Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język angielski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język angielski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 września 2025

Nok nok! Chuju ar?

 

Bóg mi świadkiem, że ile razy zdarzy mi się tu coś napisać na temat języka angielskiego i kompleksów, jakie w tym właśnie oblazły znaczną część naszego społeczeństwa, postanawiam sobie, że dość już tego i nigdy więcej. A potem znów to tu to tam wyskoczy ktoś z tym cholernym lengłydżem i tak mnie rozdrażni, że zwyczajnie nie daję rady. Tym razem jednak sytuacja jest o tyle szczególna, że atak nadszedł z dwóch stron, w tym sensie, że owi mędrkowie pojawili się również po tak zwanej „naszej” stronie. I to jest już naprawdę zbyt wiele.

Zaczęło się akurat standardowo, czyli najpierw któryś z nich odnalazł jakieś stare wystąpienie Karola Nawrockiego, chyba jeszcze jako dyrektora Muzeum, gdzie ten rzeczywiście trochę niezbyt zgrabnie próbował mówić po angielsku, no a moment kulminacyjny osiągnęło po powrocie dziś już prezydenta Nawrockiego ze Stanów i nasi niedzielni angliści rzucili się na niego jak nie przymierzając wygłodniałe sępy, z tą oczywiście pretensją, że on tam z tym swoim dukaniem narobił sobie i Polsce tylko wstydu, bo Donald Trump w ogóle nie rozumiał co on do niego mówi, no i że to było bardzo wyraźnie w telewizji widać. Ktoś mi powie, że zmyślam, bo tym razem sytuacja była wyjątkowo klarowna, i to akurat było to, co w telewizji mogli zobaczyć wszyscy. Kto inny z kolei powie, że niepotrzebnie się unoszę, bo ci wszyscy, którzy śmieją się z Nawrockiego, doskonale wiedzą, że on sobie z angielskim radzi znakomicie, tyle że czy to z własnej inicjatywy, czy cudzej, świadomie kłamią po to, by szczuć, szczuć i szczuć. A ja przede wszystkim nie zmyślam, ale przede wszystkim. O ile jeszcze jakiś czas temu mogłem mieć wątpliwości, to dziś już wiem na pewno, że oni widzą i słyszą, jak Prezydent posługuje się językiem angielskim i są autentycznie przekonani, że to co im się zdaje to najprawdziwsza prawda.

Skąd ja to wiem? Otóż stąd, że również w tych dniach do tego szaleństwa dołączyli wspomniani „nasi”, tyle że owo szaleństwo skierowali w stronę samego premiera Tuska. Jak mówi po angielsku Donald Tusk, to ja akurat nie wiem, raz że on nadzwyczaj rzadko się pokazuje w sytuacjach, gdzie można by było to sprawdzić, a dwa, że ile razy faktycznie po angielsku mówi, to robi wrażenie, jakby się tego dopiero co nauczył. Ostatni tego przykład mieliśmy właśnie niedawno, kiedy to Premier podczas którejś z okazji wydukał – bo faktycznie wydukał – zdanie: „Who we are tomorrow depends on what we do today”. On wypowiedział to zdanie i proszę sobie wyobrazić, ów czyn trafił natychmiast do internetu, jako prawdziwa kupa śmiechu, tyle że wbrew pozorom nie przez to, że on to zdanie mówi jakby ktoś mu to napisał fonetycznie i kazał przeczytać – co ja bym nie pochwalał, ale rozumiał – ale przez to, że zdanie to w jego wykonaniu to kompletny bełkot, z którego nie ma sposoby by się dowiedzieć, o co chodzi. Atak naszych „prawych” jest tak potężny i gęsty, że tam nie ma absolutnie miejsca na choćby jedną próbę wyjaśnienia, że zdanie jest całkowicie poprawne i tłumaczy się na polski jako: To kim jesteśmy jutro, zależy od tego co robimy dziś. Wścieklizna jaka ogarnęła prawicowy internet wystrzeliła tak wysoko, że wielu z komentatorów dowodzi, że Tusk nie powiedział „Who we are”, tylko „Who you are” i przez ten jego językowy bełkot przedarło się tylko jedno zrozumiałe słowo „chuju”. No i to są, proszę państwa, ow iele śmieszniejsze nawe ot niesławnego „borubara” i „in dick” Andrzeja Dudy. Tusk najwyraźniej jak się da mówi „we”, a oni słyszą „you” i nie ma ludzkiej i Bożej siły, która by ich walnęła w te puste łby i kazała opamiętać.

Powtórzę raz jeszcze. Zdanie wypowiedziane przez Donalda Tuska jest całkowicie poprawne, stosunkowo łatwe do zrozumienia, ale to nie zmienia faktu, że wśród komentujących w pwnym momencie pojawia się nawet człowiek o ustalonej w konserwatywnym internetowym środowisku pozycji, którego skądinąd bardzo szanuję, z apelem, by ktoś mu, jako człowiekowi, który zna język angielski „w stopniu biegłym”, zechciał przetłumaczyć tuskowy bełkot. Czemu tak? Części odpowiedzi na to pytanie już udzieliłem: nieprzytomne wręcz szaleństwo. Ale jest jeszcze coś. Otóż ogromna większość z nas – swoją drogą po obu stronach owych emocji – nie zna języka angielskiego ani „w stopniu biegłym”, ani nawet w stopniu podstawowym, i nie byłoby to jakimkolwiek problemem, gdyby nie to, że oni wszyscy nie dość że język znają bardzo słabo, to jeszcze nie mogą się powstrzymać, by się w tej kwestii nieustannie wypowiadać z pozycji ekspertów, i zarykiwać się ze śmiechu ile razy ktoś kogo nie lubią da im do tego okazję.

Pisałem na ten temat już parokrotnie i za każdym razem bez żadnego efektu. Kiedy piszę ten tekst, za wspomniane "chuju" Donalda Tuska wzięła się też Republika. Wygląda na to, że sprawa jest beznadziejna i powiem szczerze, że chyba już sobie faktycznie dam spokój z tymi swoimi żalami. Zwłaszcza że gdy się okazało, że wszyscy jesteśmy tak samo stuknięci.



wtorek, 21 lutego 2023

English speak good

 

      Niedawno, w opublikowanym na portalu i.pl felietonie, wspomniałem o ludziach tak głęboko przekonanych o swojej biegłości w języku angielskim, że pasją ich stało się najpierw tropienie, a następnie wyszydzanie głownie polityków, choć nie tylko, z powodu ich rzekomych językowych niedostatków. Nie był to pierwszy raz, jak ową kwestię poruszyłem, bo od dłuższego już czasu stanowi ona dla mnie swego rodzaju obsesję i ile razy trafię na ów rodzaj agresji, zwyczajnie nie wytrzymuję. A wszystko, o ile dobrze pamiętam, zaczęło się od akcji przeprowadzonej przez stację TVN24 jeszcze w roku 2011, kiedy to red. Arleta Zalewska pojawiła się w Sejmie i w języku angielskim zaczęła prowokować wybranych posłów, by popisali się swoimi językowymi umiejętnościami. Wyglądało to tak, że red. Zalewska podeszła do posła PiS-u Mariusza Kamińskiego i zadała mu następujące pytanie: „Hałs jor politikal partaj kolt?” Kamiński najpierw zdębiał, a potem odpowiedział właściwie dość poprawnie, że to zależy od tego, o co ona pyta, i jak najbardziej sensownie poprosił, żeby mu uściśliła, o co jej chodzi. Wówczas pracownica TVN-u pokazała paluszkiem na wiszącą obok na ścianie pisowskie logo i wystękała: „Łot is zis nejm? Prawo i Sprawiedliwość is in polisz. End in inglisz?

     Dobre? No, wręcz fantastyczne, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że wspomniana Arleta Zalewska po tych 12 latach jest wciąż jednym z pierwszorzędnych pracowników stacji. To co jednak odkryłem w tych dniach wygląda na coś jeszcze ciekawszego. Oto, proszę sobie wyobrazić, coraz większą karierę na youtubie robi pewna pani nazwiskiem Asia Domagała, która na swoim kanale pod nazwą Angielski Kompas regularnie publikuje wybrane angielskie wypowiedzi znanych z telewizji osób i ocenia je pod względem wymowy, bogactwa językowego i gramatyki. Tych odcinków jest już dziś dużo za dużo, tłum wokół nich gromadzi się coraz większy, ale pierwszy z nich, owszem, obejrzałem w całości, a tam pani Asia zajęła się kolejno Patrykiem Jakim, premierem Morawieckim, Radkiem Sikorskim, Rafałem Trzaskowskim, Michałem Kamińskim i – jakże by inaczej – prezydentem Dudą. Oczywiście najprościej by było zwrócić się teraz do owej pani, by przede wszystkim odpieprzyła się od prezydenta Dudy bo wyszydzanie kogoś, komu nagle, zupełnie naturalnie, zabrakło słowa, czy dwóch jest zarówno niskie jak i zwyczajnie głupie, natomiast ja tym razem chcialbym poznęcać się nad samą Domagałą i to nie tylko ze względu na jej kompetencje gdy chodzi o język angielski, ale również, i to przede wszystkim, język polski. Oto, proszę sobie wyobrazić, przez całe swoje wystąpienie, zamiast słowa „dzwięk”, owa ekspertka używa słowa „samogłoska”. Słowo daję, można sprawdzić i zobaczyć, choćby jak ona komplementuje Premiera: „Morawiecki wymawia te samogłoski, te dzwięki, które powinien”.

        Ale to oczywiście nie wszystko. Tu znów, od początku do końca swojej wypowiedzi, gdy ona wspomina o tym, że któryś z nich ma kłopoty ze stosowanie przedimków, używa określenia „zaimki”. Ktoś powie, że to nie jest jeszcze najgorzej, bo mogłaby tak bardziej z niemieckiego określać przedimki słowem „rodzajniki”, no ale faktem jest to, że dziś chyba nie ma ani jednego ucznia liceum ogólnokształcącego, który by nie wiedział, że angielskie „the”, „a”, czy „an” to nie zaimki, lecz właśnie przedimki. No ale Asia – tak się zresztą przedstawia – tego nie wie i się tym popisuje.

       Ja nie chcę jakoś szczególnie znęcać się nad Asią „Angielski Kompas” Domagałą, ale muszę zwrócić uwagę uwagę na pewne kwestie  z prostej troski o  popularną świadomość tego czym się dziś zajmujemy. Domagała, wytykając temu czy owemu to, że ten – swoją drogą osobiście nie wiem, o co jej chodzi – „myli ‘a’ z ‘e’”, sama nieustannie, mówiąc w swoim, jak rozumiem, rodzimym języku, stosuje wymowę „som”, czy „tom”. W dalszej kolejności, któremuś z nich zarzuca, że ten ubezdźwięcznia „k”, które – jak to „k” – jak chyba wszyscy wiemy, jest same w sobie bezdźwięczne i tam nie ma nic do ubezdźwięczniania. Ale to nie koniec. W tym jednym jedynym odcinku, gdzie ona ma czelność oceniać poziom języka angielskiego u sześciu polityków, nie wie, że kiedy chce się przejść do rzeczy, mówi się „Ale do rzeczy”, a nie „Ale do brzegu”. Ona też nie wie,  że posługiwać się można „angielskim”, a nie „z angielskim”. Jeszcze coś?

        No i wreszcie mamy prezydenta Dudę, którego ta banda bezczelnych oszustów ostatnio wzięła na tapet. O ile potrafię ocenić znajomość języka angielskiego przez prezydenta Dudę – a sądzę, że potrafię – on w tym zakresie jest wystarczająco sprawny. Jedyny kłopot, jaki Prezydent ma na tym poziomie – swoją drogą, podobnie w języku polskim – to to, że w pewnych sytuacjach się zacina. Mówi, mówi, mówi... i nagle stop. Będąc nauczycielem z długim doświadczeniem, miałem w życiu okazje trafić na wielu uczniów, którzy posługiwali się językiem znakomicie, tyle że od czasu do czasu, diabli wiedzą czemu, się zacinali... i stop. Raz nawet miałem jedną maturzystkę – absolutnie wybitną –  która mówiła, mówiła, mówiła, w pewnym momenci się zatrzymała i koniec. Asia Domagała prezentuje dwie wypowiedzi Andrzeja Dudy, gdzie ten, owszem, utknął, i informuje wszystkich, że to jest pełna kompromitacja gdy chodzi o każdy wymiar kompetencji językowych, a słownictwo jakiego Andrzej Duda używa, jest na poziomie podstawowym. A co my słyszymy?

         Pragmatic approach”, My own experience”, In general”, I don’t agree”, Look at the perspective of the last thirty years”, I believe in the 360 degree policy”… Oto słownictwo nieadekwantne?

         To jest słownictwo nieadekwatne do funkcji pełnionej przez Andrzeja Dudę? Tylko przez to, że raz czy dwa Andrzej Duda – czy to przez zmęczenie, czy zwykły brak koncentracji – się zaciął to w ten sposób powstał popularny mem? Przecież ta kobieta – przypominam, że ostatnio hit na youtubie – to w sposób oczywisty osoba zuchwała i bezczelna.

          Ktoś powie, że mamy do czynienia z kolejną wariatką, żyjącą w nienawiści do Prawa i Sprawiedliwości, i to jest oczywiście prawdopodobne. Jest jednak coś, co świadczy o tym, że ona jest przy okazji jednak językowo dramatycznie niekompetentna. Otóż pojawia się Radek Sikorski, który w pewnym momencie mówi, że sytuacja Polski jest inna od sytuacji krajów Zachodu, bo myśmy byli pod okupacją sowiecką, a oni nie, i swoją myśl wyraża następująco: „We have been occupied by the Soviet Union”. Na to przychodzi Asia Domagała i zaczyna nam tłumaczyć, że Radek Sikorski popełnił błąd, bo okupacja sowiecka już dawno minęła, więc on powinien był powiedzieć „We were occupied”. Bo „We have been occupied” oznacza że wciąż jesteśmy okupowani, a przecież nie jesteśmy.

          Ponieważ wszystko staje się już żałośnie oczywiste – nawet dla tych, którzy, podobnie jak ja, Radka Sikorskiego całym sercem nie znoszą – będę kończył i do osób bardziej dociekliwych kieruję pytanie: Jeśli policjant zatrzymuje kierowcę, widzi że ten jest na podwójnym gazie i mówi mu „You have been drinking” to znaczy, że ten ktoś ma w pysku flaszkę? Nie? Nie mam ochoty dociekać, jak by na to pytanie odpowiedziała nasza ekspertka, i szczerze powiem, że mnie to nie koniecznie zajmuje, natomiast po raz enty epeluję przynajmniej do czytelników tego bloga: dajcie sobie spokój z tym angielskim, to jest wyłącznie narzędzie i nic więcej. Tak korkociąg, czy śrubokręt.



   

 

 

 

     

 

 

 

niedziela, 9 października 2022

O intrusywnym R, czyli Wharafuckisthis

       Po paru bardzo poważnych ostatnio notkach, postanowiłem zdobyć się na coś lżejszego, a skoro lżejszego to czemu nie na parę bardziej świeżych uwag na temat języka angielskiego.

        Nie wiem jak Państwo, ale ja, gdy byłem jeszcze dzieckiem, to byłem przekonany, że tradycyjne amerykańskie „get out” wymawia się jako „geRaut”. Czemu tak? Nie mam bladego pojęcia, ale powodem prawdopodobnie było to, że na jak najbardziej wówczas dostępnych publicznie westernach, owo zawołanie tak właśnie brzmiało i nikt z nas się nawet nad tym czymś nie zastanawiał. A zatem, ile razy chcieliśmy przyszpanować i do kolegi z podwórka powiedzieć „GeTaut”, mówiliśmy „geRaut”

       O co mniej więcej chodzi, dowiedziałem się jeszcze na studiach, jednak ze względu na – jak dziś to jestem skutecznie ocenić – szczególną gnuśność człowieka, z którym mieliśmy zajęcia, moja wiedza na ten temat była wyjątkowo ograniczona.

        Potem oczywiście przyszedł czas, gdy wsłuchałem się w wielki przebój Beatlesów „A Day in the Life” i charakterystyczny fragment „saw a film” został zaśpiewany jako  „soərefilm”.

        Dopiero po latach, gdy już sam byłem nauczycielem, a za sobą miałem już swoje doświadczenia, zwróciłem też uwagę na to, jak moja ukochana córka chrzestna, w ramach jakiegoś kaprysu, odezwała się do mnie po angielsku i zamiast zwykłego „I don’t know”, powiedziała: „əronnou”, a ja uświadomiwszy sobie, że to jest dokładnie to samo zjawisko – zadałem sobie pytanie: skąd ona to wie, i od razu sam sobie odpowiedziałem: to jest odruch.

         Potem już raz za razem, pojawiali się tu u mnie uczniowie, wrzucający ów dźwięk „r” wydawałoby się w sytuacjach zupełnie nieuprawnionych, a ju już wiedziałem, że to są ci, co skutkiem pełnego otwarcia na język, uzyskali ową automatyczną umiejętność korzystania ze wspomnianego „r”.

        Ponieważ wiem, że wśród czytelników tego bloga są osoby, które w sytuacji, gdy chcą powiedzieć, że czegoś nie wiedzą, używając języka angielskiego,tak jak moje dziecko chrzestne mówią „əronnou”, pomyślałem sobie, że może oni chcieliby usłyszeć proste wyjaśnienie, czemu akurat tak. A rzecz polega na tym, że w sytuacji gdy jedno słowo w języku angielskim kończy się na nieakcentowaną samogłoskę „ə”, a kolejne zaczyna się od samogłoski akcentowanej, między jednym a drugim pojawia się owo „r”. Czemu? Diabli wiedzą, czemu. Pojawia się i już, i stąd, kiedy mówimy na przykład „media attention”, między mediami a zainteresowaniem musi się pokazać owo „r”, tworząc ciąg „mediaRattention”.

         Ktoś się w tym momencie zapyta, skąd w na początku wspomnianym „get out”, zamiast owego „t” wyskakuje nasze „r”. Powód jest prosty. Oto wypowiadając szybko sekwencję „get out” zwykle połykamy „t” i zamiast get wyskakuje nam coś w rodzaju „gə”, a zaraz po tym, naturalnie, jeszcze przed out pojawia się nasze „r”. Jeszcze ciekawsza sytuacja jest z „I don’t know” mojej chrzestnej córki. Tu również jednak, jeśli wypowiadamy tę frazę odpowiednio szybko, najpierw „I” realizuje się przez nieakcentowane „ə”, z sekwencji „don’t” wypadają „d” oraz „t” i w efekcie zamiast „I don’t” pojawia się „aron”, i ostatecznie wspomniane na początku „aronnou”.

         Mam oczywiście świadomość, że wielu z nas cała tu w tej chwili poruszona kwestia kompletnie nie zainteresuje. Mimo to, dla zainteresowanej części czytelników mam zagadkę: dlaczego, niezależnie od tego, czy nasza swego czasu wybitna tenisistka Agnieszka Radwańska miałaby nosić nazwisko Radwańska, czy Adwańska, Mats Willander nazwisko to tak czy inaczej wymawiałby „radvanskə”. „AgneʃkəRadvanskə”.

         A jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości i pragnie zawołać „But I...," niech śmiało ryzykuje – "bəRai".




 

     


środa, 9 lutego 2022

"Little Red Riding Hood and the Wolf" by Roald Dahl

Ponieważ wciąż mi chodzi po głowie myśl, że wczorajsza notka była zbyt brutalna i należałoby jakoś uspokoić sytuację, uznałem że dziś wstawię coś nadzwyczaj lekkiego, a jednocześnie równie pożytecznego, a mianowicie pewien wierszyk autorstwa Roalda Dahla, o którym tu już nie raz było, a jeśli ktoś ma ochotę dowiedzieć się czegoś więcej, to się dowie bez problemu.Tym razem jednak nie chodzi o zwykłą prezentację, ale o naukę. Poniewiaż bowiem mam świadomość, że wśród czytelników tego bloga jest bardzo wiele osób, które interesują się nauką języka angielskiego, mam dla nich wszystkich zadanie. Proszę uzupełnić brakujące słowa w taki sposób by uzyskać czyste rymy. Zapraszam do zabawy.


    As soon as Wolf began to ____

    That he would like a decent ____,

    He went and knocked on Grandma's ____.

    When Grandma opened it, she ____

    The sharp white teeth, the horrid grin,

    And Wolfie said, ``May I come ___?''

    Poor Grandmamma was _______,

    ``He's going to eat me up!'' she ____.

 

    And she was absolutely ____.

    He ate her up in one big _____.

    But Grandmamma was small and ______,

    And Wolfie wailed, ``That's not _______!

    I haven't yet begun to ____

    That I have had a decent _____''

    He ran around the kitchen yelping,

    ``I've got to have a second _______!''

    Then added with a frightful leer,

    ``I'm therefore going to wait right ____

    Till Little Miss Red Riding Hood

    Comes home from walking in the _____.''

    He quickly put on Grandma's ______,

    (Of course he hadn't eaten _____).

    He dressed himself in coat and ____.

    He put on shoes, and after ____

    He even brushed and curled his ____,

    Then sat himself in Grandma's ______.

    In came the little girl in _____.

    She stopped. She stared. And then she _____,

 

    ``What great big ears you have, Grandma.''

    ``All the better to hear you with,'' the Wolf replied.

    ``What great big eyes you have, Grandma.''

    said Little Red Riding Hood.

    ``All the better to see you with,'' the Wolf replied.

 

    He sat there watching her and ______.

    He thought, I'm going to eat this _____.

    Compared with her old Grandmamma

    She's going to taste like ______.

 

    Then Little Red Riding Hood said, ``But Grandma,

    what a lovely great big furry coat you have on.''

 

    ``That's wrong!'' cried Wolf. ``Have you forgot

    To tell me what BIG TEETH I've got?

    Ah well, no matter what you ___,

    I'm going to eat you ______.''

    The small girl smiles. One eyelid flickers.

    She wimps a pistol from her knickers.

    She aims it at the creature's _____

    And bang bang bang, she shoots him _____.

    A few weeks later, in the _____,

    I came across Miss Riding Hood.

    But what a change! No cloak of ____,

    No silly hood upon her _____.

    She said, ``Hello, and do please note

    My lovely furry wolfskin _____.''


Przy okazji, jeśli kto ma ochotę sobie ze mną poczytać pierwszej klasy angielskie teksty i się czegoś nowego nauczyć, proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Załatwimy to na Skypie.




 

sobota, 12 grudnia 2020

Czy ktoś się jeszcze boi angielskiego listonosza?

Ponieważ jakimś cudem udało się nadzwyczaj szybko postawić ten komputer na nogi, wydarzenie to chciałbym uczcić w sposób dość niezwykły. Otóż jakiś czas temu, przeczesując Internet w poszukiwaniu mojej książki „Kto się boi angielskiego listonosza”, której nakład ostatecznie się wyczerpał, a kolejny dodruk stał się dodrukiem ostatecznym, trafiłem na dość obszerną recenzję owego Listonosza" – w moim szczerym przekonaniu napisaną na oczywiste zamówienie – która sprawiła mi taką satysfakcję, że zdecydowałem się zdjąć z rynku wszystkie egzemplarze na jakie trafię i sprzedać je każdemu, kto będzie miał pod ręką 150 zł. I oto, proszę sobie wyobrazić, okazało się, że mój kupel Michał ze sklepu Foto-Mag ma jeszcze kilka egzemplarzy, które uprzejmie zgodził mi się sprzedać. Książki właśnie do mnie dotarły w liczbie 10 sztuk, z których kilka i ja chętnie puszczę dalej, w ten sposób zamykając ów niezwykły rozdział.  I teraz tylko mogę zachęcić wszystkich do przeczytania poniższej recenzji i spieszyć się, bo daję słowo, że to jest meteoryt, który już nigdy nie wróci. Podkreślam nieskromnie, że meteoryt na swój sposób bezcenny. Zbliżają się Święta, okazja jest więc szczególna, a mój adres to k.osiejuk@gmail.com.

 

      Książkę wypożyczyłam z biblioteki. I dobrze, bo po jej przeczytaniu okazało się, że nie jest warta zakupu i wg mnie absolutnie nie jest warta tego, żeby mieć ją na własność. Pierwsze wrażenie nie powala na kolana, a dalej jeszcze gorzej, trudno przez to przebrnąć. Na okładce ani wewnątrz nie ma żadnej notki o autorze. Nie wiadomo kim jest autor i z jakiego powodu miałby być autorytetem lub choćby autorem książki dot. języka angielskiego.
      Później wciąż towarzyszy mi niemiłe przeświadczenie, że książka została wydana, bo były fundusze na jej wydanie własnym staraniem i kosztem. Nie ma żadnego powodu merytorycznego, żeby uznać tę książkę za istotną dla uczących się.
      Z treści książki dowiadujemy się, że autor uczył języka angielskiego. Później było tylko gorzej. Męczący styl, chaotyczny tok wypowiedzi i co najgorsze zupełnie nic do przeczytania, swobodne dywagacje niby o języku, trochę o uczniach, wydawnictwach, niby o gramatyce (tego nie więcej w sumie niż kilka stron w całej książce), ale tak naprawdę o niczym. Z książki przebija wg mnie niechęć do ludzi (co złego zrobił J. Siuda, czy organizator Olimpiady Języka Angielskiego, że autor tak ich nie lubi?). Autor ma krytyczny stosunek do chyba wszystkich podręczników do nauki języka wydanych po 1990 r., a za jedyny godny uwagi uznaje podręcznik Alexandra (owszem, dobry) dostępny głównie na wyprzedażach i w antykwariatach. Świat idzie naprzód, czasem lepszą lub gorszą drogą, a ludzie zdobywają certyfikaty ucząc się z różnych źródeł, czego autor najwyraźniej wcale nie zauważył, użalając się nad współczesnymi podręcznikami, niezbyt merytorycznie zresztą.
      Uczniowie też nie poczują się lepiej, a już na pewno nie będą zmotywowani do nauki, bo autor niby ich uczy i z uczniami pracuje, ale mało o kim wyraża pozytywne opinie. A już o osobach w średnim wieku, które uczył autor, to chyba jednego dobrego słowa nie ma. Co gorsza, autorowi trudno powstrzymać się od uszczypliwości, także natury politycznej.

      W sumie odniosłam wrażenie, że autor nie ma komu się wygadać i pod pretekstem wydania książki o języku wylewa swoje frustracje. Książka wzbudziła we mnie niechęć opiniami na temat ludzi z którymi autor spotykał się w czasie pracy nauczyciela, co mnie samą zaskakuje, bo książki o jęz. angielskim nigdy we mnie takich emocji nie budziły. Jest tyle różnych książek dot. jęz. angielskiego, że na tę naprawdę szkoda czasu i pieniędzy. 

 



 

czwartek, 16 lipca 2020

Inglisz sringlisz, czyli jeszcze raz o ludzkich kompleksach


       Na temat języka angielskiego i sposobu w jaki on wywołuje, ale też jakimś niezbadanym cudem leczy, ludzkie kompleksy, zabierałem tu głos wielokrotnie, i niezmiennie mam poczucie, że gdyby tak się zdarzyło, że ja już nie miałbym absolutnie o czym pisać, to bym mógł jeszcze kilka dobrych lat pociągnąć, skutecznie tropiąc owe kompleksy. Powstrzymuję się od tego by drążyć ów temat, bo raz że żyjąc z tym językiem na co dzień, mam go czasem szczerze dość, a po drugie, nie wydaje mi się, by to było coś, czym chcą być karmieni czytelnicy tego bloga. Tym razem jednak ów język angielski sięgnął sfery ściśle państwowej, więc raczej nie mam wyjścia. Otóż, jak część z nas wie, do prezydenta Andrzeja Dudy dodzwoniło się jakiś dwóch ruskich śmieszków i udając głos sekretarza generalnego ONZ nawiązało z Prezydentem rozmowę. Jak im się to udało zrobić, dokładnie nie wiemy, natomiast biorąc pod uwagę fakt, że oni wcześniej połączyli się nie tylko z kandydatem Bernie Sandersem, ale również prezydentem Francji Macronem, premierem Wielkiej Brytanii Johnsonem, księciem Williamem, a nawet piosenkarzem Eltonem Johnem, możemy mieć praktycznie pewność, że za nimi stoją służby Putina. A fakt, że w tym szczególnym towarzystwie znalazł się również prezydent Duda, traktować jako swego rodzaju wyróżnienie.
        Nie chodzi jednak o zaszczyty, ale o coś znacznie bardziej przyziemnego. Otóż owi komicy rozmowę z Prezydentem oczywiście nagrali, a następnie zamieścili ja na YouTubie i dziś – ponieważ, jak się okazało, prezydent Duda zachował należytą ostrożność i się z nimi w żaden sposób nie spoufalił – tematem numer jeden jest to, że Duda nie umie mówić po angielsku. I to jest rzekomo powód do wstydu. Zwróciło się do mnie kilka osób, w tym proszę sobie wyobrazić sama pani poseł a moja koleżanka, Joanna Kluzik Rostkowska, o ocenę poziomu na jakim językowo operuje Prezydent, a ja w tej sytuacji pozwolę sobie na dłuższy wywód. Otóż jest tak, że gdy chodzi o języki obce istnieje pięć umiejętności: gramatyka, rozumienie ze słuchu, rozumienie tekstu czytanego, pisanie, oraz rozmowa. Z mojego osobistego doświadczenia wynika jednoznacznie, że osoby, które posiadły wszystkie te umiejętności praktycznie w przyrodzie nie występują. Są ludzie, jak na przykład moja starsza córka, która zna świetnie angielską gramatykę, co do reszty jednak sobie radzi słabo. Mam uczennicę, która ani za bardzo nie wie co czyta, a z gramatyką ma problemy nie mniejsze, natomiast gdy chodzi o zrozumienie tego co się do niej gada, oraz udzielenie na te gadkę odpowiedzi zwyczajnie wymiata? Czy zachowując zasady? Oczywiście że nie, natomiast rozmawiając po angielsku czuje się  jak ryba w wodzie i co najciekawsze zawsze wychodzi z wszelkich potyczek jak najbardziej obronną ręką. Są też przy tym osoby, które świetnie znają angielską gramatykę, czytają bez najmniejszego problemu wszelkie teksty, natomiast w konfrontacji bezpośredniej dopada ich blokada i robi się sytuacja niezręczna. I to są ci, którzy szczerze są przekonani, że jeśli uda im się zapisać na lekcje z native speakerem, to będą mieli problem z głowy. Nic podobnego.
        I oto mamy w tym wszystkim z jednej strony prezydenta Dudę rozmawiającego z tym Rosjaninem, a z drugiej tych wszystkich komentatorów, którzy z niego szydzą, że z niego anglista jak z koziej dupy trąba.
      Jak już wspomniałem wcześniej, na temat języka angielskiego i związanych z nim kompleksów pisałem wielokrotnie i zawsze nad tymi tekstami górowało hasło: NIKT NIE JEST ANI TAK DOBRY JAK MU SIĘ WYDAJE I NIKT NIE JEST TAK JAK MU SIĘ WYDAJE ZŁY. Dziś do tego mogę dodać kolejne: NIKT KTO NAM SIĘ WYDAJE DOBRY, NIE JEST ANI TROCHĘ TAK DOBRY, ALE TEŻ NIKT KOGO Z POWODU JEGO ZNAJOMOŚCI JĘZYKA WYSZYDZAMY, NA OWO SZYDERSTWO NIE ZASŁUGUJE. I oto znów mamy prezydenta Dudę w rozmowie z tym rzekomym Portugalczykiem i owo szyderstwo. Otóż chciałem tu zupełnie autorytatywnie powiedzieć, że gdyby nie stąd ni zowąd zadzwonił do mnie sekretarz generalny ONZ i kazał mi ze sobą rozmawiać w języku angielskim, ja bym wypadł znacznie znacznie gorzej od prezydenta Dudy. Ktoś powie, że Duda jest prezydentem, on ma okazję na co dzień rozmawiać z lepszymi od tych cwanych Rosjan, więc powinien sobie radzić. Na to ja od razu odpowiadam, że on jest wprawdzie prezydentem, ale za to ja jestem anglistą i powtarzam zupełnie autorytatywnie, że Andrzej Duda wykazał w tej rozmowie poziom możliwie wysoki.
          I oto przejdę do kwestii najważniejszej – swoją drogą najważniejszej od samego początku – czyli do tak zwanych kibiców. Otóż to jest z mojego punktu widzenia doświadczenie nie do zniesienia, gdy trafiam na wypowiedzi owych ciężko zakompleksionych osób, które od 5, 10, 20, czy 45 lat próbują się bezskutecznie nauczyć języka, nie są w stanie ani niczego zrozumieć, ani niczego powiedzieć, ani niczego poprawnie zapisać i jedyne co im pozostaje to szydzić z tych, którzy nagle podczas rozmowy się jąkali. To jest z mojej perspektywy coś, co mnie doprowadza do szału: owa banda idiotów, która nie jest w stanie w języku angielskim napisać jednego poprawnego zdania, a szydzą z tych, których przyłapali na jakiejś słabości.
        Chciałem dziś więc jednoznacznie oświadczyć, że Andrzej Duda radzi sobie w języku angielskim znakomicie. Co słychać u Rafała Trzaskowskiego, pojęcia nie mam, ale wcale nie jestem jakoś szczególnie podekscytowany.



środa, 1 lipca 2020

Matury w zawsze ostrym cieniu pewnej kopalni


     Nowadays many manygers allow workers to take dogs to work. I will show pluses and minuses of this idea.
     To start with, this idea is good. First, dog needs company so he is very sad when the master go to work and the dog is alone. Another argument is that the master needs his lovely pet to have a good time and also work efisiently. Also other people in the office will feel good when they have a nice dog and will make them happy. Also the master can have a break to go with the dog for a walk and it is good for him.
      On the other hand, there is problem. Dogs can be a problem. They need company and they make a noise. It can make problems for the people in the office. Also some people are affraid of dogs and this is a problem. Also some people have alergy and they can’t be with dogs.
      In conclusion, the problem is difficult. On the one hand, it is good to take dogs to work, on the other hand, it is not good, because it is a problem.

      Ktoś zapyta, co to za cholera, a ja już odpowiadam. Otóż w tym roku, ze względu na pandemię, zarówno matury jak cały proces weryfikacji ich wyników, został znacznie przesunięty, w związku z czym ja sam, jako odwieczny egzaminator, dopiero teraz miałem okazję rzucić okiem na to, co tam w tym roku się wydarzyło. I również tym razem, moje refleksje są niezmienne, a dotyczą one tego, że gdyby szkoły i zatrudnieni przez nie nauczyciele mieli odrobine rozumu w głowie, no i swoją robotą byli zainteresowani w sposób choćby podstawowy, wszystko stałoby się znacznie prostsze.
       Otóż proszę sobie wyobrazić, że powyższy tekst, realizujący tegoroczne polecenie: „Niektórzy dyrektorzy firm pozwalają prawcownikom przyprowadzać do pracy psy. Przedstaw plusy i minusy owego rozwiązania”, wedle wszelkich aktualnie obowiązujących zasad oceniana prac maturalnych otrzymuje 10 punktów na 13. Dlaczego? Już tłumaczę. Otóż to co najważniejsze, a więc stanowiące ponad połowę punktów dotyczy kwestii technicznych, a zatem maturzysta ma przede wszystkim realizować polecenie i realizować je w sposób staranny. A zatem ma napisać tekst o tym, że niektórzy pracodawcy pozwalają przyprowadzać do pracy psy i że owo rozwiązanie ma swoje plusy i minusy, a nie na przykład pisać, że niektórzy z nas chcieliby chodzić do pracy ze swoim ulubionym zwierzątkiem i warto by się było zastanowić, czy to jest możliwe, bo to jest zwyczajnie maturalna klęska. Jeśli tylko zatem uczeń spełni owe wymagania formalne, już ma gwarantowane 7 punktów z dostępnych 13. Dalej jest problem z tak zwanym bogactwem językowym, a ja przyznaję, że to jest, owszem, coś czego przeskoczyć łatwo się nie da. W podanym wyżej przykładzie bogactwa nie ma, bo być nie może, natomiast, owszem, jest parę zwrotów, takich jak „to start with”, „on the one hand”, „on the other hand”, czy „in conclusion”, które dany kandydat mógł sobie wczesniej przygotować, a w związku z tym ma szansę na jeden skromy punkt na trzy dostępne, zwłaszcza gdy błędów zbyt wiele nie ma, a sama praca jest czysta i przejrzysta, napisana jest starannie, co każdwego egzaminatora z góry ustawia w nastroju życzliwym, zwłaszcza gdy liczba słów jest blisko dolnego marginesu, a nie górnego. Gdy chodzi o resztę, czyli wspomnianą poprawność, powyższy tekst nie zawiera zbyt wielu błędów, a zatem, zgodnie z zasadą, że „nieliczne błędy językowe i zapisu” są dopuszczalne, za poprawność językową otrzymuje się punktów trzy. A w tym wypadku, jak widzimy bez dłuższego liczenia, ów sprytny maturzysta za powyższe wypracowanie otrzymuje 11 punktów na 13, no może w najgorszym wypadku 10 na 13.
        Jestem egzaminatorem maturalnym od ponad dziesięciu lat i praktycznie każdy rok przynosi mi prace, gdzie maturzyści z pracy pisemnej otrzymują jeden, trzy i maksymalnie siedem punktów. Czemu tak? Otóż odpowiedź mam jedną. Przede wszystkim te dzieci są zwyczajnie słabe, co się oczywiście zdarza. Ale często jeszcze słabsi od nich są ich nauczyciele, którzy nie dość że nie są w stanie ich nauczyć języka, to jeszcze nie potrafią im powiedzieć, jak się należy zachować, by sobie w tej, przyznamy wszyscy, marnej sytuacji, sobie jakoś poradzić.
        Przez ostatnie kilka dni sprawdzałem te matury i powiem szczerze, że tym razem, chyba po raz pierwszy w całej swojej historii trafiłem na szkołę naprawdę dobrą. Nie dobrą, tak jak bym sobie wymarzył, ale, owszem, dobrą. Ale nawet i tu, miałem przykłady tekstów, gdzie ich autorzy nie mieli bladego pojęcia, jak sobie można poradzić z tak naprawdę zadaniem najprostszym. I w efekcie oni otrzymywali wspomniane jeden, trzy, czy pięć punktów na 13. Czemu tak? Bo, jak mówię, nikt ich tego jak pisać, nie nauczył.
       W tej sytuacji, jako odwieczny nauczyciel języka angielskiego, mam do przekazania pewną wiadomość, i jednocześnie apel. Poziom nauczania w polskich szkołach – i wcale nie chodzi tu tylko o język angielski – jest na poziomie bliskim zera. Jest wielu uczniów, którzy stojąc wobec obowiązku wybrania przynajmniej jednego rozszerzenia, decydują się na angielski, bo tu jedynie dostrzegają dla siebie jakąkolwiek szansę, a w momencie, gdy otworzą swój arkusz, wpadają w panikę. Nie mam bladego pojęcia, co mogą w tej sytuacji zrobić dzieci, które w przyszłym roku pragną zdawać rozszerzenie z polskiego, biologii, czy historii. Gdy chodzi jednak o język angielski, zapraszam do siebie. Ja uczę, również przez Skype’a, a mówiąc „uczę”, mam na myśli to że uczę. I gwarantuję, że wynik będzie wyższy od wymarzonego.
       Dzisiejszy tekst, jak widzimy, z polityką nie ma nic wspólnego, natomiast, owszem, mamy tu do czynienia z kwestią jak najbardziej polityczną, czyli poziomem naszej polskiej edukacji. Jest jednak przy tym coś, co jest jak najbardziej polityczne i to nawet w kontekście aktualnej wyborczej awantury. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ile razy podczas sprawdzania tych matur zachodziłem do kuchni, by sobie zrobić kawę, czy herbatę, miałem za oknem taki widok. Kto zgadnie, co to takiego?





wtorek, 18 lutego 2020

To Be Like Will


     Kiedy przez długie lata Czytelnicy zachęcali mnie bym wydał kolejną część „Listonosza”, tak by do tej części językowych refleksji dodać jeszcze coś nowego, niezmiennie powtarzałem, że ja naprawdę wszystko co miałem do powiedzenia na temat owych najbardziej interesujących kwestii związanych z językiem angielskim, powiedziałem w „Listonoszu” i nie przychodzi mi nic innego do głowy. Kiedy jednak pisałem książkę o Imperium, na marginesie tego, co stanowi jej podstawę, pomyślałem sobie o paru sprawach i, owszem, udało mi się ów wykład nieco poszerzyć. Proszę sobie jednak wyobrazić, że człowiek, nawet wtedy, gdy już uzna, że nic go interesującego nie spotka, wciąż się jednak uczy i oto wczoraj właśnie uświadomiłem sobie, że jest coś, co zdecydowanie uchodziło dotychczas mojej uwadze i to coś na tyle interesującego, że gdyby Coryllus uznał za stosowne wznowić tę książkę w wersji uzupełnionej, to z najwyższą radością dokleiłbym tam jeszcze jeden rozdział, dotyczący mianowicie wyłącznie jednego czasownika, a mianowicie modalnego operatora will.
      Pamiętam, że parokrotnie już miałem tu i ówdzie okazję zwrócić uwagę na fakt, że owo will, podobnie zresztą jak jego słaba forma would, jest praktycznie jedynym angielskim czasownikiem, który nie ma swojego odpowiednika, ani choćby i zamiennika, w języku polskim. Dobrze to widać choćby na przykładzie pięknej piosenki Beatlesów zatytułowanej „I Will”, którego to tytułu nie jesteśmy w stanie ani przetłumaczyć na język polski, ani nawet odpowiednio zrozumieć, ponieważ w tym stanie rzeczy, dla nas jest on pozbawiony jakiejkolwiek treści. Wiele razy zresztą byłem świadkiem sytuacji, kiedy uczniowie, pytani o to, co oznacza słówko will, jeśli tylko poczynimy zastrzeżenie, że nie chodzi nam o „testament”, czy o „wolę”, czy wreszcie o pospolity przymiotnik willing, oznaczający bycie chętnym, jak to ma miejsce w przypadku na przykład zdania I am willing to send a deposit, niemal wszyscy bez mrugnięcia okiem odpowiadali, że will oznacza „będę”.
      Za każdym razem bardzo mnie to intrygowało, ale składałem to na karb wspomnianego zmartwienia, że tak naprawdę to niekiedy jest jedyny w miarę sensowny sposób, by sobie  z całym tym will jakoś poradzić. Problem dopiero pojawiał się, kiedy zwracałem się z prośbą, by mi przetłumaczyć na język polski na przykład zdanie „Przyjadę jutro”, a uczniowie wpadali w stupor i albo drapali się bezradnie po głowie, albo sprytnie decydowali się na I can come tomorrow, co oczywiście nie oznaczało nic innego jak zaledwie to, że mogę przyjechać jutro, a nie że przyjadę. Ewentualnie, jeśli ktoś był bardziej dociekliwy, wybierał rozwiązanie jeszcze gorsze i wyskakiwał z czymś w rodzaju I will be come tomorrow. No ale proszę spojrzeć, do jak przedziwnych sytuacji dochodziło, kiedy na tapecie pojawiało się zdanie „Będę wiedział”, względnie „Będę miał”. Dobrze by oczywiście było, gdyby, sądząc, że will oznacza „będę”, uczeń – niechcąco, ale jak najbardziej poprawnie – przekładał owo zdanie na I will know, czy I will have. No ale co zrobić z kimś, kto już zdążył sobie wbić do głowy, że will wcale nie oznacza „będę”, bo „będę” po angielsku brzmi I will be, i znów, kompletnie bez sensu, budował zdanie I will be have, względnie I will be know, no bo myśląc logicznie, skoro I will nie oznacza „będę”, natomiast „będę” po angielsku brzmi I will be, to chyba czymś zupełnie naturalnym jest powiedzieć I will be know all about it tomorrow, prawda?
      Na czym zatem polega pułapka i gdzie ona leży? Otóż – i ja to sobie ledwie co wczoraj uświadomiłem – musimy zrozumieć, że polski czasownik „będę”, „będziesz”, „będzie”, „będziemy”, „będą” pełni dwie – a kto wie, czy nawet nie trzy – niezależne funkcje. Pierwsza z nich to ta podstawowa, a więc forma przyszła od bezokolicznika „być”, jak to się dzieje choćby w zdaniu „Będę w domu po północy”, czy „Będę jasny i gotowy”, druga to coś właśnie na wzór angielskiego modalnego operatora will, jak we wspomnianym wcześniej zdaniu zdaniu „Będę wiedział”, ale również, jak sądzę, owo „będę”, które występuje w tak zwanym trybie niedokonanym, w języku angielskim częściowo reprezentowanym przez „czas” Future Continuous, a w języku polskim realizuje się na przykład w zdaniach takich jak „Będę czekał”, czy „Będę spał” – po angielsku I will be waiting i I will be sleeping.
     No ale bardziej dociekliwy uczeń znów tu wpadnie w kolejną pułapkę. No bo skoro można powiedzieć I will be waiting, to z jakiej racji nie wolno nam mówić I will be know? W końcu skoro jedno z nich tłumaczymy „Będę czekał”, drugie „Będę wiedział”, to jaka to na dobrą sprawę różnica? Proszę więc bardzo, mój drogi, skoro tak ci na tym zależy, to nie ma problemu, tyle że wal już śmiało i konsekwentnie: I will be knowing, ewentualnie I will be remembering, a nie I will be remember. Nie da się? No właśnie. Ciekawe dlaczego?
     I tu znów musimy wrócić do samego początku, czyli owego niezwykłego modalnego czasownika will i do tej jednej i podstawowej informacji, że will nie ma jakiegokolwiek odpowiednika w języku polskim, a nie jest nim nawet owo „będę” w zdaniu „Będę wiedział”. Owszem tak nawet nam to dobrze brzmi, ale polskie „będę” i angielskie will to dwie kompletnie różne rzeczy, dlatego też czy chcemy powiedzieć „Zostanę na noc”, czy „Będę pamiętał”, to tak czy inaczej będziemy mieli I will stay overnight i I will remember. I o żadnym be mowy tu być nie może. Co innego oczywiście gdy chcemy powiedzieć „Będę na ciebie czekał pod zegarem” i wtedy powiemy I will be waiting for you under the clock, z tą różnicą, że tu polskie „będę” nie jest tym samym „będę”, które widzimy w przypadku zdania „Będę wiedział” i które, jeśli się tak naprawdę mocno uprzemy, możemy użyć do bardzo ryzykownej i zdecydowanie odradzanej konstrukcji „Będę czekający na ciebie pod zegarem”...
      No ale tu już może się zamknę, bo ktoś mi zarzuci, że postępuję bardzo nie jak porządny nauczyciel i w dodatku mieszam w głowach. A ja, co mam robić? To w końcu nie ja wymyśliłem modalny posiłkowy czasownik will , tak zwany operator czasu przyszłego. I cieszmy się, że nie przechodzę w tym momencie do czasownika would, bo jak nam nagle wyskoczy zdanie „Co by to było?”, to zwyczajnie oszalejemy.



poniedziałek, 27 stycznia 2020

Skąd prezydent Duda wie, jak się wymawia angielskie słowo "iron"?


       Miesiące prowadzące mnie do ostatecznego zakończenia edukacji uniwersyteckiej upłynęły mi pod znakiem dwóch absolutnie dominujących wydarzeń. Pierwsze z nich to fakt, że w ostatni rok studiów wszedłem z niezdanym egzaminem ze szkolenia wojskowego i z tak zwanym „warunkiem”, co sprawiło, że praktycznie do samego końce nie miałem pewności, czy to wojsko ostatecznie nie spowoduje, że studiów nie ukończę, drugie natomiast to ślub, podróż poślubna, pisanie pracy magisterskiej, no i ostateczna obrona. Do dziś pamiętam – a owo wspomnienie stanowi dla mnie zupełnie wyjątkową naukę – że kiedy przyszedł wrzesień i na tydzień przed obroną udało mi się ostatecznie zaliczyć to wojsko, byłem w takiej rozsypce, że kiedy zjawiłem się na swoim egzaminie dyplomowym, nie byłem w stanie sklecić poprawnie jednego zdania po angielsku. Po kilku zakończonych całkowita porażką próbach oświadczyłem, że nie jestem w stanie się tu produkować, komisja wzruszyła ramionami, dała mi tróję plus, pogratulowała sukcesu i odesłała do domu.
       Im więcej lat upływa od tamtego wydarzenia, tym bardziej jestem przekonany, że ludzie, którzy mnie mieli egzaminować doskonale rozumieli moją sytuację, i to nie tylko z tego względu, że takich mądrali jak ja oni przeżyli już wiele, ale z osobistego doświadczenia doskonale wiedzieli, jak to jest, kiedy człowiek – i to z wielu różnych możliwych powodów – nagle znajdzie się w takim stanie intelektualnego przymulenia, że tego co zwykle wydaje się być proste i naturalne, wykonać nie potrafi. Tego typu stany, że nie potrafię płynnie mówić po angielsku, zdarzały mi się od tamtej jesieni wielokrotnie i powiem szczerze, że nigdy do końca nie wiedziałem, czym ta dramatyczna i niespodziewana słabość jest powodowana. Pamiętam na przykład do dziś, jak pojechaliśmy z całą rodziną do Londynu i już na miejscu potrzebowałem coś załatwić i z tymi urzędnikami gadałem mniej więcej tak, jakbym dopiero co się nauczył posługiwać językiem i wszedł w fazę prób o błędów. Czemu tak? Diabli wiedzą. Może to podróż mnie tak wyczerpała, a może podekscytowanie nową sytuacją, a może jakiś dziwny stres? Jak mówię, nie wiem. Dziś już jednak wiem, że tu nikomu naprawdę nie wolno się z tego śmiać, że przypomnę słowa pewnej starej piosenki.
         A śmiechu akurat jest co niemiara i słychać go z różnych stron niemal każdego dnia. Ledwie co wczoraj, czy może przedwczoraj hitem Internetu stał się fragment wystąpienia prezydenta Dudy, który próbuje zabrać głos w którejś z debat towarzyszących konferencji w Davos i nie potrafi się wysłowić. Szuka więc odpowiednich słów, zacina się, męczy, a przez to, że jego polityczna pozycja każe mu trzymać fason, cała sytuacja faktycznie robi dość żałosne wrażenie. Oczywiście, na miejscu Dudy, ja bym z wysoko podniesioną głową powiedział, że bardzo przepraszam, ale jestem w fatalnej formie i albo będę mówił po polsku, albo chętnie posłucham, jak szanowni państwo rozmawiają. Czemu on tego nie zrobił, oczywiście dociekać nie mam ochoty, inna sprawa, że krążący w Sieci film trwa zaledwie minutę, więc też nie wiem, jak to wszystko w całości wyglądało. Faktem jest, że dziś owe męki oznaczone tytułem „kompromitacja” robią poważną karierę, a towarzyszy im wrzask autentycznej satysfakcji.
       Otóż pierwsza rzecz – pomijając oczywiście to co już zostało powiedziane wcześniej – to taka, że nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że 99 procent tych, którzy dziś z Dudy szydzą, mówią po angielsku znacznie gorzej od niego. Owszem, może być tak, że część z nich, przez swoją starannie przez lata pielęgnowaną bezczelność, jest przede wszystkim przekonana, że gdy chodzi o język angielski oni operują na najwyższym poziomie kompetencji i ja ich wszystkich znam wystarczająco dobrze, by na ten ich rechot reagować ziewaniem. Od lat bowiem mam do czynienia z ludźmi, którzy przedstawiają się jako „upper-intermediate”, kiedy się odezwą, gadają jak nakręceni, a ja nawet nie mam możliwości, by im zwracać uwagę na wszelkiego rodzaju błędy, jakie nieustannie robią, bo wiem, że to i tak by nie miało sensu. Jestem święcie przekonany, że gdyby prezydent Duda, podczas swojej wyszydzanej z taką radością wypowiedzi, machnął ręką na to nieszczęsne towarzystwo i zaczął mówić to co mu ślina na język przynosiła, oni pewnie by i tak zrozumieli, o co mu chodzi, natomiast ta banda durniów, która ma dziś z niego taką uciechę, dostawałaby ciężkiej cholery, że ten skurwysyn posługuje się językiem angielskim, jak nie przymierzając Donald Tusk.
      Pisałem tu o sprawach językowych wielokrotnie i zawsze z taką myślą, by przekonać tych z nas, którzy wierzą, że pewien ich znajomy zna angielski perfect, że to jest nieprawda. No i zawsze owym  tekstom towarzyszyły popisy różnych niedzielnych anglistów, którzy potrzebowali mi tłumaczyć, jak bardzo jestem niekompetentny. A ja pisałem o tym, by dać świadectwo, że gdy chodzi o znajomość języka, zasadniczo nikt ani nie jest ani tak dobry, jak mu się zdaje, ani też tak zły ze wstydem sądzi. Oczywiście są i tacy – i tu mam na myśli niektóre dzieci – które są naprawdę fantastyczne, często w wielu wymiarach lepsze od swoich nauczycieli, no ale to są wyjątki. Jeśli pominąć tych akurat, to cała reszta, jeśli tylko im zależy na tym, żeby znać język, powinna się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. A i tak, najgorsza rzecz, jaka może się im przytrafić, to uznać, że są naprawdę „świetni”. Bo tych akurat jest najwięcej i to oni są najczęściej szalenie zabawni. Nie Duda. Oni. Duda przynajmniej wie, jak się wymawia słowo „iron”.


       

sobota, 4 stycznia 2020

Być jak Zenek Rączka, handlarz walutą z Krupówek


      Jak stali czytelnicy tego bloga niechybnie się zorientowali, w dwóch minionych dniach ogarnęła mnie dziwna niemoc, niemoc tym dziwniejsza, że wcale nie było tak, że nie miałem pod ręką żadnych ciekawych tematów; po prostu do tego stopnia nie chciało mi się do nich siąść, że w sposób zupełnie naturalny uznałem, że wcale nie są one aż tak bardzo ciekawe. Doszło nawet do tego, że noworoczne otępienie sprawiło, że nie przyszło mi nawet do głowy, że mógłbym przecież całkiem bezpiecznie wrzucić wcale ciekawy najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” i w ten sposób uratowałbym choćby ten piątek. No ale stało się jak się stało i dopiero dziś wracam do codziennych zadań. 
      Dzisiejszy temat będzie zupełnie nieoczekiwanie związany z językiem angielskim, a powodem tego jest rzecz wcale nie tak bardzo nowa, a mianowicie wyrok, jaki pewna pani sędzia wydała w sprawie o zniesławienie, jaką sędziemu Piotrowiczowi wytoczyła prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf, oraz jej kolega ze składu, niejaki Rączka. Jak być może wiemy, poszło o to, że w jednej ze swoich publicznych wypowiedzi sędzia Piotrowicz wyraził opinię, że sędziowie, którzy są złodziejami, nie powinni orzekać, no i państwo Gersdorf i Rączka się obrazili, że Piotrowicz bez dania racji  nazywa ich złodziejami.
       Za chwilę do tego wrócę, natomiast chciałbym teraz wspomnieć lata dawno już na szczęście minione, kiedy to pełnię władzy w Polsce trzymała „Gazeta Wyborcza” i na jej łamach ukazała się informacja zatytułowana „Prymas Polski w więzieniu”. Rzuciłem okiem na ów tytuł i od razu obudziło się we mnie podejrzenie – nie po raz pierwszy zresztą – że język polski bywa gramatycznie zdecydowanie mniej precyzyjny od języka angielskiego. Otóż gdyby redaktorzy „Gazety Wyborczej” musieli tytułować swoje teksty w języku angielskim, w tak cwany sposób skłamać by nie byli w stanie. Gdyby oni mianowicie chcieli, tak jak to zresztą zrobili, zasugerować swoim czytelnikom, że Prymas poszedł siedzieć, tytuł by brzmiał „Primate in prison”, natomiast gdyby z owego tekstu miało wynikać, że Prymas udał się do jednego z więzień z Komunią, tytuł musiałby brzmieć „primate in the prison” i wszystko by było dla każdego od początku jasne. Gdyby jednak oni tekst o tym, że Prymas poszedł odwiedzić osadzonych z Komunią, zatytułowali, porzucając ów przedimek „the”, zrobiłaby się z tego grubsza afera.
       Przypomniał mi się tamten przekręt przy okazji decyzji sądu wobec rzekomej potwarzy, jakiej się dopuścił sędzia Piotrowicz wobec dwojga sędziów, których oskarżył o to, że są złodziejami, podczas gdy to nieprawda. W całej serii komentarzy wyszydzających wspomniany wyrok powraca jeden i ten sam argument, że pani sędzia kompromituje się intelektualnie, ponieważ Piotrowicz w sposób oczywisty nie sugerował, że wszyscy sędziowie, w tym Gersdorf i Rączka kradną, ale że kradną tylko ci, którzy kradną i to oni, a nie Rączka i Gersdorf, nie powinni orzekać, co swoją drogą zresztą jest oczywistością. Rzecz jednak w tym, że sprawa jest znacznie mniej oczywista i nieoczywistość tę łatwo byśmy mogli dojrzeć właśnie w języku angielskim. Otóż polskie zdanie „Sędziowie, którzy są złodziejami, nie powinni orzekać”, w języku angielskim miałoby dwie realizacje, i to zarówno w formie pisanej jak i mówionej. Jedną jak wyżej, drugą natomiast: „Sędziowie którzy są złodziejami nie powinni orzekać”, bez przecinków i konsekwentnie bez odpowiednich przerw. W tej sytuacji, chcąc zasugerować, że jemu chodzi wyłącznie o tych sędziów, którzy są złodziejami, Piotrowicz nie zrobiłby przerwy między „sędziowie” i „którzy” i wypowiedziałby tę sekwencję na jednym oddechu, stawiając sprawę zupełnie jasno. Ponieważ jednak język polski bezwzględnie wymaga, by tam były te przecinki, Piotrowski wypowiadając swoje zdanie, po słowie „sędziowie” zawiesił na moment głos, co sprawiło, że sekwencja „którzy są złodziejami” zabrzmiała jak osobny komentarz, a tym samym oskarżenie, że każdy sędzia, w tym Rączka i Gersdorf, to w istocie rzeczy złodziej, no i w tym momencie zarówno tych dwoje, jak i nieznana nam sędzia, mogą dziś zaklinać się, że oni tak właśnie zrozumieli wypowiedź Piotrowicza i go póki co skutecznie tępić.
        W tej sytuacji czarno widzę perspektywy wobec których stoi dziś sędzia Piotrowicz, którego przyznam, że lubię, a w dodatku nie pierwszy już raz muszę zauważyć, że język polski, który z wielu powodów jest moim ulubionym językiem, czasem się zwyczajnie nie sprawdza i to mnie trochę martwi.
      Żeby jednak nie kończyć tej dzisiejszej notki w nastroju zbyt minorowym, powiem już tylko, że bardzo chętnie bym tu oświadczył, że Rączce który wygląda i się zachowuje jakby w PRL-u na Krupówkach handlował walutą nie podałbym ręki, w obawie że mi ją odgryzie i sprzeda Ruskim na maść tygrysią. Tak oczywiście jednak nie powiem, bo nie mam wątpliwości, że akurat sędziego Rączkę fakt iż nie użyłem tu dwóch przecinków mało obchodzi, i jeszcze nie daj Boże się na mnie pogniewa, nie wiedząc, że to nie jego przecież miałem na myśli, tylko zupełnie innego Rączkę, a zbieżność nazwisk jest tu jak najbardziej przypadkowa.



piątek, 22 listopada 2019

O potrzebie odpieprzenia się od Patryka Jakiego


      Jak wspomniał w swojej wczorajszej notce Coryllus, w targach książki na Stadionie Narodowym w Warszawie od wielu już lat nie uczestniczymy, jednak ja wciąż, mimo upływu czasu, pamiętam ów maj, kiedy zjawiliśmy się tam po raz ostatni. Wspominam jednak tamte targi nie tyle ze względu na ów nieznośny wręcz chaos, uniemożliwiający wręcz nie tylko skuteczną sprzedaż, ale zwykły kontakt z czytelnikiem, ale na człowieka, który na stoisku tuż obok sprzedawał wydane przez siebie bardzo piękne i bogato oprawione albumy poświęcone historii białej broni. Rozmawialiśmy trochę i ów wydawca, wiedząc, że jestem anglistą, poprosił mnie bym spojrzał na jeden z owych albumów wydany w języku angielskim. I nie chodziło mu broń Boże o to, bym się tej robocie przyjrzał w sposób krytyczny – on nie miał najmniejszych wątpliwości, że tam nie ma gdzie choćby szpilki włożyć – lecz zwyczajnie chciał się pochwalić, jak on bardzo zadbał o to, by to wszystko było dopracowane na ostatni guzik.
      Rzuciłem więc okiem na to tłumaczenie i właściwie już po pierwszych kilku zdaniach wiedziałem, że to jest dokładnie to, czego się można było spodziewać. Ów tekst nie był oczywiście jakoś rażąco źle napisany; zdania były zrozumiałe, z paroma wyjątkami wewnętrznie połączone w miarę sensownie, błędów ortograficznych nie zauważyłem, interpunkcja utrzymana w standardzie do którego jestem przyzwyczajony nawet wówczas gdy czytam komentarze zamieszczane na Twitterze w języku polskim, natomiast, owszem, to była na tyle, że tak powiem, „badziewne”, że zwyczajnie nie miałem sumienia, by mojemu nowemu znajomemu to powiedzieć. Było mi zwyczajnie głupio poinformować go, że ten jego naprawdę bogato wydany album, gdy chodzi o pomysł, by go wzmocnić wersją angielską, jest zwyczajnie psu na budę.
      Wspomniałem o tym wcześniej, ale powtórzę: to było dokładnie to czego się spodziewałem, a zatem ani nie miałem ochoty na szyderstwa czy chichoty, ani nawet na to, by zapamiętać wypatrzone fragmenty i na ich temat plotkować ze znajomymi. Powiem zupełnie szczerze, że znając sytuację na tak zwanym rynku, ja już od dawna jej nie traktuję jako tematu do rozważań, a co dopiero rozmów. Jest jak jest i lepiej już nigdy nie będzie. Co najwyżej gorzej.
      O co chodzi? Otóż wystarczy wziąć do ręki pierwszą z brzegu książkę anglojęzycznego autora – jak wygląda sytuacja z językiem francuskim, niemieckim, czy jakimkolwiek innym, nie wiem – przetłumaczoną na język polski, by w całej krasie ujrzeć nędzę, która praktycznie uniemożliwia normalną lekturę. Dla kogoś kto zawodowo porusza się między językiem polskim a angielskim i zna swój fach, owo doświadczenie jest całkowicie nieznośne choćby przez to, że czytając każde kolejne zdanie, wie on dokładnie, jak brzmiało zdanie wyjściowe, a co więcej przez jakie męki tłumacz musiał przejść, by móc w końcu uznać, że robota została wykonana. I proszę  mi wierzyć, że to jest coś, co sprawia, że można już tylko czytać w oryginale. Podobnie jest zresztą ze wszystkim: szkołami językowymi, podręcznikami, filmami, różnego rodzaju instrukcjami, czy nawet tekstami na reklamach. A być może najwięcej śmiechu jest wtedy, gdy któryś z telewizyjnych redaktorów próbuje rozmawiać po angielsku z zaproszonym gościem. To wszystko stanowi pracę ludzi osób zwyczajnie niekompetentnych, którzy są głęboko przekonani, że stanowią śmietankę zawodu.
      I daję słowo, że to się dzieje na wszystkich możliwych szczeblach. Niedawno miałem okazję słuchać tekstów przygotowanych przez tak zwany Operon – praktycznego monopolistę na rynku – na okoliczność próbnych matur. Podczas gdy zgodnie z przepisami maturzysta ma się wykazać rozumieniem tekstu czytanego przez tzw. native speakera, ludzie z Operona uznali, że oni do tej roboty wydelegują swoich lektorów, którzy wszystko przeczytają tak, że nikt się nawet nie zorientuje. No więc, jak mówię, ja to słyszałem i się zorientowałem do tego stopnia, że jedyny problem jaki miałem, to ten, że się musiałem rumienić ze wstydu.
      Skąd, ktoś zapyta, dziś ten temat. Otóż od wczoraj cały Internet plus media głównego nurtu mają tak zwaną „bekę” z Patryka Jakiego, który postanowił wystąpić do swoich kolegów europejskich parlamentarzystów ze słowem sformułowanym w języku angielskim, przy pomocy którego wyjaśni każdemu z osobna, jak niesprawiedliwie jest Polska traktowana przez międzynarodowe elity polityczne i kto za tym atakiem stoi. Rzecz w tym, że ktoś w „Gazecie Wyborczej” najpierw zauważył tam jakiś błąd, potem dał ów tekst do konsultacji, gdzie kto inny znalazł jeszcze jeden błąd, no i w końcu, całkiem naturalnie, redakcja się dowiedziała, że ów tekst jest napisany fatalną angielszczyzną i z satysfakcją zwróciła na ten fakt uwagę, na co Patryk Jaki się obraził i zapowiedział, że za tę potwarz poda „Wyborczą” do sądu, a sprawę ma wygraną, bo – uwaga, uwaga – on wprawdzie pierwszy tekst napisał po polsku, natomiast do jego przetłumaczenia zaangażował najlepszego tłumacza w mieście, wybitnego fachowca i  specjalistę od języka angielskiego. I to jest właśnie coś, co – podobnie jak to było w przypadku wspomnianego na początku pana od białej broni – mnie ani trochę nie zaskoczyło. Ja doskonale wiedziałem, że to nie Patryk Jaki jest autorem owego tłumaczenia, z tego prostego względu, że on by tak nie potrafił, natomiast z całą pewnością za tym potworkiem stoi jeden z tych najwyższej klasy fachowców, których, jak się domyślam, w Warszawie jest cała kupa, i którego Patryk Jaki do tej roboty za ciężkie pieniądze wynajął, w głębokim przekonaniu, że ten mu to zrobi tak, że mucha nie siada. I to stąd teraz z takim przekonaniem wygraża „Gazecie Wyborczej” i każdemu, kto próbuje z niego szydzić.
      Otóż gdy chodzi o mnie, ja nie szydzę ani z Jakiego, ani z tego z Bożej łaski specjalisty. Jaki języka nie zna i znać nie musi, a ten ktoś kogo mu polecono, jeśli na coś zasługuje, to wyłącznie na ciężkie słowo z powodu bezczelności, z jaką się wpycha tam gdzie nie powinien. On zasługuje na ciężkie słowo choćby przez to, że każdy fachowiec czytając zdanie: „You have on the other side proof”, nie ma najmniejszej wątpliwości, że w języku polskim na 100% stało: „Macie z drugiej strony dowód”. To jest bowiem dokładnie ta sama sytuacja, kiedy widzimy zdanie „Old bear strongly sleeps” i wie, że to z myślą o angielskich dzieciach ktoś zapragnął przetłumaczyć znaną piosenkę „Stary niedźwiedź mocno śpi”. Ja natomiast jestem gotów w sytuacji w której się znaleźliśmy, poszydzić choćby z wynajętego na tę okoliczność przez Wirtualna Polskę eksperta z londyńskiego King’s College, niejakiego Alexandra Clarksona, który na temat tekstu Jakiego mówi:
To okropne! Czy on nie ma w swoim zespole nikogo, kto mógłby to napisać w zrozumiały sposób?
       A ja chciałem powiedzieć, że skoro ów Clarkson z taką wrażliwością troszczy się o profesjonalizm polskich europosłów, niech może najpierw pójdzie do British Council, czy do kierownictwa Cambridge University Press, które to jednostki autoryzują egzaminy Operona, ale które wedle wszelkiego prawdopodobieństwa dały też wszelkie niezbędne certyfikaty temu oszustowi, który dał się polecić Patrykowi Jakiemu jako wybitny fachowiec. Ale nie tylko to. Niech on odwiedzi wielkie brytyjskie wydawnictwa, takie jak Longman choćby, i się tam popyta, dlaczego oni w swoim zespole nie mają nikogo, kto by zadbał o to, by podręczniki jakie oni wydają w Polsce z pomocą lokalnych autorów były pisane przez osoby, które znają język przynajmniej w takim stopniu w jakim je znają polscy uczniowie. Niech on może skontaktuje się z kierownictwem wydawnictwa Pearson tam u siebie na miejscu i zapyta ich dlaczego oni do kontaktu z nauczycielami z Polski zatrudniają jakąś Hinduskę, z którą nie można nawiązać podstawowej rozmowy, a przynajmniej nie wtedy, gdy trzeba rozmawiać po angielsku. A redaktorzy z Wirtualnej Polski niech może nam wyjaśnią, kto jest dla nich tu na naszym podwórku językowym autorytetem i niech nam broń Boże nie mówią, że Radek Sikorski.
      Przepraszam bardzo, ale ja niezmiennie dostaję cholery, gdy z ludzi słabo znający język szydzą ci, co go znają jeszcze słabiej, natomiast są głęboko przekonani, że są na tyle ekspertami, że mogą bez problemu wystawiać innym oceny. A jeszcze większej cholery dostaję na tych, ze szczególnym uwzględnieniem samych Brytyjczyków, którzy tak naprawdę mają głęboko w nosie, jak kto mówi, rozumie i pisze po angielsku, jeśli tylko spełnia wobec nich wymagania biznesowe, ewentualnie polityczne. Dopóki oni się nie ogarną, od Patryka Jakiego wara! Bo on akurat zachował sie najlepiej z nich wszystkich. Potrzebował fachowca, więc udał się do fachowca.


Gdyby ktoś był zainteresowany tematem, polecam swoją najnowszą książkę o Imperium i jego tajnej broni. Tam wszystko wykładam punkt po punkcie. Mam pewną liczbę egzemplarzy u siebie, pod adresem k.osiejuk@gmail.com, natomiast w weekend przełomu listopada i grudnia będę w Warszawie na targach, no ale o tym już będę informował osobno.


       


poniedziałek, 15 lipca 2019

Let's sing along with John, Paul, George and Ringo


      Są dwa powody, dla których zdecydowałem się dziś nie dzielić świeżymi refleksjami, ale przedstawić Państwu jeden z rodziałów z mojej książki o cieniach na SS Mantola.  Pierwszy jest taki, że z powodu różnych zajęć, faktycznie nie dałbym rady napisać nic nowego, a drugi, że słuchałem ostatnio różnych piosenek Roda Stewarta i pomyślałem sobie, że poza Beatlesami nie ma nikogo o tak wielkim dorobku, gdy chodzi o liczbę popularnych przebojów. Nikt poza tymi dwoma nie jest w stanie tak bogato wypełnić porządnej playlisty, w taki sposób by starczyło na kilka godzin, i żeby to jednocześnie były melodie, które da się zwyczajnie śpiewać. Przypomniałem więc sobie, przy okazji tego Stewarta, Beatlesów, a wraz z nimi rozdział z mojej książki o języku Imperium. No a zatem zapraszam do czytania, no i oczywiście zachęcam do tego, by tę książkę kupować i czytać. Najprościej będzie napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com. Naprawdę warto.

       Znałem w życiu dwie osoby, które nauczyły się płynnie posługiwać językiem angielskim i w mowie i w piśmie, ucząc się całkowicie samodzielnie i w praktyce nie korzystając z jakichkolwiek lekcji. Pierwszą z nich był kolega ze studiów, który nie miał języka angielskiego ani w szkole, ani nie uczył się na kursach, ani prywatnie, a wszystko czego się na jego temat dowiedział, to oglądając filmy, słuchając piosenek, a przede wszystkim czytając brytyjską prasę, która wbrew pozorom była w tamtych czasach jak najbardziej dostępna w tak zwanych Klubach Międzynarodowej Prasy i Książki, czyli krótko mówiąc dzisiejszych Empikach. A więc, jak nam sam opowiadał, czytał on jak opętany te gazety, tłumaczył sobie z nich każde słowo, no i w końcu uzyskał taki poziom, że został przyjęty na filologię angielską tu niedaleko w Sosnowcu, a trzeba wiedzieć, że w tamtych latach była to sztuka  wymiarze wyznaczanym przez studia medyczne.  Druga ze wspomnianych osób, to moja młodsza córka, która wprawdzie miała angielski w szkole, jednak na poziomie takim, że równie dobrze moglibyśmy o tym nie wspominać. Co ciekawe, nie uczyła się angielskiego w domu, raz że ja osobiście nigdy nie widziałem możliwości, by uczyć własne dziecko, a dwa, że, wbrew temu, co niektórzy sądzą, my tu po angielsku ani nie rozmawiamy ani w ogóle ten temat w życiu rodzinnym aż tak często się nie pojawia. Jak to więc się stało, że ona dziś z angielskiego jest naprawdę dobra? Otóż w jej akurat wypadku zadziałało wyłącznie słuchanie piosenek i uczenie się na pamięć tych tekstów. Oczywiście, ona musi mieć bardzo szczególne językowe ucho, oraz pamięć, niemniej fakt jest faktem: to co ona dziś niewątpliwie uzyskała, zawdzięcza niemal wyłącznie tym piosenkom.
      Kiedy myślę o tych kilku pozaakademickich sposobach uczenia się języka, a więc czytaniu gazet, oglądaniu filmów, oraz słuchaniu piosenek, odnoszę wrażenie, że dziś już właściwie pozostaje nam tylko ten film. Czemu tak? Sprawa jest prosta: gazety są tak stare jak tamten świat, który już jest dawno za nami, a więc nie jesteśmy nawet sobie w stanie wyobrazić, by któreś z naszych dzieci, czy nawet my sami, nagle kupowali „Daily Mirror”, czy „International Herald Tribune” - a to się wówczas najczęściej czytało - by potem ślęczeć nad tymi zdaniami ze słownikiem. Podobnie niestety jest z piosenką. Wprawdzie ich jest wokół cała masa, niemal wszystkie, nawet jeśli wykonywane przez Duńczyków, czy Belgów w języku angielskim, w swojej znacznej większości w najmniejszym stopniu nie spełniają swojej edukacyjnej roli. Wiąże się to głównie z tym, że akurat tam śpiewany tekst był od zawsze zaledwie  pretekstem do tego, by publiczność mogła się słuchając i tańcząc, również wesoło bawić, podśpiewując sobie w rytm melodii. W efekcie, teksty, których moglibyśmy się nawet nauczyć na pamięć, to często nie są nawet pełne zdania, lecz jakieś skrawki luźnych obrazów bez treści. I niech się nam nie wydaje, że ta prawda dotyczy tylko sztuki z naszego punktu widzenia niższej. Proszę choćby rzucić okiem na znakomitą przecież i w jak najbardziej znakomitym wydaniu piosenkę, przy której w dodatku możemy się znakomicie bawić, a mianowicie „Sweet Dreams” zespołu Eurythmics:
Sweet dreams are made of this
Who am I to disagree?
I travel the world
And the seven seas,
Everybody's looking for something.
Some of them want to use you
Some of them want to get used by you
Some of them want to abuse you
Some of them want to be abused.
      A dalej? Dalej jest już tylko gorzej:
Hold your head up
Keep your head up, movin' on
Hold your head up, movin' on
Keep your head up, movin' on
Hold your head up
Keep your head up, movin' on
Hold your head up, movin' on
Keep your head up, movin' on
      Przepraszam wszystkich bardzo, ale to od tego już lepsza jest “Autobiografia” Perfectu. Przynajmniej gdy chodzi o naukę języka. I to jest bardzo wielka szkoda, bo kiedy sobie przypominam choćby to jak ja sam znałem na pamięć piosenki Beatlesów, Roda Stewarta, Genesis, Dylana, czy, dużo później już The Smiths, to dziś wiem, że ten pociąg już odjechał, a następnego już nie będzie. Popatrzmy choćby na Beatlesów i zauważmy, że tu nie tylko są porządne zdania, ale najbardziej podstawowa gramatyka:
When I get older losing my hair
Many years from now
Will you still be sending me a Valentine
Birthday greetings bottle of wine
If I'd been out till quarter to three
Would you lock the door
Will you still need me, will you still feed me
When I'm sixty-four
You'll be older too
And if you say the word
I could stay with you
I could be handy, mending a fuse
When your lights have gone
You can knit a sweater by the fireside
Sunday mornings go for a ride
Doing the garden, digging the weeds
Who could ask for more
Will you still need me, will you still feed me
When I'm sixty-four
Every summer we can rent a cottage
In the Isle of Wight, if it's not too dear
We shall scrimp and save
Grandchildren on your knee
Vera, Chuck and Dave
Send me a postcard, drop me a line
Stating point of view
Indicate precisely what you mean to say
Yours sincerely, wasting away
Give me your answer, fill in a form
Mine for evermore
Will you still need me, will you still feed me
When I'm sixty-four
      Czemu wybrałem akurat tę piosenkę? Otóż dlatego, że tu jest praktycznie wszystko. I zdania warunkowe, i konstrukcje imiesłowowe, i czasowniki modalne, i Present Perfect i Past perfect, no i - last but not least - tak nieprawdopodobnie bogate słownictwo. Proszę sobie więc wyobrazić teraz ucznia, który słuchając tej piosenki wielokrotnie, w końcu zna ją na pamięć i w efekcie nie jest wręcz w stanie zrobić tak powszechnie występującego błędu jak na przykład „When I will have sixty four years”, a już jako czysty zysk zna na pamięć zwroty takie jak „Who could ask for more?”, „Drop me a line”, czy „If it’s not too dear”.
       A przecież to jest zaledwie jedna z setek podobnie pożytecznych piosenek, nie tylko zresztą Beatlesów.
      Ja wiem oczywiście, że to co tu piszę, jest zarówno nauczycielom, jak i uczniom jak psu na budę, więc te uwagi mogą wyłącznie służyć jako być może ciekawa refleksja na temat świata, któryśmy znacznie przegonili, ale popatrzmy jeszcze na coś, co nie jest tak stare jak Beatlesi, ale i tak należy do świata który minął. Fragment piosenki REM „Losing My Religion”:
That's me in the corner
That's me in the spotlight
Losing my religion
Trying to keep up with you
And I don't know if I can do it
Oh no, I've said too much
I haven't said enough
I thought that I heard you laughing
I thought that I heard you sing
I think I thought I saw you try
Every whisper
Of every waking hour
I'm choosing my confessions
Trying to keep an eye on you
Like a hurt lost and blinded fool, fool
Oh no, I've said too much
I set it up

       Tu oczywiście nie ma zbyt wiele rzucającego się w oczy sensu, o który warto by się było bić, jednak spójrzmy, ile tu konstrukcji, które jeśli zapadną nam w pamięć, potrafią się naprawdę przydać. Choćby to „I heard you laughing” i chwilę później „I heard you sing”. Daję słowo, że na empikowych kursach tego nas nikt nie nauczy. Dlaczego? Bo ci którzy tam uczą, w najlepszym wypadku słuchają Moniki Brodki. W najlepszym.


            .

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...