowe wyróżnienie, proszę bardzo. Ja jednak w tej kwestii zachowuję pełną obojętność. I to nawet jeśli spojrzę na sprawę czysto po ludzku, a więc mając w tle Donalda Tuska. To bowiem, czy on tam spędzi jeszcze dwa i pół roku, a potem pojedzie do Londynu, by objąć stanowisko doradcy w jednym z banków, czy już pojutrze wróci do Polski, jest mi doskonale obojętne, bo każde z tych rozwiązań jest zarówno dobre, jak i złe. Nie wróci Tusk do Polski, trudno go będzie wybatożyć za to, co Polsce uczynił, wróci – będzie trzeba go codziennie oglądać, jak się wypowiada na tematy bieżące i tracić nerwy. Z drugiej strony, jeśli on wróci, miło będzie popatrzeć, jak się bierze za twarz ze Schetyną i Petru w walce o przywództwo i z każdym dniem coraz bardziej się zasusza i powoli niknie nam z oczu.
      A zatem, ów brak zainteresowania tematem jest pierwszym z powodów, dla których nie miałem ochoty się tu jakoś szczególnie napinać. Drugi powód to ten, że choć mam oczywiście świadomość, że to iż Prawo i Sprawiedliwość tak bardzo zaangażowało się w rozkręcenie tej awantury stanowi część szerszego planu, który, biorąc pod uwagę skalę tego zaangażowania, musi stanowić coś naprawdę dużego, niemniej jednak wszystko co mi chodzi po głowie na ten temat, to są czyste spekulacje, a – i tu wracam do wcześniejszych moich słów – ponieważ lokalny wynik tego, co się dzieje w Brukseli, nie ma dla nas żadnego znaczenia, jedyne co nam pozostaje to czekać na to, co się dopiero wydarzyć zamierza. A zatem czekam, a czytając siłą rzeczy te wszystkie analizy, jakich w sieci setki, jedynie wzruszam ramionami.
      No ale, mimo to, jak widać, siedzę dziś i piszę ten tekst i to zupełnie na poważnie. Powód tego jest prosty. Otóż wczoraj właśnie oglądałem w stacji TVN24 transmisję konferencji prasowej premier Szydło i proszę sobie wyobrazić, że kiedy ona już weszła na najwyższy poziom owej sztuki prowadzenia skutecznej polityki, który przed wielu jeszcze laty Eryk Mistewicz z prawdziwym wzruszeniem określał angielskim słowem „story”, stacja w pół zdania przerwała transmisję i bez słowa wyjaśnienia przeszła do dalszej części programu. Myślę, że potrafimy to sobie wyobrazić. Dziennikarz pyta Szydło o słowa prezydenta Francji w sprawie pozbawienia Polski unijnych dotacji, ona ze spokojnym uśmiechem na ustach najpierw oświadcza, że nie widzi najmniejszego powodu, by się przejmować szantażem ze strony polityka, który aktualnie uzyskuje społeczne poparcie na poziomie 4 procent i już za chwilę będzie nikim, a potem tym swoim cudownie płaczliwym tonem zaczyna opowiadać, jak to Polska nikomu nic nie zawdzięcza i nikogo o nic nie musi prosić, bo na swój sukces zapracowała talentem i ciężką pracą Polaków… i w tym momencie ta banda durni – ciach i ją kasuje.
      Dlaczego? Co takiego się stało, że oni tę wypowiedź w tym akurat momencie zdecydowali się ocenzurować? Otóż dla mnie sprawa jest jasna. Oni, w przeciwieństwie do nas, doskonale rozumieją, co się tutaj dzieje. Być może nawet jako jedyni, wiedzą, że wobec czegoś takiego nie mają żadnych szans. I nie ma najmniejszego znaczenia, w jaki sposób czy to opozycja, czy tak zwani „obiektywni” komentatorzy z prawej strony sceny politycznej będą oceniać działania naszego MSZ-u oraz ostateczny wynik tego szczytu, fakt pozostaje faktem, że dla każdego nieskażonego głupimi kompleksami umysłu, pozostaje rzeczą bezdyskusyjną, że Beata Szydło jest tu autentycznym bohaterem. I to bohaterem w wymiarze wręcz literackim. Kontekst, w jakim Prawo i Sprawiedliwość ją nie tylko tu, ale i w ogóle w pełni przydzielonej jej roli, umieściło, wywodzi się z najbardziej prostej tradycji westernu, gdzie samotny szeryf staje naprzeciwko bandy zbirów, przegrywa raz, przegrywa drugi raz, by w końcu, za trzecim razem ich wszystkich przy akompaniamencie oklasków wystrzelać jak psy. I przepraszam bardzo, ale to jest coś tak oczywistego, że aż wstyd o tym mówić. Normalnych ludzi nic nie obchodzą takie głupstwa, jak to, co sobie o Polsce będzie myślał świat, bo tak naprawdę im dłużej będzie słychać tamten rechot, tym bardziej obserwująca owe starcie jednego przeciw wszystkim publiczność będzie stała po stronie czegoś, co sama premier Szydło wielokrotnie i jak najbardziej celowo, określiła słowem „zasady”.
      Prawo i Sprawiedliwość ma za sobą osiem długich lat naprawdę ciężkiej walki, gdzie niemal wszystko niejednokrotnie wskazywało na to, że to już koniec i trzeba być kimś wyjątkowo tępym, by się wciąż trzymać owej idei. Proszę jednak zwrócić uwagę na to, że jeśli tak wiele osób przez tak długi czas cierpliwie czekało do tej ostatniej już sceny, to właśnie dlatego, że ów szczególny rodzaj emocji, tak pięknie wyrażony pamiętnym zdaniem „Nawet wtedy gdy wasze strzały przesłonią nam niebo, będziemy walczyć w cieniu”, jest czymś równie naturalnym, jak owo tak bardzo ludzkie pragnienie sprawiedliwości, oraz duma z tych, co sprawiedliwość wymierzają.
      Mimo tego więc, że wciąż jeszcze ton większości komentarzy jest zdecydowanie Prawu i Sprawiedliwości nieprzychylny, łatwo jest też zauważyć, że im częściej te głosy nadchodzą ze strony środowisk czysto opozycyjnych, tym bardziej można w nich rozpoznać ową nutę strachu, który się zwykle kryje za prostą wściekłością. No i oczywiście tym bardziej też można poczuć swąd czegoś na kształt klasycznego obłędu. Tak jak to miało miejsce podczas wspomnianej transmisji w telewizji TVN24. Niemal słyszę ten wrzask: „Wyłącz ją, kurwa, bo ja tu za chwilę oszaleję!”




Uprzejmie przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zachęcam gorąco.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...