Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Hadacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Hadacz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 czerwca 2015

Od jak dawna biskupi znają Jowitę Kacik?

W minionym tygodniu odpuściliśmy sobie felieton z „Warszawskiej Gazety” z tej prostej przyczyny, że on właściwie komunikował wszystko to, co i tak na bieżąco omawialiśmy tu na blogu, więc wolałem poświęcić czas na nowości. Dziś jednak przedstawiam tekst ukazujący się tam dziś, a mianowicie refleksje na temat pani Jowity Kacik i biskupów. Zapraszam:

Miniona kampania wyborcza przyniosła nam tyle nowej wiedzy i związanych z nią refleksji, że wszystkimi nimi moglibyśmy sobie z nawiązką wynagrodzić ową nędzę, jaką musieliśmy znosić przez minione 5 lat. Ja jednak chciałbym przede wszystkim zwrócić uwagę na coś, co oczywiście zostało zauważone i w pewien sposób nawet skomentowane, jednak, jak to niestety bywa, za owymi komentarzami nie poszły naprawdę poważne wnioski. A chodzi mi mianowicie o pojawienie się w kampanii niejakiej Jowity Kacik, oraz wcześniej już nam znanego Andrzeja Hadacza.
Myślę, że czytelnicy „Warszawskiej Gazety” znakomicie wiedzą, o kim mowa, ale na wszelki wypadek przypomnę. Otóż owa Kacik to pani, która dała się poznać podczas jednego z wyborczych spacerów prezydenta Komorowskiego po Warszawie, kiedy to przykleiwszy się do jego czerwonego karku, wydawała mu polecenia, kogo ma przytulić, a kogo pogonić. Hadacz natomiast to człowiek, który jeszcze pięć lat temu należąc do najbardziej agresywnych obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu, po pewnym czasie uczestniczył obok Janusza Palikota w marszach równości, by w końcu, jako się rzekło, wylądować w kampanii Komorowskiego.
Ktoś spyta, co Hadacz i Kacik mają ze sobą wspólnego, pomijając oczywiście wspieranie Bronisława Komorowskiego? Otóż to mianowicie, że podobnie jak Hadacz, tyle że już może nie tak bezpośrednio, Jowita Kacik również była związana z akcją na Krakowskim Przedmieściu. Proszę sobie wyobrazić, że w reakcji na ową suflerkę na plecach Komorowskiego, internauci zrobili odpowiedni reasearch i znaleźli w sieci dość dawne zdjęcie, na którym widzimy panią Kacik w przyjaznej pozie obok niejakiej „Joanny od Krzyża”, jednej z najdzielniejszych bohaterek tamtej walki, plus podpis: „Kto nie skacze, ten spod krzyża”.
Bardzo dobrze pamiętam tamten czas i pamiętam też ową atmosferę, z jednej strony wielkiego bohaterstwa, a z drugiej zdrady; z jednej strony upadku człowieka, a z drugiej jego triumfu; z jednej strony wreszcie, tamtych cudownych, dzielnych i wiernych księży, a z drugiej owe zimne i tak okropnie niewrażliwe oczy biskupów. I pamiętam mój ból i zawód i tę wielką wiarę, że to musi minąć i zostać nam wynagrodzone. I dziś nagle patrzę na tego Hadacza, na tę Kacik ramię w ramię z naszą Joanną od Krzyża i myślę sobie, czy to jest możliwe, że po raz kolejny się pomyliłem, zakładając, że Kościół, jak by nie było reprezentowany przez biskupów, może błądzić? Czy jest możliwe, że biskupi już wtedy wiedzieli, co się tam tak naprawdę dzieje? Czy to możliwe wreszcie, że oni, w odróżnieniu od nas, i dziś znają znacznie więcej twarzy, które obok Kacika i Hadacza przewijały się tam przez wszystkie tamte dni? I czy to możliwe, że oni faktycznie mieli na względzie tylko jedno: nie dać tego krzyża sprofanować. Czy to możliwe? Pytam ja, bo wiem, że oni sami – jak zwykle zresztą – nie powiedzą nic.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam wciąż są ostatnie egzemplarze moich dwóch pierwszych książek, sygnowanych jeszcze imieniem Toyah, a każda z nich w cenie zaledwie 15 zł. Gorąco i szczerze zachęcam.

piątek, 28 czerwca 2013

Pluskwa i cebulka, czyli o ukrytych talentach naszej prawicy

Nie wiem, czy to jest coś, co wciąż pamiętamy, czy może w natłoku najróżniejszych, starszych i nowszych, anegdot rozpłynęło się to wspomnienie wraz całym szeregiem innych, ja jednak pamiętam. Otóż był sobie za PRL-u taki dowcip: Przychodzi człowiek do restauracji i na talerzu, wśród ziemniaków, surówki i mięsa, znajduje zasuszoną pluskwę. Woła kelnera, kelner przychodzi, grzecznie się kłania, zdejmuje pluskwę z talerza, zjada ją, i z bezczelnie pewną siebie miną oświadcza: „Cebulka”.
Co się stało, że dziś akurat przypomniał mi się ten stary dowcip? Parę rzeczy. O jednej z nich – wbrew pozorom, wcale nie najbardziej dla nas istotnej – wspomniałem w notce zamieszczonej w Salonie24, a mam tu na myśli rozmowę, jaką dla tygodnika „Do Rzeczy” z Moniką Jaruzelską przeprowadził Rafał Ziemkiewicz. Mamy tu jednak z jednej strony tego Ziemkiewicza, a z drugiej – tak, tak – komunistyczną księżniczkę, i praktycznie wszystko jest jasne. Jasne w tym sensie, że nikt niczego nie udaje. Ziemkiewicz – prawicowy dziennikarz i legenda myśli konserwatywnej – zaprasza do rozmowy swoją dawną, szkolną miłość, Monikę Jaruzelską, córkę generała Jaruzelskiego i czołową gwiazdę popularnej kultury, i coś tam plotą, tak, by część publicznej opinii, którą nazywamy „prawicową”, uznała, że jedynym dla nas rozwiązaniem jest powszechna zgoda wokół tego, czym dla nas wszystkich jest Polska. To jednak, co wprawia mnie w nastrój, powiedziałbym, wyjątkowo ponury, to seria wydarzeń, które towarzyszą tej rozmowie niejako z boku, a które w pewnym sensie wręcz przebijają ją pod względem bezczelności wręcz modelowej. Bezczelności opisanej tak fantastycznie w owym starym dowcipie o cebulce.
Oto we wspomnianym Salonie24 znajduję notkę zamieszczoną przez Jarosława Gowina, który postanowił wreszcie się wyemancypować spod kurateli Donalda Tuska, ogłosił bardzo ambitne plany – o których w szczegółach, ze względu na szacunek do czytelnika, nie będę wspominał – i, zapewne w celu spopularyzowania owych planów wśród tak zwanej „internetową nędzy”, założył bloga w Salonie24. Oczywiście, nie pierwszy on i nie ostatni. Każdy, kto tu jest odrobinę dłużej, doskonale wie, jak ten przekręt działa. Pojawia się jakaś poważna okazja do załatwienia paru zaległych spraw, więc człowiek uderza w tak zwane „blogi”. Mieliśmy tu i Kazimierza Kutza, i Jarosława Kaczyńskiego, i Janusza Palikota, że już nie wspomnę o takiej nędzy, jak Zbigniew Girzyński. Ci czterej jednak, a z nimi jeszcze paru mniej istotnych, działali w czasie, kiedy ci bardziej może naiwni z nas wierzyli, że Internet to jest jakaś oferta, więc ich obecność tu mogła robić jakieś wrażenie. Dziś mamy tego Gowina, który przyłazi na te nasze blogi i z jak najbardziej poważną miną zaprasza nas do dyskusji, w której on sam oczywiście nawet przez krótką chwilę udziału brać zamiaru nie ma i nigdy nie miał. Nikt go oczywiście nie słucha, ale niemal w tym samym momencie pojawia się Igor Janke, i ogłasza koniec tradycyjnego dziennikarstwa, bo oto władzę przejmują blogerzy oraz politycy, tacy jak właśnie sam Jarosław Gowin. I on to pisze tak, jakby sądził, że dla nas cała ta sytuacja jest czymś nieskończenie poważnym.
Mamy więc tego Gowina, tuż za nim nadchodzi Igor Janke, a przecież nie sposób w tym kontekście zapomnieć o – również ledwo co wspomnianym przez mnie – Janie Pietrzaku. Tygodnik „Sieci” zamieszcza z Pietrzakiem wywiad, a całość zdobi najbardziej tandetnym, niemal jarmarcznym zdjęciem Pietrzaka z elektryczną gitarą i w wypasionych ray-banach – po ciężką, na Boga, cholerę! –zupełnie bezwstydnie przyznając, że zarówno gitara, jak i okulary, zostały wypożyczone z paru warszawskich sklepów na potrzeby sesji, a tym samym przyznając, że ani ów Pietrzak, ani cały ten przekaz nie jest w najmniejszym stopniu autentyczny; że to jest najbardziej tandetny przekręt przeprowadzony na potrzeby tych, których oni uważają za ostatnich durniów. A więc nas.
Ale jest jeszcze coś, co moim zdaniem jest już naprawdę groźne, choćby z tego względu, że się dzieje nie w owej skromniej przestrzeni między nami, a gazetą, czy ekranem komputera, ale zwyczajnie, na ulicy. Otóż w tym samym wydaniu tygodnika „Do rzeczy”, który zrelacjonował nam randkę po latach między Ziemkiewiczem, a Jaruzelską, jest tekst poświęcony postaci niejakiego Andrzeja Hadacza. Kim jest ów Hadacz? Otóż jest to, jak się okazuje, jeden z głównych, najbardziej radykalnych tak zwanych „obrońców krzyża”, który oto właśnie okazał się prowokatorem, opłacanym przez Janusza Palikota, jeśli nie przez kogoś stojącego znacznie jeszcze wyżej. Okazuje się, że to właśnie ów Hadacz, przez wiele miesięcy, czy już nawet lat, zjednywał sobie popularność wśród spragnionych prawdy Polaków zawołaniami w rodzaju: „rozliczyć tych skurwysynów”, „Tusk, albo Komorowski – w łeb”, czy wreszcie – przyznaję, że moje ulubione – „Jaruzelski powinien skończyć tak samo jak Ceausescu! Kula w łeb temu zbrodniarzowi! Dawać mi tego łobuza, mordercę!” I co my z tego wiemy? Dokładnie to samo, cośmy się właśnie dowiedzieli z rozmowy Ziemkiewicza z Jaruzelską, debiutu Jarosława Gowina w Salonie24, czy tekstu Igora Janke, w którym on nas informuje o tym, że to my przejmujemy władzę. To samo, co widzimy, jak się nam fantastycznie odbija w przepięknych ray-banach, które dla Jana Pietrzaka, bohatera naszej walki o sprawiedliwość wypożyczył redaktor Lisicki. Dokładnie to samo, co wypadło spod szarpanych palcami tego samego Jana Pietrzaka strun gitary, którą, podobnie jak te nieszczęsne ray-bany, a konto jeszcze jednego taniego grepsu dla nas, naiwnych patriotów, wyszarpał na parę godzin ów bohater naszej wiecznej walki.
O co chodzi? Otóż obawiam się – i temu dziś chciałem dać świadectwo – że jesteśmy manipulowani, jak nigdy dotąd. Z bezczelnością tak bezpośrednią, że ów stary peerelowsko-restauracyjny żart z pluskwą i cebulką jawi się nam, jako nie wart splunięcia bzdura. Ale jest w tym coś jeszcze znacznie gorszego. O ile wtedy, nie było takiej siły, by nam wcisnąć tę cebulkę, dziś do tego kłamstwa ustawiamy się wręcz w kolejkach. I niech no tylko ktoś się spróbuję wepchać przed nami!
Kiedy pisze się taki tekst, jak ten, a więc wypełniony czystą emocją, trudno jest się czasami zorientować, od którego momentu to, co się chciało powiedzieć na samym początku, jest jeszcze w wystarczający sposób przejrzyste. A zatem, jest całkiem możliwe, że kiedy zacząłem od tej pluskwy i cebulki, wszystko co pozostało z pierwszego wrażenia zostało skutecznie przykryte przez kolejną porcję tak zwanej polityki, reprezentowanej przez jakiegoś Lisickiego czy Gowina. W tej sytuacji, kto wie, czy zupełnie bez związku z tym, co tu się wydaje tak bez sensu sterczeć, chciałem powtórzyć po raz nie wiem już który, że zostaliśmy załatwieni równo i na czysto. A mnie pozostaje tylko urządzić konkurs pod hasłem: „Pluskwa czy cebulka”. Nagroda jest najskromniejsza ze wszystkich możliwych – czyste sumienie.

Wszystkim, którzy wspierają ten blog, czy to swoją obecnością, czy przez bardzo szczodre wpłaty na konto, bardzo dziękuję i zapewniam o swojej nieskończonej wdzięczności. Proszę nie odchodzić.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...