niedziela, 31 stycznia 2021

O tym jak Pussy Galore została na nowo kobietą

 

       Ostatnio w mojej przestrzeni najpierw pojawił się termin „osoba partnerska”, chwilę potem kolejny, „osoby z macicą”, a jeśli ktoś nie do końca orientuje się, o co chodzi z tymi „osobami”, już spieszę wyjaśnić. Otóż chodzi o to, że zdaniem niektórych, coś takiego jak „kobieta”, czy „mężczyzna”, jeśli w ogóle istnieje, to wyłącznie w formie szczątkowej, stopniowo będąc zastępowane przez cały szereg płci, wśród których my mężczyźni i kobiety stanowimy zaledwie żałosny kaprys. Chciałem sprawdzić o co chodzi z tą „osobą”, a zatem wpisałem w swojej wyszukiwarce termin „persons with uterus” i okazało się, że to wszystko już działa od lat, a my, jak zwykle wleczemy się w cywilizacyjnym ogonie, udając że jesteśmy jak najbardziej na bieżąco. Miałem też plan, by coś na ten temat napisać, zahaczając nawet o coś pozornie tak odległego od tematu jak najnowszy wręcz zalew telewizyjnych reklam ze środkami na potencję dla prawdziwych mężczyzn, ale ostatecznie nie znalazłem w sobie dość sił, by choćby tę refleksję odpowiednio rozpocząć.

       I oto, proszę sobie wyobrazić, ledwie co wczoraj trafiłem na informację, że w telewizji TVN24 wystąpiła niejaka Natalia Broniarczyk, przedstawicielka organizacji o nazwie Aborcyjny Dream Team, która, jak sama nazwa wskazuje, z dumą i odpowiednim zacięciem organizuje dostęp do aborcji dla wszystkich chętnych na całym świecie. Natalia Broniarczyk, z dla nas jak najbardziej oczywistych powodów podpisująca się imieniem Nata Lia Broniarczyk, udzieliła wypowiedzi wspomnianej telewizji i z rozmowy wyszła nadzwyczaj niezadowolona, czemu dała wyraz w swoim wpisie na Facebooku, który ja zdecydowałem się przytoczyć tu dziś w całości. Proszę o cierpliwość:

To będzie o stygmie aborcyjnej w polskich mediach. Wczoraj był jeden z najintensywniejszych dni w całej historii adt. Na naszym pomocowym lajfie zwróciłyśmy się do TVN24 żeby nie bali się nas zapraszać do swoich programów. Nie będziemy im robić skandali aborcyjnych, ale chętnie opowiemy o tym jak wygląda organizowanie sobie czy komuś aborcji. Wiedzę mamy pokaźną, a czas jest wyjątkowy - zależy nam, żeby informacja o tym, że jest gdzie się zwrócić po pomoc dotarła jak najszerzej. Miałyśmy wczoraj dwie setki do programów tvn24. Zareagowałyśmy z entuzjazmem - będzie szansa powiedzieć numer, że wspieramy finansowo, emocjonalnie i logistycznie, że osoby nie są same, że aborcje się dzieją.

Obie z Justyną spędziłyśmy po pół godziny z dziennikarkami. Mówiłyśmy, że osoby codziennie przerywają ciążę, że najczęściej tabsami w domach, ale, że dzięki aborcji bez granic jesteśmy tez w stanie skutecznie pomagać również w organizacji zabiegów za granicą, że nikogo nie zostawiamy bez wsparcia, że finansujemy wszystko, jeśli jest taka potrzeba, i że będziemy to robić. Oba materiały zostały tak pocięte i zmontowane, że nic co było naszym celem nie zostało osiągnięte. W materiale z Justynką pada, że to są ciężkie rozmowy i czasem dzwonią partnerzy. A u mnie, że ‘w przyszłym tygodniu pierwsze osoby jadą na zabiegi do Holandii’ i tu pada komenarz dziennikarki ‘bo je na to stać’ zero numeru, zero info jak uzyskać od nas pomoc.

Ja wiem, że my ze swoim destygmatuzujacym [tak jest w oryginale] zacięciem jesteśmy dla wielu za radykalne i trudne za do zaakceptowania, ale jeśli tworzysz materiał o tym jak wygląda aborcja i jak można ją zrobić, to nie wybieraj tylko tego co ci pasuje pod tezę. To jest manipulowanie nastrojami społecznymi a nie rzetelne dziennikarstwo. My nie chcemy mieć z tym nic wspólnego i zwyczajnie nie mamy na to czasu. Od dziś w Tvn24 tylko live - choć zapewne nas i tak nigdy nie zaproszą karo dziś miała wywiad z Tvn24 - mam nadzieje, że tego nie spierdolą.

Druga ważna rzecz to w ogóle poziom debaty na temat aborcji w mediach głównego nurtu. Wiem, że strategia na litość wydaje się ciągle wielu osobom skuteczna i jest też na stałe wdrukowana w strategie komunikacyjną innych organizacji zajmujących się aborcją.

Wiem, że ja czy Justynka mówiąca o tym, że towarzyszymy w aborcjach w piątek, świątek czy niedziele, że grup pomagających w aborcjach jest coraz więcej i naprawdę coraz szerzej docieramy, że pomagamy osobom w pierwszych trymestrach, ale również w 23, 24,25, 26 tygodniu ciąży całościowo poprzez kasę, informacje, logistykę i całościowe wsparcie emocjonalne w porównaniu do narracji innej organizacji, która mówi, że ‘telefon dzwonił całą noc, a kobiety tak płakały, że nie można było ich zrozumieć, i (ona- dyrektorka) musiała okazać się najdzielniejsza i wspierać kobiety w kryzysach emocjonalnych) wydaje się mediom mało ‘hot’ i ‘seksi’, zwyczajnie nudne i nie pasuje pod tezę. Ciągle musimy zmierzać się z tym i zagryzać zęby.

Z całych kręgów stygmatyzacji aborcji a jest ich 5, obszar mediów jest najtrudniejszy. Czuję jakbyśmy waliły głową o ścianę. Nie zamierzamy przekonywać osób, że aborcja nie musi być najtrudniejsza decyzja w życiu - wszak dla wielu, to ciągle jest obszar opinii a nie faktów. Natomiast jak dzwonicie do nas i chcecie porozmawiać o tym jak ADT czy ABG pomaga w aborcjach to róbcie materiał o tym, o czym miał być. Bo to ze pomagamy i jak pomagamy to są fakty a nie opinie. To, że w zeszłym roku minimum 7 tysięcy osób skorzystało z naszej pomocy to jest fakt. To ze cała kwota udzielonego wsparcia z zeszłego roku wyniosła ponad 320 tysięcy złotych a średnia kwota na osobę ponad 3 tysiące złotych to jest fakt. To, że numer 22 29 22 597 działa codziennie i jest rozgrzany do czerwoności to jest fakt. Mail zapchany, skrzynki fb i insta tak samo - gdyby nie nasze ‘adt wsparcie’ w postaci 9 wspaniałych osób, to byśmy już leżały nieprzytomne. To, że pomagamy w aborcjach każdego dnia to są wszystko fakty. Nie chcesz o tym mówić na wizji - nie zawracaj nam głowy.

Chcesz tworzyć pełne stygmy materiały? Nie zawracaj nam głowy. My chcemy docierać z informacją o naszej pomocy jak najszerzej a nie być wycięte i wykorzystane do materiału rodem z tvp.

Aborcja z przyczyn embriopatologicznych jest często powiązana z poczuciem żalu, smutku, a nawet żałoby. Wiemy o tym, rozmawiamy i piszemy z osobami w takich sytuacjach dosyć często. Mogłybyśmy opowiedzieć o tym, ale Wy nie chcecie słuchać! Macie swoje wizje i zero elastyczności. Tak właśnie działa stygmatyzacja aborcji w mediach.

Chcecie, żeby was łączyć z takimi osobami, żebyście mogli usadzić je tyłem, zmienić im głos i pokazać płacz. Jak mamy wam zaufać i łączyć was z tymi osobami, skoro nawet nas potraficie wykorzystać w taki sposób??? Jak mam uwierzyć w dobre intencji dziennikarki, która wycina moje słowa i montuje materiał tak, że nabierają one całkowicie innego znaczenia?

Walcie się.

Głęboko wierzymy, że nie da wywalczyć wolnego dostępu do aborcji jednocześnie ją stygmatyzując. To nie była, nie jest i nigdy nie będzie nasza strategia.

Aborcja na żądanie - bez przepraszania! Inaczej zawsze będzie mniejszy lub większy syf. Nie będziemy się ścigać z innymi organizacjami na drastyczniejsze przypadki. Nie chcemy przykładać ręki do tego, że osoby będą się jeszcze bardziej wstydzić aborcji, bo ‘nie płakały za dużo’, bo ‘nie miały wystarczającego powodu’.

Aktualnie państwo tylko pokazało, że w dalszym ciągu zamierza umywać ręce od wszelkiej odpowiedzialności za nasze zdrowie i za nasze życie.

Jedyne co mamy to siebie nawzajem.

To jest bardzo dużo, ale potrzebujemy tez zmiany na lepsze, zmiany na poziomie legislacyjnym, bo to dotyczy naszej godności i naszego poczucia bezpieczeństwa.

Mamy prawo czuć się bezpiecznie w miejscu, w którym mieszkamy z naszymi rodzinami. Dopóki nie będzie takich zmian na poziomie legislacyjnym to zawsze możecie liczyć na całą Aborcje Bez Granic i ADT, zawsze możecie zapytać nas jak przerwać ciąże i otrzymać od nas pomoc, niezależnie od powodu, ze względu na który chcesz przerwać ciąże, niezależnie od tego czy w trakcie ciąży zostały wykryte wady genetyczne.

I pamiętaj wszystko co czujesz w kontekście swojej aborcji jest ok. Aborcja nie powoduje traumy, depresji tak jak nam próbują wmawiać niektórzy politycy. Większość osób decyduje się na aborcje bo nie chce tej ciąży. Umiemy podejmować odpowiedzialne decyzje dotyczące naszego życia, naszego zdrowia i ciała. Czas najwyższy nam zaufać.

My wiemy co robimy, i żadne prawo, nawet najbardziej surowe nie sprawi, że przestaniemy te decyzje podejmować.

Nie chcemy mieć dostępu do aborcji

z litości ‘bo używamy wieszaków’.

Nie chcemy być ratowane.

Chcemy mieć dostęp do aborcji,

bo go po prostu chcemy,

bo go potrzebujemy,

bo go żądamy,

bo na niego zasługujemy.

Chcemy mieć dostęp do aborcji,

bo przerywamy ciąże.

A media głównego nurtu może kiedyś to zrozumieją”.

      A ja, chcąc ów manifest w jakiś sensowny sposób skomentować, chciałbym zakomunikować, że ja też dziś wyjątkowo również przedstawię swój swego rodzaju manifest. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że właśnie, korzystając z uprzejmości platformy HBO odtworzyłem sobie zamierzchły już bardzo film z Agentem 007, zatytułowany „Goldfinger”. Proszę mi pozwolić na krótkie streszczenie. Oto – jeśli dobrze zrozumiałem wątek –  jest człowiek, który planuje na najbliższe 50 lat radioaktywnie skazić całość zgromadzonych w złocie rezerw federalnych Stanów Zjednoczonych w ten sposób, że jego osobiste rezerwy zwiększą swoją wartość wielokrotnie, a jego główną w owym planie bronią jest wyjątkowo zła i bezwzględna kobieta imieniem Pussy Galore (swoją drogą bardzo dobry zespół punk rockowy). Któregoś dnia jednak, zanim dojdzie do nieszczęścia, między Bondem i Pussy Galore dochodzi do siłowej konfrontacji i Bond ową kobietę, ku jej oczywistemu zadowoleniu, gwałci. Sceny samego gwałtu, jako że były to wczesne lata 60.,  oczywiście nie oglądamy, natomiast wiemy, że owa Pussy Galore przechodzi natychmiast na stronę Dobra, co James... James Bond, w osobie niezastąpionego Seana O’Connery, komentuje następującymi słowami: „To przez to że wzbudziłem w niej instynkt macierzyński”.

     Zdaję sobie oczywiście sprawę, że gdy chodzi o Nata Lię Broniarczyk, może nie pójść aż tak łatwo, zwłaszcza że mamy nie rok 1964, ale lata całkowicie od tego co było różne, ale ja wciąż wierzę, że to jest niezmiennie najlepszy sposób: wzbudzić w tym, kto tego najbardziej potrzebuje, uczucia macierzyńskie. Gdy chodzi o nią akurat, światełkiem w tunelu jest to, że ona w swoim wpisie na Facebooku dwa razy się zapomniała i użyła słowa „kobiety”. 

      No i jeszcze jedno. Biorąc pod uwagę, jak ona wygląda w rzeczywistości i to jakie robi sobie zdjęcia, świadczy o tym, że w jej biednej głowie, wciąż tkwią niezmierzone pokłady zwykłej dziewczęcej tęsknoty.



 

sobota, 30 stycznia 2021

Gdula, czyli witamy w dupie

 

      Parę dni temu, opisując swoją przygodę w sklepie „Lidla”, zwróciłem tu uwagę na to w jaki sposób wielkie niemieckie sieci handlowe, ale przecież nie tylko one, pracują na sukces tak zwanej dobroczynnej działalności Jerzego Owsiaka, no i oczywiście na osobisty jego i jego rodziny dobrobyt. Mimo że czytelnicy tego bloga, ale też mnóstwo innych osób, zdają sobie sprawę z tego że cały system oszukiwania, jak to pięknie ujął swego czasu Abraham Lincoln, niektórych ludzi przez cały czas, działa w sposób niezakłócony i dzięki temu prawdą jest to, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy w ten czy inny sposób będzie działać do końca świata i jeden dzień dłużej, mam wrażenie że wciąż nie do końca zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo ten jeden projekt stanowi zaledwie część czegoś autentycznie globalnego i chyba niestety już nie do opanowania.

      Jak niektórzy z nas być może wiedzą, cała nasza rodzina jest pogrążona w obsesyjnym wręcz kibicowaniu angielskiej drużynie piłkarskiej Liverpool F.C., a gdy chodzi o mnie to ja dodatkowo, równie często co na portal tvp.info, zaglądam pod adres LFC.pl, gdzie znajduję kompendium najświeższych informacji dotyczących naszej drużyny. I oto, proszę sobie wyobrazić, że wczoraj przy którejś z okazji wszedłem tam i trafiłem na reklamę sprzedawanej na Allegro książki z artystycznie wypikselowaną twarzą Jarosława Kaczyńskiego, zatytułowanej „Nowy Autorytaryzm”. Aby dostrzec nazwisko autora musiałem zajrzeć głębiej i oto co ujrzałem: Maciej Gdula.

      Myślę, że część z Czytelników wie, że Gdula to człowiek, który całkiem niedawno stwierdził publicznie w telewizyjnym programie, że on nie uwierzy, że umierający w szpitalu w Plymouth człowiek, jest czymś więcej niż więdnącą ludzką jarzyną, o ile on nie będzie potrafił samodzielnie sięgnąć do postawionego mu przed nosem talerza z jedzeniem. Gdyby jednak ktoś potrzebował dodatkowych informacji, służę uprzejmie:

Urodzony 27 czerwca 1942 roku, od 1964 był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W latach 1969–1975 pełnił funkcję sekretarza ds. rolnych w Komitecie Powiatowym PZPR w Żywcu. Następnie pracował w aparacie Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Bielsku-Białej, gdzie był zastępcą kierownika Wydziału Rolnego i Gospodarki Żywnościowej, a od 1980 sekretarzem ds. rolnych. W 1981 objął funkcję I sekretarza KW PZPR w Bielsku-Białej, którą sprawował do 1985. Sprawował mandat radnego Powiatowej (1974–1975) i Miejskiej Rady Narodowej w Żywcu (1975–1978).

Od grudnia 1984 do lipca 1986 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i szefem Służby Polityczno-Wychowawczej. Od 1986 pracował w Komitecie Centralnym PZPR, gdzie kierował najpierw Wydziałem Społeczno-Prawnym, a od 1989 do rozwiązania partii w styczniu 1990 Wydziałem Prawa i Praworządności.

Od lat 90. działał w sektorze prywatnym, zasiadał w radach nadzorczych (m.in. Banku Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, Polskiego Górnictwa Naftowego i GazownictwaPolskiej Wytwórni Papierów Wartościowych), jak również we władzach Polskiego Związku Łowieckiego i Polskiego Związku Wędkarskiego. Był również prezesem zarządu Fundacji Wschód-Zachód (1991–1993).

Od 1993 kierował departamentem w Ministerstwie Pracy i Polityki Socjalnej. W latach 1996–2005 pracował w Kancelarii Prezydenta RP jako dyrektor Zespołu Doradców.

Po 2005 powrócił do działalności w sektorze prywatnym.

Postanowieniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 21 listopada 2005 roku ‘za wybitne zasługi w pracy zawodowej i działalności społecznej’ został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski”.

       Ktoś powie, że to nie ten Gdula ale Gdula senior, a ja oczywiście świetnie sobie z tego zdaję sprawę i tu, jeśli przeklejam ów fascynujący życiorys, to tylko dlatego, że tu i tylko tu jest cała prawda o Gduli juniorze, autorze owej niezwykłej propozycji próby jedzenia, no i oczywiście też książki o Jarosławie Kaczyńskim – dyktatorze. Nie bez zastanowienia zresztą wspomniałem o owej „próbie jedzenia”, bo dzięki temu tym bardziej zrozumiemy w jaki sposób młody Gdula jest już wyłącznie marnym naśladowcą swojego starego. Tamten zapewne nie zawracałby sobie głowy głupim talerzem z zupą; on by normalnie przypalił tego biedaka papierosem, sprawdził jak reaguje, a dopiero wtedy by zakomenderował: „Do piachu!”. Nie zmienia to jednak faktu, że dziś musimy się zająć Gdulą juniorem, ze względu na tę książkę, którą mi zareklamowano na polskiej stronie Liverpoolu. Mamy bowiem to chodzące gówno, które jedyne co w życiu osiągnęło to to, że zostało poczęte przez komunistycznego aparatczyka i w ten sposób cała reszta się już wyłącznie do niego przylepiła i nagle się okazuje, że to w zupełności wystarczy, bym ja sprawdzając sytuację w mojej ulubionej drużynie musiał się dowiedzieć, że ów Gdula napisał i wydał książkę o Jarosławie Kaczyńskim.

        Ja oczywiście nie mam bladego pojęcia, jak to działa. Nie wiem, czy za tym stoją pieniądze starego Gduli, kumple Macieja, czy polityka samego Allegro, faktem jest że mamy do czynienia dokładnie z tym samym rodzajem przekrętu, którego byliśmy świadkiem w przypadku pracowników Lidla przebranych w koszulki WOŚP-u. To jest bowiem autentyczny ideologiczny terror przed którym nie jesteśmy się w stanie bronić. Nie pomoże bowiem żaden Kaczyński, żaden Ziobro, żaden Kamiński, ani nawet Kurski z Zenkiem Martyniukiem i Roksaną Węgiel, jeśli już za moment nie wejdziemy do łazienki umyć ręce w obawie przed COVID-em, a obok na pralce zobaczymy książkę Macieja Gduli, którą nasze dziecko znalazło w skrzynce na listy i przyniosło do domu, by zobaczyć, co to takiego.

        Do czego zmierzam? Otóż, jak wszystko na to wskazuje, System, o którym tu było nie raz, ma się znakomicie i trzyma nas za pysk tak, że nie mamy najmniejszego ruchu.  I nie zmienię swojego zdania dopóki któregoś dnia nie wejdę na stronę LFC.pl i nie zaatakuje mnie reklama mojej książki „Rock and Roll, czyli podwójny nokaut”, wystawionej na Allegro przez jakiś antykwariat za 57,90. Przypadkowo oczywiście.

 


 

 

 

piątek, 29 stycznia 2021

O nienawiści piękniejszej niż śmierć

No i stało się, a ja tylko jednego nie przewidziałem, że oni zanim zostaną zmuszeni do podjęcia decyzji, której podjąć nie mogli, nie będą głupio czekać, tylko zwyczajnie naszego udręczonego w brytyjskim szpitalu rodaka zabiją. No i stało się. Kończąc ów ponury temat, chciałbym przedstawić swój najnowszy felieton z Warszawskiej Gazety”, pisany jeszcze wtedy gdy było źle, ale wciąż jeszcze iskrzyła się nutka nadziei.

Peggy Noonan, popularna dziennikarka dziennika „Wall Street Journal”, a może przede wszystkim autorka kultowych dziś już przemówień prezydenta Ronalda Reagana, w tym może przede wszystkim pamiętnego wystąpienia po tragedii promu kosmicznego Challenger, pragnąc skomentować zamordowanie w marcu 1995 roku przez lekarzy i sądy będącej w stanie śpiączki kobiety nazwiskiem Terri Schiavo, napisała felieton zatytułowany „Zakochani w śmierci”. Główną myślą wspomnianego tekstu było to, że jest czymś autentycznie niepojętym że są ludzie dla których pragnienie śmierci Schiavo stanowi nieomal sens życia. Noonan jest w stanie zrozumieć ludzi zaangażowanych całym sercem w ratowanie życia konającej kobiety, niezależnie od tego jak bardzo ich wiara w to, że ona ma szanse na wyzdrowienie jest słuszna, czy naiwna. Ona ich rozumie, mając świadomość że są to najczęściej ludzie głęboko wierzący w to, że życie jest unikalnym darem od Boga i tylko On ma prawo je przerwać. Wiara obrońców życia i ich czasem wręcz przesadne zaangażowanie w walkę o jego ocalenie jest jak najbardziej do zrozumienia, bo jest zwyczajnie logiczne. Co innego z ludźmi, którzy z równym, a niekiedy nawet większym poświęceniem czasu i energii żądają odłączenia Terri Schiavo od podtrzymujących jej życie urządzeń. Dla ich poświęcenia na rzecz jej śmierci nie ma zdaniem Noonan innego wyjaśnienia jak przyjęcie, że oni zwyczajnie są zakochani w śmierci jako takiej. Ich śmierć z jakiegoś powodu fascynuje, a zatem, konsekwentnie, fascynuje ich obserwowanie tego jak ona zbiera swoje ponure żniwo.  Felieton swój kończy Peggy Noonan uwagą, że droga którą oni wybrali to droga prowadząca prosto do Auschwitz, a ja sobie przypominam o tamtych tak poruszających refleksjach, gdy obserwuję niektóre reakcje na działania podjęte przez polskie władze, mające doprowadzić do sprowadzenia skazanego przez brytyjski system na śmierć Polaka do kraju. Myślę o tym jak bardzo niektórzy z nas marzą o tym, by albo brytyjski sąd odrzucił prośbę o przekazanie owego człowieka Polsce, albo żeby on może zanim owa decyzja zapadnie, umarł, ewentualnie – i choć wiem, że to brzmi już może zbyt absurdalnie – żeby on nie wyzdrowiał przynajmniej do czasu aż Prawo i Sprawiedliwość straci władzę. Potem – proszę bardzo. Jednak dopiero potem.

     I tu chciałbym przejść do sedna dzisiejszych refleksji. Otóż, moim zdaniem, ludzie tacy jak na przykład Borys Budka, Tomasz Terlikowski, czy popularny w Internecie jezuita Krzysztof Mądel, wcale nie muszą kochać śmierci. Ja nie wykluczam, że każdy z nich w gruncie rzeczy współczuje owemu cierpiącemu z głodu i pragnienia w angielskim szpitalu człowiekowi, oni może nawet tak w głębi serca woleliby żeby on żył... jednak nie teraz, nie dziś. Dziś oni drżą ze strachu, że jeśli on przeżyje, to stanie się coś absolutnie najstraszniejszego: oni znów przegrają.  A to dla nich jest czymś jeszcze gorszym od śmierci. I tu zawiązali swój czarny sojusz.




czwartek, 28 stycznia 2021

O ludziach głupszych od ryb


      Gdy będziemy kiedyś w Obornikach Wielkopolskich i przyjdzie nam do głowy wyruszyć na północ, to mamy dwie drogi. Obie polecam. Pierwsza z nich bardziej w lewo wiedzie do wsi Ludomy, gdzie żyje i służy ludziom nasz ksiądz Rafał Krakowiak, druga prowadzi do Chocieży, a ponieważ w Chocieży żadnego interesu nie mamy, przejeżdżając w pobliżu Rożnowo, możemy odbić nieco w las, który jest tam piękny i potężny, i trafić na tablicę z następującą informacją:

W październiku 1939 r. w lasach rożnowskich koło Obornik hitlerowcy rozpoczęli masowe egzekucje na Polakach . Pierwszymi ofiarami byli nerwowo chorzy ze szpitala w Owińskach pod Poznaniem. Ofiary przywożono najczęściej w godzinach popołudniowych samochodami ciężarowymi szczelnie zakrytymi brezentami. Poprzedzał je samochód osobowy z kilkoma esesmanami. Jeden ze świadków zeznał, że w końcu 1939 r. zauważył ponad 20 grobów zrównanych z powierzchnią gruntu o rozmiarach około 3 m długości i 2 m szerokości niezbyt starannie zamaskowanych darniną. Z relacji przygodnych świadków wynika, że w masowych grobach znajdowali się mężczyźni, kobiety i dzieci. Polacy zatrudnieni w okresie okupacji we wspomnianych lasach znajdowali pod wrzosem, względnie darniną pokrywającą groby, różne drobne przedmioty, takie jak grzebienie, spinki do włosów, guziki,  przybory toaletowe i pęki włosów oraz listy. Oblicza się, że w tym miejscu zamordowanych przez rozstrzelanie zostało około 12 tys. obywateli polskich. Na podstawie listów oraz dokumentów znalezionych przez światków w czasie okupacji niemieckiej określa się że ofiary pochodziły m.in. z Poznania, Bydgoszczy, Torunia, Owińsk. Nie zidentyfikowano jednak nazwisk ofiar.

W 1943 r. po klęsce Niemców pod Stalingradem hitlerowcy rozpoczęli akcję zacierania śladów zbrodni w lasach rożnowskich. W tym celu sprowadzono do Obornik z Poznania grupę niemieckich policjantów w liczbie ok. 80 osób, którą dowodził oficer gestapo. Grupa ta została ulokowana w hotelu Narożyńskiego przy Armii Poznań. Sonder Komando (tak siebie nazywali) zaopatrzeni byli w środek chemiczny o zapachu kamfory. Członkowie Sonder Komando każdego dnia kilkoma samochodami udawali się do lasów, gdzie rozkopywali groby, zwłoki palono, polewano wapnem chlorowanym i innymi środkami. W miejscu rozkopywanych grobów sadzono drzewa i krzaki jałowca. Wspomniana grupa otrzymywała podwójną rację żywnościową i wysokie przydziały alkoholowe, wskutek czego byli najczęściej w stanie nietrzeźwym. Jeden z Niemców wyraził się do kelnera hotelowego, że stan ich jest spowodowany faktem, że zatrudnienia są przy pracach których nie byliby w stanie wykonać na trzeźwo. Inny znów określił, że  czynności wykonywane przez nich są przykre dla Polaków. A mówienie na ich temat określił jako sprawę drażliwą”.

       Na temat owej zbrodni nie ma ani zbyt wiele informacji w samym Internecie, ani nawet jej śladów w tak zwanych poważnych publikacjach, w związku z czym podejrzewam, że o owymi 12 tysiącami pomordowanych – a tu i ówdzie czytam, że mogłoby ich być znacznie więcej – uznano za stosowne nie zawracać nam głowy. A ja, jak sądzę, że głównie ze względu na dość szczególną sytuację na tle której powstaje ten tekst, czuję potrzebę zwrócić uwagę na ten pierwszy tysiąc zwiezionych do rożnowskich lasów między wrześniem a listopadem pacjentów szpitala w Owińskach. Jak czytam choćby na portalu oborniki.naszemiasto, „na podstawie zeznań świadków ustalono, że pierwsze grupy pacjentów, po wywiezieniu ze szpitala, mordowane były w Forcie VII w Poznaniu, a kolejne w Lasach Rożnowickich, w specjalnym samochodzie przeznaczonym do gazowania. Jednak ciała tych zamordowanych w Poznaniu również przewożono do Rożnowic”, a nieco dalej, że „mord tysiąca pacjentów z Owińsk, to wstrząsająca, niczym nieusprawiedliwiona tragedia, wynikająca z nazistowskiej nienawiści narodowościowej”.

        Przepraszam bardzo, ale o jakiej narodowościowej nienawiści my mówimy? O jakiej w ogóle nienawiści? Tu nie ma mowy o żadnej nienawiści. Może gdzie indziej tak, ale tu, gdy chodzi akurat o tych pacjentów, nie szukajmy czegoś, czego nikt nawet nie zgubił. Moim zdaniem, ow niemieckie intencje znakomicie wyjaśnione zostały podczas dyskusji, która miała miejsce w tych dniach na Twitterze w związku z zabójstwem pewnego Sławomira w brytyjskim szpitalu, wpisem pewnego internauty: „Pacjent po 40 min. bez oddechu nie dorówna rybie w zakresie funkcji poznawczych”.

       Nie ma o czym dyskutować. Wszystko już było, a dziś zaledwie jesteśmy lepiej wyposażeni. Również intelektualnie.





 

wtorek, 26 stycznia 2021

O tym jak skutecznie nie zostać szmatą

 

        Wśród pojawiających się tu i ówdzie – z każdym dniem, jak się zdaje, coraz niestety częściej –  argumentów za tym by Polakowi skazanemu przez państwo brytyjskie na śmierć dać święty spokój i pozwolić mu umrzeć z głodu i pragnienia, na czoło wysuwają się cztery. Pierwszy to ten, że jeśli brytyjska służba zdrowia oraz sądy uznały że nie ma najmniejszego sensu zamęczać tego człowieka jego istnieniem, to trzeba uznać, że oni wiedzą lepiej, a Polska powinna się w tej sprawie dyskretnie nie odzywać; drugi – podobny w sumie bardzo – że już nawet święty papież Jan Paweł II, swoim cierpieniem i godnym odejściem, przekazał nam naukę na temat moralnego wymiaru tak zwanej „uporczywej terapii”; po trzecie, słyszymy że skoro osoby temu człowiekowi najbliższe i najbardziej go kochające uważają że on powinien umrzeć, to  my powinniśmy ich stanowisko uszanować i się niepotrzebnie w coś co do nas nie należy nie angażować. Wreszcie argument z tych ważnych ostatni, to ten mianowicie, że transportowanie przez tysiące kilometrów kogoś kto, jeśli w ogóle,  pragnie już tylko umrzeć, byłby czymś nieludzkim. Oczywiście są jeszcze i inne wypowiedzi, choćby takie że wysyłanie helikopteru po warzywo to zbytnia rozrzutność, czy że można by było to zrobić, ale tylko pod warunkiem, że on sam by przeszedł próbę ognia i dał radę sięgnąć po podstawiony mu pod nos talerz z jedzeniem, no ale ja chciałbym się skupić tylko na tych, co przynajmniej udają człowieczeństwo.

        Zadanie tu mam o tyle ułatwione, że z dwoma ostatnimi rozliczyłem się już we wczorajszym tekście, przypominając sprawę malutkiego Charliego Garda z roku 2017, gdzie nikt w ogóle ani nie dyskutował kwestii bezpieczeństwa jego transportu, ani pragnień jego najbliższych. System zadecydował, że ani mama ani tata tego dziecka nie mają nic do gadania, a co więcej, że jeśli ono ma umrzeć – a umrzeć ma –  to w żadnym wypadku w domu, ale w którejś z instytucji znajdujących się pod łaskawym panowaniem Jej Królewskiej Wysokości. I nie pomogły błagania rodziców, by dać temu dziecku żyć, a jeśli już trzeba je zabić, to by zrobić to w jego domu, do którego – jak rozumiem – nie trzeba było go transportowac helikopterem – wszystko na nic. Charlie Gard ostatecznie umarł wśród obcych. Pozostają zatem już tylko te dwie ostatnie kwestie: uporczywa terapia, oraz to że skoro brytyjskie instytucje się w tej sprawie już wypowiedziały, my tu w Polsce, skoro już nam tak bardzo na tym zależy, możemy najwyżej odmawiać te swoje różańce. A mnie się w tym momencie przypomina coś, co kiedyś zrobiło na mnie ogromne wrażenie i co chyba po raz pierwszy pozwoliło mi zrozumieć, czym jest patriotyzm jako racja stanu.

        Oto 4 lutego 1997 roku do szpitala w Bostonie przywieziono ośmiomiesięcznego Matthew Eappena z roztrzaskaną czaszką i będącym konsekwencją urazu krwiakiem mózgu, a pięć dni później ów chłopczyk zmarł. Policja niemal natychmiast po wypadku aresztowała 19-letnią Brytyjkę, Louise Woodward, zarzucając jej, że zajmując się dzieckiem jako au pair, w pewnym momencie w złości rzuciła dzieckiem – jak sama zapewniała, tylko na łóżeczko – no i stało się nieszczęście. Woodward najpierw oskarżono o napaść oraz pobicie, a następnie, naturalnie,  morderstwo pierwszego stopnia. Sąd nie zgodził się na wniosek obrony ani na zwolnienie Woodward za kaucją, ani na przeniesienie sprawy do innego sądu, w celu zapewnienia jej uczciwego procesu, i rozprawa się rozpoczęła, a ja przede wszystkim z tamtych dni pamiętam to jak Wielka Brytania potraktowała sprawę Louise Woodward jako kwestię wagi państwowej. Pamiętam zaangażowanie brytyjskich mediów, opinii publicznej, oraz jak najbardziej rządu, na rzecz przekazania dziewczyny w ręce brytyjskie. Nie mam dziś pewności, czy jej wina była wówczas kwestionowana, czy nie, natomiast pamiętam bardzo mocno ów nacisk z jednym jedynym argumentem: Woodward jest Brytyjką i jako taka stanowi część Korony. Sprawa musiała być na tyle jednoznaczna, że już 30 października ława przysięgłych uznała Woodward winną morderstwa drugiego stopnia, a niejaki sędzia Zobel skazał ja na dożywocie, z możliwością zwolnienia po 15 latach. I to akurat pamiętam. Pamiętam też swoją satysfakcję, że tym razem Imperium nic nie wskórało, a jednocześnie też swoje zdziwienie, jak bardzo dla nich fakt, że ktoś jest poddanym Królowej, zmienia wszelką wyobrażalną perspektywę.

         Co się działo później, tego już oczywiście nie wiemy, ale oczywiście obrona Woodward apelowała i proszę sobie wyobrazić, że po ponownym procesie ten sam sędzia Zobel uznał wprawdzie że Woodward to dziecko faktycznie zabiła, ale przyjmując stanowisko przysięgłych, że dziewczyna była w stanie histerii, która w połączeniu z brakiem doświadczenia, praktycznie nie pozwoliła jej na uniknięcie nieszczęścia, zaliczył jej w poczet kary spędzony w areszcie rok i pozwolił wrócić do domu.

         No i pamiętam coś jeszcze, a mianowicie przyjęcie jakie jej zgotowano po powrocie. Ona była witana przez Brytyjczyków jak bohaterka i zresztą w jednej chwili bohaterką się stała, występując w telewizji, udzielając wywiadów i w ogóle robiąc za gwiazdę. I muszę w tym momencie zaznaczyć, że ja naprawdę nie mam pojęcia, co się tam w tamtym domu stało 4 lutego 1997 roku, nie wiem, czy ona to dziecko chciała zabić, czy nie, czy zrobiła to z zimną krwią, czy w panice; nie wiem tego i szczerze powiedziawszy, nie bardzo mnie to dziś interesuje. Natomiast wciąż pamiętam jak wtedy Brytyjczycy walczyli o jakąś pozornie kompletnie nieważną dziewiętnastolatkę nie dlatego że byli przekonani o jej niewinności, ale wyłącznie dlatego, że ona, podobnie jak oni była Brytyjką, a w tym stanie rzeczy tylko oni, i nikt inny mieli prawo ją oceniać.

         I przypominam sobie tamtą historię gdy słyszę te wszystkie kpiny skierowane w stronę polskiego rządu, że to jest już jest naprawdę bezczelne by oni akurat mieli się wtrącać w decyzje podjęte przez brytyjskie sądy i brytyjską służbę zdrowia. Właściwie do tego wszystkiego tylko mi brakuje tego, że któryś z nich wstanie i przeprosi Brytyjczyków za nasze polskie buractwo.



 

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Charlie Gard, czyli Nowy Holocaust

 

Wszyscy czekamy na decyzję brytyjskich władz w sprawie przekazania skazanego przez tamtejszy system na śmierć Polaka w polskie ręce, a ja chciałbym przypomnieć jedno życie i jedną śmierć sprzed grubo ponad trzech już lat, prosząc jednocześnie o cierpliwość, bo odpowiedni komentarz nastąpi na koniec.  

 

      Dotychczas o sprawie Charliego Garda ani nie pisałem, ani choćby jednym słowem nie wspominałem, bo zwyczajnie nie miałem odwagi, bojąc się, że jedno moje słowo sprawi, że wszystko runie. Gdyby ktoś nie wiedział – co zresztą jest w tych mocno wypełnionych emocjami czasach nadzwyczaj prawdopodobne – o co chodzi, spieszę wyjaśnić. Otóż Charlie Gard to niespełna roczny chłopczyk, który wczoraj właśnie biał być i zapewne już został w majestacie prawa zamordowany, bo był chory, a dzisiejsza służba zdrowia nie była w stanie znaleźć dla niego lekarstwa.

      Ktoś powie, że to nic nowego. W końcu każdy z nas wie, co to takiego eutanazja, a poza tym to nie pierwszy przecież raz, jak się dowiadujemy, że gdzieś ktoś umarł, bo był chory, a lekarze nie potrafili na jego chorobę znaleźć sposobu. To prawda, tego typu przypadków mieliśmy przez ostatnie lata wystarczająco dużo, by się z nerwów spocić. Tym razem jednak stoimy wobec jakości całkowicie nowej: oto po raz pierwszy to nie człowiek mający już dość tego życia, czy choćby i jego rodzina, wołają o śmierć, ale owej śmierci żąda System. Wbrew choremu, wbrew rodzinie, wbrew tym wszystkim, którzy twierdzą, że to życie jest święte, a nie śmierć. Przypadek Charliego Garda to sytuacja całkowicie nowa, gdzie rodzice tego biednego dziecka błagają, by to dziecko im zostawić, uruchamiają ogólnoświatową akcję w obronie prawa ich dziecka do życia, a System decyduje: „Ma umrzeć”.

      Powtarzam, dotychczas było tak, że kiedy – zachowajmy już może to imię, jak symbol – Charlie był zbyt mały, zbyt niedołężny, ewentualnie zwyczajnie zbyt chory, by artykułować swoje oczekiwania od świata, który go zdecydował się przyjąć, ów świat uznawał, że ostateczna decyzja należy do rodziny. To rodzice, rodzeństwo, dzieci, dziadkowie, krótko mówiąc, osoby najbliższe, mają prawo decydować, co jest dobre dla tego, kogo kochają najbardziej. I przyznaję, że za tym stała jakaś – owszem, nie do końca ludzka – ale jednak logika. Dziś nagle się okazuje, że to było tylko takie gadanie, na które można było sobie pozwolić do czasu, gdy sprzyjała temu sytuacja. Dziś nagle okazuje się, że kiedy zabrakło argumentów, zostało owo słynne pragnienie śmierci i wspierająca je naga siła. Dziś nagle okazuje się, że to co nam zostało, to nie prawo do życia, lecz prawo do śmierci.

      O zabójstwie Charliego Garda dowiedziałem się z portalu tvn24.pl, a więc od ludzi reprezentujących wspomniane życzenie śmierci. Proszę posłuchać:

Brytyjski sędzia, po rozpatrzeniu racji wszystkich stron, musiał postawić ultimatum: albo rodzice ustalą ze szpitalem do czwartkowego popołudnia, gdzie ich niespełna roczny syn dożyje swoich dni, albo zostanie przewieziony do dziecięcego hospicjum, gdzie zostanie odłączony od aparatury podtrzymującej życie”.

      Proszę zwrócić uwagę, z czym my tu mamy do czynienia. Oto sędzia „rozpatrzył” rację wszystkich stron i „musiał” postawić ultimatum: albo rodzice Charliego sami wskażą miejsce egzekucji, albo owo miejsce wskaże System.

      Ale oto dalszy ciąg tej niezwykłej relacji: „We wtorek rodzice zgodzili się na przerwanie uporczywej terapii”. A ja w tej sytuacji już tylko się dziwię, że oni nie napisali, że, przekonani argumentami sędziego, który „rozpatrzył racje wszystkich stron”, nie tyle się zgodzili, co wręcz zwrócili się z łaskawą prośbą o przerwanie terapii.

      Ale jest coś jeszcze. Otóż, jak nas informuje ten sam portal, rodzice Charliego, pragnąc go ochronić przed karzącą ręką Nowego Wspaniałego Świata, z prośbą, by nie zbijać ich dziecka zwrócili się do instytucji, wydawałoby się w tego typu sprawach najwyższej, a więc Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, no i proszę sobie wyobrazić, że ów trybunał również ogłosił, że prawem człowieka nie jest żyć, lecz umrzeć.

      To nie wszystko. Kiedy już wszystkie próby uniknięcia tej masakry okazały się bezskuteczne, rodzice Charliego, który tymczasem leżał sobie gdzieś w brytyjskim szpitalu, czekając na egzekucję, zwrócili się do Systemu, by ten pozwolił im zabrać swojego synka do domu, by on umarł tam, u siebie, w swoim łóżeczku. No i również tym razem okazało się, ze to nie te czasy. Okazało się, że „względy proceduralne” nie pozwalają na tego typu ekstrawagancje, a Charlie ma umrzeć na łonie Systemu. Tego, że przede wszystkim liczą się znaki, już naturalnie nikomu się wspomnieć nie chciało.

      Ponieważ zrobiło się tak upiornie, że jeszcze chwila, a ja zwyczajnie eksploduję, proponuję byśmy wrócili na powierzchnię i przyjrzeli się temu, co tam, panie, w polityce. Jak wiemy, rząd Prawa i Sprawiedliwości, wbrew bardzo stanowczym protestom pewnej części społeczeństwa, a przede wszystkim europejskich instytucji, chciał przeprowadzić reformę sądownictwa, niestety ową reformę zawetował Prezydent, swój ruch tłumacząc tym, że on wprawdzie uważa, że reforma jest pilna i niezbędna, niemniej, wprowadzając ją, należy postępować rozważnie. Otóż nie. Przypadek chłopczyka, zamordowanego wczoraj gdzieś w którymś z brytyjskich – jakaż to ironia – hospicjów, pokazuje nam bardzo jednoznacznie, że tu nie ma czasu na dąsy. Toczy się wojna dwóch kompletnie różnych światów i stawką jest życie, albo śmierć. A kiedy już dojdzie do tego, że przegramy, to oni nas jako swoich jeńców zwyczajnie dobiją. Też nowość.

 

Jak już wspomniałem, Charlie Gard został skazany na śmierć, a wyrok został wykonany jeszcze w roku 2017, a ja jakimś cudem znalazłem w sobie siłę by o tym co się stało wspomnieć tu na tym blogu. Dziś, kiedy tak bardzo czekamy na to aż uda się sprowadzić do Polski umierającego w szpitalu w Plymouth Polaka, chciałbym ze smutkiem wyrazić obawę, że oni go ze swoich lepkich rąk nie wypuszczą, i to wcale nie dlatego, że - jak nam niektórzy tłumaczą - ci co go najbardziej kochają, czyli żona i dzieci, sobie tego nie życzą. Przyczyny są daleko bardziej proste.  Oni zwyczajnie nie mogą. Teraz już nie mogą.



 


niedziela, 24 stycznia 2021

Czy Donald Tusk zostanie szefem gabinetu kanclerza Niemiec?

 

Ponieważ dzień jest wyjątkowo paskudny i nic nie wskazuje na to by spadł choć płatek białego śniegu, niech i dziś tu na blogu atmosfera zostanie podtrzymana, a na to najlepszym sposobem będzie obecność dwóch wielkich Europejczyków. Przed nami mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”.

 

       W ostatnich dniach, niemal równocześnie, publicznie głos zabrało dwóch, przed laty ważnych europejskich przywódców, a dziś ludzi żyjących praktycznie poza polityką, a mianowicie były niemiecki kanclerz Schroeder oraz nasz premier Tusk. Obie wypowiedzi nie mają ze sobą wiele wspólnego poza tym, że obie zostały wygłoszone w języku niemieckim, i jeśli dziś potrzebuję się nimi zająć, to ani nie ze względu na ich treść, ani nawet z powodu użytego języka, nawet nie ze względu na ich autorów, ale przez ich czysto biznesowy charakter, który wskazuje nam aż nazbyt wyraźnie jak bardzo to czym my z takim przejęciem żyjemy, to coś co w kultowym dziś już filmie „Ojciec Chrzestny” zostało określone stwierdzeniem: „nic osobistego”. Zwykły biznes.

      Jak wiemy, wówczas jeszcze kanclerz niezmiennie bardzo na europejskiej scenie wpływowych Niemiec, Gerhard Schroeder, jeszcze pod koniec swojego urzędowania, nawet nie próbując zachowywać pozorów, wskazał Rosję  jako główny kierunek niemieckiej polityki zagranicznej, by już niemal na drugi dzień po odejściu z kanclerskiego urzędu, przejść na rosyjski żołd i w ten sposób dalej służyć tak naprawdę wciąż niemieckim, czy bardziej dokładnie, niemiecko-rosyjskim interesom. Dziś ten sam Schroeder wyszedł na chwilę z biznesowego cienia i udzielił wywiadu nie jakiejś ruskiej szmacie, ale popularnemu niemieckiemu magazynowi „Der Spiegel”, w którym najpierw skrytykował Stany Zjednoczone, po Stanach Polskę i Węgry, a następnie, potępiając sankcje skierowane wobec Rosji, pochwalił Władimira Putina za jego zasługi na rzecz światowego porządku.

      Niemal w tym samym czasie, pragnąc osobiście uhonorować zmianę na stanowisku kanclerza Niemiec z ustępującej Angeli Merkel na niejakiego Armina Lascheta, Donald Tusk nagrał wystąpienie, całe po niemiecku, w którym słowo „Deutschland” wypowiedział tyle razy i w tak pełnym wdzięczności i uwielbienia kontekście, że jak sądzę, spragniony powszechnego szacunku, a jednocześnie dumny naród niemiecki, nie miał okazji mieć z czymś takim do czynienia od lat 30-tych XX wieku.

      A ja się zastanawiam, czemu z jednej strony Schroeder, a z drugiej Donald Tusk decydują się na tego typu coming-out, i jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że oni zwyczajnie nie mają wyjścia. Myślę, że oni są do swoich wystąpień zmuszeni, bo naprawdę trudno jest sobie wyobrazić, że za jednym czy drugim stoi zimna kalkulacja. No dobrze, możliwe że tego rodzaju szczerość może się spodobać gdzieniegdzie w Niemczech, choć przy obecnych nastrojach, nie sądzę by na coś tego typu był akurat dobry czas. W końcu, Europa wie, że Polska, Węgry i Ameryka to zło, no ale Rosja jako rozwiązanie? To jeszcze nie teraz, a więc chyba jednak chodzi o zwykły Hołd Ruski na nadchodzące niepewne czasy. Gdy chodzi o Tuska, sprawa jest dla mnie oczywista. On w ten sposób ewidentnie błaga tego całego Lascheta, by go zechciał przygarnąć. 



      Moim zdaniem, coś się zmienia i jednak nie przygarnie.

sobota, 23 stycznia 2021

O Kaziu milionerze, czyli jak prowadzić działalność dobroczynną nie będąc idiotą?

 

             Mam tu wprawdzie pewne niedobre podejrzenia, ale zakładam że istnieje jednak pewna szansa, że nie tylko ja lubię od czasu do czasu skorzystać z usług niemieckiej sieci pod nazwą Lidl i to że tam bywam, ujdzie mi na sucho. A to że bywam to jest fakt, choćby z tego względu że nigdzie nigdzie nie mogę liczyć na to że w cenie co najmniej rozsądnej znajdę tam porządne sery, porządną whisky, oraz oczywiście klasyczne angielskie baked beans. Bywam więc w Lidlu ile razy chce mi się wsiąść w tramwaj i zrobić te parę przystanków, stało się jednak tak że parę dni temu skoczyłem tam po flaszkę i kiedy podszedłem do kasy by za nią zapłacić, najpierw z przerażeniem zauważyłem że kasjer miał na sobie koszulkę z grafiką Wielkiej Orkiesttry Świątecznej Pomocy, obok stała puszka z odpowiednią szparą i taką samą grafiką, a w dodatku, kiedy zapłaciłem za zakup, wraz z rachunkiem otrzymałem nalepkę z odpowiednim serduszkiem, którą normalnie, o ile mi wiadomo, można od Jerzego Owsiaka wyłącznie kupić.

            Nalepkę wraz z rachunkiem oczywiście wyrzuciłem zaraz po opuszczeniu terenu sklepu, jednak nie mogłem przestać myśleć w pierwszej kolejności na temat tego, jak to się dzieje że w sieci takiej jak Lidl pracownicy zobowiązani są do tego by się prowadzać w koszulkach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a co ciekawsze, na jakiej zasadzie ja dostałem to serduszko. Czy to jest możliwe, że Jerzy Owsiak, w ramach swojej dobroczynnej działalności, podpisał z Lidlem umowę zgodnie z którą, część pieniędzy jakie ja wydam na alkohol, zostanie przeznaczona na jego biznesowe przedsięwzięcie, a ja sam, mimo że nikt mnie nie pytał o o to czy chciałbym się zaangażować w tak zwaną działalność dobroczynną, zostanę zakwalifikowany jako jedną z milionów osób wrażliwych na potrzeby innych?

            Myślę sobie o tym serduszku, które dostałem wraz z rachunkiem i mam coraz większe podejrzenie, że ono nie zostało mi wręczone tylko dlatego że ja wpadłem do Lidla i kupiłem od nich flaszkę. A skoro tak to ja się obawiam, że jeśli Jerzy Owsiak za miesiąc ogłosi, że Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zaliczyła kolejny rekord zbierając powiedzmy 150, albo 200 milionów złotych, to w tych milionach jest również moje parę złotych, a to mi się bardzo nie podoba. Dlaczego? Dlatego mianowicie że ja bardzo nie lubię jeśli ktoś mi wydziera przez gardło moje serce, a za to mi daje kawałek jakiejś gównianej przylepki.

            Wiedzieliśmy to już od pewnego czasu, dziś jednak mam wrażenie, że wszystko się odbywa zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej na tak zwanego chama. A ja w tej sytuacji postanowiłem opowiedzieć pewną historię, o której pewnie mało kto słyszał. Otóż jesienią zeszłego roku pojawiła się informacja że we Wrocławiu działał niejaki „pan Kazio”, prowadząc działalność gospodarczą w postaci ulicznej sprzedaży wypełnionych helem balonów, któregoś dnia wspomnianemu panu Kaziowi z nieopisanych powodów spalił się samochód z balonami i pan Kazio został bez środków do życia. W tym momencie, jak się dowiadujemy, pan Kazio, jako osoba nigdy się nie poddająca, ogłosił publiczną zbiórkę na samochód, utracone balony oraz, jak rozumiem, butlę z helem,  i nie dość że w jednej chwili zebrał 150 tys. złotych, to jeszcze prezydent Wrocławia tak wzruszył sie jego losem, że mu podarował mieszkanie.

       Czytam historię „pana Kazia” i nagle czuję, że nie znam słów, dzięki którym mógłbym przekazać to co mnie dręczy, a w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak zacytować całą informację podaną przez lokalne wrocławskie media i ogłosić, że reszta jest milczeniem. Się ma!!!!!!

 

       Od poniedziałku pan od balonów ma nowe, przejściowe lokum. Cudowni ludzie pomogli. Był już na spotkaniu z dyrekcją wrocławskiego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i został włączony do programu „Droga do domu”.

      „Pan Kazik wybiera właśnie samochód, którym będzie mógł wozić balony i butle z helem. Podchodzimy do sprawy sensownie, żeby koszt ubezpieczenia auta nie przerósł możliwości Pana Kazika. Dziś od rana, przecudowna Ania - organizatorka zrzutki, biega po urzędach, wykonuje setki telefonów i załatwia wszystkie sprawy administracyjne, aby m.in wyrobić Panu Kazikowi zagubiony dowód osobisty, czy złożyć wniosek o rentę. Zamówiliśmy też nową dostawę balonów z hurtowni + idą do nas z całego świata paczki z balonami, które wysyłacie za własne pieniądze! 20% finalnej kwoty, Pan Kazik zdecydował się przekazać dwóm organizacjom - Wrocławskiemu Hospicjum dla Dzieci i Wrocławskiemu Centrum Opieki i Wychowania (dla każdej po 10%).” - napisali organizatorzy zbiórki, której efekty przerosły wszelkie oczekiwania.

      Pieniędzy zebrano tak dużo, że mężczyzna zdecydował, że powinien podzielić się nimi z innymi potrzebującymi i postanowił przekazać nadwyżkę dla chorych dzieci. Pan Kazio dziękował za pomoc ze łzami w oczach.

      Obietnica pomocy ze strony miasta to dodatkowy wspaniały gest. Wsparcie dla pana Kazia w wychodzeniu z bezdomności, zadeklarował prezydent w wystąpieniu do internautów w piątek wieczorem, w którym Jacek Sutryk chciał się podzielić najnowszymi informacjami z wrocławskiego magistratu, którym przez ostatni tydzień musiał zawiadować zdalnie z powodu kwarantanny.

       Pan Kaziu zasługuje na te pomocne gesty. Przez wiele lat mężczyzna zmaga się dzielnie z problemem alkoholowym. Swoje stoisko z balonami na Rynku traktuje nie tylko jako sposób na zdobycie środków na życie, ale również jako terapię.

       W pomoc po tym, jak za jednym zamachem ogień zabrał mu samochód, spory zapas towaru i miejsce, które często zastępowało mu sypialnię, zaangażowali się jako pierwsi młodzi wrocławianie pracujący w lokalach na Rynku. Ruszyła zbiórka pieniędzy na portalu zrzutka.pl.

       Plan był taki, by zrekompensować panu Kazimierzowi stratę zapasów balonów. Organizatorzy zbiórki zapowiadali też zamiar zakupienia jakiegoś pojazdu, który mógłby zastąpić tamten spalony wóz. A kolejny krok, miał zmierzać do znalezienia dla niego pokoju do wynajęcia, aby zimą nie musiał koczować na działkach. Rezultaty, jak się okazało, były oszałamiające.

       Deklaracja ze strony prezydenta dotyczy zaproszenia pana Kazia do miejskiego programu wychodzenia z bezdomności „Droga do domu”, prowadzonego przez gminę wraz z Towarzystwem Pomocy im. Brata Alberta i Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej.

       Powrót pana od balonów na Rynek ucieszy wiele dzieci, dla których pan Kazio jest dostarczycielem wypełnionych helem przedmiotów pożądania - bohaterów kreskówek, samochodów, kwiatów. A dorosłych, którzy wiedzą o trudnym życiu sprzedawcy balonów i jego zmaganiach, zadowoli wiadomość, że działania mieszkańców nie pozostaną odosobnione i że można liczyć także na wsparcie systemowe dla takich osób jak pan Kazio.





 

 

 

piątek, 22 stycznia 2021

Ile się mieści w tłustym odwłoku redaktora Sakiewicza?

 

       Jeszcze w czasach szkolnych kolegowałem się z pewnym Wojtkiem, jednak, tak jak to najczęściej bywa, nasze drogi się rozeszły i wiele lat minęło jak przyszło nam się spotkać ponownie. Spotkaliśmy się więc, a ja oczywiście zapytałem co u niego słychać, a on mi odpowiedział, że dokładnie tak jak to miało miejsce w czasach szkolnych, gra na gitarze tyle że dziś już na płaszczyźnie czysto zawodowej. Zapytałem go więc – co wydało mi się czymś zupełnie naturalnym – czy on jest dobry w swoim fachu, a on, proszę sobie wyobrazić, odpowiedział mi następującymi słowami: „A czemuż to miałbym być dobry?” Mój kumpel Wojtek powiedział to jak najbardziej poważnie i bez śladu skrępowania, tak jakby wypowiedział właśnie coś absolutnie oczywistego, a ja przyznam szczerze, że zdanie to nie dość że zrobiło na mnie już wtedy bardzo duże wrażenie, to zapamiętałem je do dziś i to co z niego wynika traktuję jako bardzo ważną naukę, którą mógłbym streścić słowami: Świat zbudowany jest w taki sposób, że wszyscy mają wszystko w dupie i są z tego szalenie dumni.

      Przypomniało mi się tamto zdarzenie wraz z tamtymi słowami, gdy dowiedziałem się że w odpowiedzi na cenzorskie zachowania największych społecznościowych portali, takich jak Facebook, Tweeter oraz Instagram, wobec prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, Tomasz Sakiewicz – swoją drogą nie bardzo wiem, jak go tytułować, więc pozostawię to nazwisko bez szczególnych odniesień – ogłosił, że właśnie uruchomił własną platformę, pod obłąkaną wręcz nazwą ALBICLA, która, jak słyszę ma stanowić akronim hasła Let All Be Clear i ma otworzyć przed nami szansę skutecznego bojkotu Facebooka i, jak rozumiem, ostatecznie doprowadzić niejakiego Zuckerberga do bankructwa. Z różnych powodów, których tu ani nie mam ochoty, ani, co oczywiste, potrzeby opisywać, zarówno samo oświadczenie Sakiewicza jak i następujące po nim przedsięwzięcia, włącznie z faktycznym uruchomieniem tego czegoś, spotkały się z szyderstwem jakiego świat nie widział i wydaje się, że gdyby nie fakt, że niemal natychmiast rejestracji na wspomnianej platformie dokonał wicepremier Gliński, poza owym szyderstwem, po owym wydarzeniu nie pozostałoby nic.

      Oczywiście, gdy pada hasło do tego by szydzić z Sakiewicza, ja jestem pierwszy w kolejce, natomiast muszę trochę ponarzekać. Otóż to co mi się bardzo nie podoba to to, że gdy wokół  inicjatywy tego cwaniaka rozlega się dziś okrutny rechot, towarzyszy mu sugestia, że Sakiewicz to idiota, który nagle sobie wymyślił, że dzięki swojej wielkości jest w stanie jedną szybką akcją przebić to, nad czym najpierw pracowały najbardziej kosmiczne umysły, a w co następnie wpompowane zostały setki miliardy dolarów.  Rzecz w tym, że ja tego rodzaju diagnozę nie dość że z gruntu odrzucam, to w dodatku uważam ją za bardzo  niebezpieczną, bo przykrywającą to co jest tu naprawdę ważne. Oczywiście, jest całkiem prawdopodobne, że Sakiewicz to idiota – nie on w końcu jeden – jednak to nie stanowi największego problemu jaki my z nim mamy. Rzecz w tym, że moim zdaniem tu akurat jego idiotyzm nie jest na tyle mocny, by on był w stanie szczerze uznać, że tworząc ów komunikator, jest w stanie stworzyć nawet nie konkurencję dla Facebooka, ale w ogóle osiągnąć jakikolwiek wymierny efekt... powiedzmy że zgłoszenie ministra Glińskiego potraktujemy jako niespodziewany zupełnie wybryk tego dziwoląga.  Moim zdaniem problem Sakiewicza polega na tym, że on jest zwykłym gównem, że zdaje sobie z tego znakomicie sprawę i nie ma z tym najmniejszego problemu. Moim zdaniem, Sakiewicz to przede wszystkim ktoś, kto doskonale wie, jakie są jego możliwości i gdyby go zapytać, czy jest dobry, a on miałby ochotę na tę zaczepkę odpowiedzieć szczerze, powiedziałby, że a po cholerę.  Jestem bardzo głęboko przekonany, że Sakiewicz doskonale zdaje sobie sprawę, że wszystko co robi jest gówno warte, a on sam jest kompletnym nieudacznikiem, tyle że jednocześnie pozostaje w głębokim przekonaniu, że wszystko co na zewnątrz jest jeszcze gorsze i jeszcze głupsze, a on w tym wszystkim jest zaledwie sprytniejszy i to mu wystarczy.  Oczywiście tu się myli, bo jeszcze gorszych i jeszcze głupszych od niego wcale nie jest tak dużo, ale przyznać trzeba, że jest ich wystarczająco dużo, by mu zapewnić pewną swobodę ruchów. A wśród nich jest oczywiście pomysł z tą platformą.

       Jestem szczerze przekonany, że Sakiewicz wie bardzo dobrze, że ta cała „aibicla” już za tydzień czy dwa nie dość że przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie, to jeszcze Polska o niej kompletnie zapomni, jeśli jednak zdecydował się w ten akurat sposób zareagować na ocenzurowanie prezydenta Trumpa przez wielkie międzynarodowe korporacje, to tylko po to, by zwiększyć sprzedaż tego czegoś co daje mu finansowy sukces i zabezpieczenie na przyszłość, a nosi nazwę „Gazety Polskiej”. Dla Sakiewicza numer z uruchomieniem tej dziwnej platformy jest dokładnie tym samym czym było wypuszczenia pamiętnych nalepek z hasłem „Strefa wolna od LGBT”. I jestem przekonany, że gdy chodzi o koszta – jeśli wziąć pod uwagę dotychczasowe opinie – on na to wyłożył mniej więcej tyle samo co wówczas.

      A więc, powtarzam, nie wierzę w to że Tomasz Sakiewicz choćby przez chwilę planował uruchomić autentyczny serwis społecznościowy, w dodatku w przekonaniu, że odniesie jakikolwiek sukces. Moim zdaniem ten dziwny człowiek wszystko co robi, robi przede wszystkim w głębokim przekonaniu, że ma do czynienia z bandą durnych polaczków, których można kantować w nieskończoność, że odpowiednio wykorzystując koniunkturę będzie miał zapewnione istotne polityczne wsparcie, i że wreszcie gwarancją sukcesu jest zawsze niewzruszona bezczelność oraz towarzysząca jej bezwzględność. Pamiętajmy jednak, że jeśli któregoś dnia Tomasz Sakiewicz ogłosi na portalu pomagam.pl akcję czy to budowy pomnika Donalda Trumpa, czy zbiórkę na walkę z pedofilią wśród dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, to znaczy, że on już za moment trafi na ulicę, gdzie będzie żebrał o papierosa i kubek ciepłej kawy. A patrząc na jego dzisiejszą desperację, nie zdziwiłbym się gdybym jeszcze tego dnia dożył.



czwartek, 21 stycznia 2021

O inżynierii pamięci

 Parę dni temu trafiłem gdzieś na informację, że zmarł Stanisław Remuszko. Zdaję sobie sprawę, że dla znacznej części czytelników tej notki nazwisko to nie mówi nic, tak się jednak składa, że był czas, gdy dla mnie ów Remuszko liczył się na tyle mocno, że miałem na niego oko każdego dnia. Przede wszystkim, pamiętam bardzo dobrze jak Stanisław Remuszko, w późnym PRL-u jeden z wielu niezależnych dziennikarzy, a po roku 1989 jeden z czołowych redaktorów „Gazety Wyborczej”, z hukiem porzucił to czarne towarzystwo i wrócił do niezależnej działalności publicystycznej, korzystając z gościnności każdej redakcji – a wbrew pozorom, było ich wówczas parę – która zgodziła się mu jej użyczyć. Pisał Remuszko głównie o Michniku i o tym co się tam na kontrolowanej przez niego dzielnicy dzieje, ja to bardzo chętnie czytałem, no a potem pamiętam jak uruchomił on projekt o nazwie „Biuro Badania Ulicznej Opinii” i przez pewien czas owe wyniki badań były publikowane obok tych oficjalnych, a ja pamiętam, że gdy idzie o mnie, to zawsze wybierałem Remuszkę, nawet gdy media wyjaśniały, że Remuszko to amator, a jego badania to żart. Jak długo to trwało, nie pamiętam, natomiast pamiętam, że pod koniec lat 90 ukazała się książka Remuszki zatytułowana „Gazeta Wyborcza – początki i okolice”, gdzie w formie fascynującego kompendium wiedzy politycznej zebrane zostały wszystkie najbardziej istotne na temat tego czegoś informacje. Książka została wydana za jakieś marne grosze, więc wyglądała dokładnie tak jak dawna antypeerelowska bibuła i choć szczerze powiem, nie mam pojęcia, gdzie ją można było kupić, mnie się udało i ją przeczytałem.

      Minęły lata 90, o Stanisławie Remuszce już więcej nie słyszałem i powiem szczerze, że – sądząc że podzielił on los wielu innych dawnych bohaterów, którzy któregoś dnia postanowili się wybić na niezależność i trafili do jakichś mikroskopijnych, prowadzonych przez różnego rodzaju albo wariatów albo agentów partii – specjalnie informacji na jego temat nie szukałem. No i w ten sposób minęło 20 lat, a ja się właśnie dowiaduję, że Stanisław Remuszko zmarł, że zmarł w biedzie i samotności że umierając pozostał do końca niezależny, albo nie wiążąc się z nikim, albo może z jakichś nieznanych mi powodów, budząc wszędzie w najlepszym wypadku towarzyską niechęć.

        Wiem też, że przez te wszystkie lata prowadził Stanisław Remuszko blog, o czym ja oczywiście nie miałem pojęcia, a dziś – przyznam szczerze – że nawet nie mam ochoty tam do tych pozostawionych przez niego w Sieci zapisków zaglądać, bo diabli wiedzą, na co trafię, a ryzykować nie chcę. Dowiedziałem się natomiast – i to akurat uważam za coś naprawdę dużego – że Stanisław Remuszko nie dość że był też założycielem tak zwanego „Towarzystwa Amatorów Niektórej Twórczości Stanisława L.”, nie dość że przez bardzo długi czas na przełomie lat 80 i 90 utrzymywał bardzo żywe towarzyskie relacje ze Stanisławem Lemem, to jeszcze w roku 2019 wydał, znów za jakiś nędzny grosz, swoją potężną korespondencję z wybitnym pisarzem, zatytułowaną „Lem-Remuszko (korespondencja 1988-1993)”.

      Staram się czegoś dowiedzieć o tej książce i jedyna informacja jaką udaje mi się na jej temat znaleźć to parę notek opublikowanych na blogu przez samego Remuszkę, gdzie informuje on o tym, że książka jest już gotowa, że już się ukazała i że można ją zdobyć w taki oto sposób, że każdemu kto Remuszce wyśle co najmniej 50 zł na ewentualne drugie wydanie, dostanie od niego egzemplarz za darmo. To co jest wstrząsające dodatkowo to fakt, że w celu zachęcenia do kupna tej książki, Remuszko podaje swój prywatny numer i zapewnia, że będzie wdzięczny za każdy telefon. Ponieważ, jak mówię, jedyna informacja jaką na temat tych rozmów i samej książki znajduję, to ta na blogu Remuszki, domyślam się, że nie dość że tych zgłoszeń za dużo się nie pojawiło, to ani o normalnej dystrybucji, ani tym bardziej o kolejnym wydaniu mowy nigdy być nie mogło.

        Do czego zmierzam? Otóż, jak wiemy, kilka lat temu Klinika Języka wydała moją książkę zawierającą zapis prywatnej korespondencji jaką przez parę lat miałem szczęście prowadzić  ze śp. Zytą Gilowską. Książka oczywiście była w całości rozprowadzana przez samo wydawnictwo, rynek nie zadeklarował chęci jakiejkolwiek współpracy, z tego co wiem, informacja o tym, że te rozmowy w ogóle istnieją, nie ukazała się oficjalnie nigdzie, ani jedna osoba, politycznie, zawodowo, czy towarzysko związana z prof. Gilowską – poza najbliższą rodziną – nie wyraziła zainteresowania tym co ona mogła mieć do powiedzenia, książka z najbardziej osobistymi refleksjami kogoś, na czyim pogrzebie były trzy najważniejsze osoby w państwie, została sprzedana w tysiącu egzemplarzy, a następnie przeznaczona do kompletnej anihilacji.

       Przyznaję, że do pewnego czasu sposób, w jaki te listy zostały potraktowane, okropnie mnie martwiło, a jednocześnie byłem pewien, że jest to jednak swego rodzaju wyjątek, wynikający z kilku dość jednak szczególnych przyczyn, i że normalnie takie rzeczy się jednak nie dzieją. Poza tym, nie da się ukryć, że fakt istnienia tej książki jest potwierdzany bez najmniejszego problemu jednym kliknięciem, więc też powodów do narzekania wielkich nie ma. A tu nagle się dowiaduję, że to co się przytrafiło owym „Listom od Zyty”, to jeszcze większe nic. W końcu nie oszukujmy się. W tak rozpolitykowanym świecie, ktoś taki jak Zyta Gilowska – jakkolwiek byśmy jej nie szanowali – to jednak zaledwie jeszcze jeden z posłów, ministrów, a choćby i premierów. W świecie, gdzie polityka jest obecna praktycznie wszędzie i w każdej minucie dnia, naprawdę nie ma znaczenia, czy mówimy o Zycie Gilowskiej, czy o... powiedzmy pośle Szczerbie. W końcu, jakie to ma znaczenie, kto przed kilku laty występował codziennie w telewizyjnych wiadomościach?

      Tu jednak tematem jest Stanisław Lem, w powszechnej opinii jeden z najwybitniejszych, a realnie rzecz ujmując, jeden z najbardziej rozpoznawalnych w świecie polskich pisarzy. Mało tego. Kiedy wspominamy Stanisława Lema, nie mówimy o kimś w gruncie rzeczy przez polityczny mainstream znienawidzonym, a kimś już do końca tego świata pozostanie Zyta Gilowska. Stanisław Lem to bohater bezdyskusyjny. I oto okazuje się, że i on – gdy chodzi o najbardziej podłe interesy –  może zostać wystawiony na pastwę kompletnego zapomnienia.

       Chciałem właśnie zakończyć te refleksje uwagą, że jak się okazuje, System nie tylko pilnuje samej pamięci, ale również tego, kto o ową pamięć postanowił zadbać. Ale przecież, to jest takie oczywiste. W końcu myśmy to wiedzieli od początku, czyż nie? Czemu więc nagle mamy się czemukolwiek dziwić? No a poza tym... Stanisław Lem. Proszę sobie wyobrazić, że niedawno jedna z moich uczennic, osoba w średnim wieku, wykształcona, inteligentna, dobrze sytuowana, pełny kulturowy standard, gdy jej przy jakiejś okazji wspomniałem nazwisko Lema, nie miała szczerego pojęcia o kim mówię. Daję słowo, że nie zmyślam.



wtorek, 19 stycznia 2021

Mijają lata, a my znów mamy się zamknąć?

 

Jeśli ktoś z nas jeszcze od czasu do czasu ogląda Wiadomości TVP, z całą pewnością miał okazję obejrzeć krótką scenę z jednego z brytyjskich szpitali, gdzie w chwili gdy piszę ten tekst jest z zimną krwią zabijany przez tamtejszy wymiar sprawiedliwości pewien człowiek, tak się tym razem składa że nasz rodak. Kto miał okazję widzieć tę scenę, podobnie jak ja musiał przeżyć widok owej zalanej łzami twarzy człowieka, który, jak wiele na to wskazuje, przynajmniej czuje że jest prowadzony na egzekucję i nie ma już żadnej nadziei, że – tak jak to wielokrotnie zdarzało się skazanym na śmierć okrutnym mordercom – w ostatniej chwili przyjdzie rozkaz wstrzymania owej fatalnej procedury. Większość z nas wreszcie zapewne wie, że choćby nasz rząd – tak dzielnie interweniujący u brytyjskich władz w kwestii wstrzymania tej egzekucji i zgody na powrót naszego rodaka do Polski – zagroził w odwecie Wielkiej Brytanii wymordowaniem wszystkich przebywających na terenie naszego kraju Brytyjczyków, oni tu akurat nie ustąpią. Dlaczego? Bo z jednej strony, zdają sobie znakomicie sprawę z tego, że gdy chodzi o stan w jakim znajduje się ów człowiek, a z drugiej, że gdyby to się miało okazać, to w ten sposób nie dość, że owa kultura obozu koncentracyjnego, jakiej oni od lat hołdują, uległaby pełnej kompromitacji i za wiele wcześniejszych, podobnych aktów, trzeba by było odpowiedzieć. Módlmy się więc za pana Sławomira, by Miłosierny Bóg zechciał przyjąć go do Siebie, a ja tymczasem jedyne co mogę zrobić, to przypomnieć pewien swój tekst jeszcze z lutego 2009 roku.

 

 

 

 

      Miałem bardzo szczery zamiar nie odezwać się słowem ani na temat planowanego zabójstwa, ani też ostatecznej egzekucji Eluany Englaro. Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że ja po prostu – i zupełnie dosłownie – nie mam siły wchodzić w dyskusję z ludźmi, dla których okazja przyłożenia ręki do pozbawienia życia człowieka chorego, czy jedynie słabego, jest tak atrakcyjna, że na tym poziomie oni po prostu ze swoim człowieczeństwem sobie nie radzą. Drugi powód to ten, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że wśród ludzi wrażliwych na świętość ludzkiego życia jest wystarczająco dużo osób bardziej kompetentnych i wymownych ode mnie. I że oni o wiele bardziej przekonująco wyrażą to wszystko, co w tych smutnych czasach chodzi po mojej biednej głowie.

      I pewnie miałem rację. Przez minione dni bardzo uważnie słuchałem i czytałem wypowiedzi ideowo bliskich mi osób, najpierw proszących o litość dla dziś już zmarłej kobiety, a ostatnio już tylko apelujących o opamiętanie na przyszłość. A przyszłość ta nie rysuje się bardzo jasno. Jeszcze kilka lat temu, zwolennicy teorii mówiącej, że to zdrowi i silni mają pierwszeństwo w kolejce do uroków życia, prowadzili bardzo energiczną akcję na rzecz aborcji na początku tego życia i eutanazji na jego końcu, z tym zastrzeżeniem, że im chodzi zaledwie o jakość życia osób poddawanych eliminacji. Obecnie obserwujemy sekwencję prowadzącą raczej do poprawiania jakości życia tych, którzy pozostają.

      Proszę zwrócić uwagę. Eluana Englaro nie musiała być sztucznie podtrzymywana przy życiu. Ona nie musiała być stymulowana zewnętrzną aparaturą, która nie pozwalała jej umrzeć. Jej nie podawano specjalnych środków, które umożliwiały jej oddychanie, trawienie, czy jakiekolwiek inne życiowe czynności. Ją tylko trzeba było nakarmić, gdy była głodna i dać pić, kiedy była spragniona. Bo sama tego robić nie potrafiła. No i trzeba pewnie było do niej czasem mówić, licząc na to, że uda nam się do niej dotrzeć. Bo to że myśmy nie słyszeli, co ona mówi do nas, to już wiemy. Okazało się, że i to było dla świata zadaniem zbyt obciążającym. Więc umarła.

      Dlaczego postanowiłem, mimo wcześniejszych postanowień, napisać ten tekst? Otóż zainspirowały mnie tu trzy zdarzenia. Pierwsze, to wczorajsze wystąpienie Kazimiery Szczuki, którą powiedziała, że na wieść o śmierci Włoszki, ona jest „szczęśliwa”. Drugie, to dzisiejszy wstęp do pewnego wpisu w Salonie i słowo „ulga”. Trzecie zdarzenie, to dzisiejszy tytuł na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” – „Kościół nie chce grać w spektaklu Berlusconiego” i wyjaśnienie, że – szczęśliwie – sprawa zabójstwa Eluany Englaro jest już powoli wyciszana, bo właśnie Kościół nie chce brać udziału w czymś – z punktu widzenia „Gazety” – brudnym i nieszczerym.

      Te trzy przesłania nagle mi uświadomiły, jak dalekośmy już przez całe te nowoczesne czasy doszli. Jesteśmy tak samo źli, jak byliśmy tysiące lat temu, tak samo okrutni i tak samo samolubni, tyle że chwalimy się już czymś zupełnie innym. Nasze zło i nasza bezwzględność już nie są powodem do chwały. I to już wiemy. Więc o tym już nie mówimy. Teraz zabijamy i prosimy ciszę. Jesteśmy źli i nawet jeśli dzięki temu złu, czujemy radość i ulgę, to wolimy się z tym za bardzo nie wynosić. Nasze szczęście wolimy konsumować w milczeniu. I to jest coś zupełnie świeżego. Na to warto zwrócić uwagę. Warto przysłuchać się tej ciszy.

      Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego jeszcze raz postanowiłem zabrać na ten temat głos. Uczennica szkoły, w której pracuje moja żona zmarła niedawno w wypadku na snowboardzie. Miała 18 lat, w tym roku miała zdawać maturę i zginęła. Oglądamy sobie właśnie jej zdjęcia ze studniówki i jest nam okropnie przykro. A ja sobie myślę, że gdyby ten wypadek był mniej tragiczny, to może ona by żyła. Może by żyła tak jak przez 17 lat żyła, zamordowana przez cywilizowany świat, Włoszka. Wszyscy my, którzy wciąż jesteśmy pod tak okropnie przejmującym wrażeniem tej młodej śmierci, byśmy z nią byli. Najpierw byśmy próbowali ją uzdrowić, a gdyby okazało się, że współczesna medycyna wciąż nie jest wystarczająco gotowa, dawalibyśmy jej jeść i pić, gdybyśmy tylko się domyślali, że tego od nas chce. I dalej byśmy z nią byli, mówilibyśmy do niej, spędzalibyśmy z nią czas i żałowalibyśmy tylko, że jesteśmy zbyt głupi, żeby zrozumieć co ona do nas mówi. Aż wreszcie, za ileś tam lat, przyszedłby ktoś, kto by powiedział, że już ma dość tego czekania, a za nim przyszedłby ktoś inny i powiedział, że on już nie może się doczekać tego szczęścia i tej ulgi, a na końcu przyszedłby jeszcze ktoś i powiedział, że on nam wszystkim może to, czego nam potrzeba, załatwić. I by załatwił. Tak sobie właśnie pomyślałem.

      I już na sam koniec, pomyślałem sobie jeszcze o jednym. Nie wiem, czy się to bardzo niektórym z Was spodoba, ale jednak to powiem. Wczoraj usłyszałem, że Eluana Englaro nie umarła z głodu. Ona umarła na zawał serca. A wszystko zaczęło się tak. Przyszli dobrzy ludzie i zwilżyli jej usta, żeby jej za bardzo nie spierzchły z pragnienia. I dali jej środki przeciwbólowe, gdyby – umierając – miała poczuć jakiś dyskomfort. I tak, przez parę dni, zwilżali jej te usta i znieczulali ten ból umierania z głodu i pragnienia. I w pewnym momencie pękło jej serce…