Pokazywanie postów oznaczonych etykietą interesy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą interesy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 marca 2014

Gruzja moja miłość. A ich wściekłość

Praktycznie od pierwszego momentu, gdy na Ukrainie wybuchło coś, co przyszło nam nazywać „rewolucją”, zastanawiałem się, co takiego się stało, że, w odróżnieniu choćby od niedawno przeżywanych przez nas emocji gruzińskich, dziś wszyscy – poczynając od najbardziej sparszywiałych komuchów, a kończąc na samym Adamie Michniku – na wszelkie możliwe sposoby i do znudzenia, odmieniają słowo „podłość”, adresując je, wbrew pozorom, nie do ukraińskiej opozycji, ale do Rosji i osobiście Władimira Putina. Co się takiego stało, że dla tych, dla których dotychczas był niemal gwarantem istnienia, dziś nagle prezydent Putin stał się godnym pogardy satrapą? W pierwszym odruchu uczepiłem się wyjaśnienia najprostszego. Ponieważ Saakaszwili był przyjacielem Lecha Kaczyńskiego, a walka o wyzwolenie Gruzji spod rosyjskiej opresji jednym z głównych elementów jego polityki, ludzie tacy jak Adam Michnik wręcz na zasadzie odruchu, w tamtym konflikcie poparli Rosję. Dziś, kiedy prezydent Kaczyński szczęśliwie nie żyje, można się zacząć zachowywać w sposób cywilizowany. To jednak, jak sądzę musiałoby świadczyć, że oni wciąż, mimo wszystko, przeżywają świat w sposób naturalny, a więc taki gdzie zło nazywamy złem, a dobro dobrem, tyle że niekiedy brutalność polityki zmusza nas do pewnych kompromisów ze złem. A tak – chyba wszyscy mamy tego świadomość – nie jest. Oni nie są już ludźmi. To są zwierzęta, i to te popularnie określane, jako mniej człowiekowi przyjazne.
Czy zatem jest możliwe, że dziś Ukraina, podobnie jak przed laty Gruzja, stanowi element większej rozgrywki o zasięgu wręcz globalnym, i to, co sobie na ten temat myśli Michnik, Miller, czy Donald Tusk nie ma najmniejszego znaczenia? Czy jest możliwe, że dziś nasza polityka wobec Ukrainy jest wyłącznie wypadkową odpowiednio jasno formułowanych interesów takich graczy, jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Niemcy. Czy wreszcie jest możliwe, że to co dziś robi i mówi Donald Tusk czy Adam Michnik to jest to, co każe im mówić Unia Europejska?
Myślę o tym ostatnio bardzo mocno i nagle zaczynam się zastanawiać, czy nie jest tak, że jeśli w czasie gdy Putin zaatakował Gruzję, plan był taki, by ową Gruzję wystawić na odstrzał, i tylko Lech Kaczyński próbował się temu przeciwstawić? Może faktycznie wtedy światowe interesy były tak sformułowane, że dla Gruzji tam nie było miejsca, natomiast dziś sprawy rozkładają się mocno inaczej? Może tu jest tak jak w tym snookerze rozgrywanym na najwyższym poziomie, gdzie żadne uderzenie nie jest tym, które cokolwiek oznacza?
Niestety tego nie wiem, natomiast wiem, że nie wolno nam przestać myśleć, a już na pewno nie wolno nam zapomnieć tego, co z całą pewnością nie było złudzeniem, ale czymś tak realnym, że aż serce zaczyna szlochać. Proszę zatem, przypomnijmy sobie tekst, który zamieściłem na blogu 5 października 2012 roku. A więc wtedy, gdy oni robili swój drugi krok.

Ponieważ mam już swoje lata, pamiętam dość dobrze rok 1968, a więc czas, kiedy to wojska Układu Warszawskiego rozdeptały Czechosłowację. Byłem wtedy na wakacjach u siebie w Sławatyczach i pamiętam, jak nagle pojawiło się najpierw owo przedziwne buczenie, którego nigdy wcześniej nie słyszałem, a potem pokazały się te samoloty. Duże, dziwne samoloty, których też nigdy wcześniej nie widziałem. Leciały w całych eskadrach i wydawały ten przedziwny dźwięk. Miałem wtedy dopiero 13 lat, a więc nie wiedziałem, co się dzieje. Dopiero to starsi ode mnie ludzie wyjaśnili mi, że to są sowieckie samoloty, które lecą na Czechosłowację. Potem jeszcze spotkałem pewnego bardzo już starego człowieka – nazywał się Żurek, a może Żuryk – i zobaczyłem jak on płacze. Zwyczajnie, szczerymi łzami, z tego powodu, że oto Ruscy zaatakowali Czechosłowację.
Wspomnienie to zostało ze mną już na całe życie. I to pewnie nie najbardziej wspomnienie tych samolotów, ale właśnie owego staruszka, który się pobeczał, bo zobaczył jak Ruscy lecą na Czechosłowację. Jako ktoś, kto swój antykomunizm, a może jeszcze nawet bardziej anty-rosyjskość, wyssał z mlekiem matki, trochę oczywiście tę reakcję rozumiałem, no bo, cholera, kiedy się widzi jak sowieckie samoloty lecą, i diabli wiedzą, co ci którzy je wysłali sobie kombinują – żartów nie ma. Z drugiej strony, zawsze się zastanawiałem, cóż ten człowiek musiał mieć w głowie, jakie myśli nim wstrząsały, że w sytuacji, która przecież – jeśli w ogóle – jego akurat dotyczyła naprawdę bardzo pośrednio, zareagował tak emocjonalnie. I powiem szczerze, że przez cały ten czas, traktowałem ów wybuch rozpaczy, jako jednak pewnego rodzaju eksces.
Kiedy nadeszły do nas pierwsze wyniki wyborów w Gruzji, nie płakałem. Dlaczego? No bo nie. Jakoś po prostu nie płakałem. Nie płakała też pani Toyahowa, ale też nie płakała starsza Toyahówna, która – co akurat niektórym z nas jest wiadome – na temat płakania ma wiele do powiedzenia. Nie zmienia to faktu, że owe pierwsze wyniki wprawiły nas wszystkich w nastrój czarny jak – tu nieustające ukłony dla King Crimson – biblijnie bezgwiezdna noc. Popatrzmy bowiem co się stało. Oto ów wielki, dumny i wspaniały naród wybrał sobie na przywódcę człowieka, którego autoryzuje jedynie to, że jest niezmiernie bogaty, i że jego syn jest ogólno-gruzińskim celebrytą. Cała reszta to już czysta, najbardziej jednoznaczna Rosja. I oto Gruzini zdecydowali, że dla nich będzie najlepiej, jak to on właśnie się nimi zajmie.
I oto jest wymiar podstawowy. Gruzini na swojego prezydenta, czy premiera, wybierają kogoś, kto jedyne co ma, to pieniądze i syna –znanego popowego piosenkarza. Jest jednak coś, co w moim odczuciu znaczenie przerasta wszystko to, z czym mieliśmy do czynienia wcześniej, a co przez swoją wartość symboliczną może już tylko budzić wręcz metafizyczny lęk. Oto bowiem dowiadujemy się, że ów Rosjanin – który nie dość że w tych wyborach nie mógł nawet głosować, to jeszcze z powodów prawnych jego wszystkie interesy musi prowadzić jego żona – od lat mieszkał w tym ogromnym, przepysznym pałacu z widokiem na Tbilisi… i już wiemy, że on przez te wszystkie lata mieszkał tam, patrzył na to miasto, i czekał, aż przyjdzie jego czas. Tkwił tam jak najstraszniejsza bakteria i czekał. No i wreszcie ów czas przyszedł. Przez te wszystkie lata Gruzini chodzili po swojej stolicy, ile razy spojrzeli w górę, widzieli ów pałac, wiedzieli, że tam mieszka ten jakiś Rosjanin z Gazpromu i zapewne traktowali go jako stały element krajobrazu. No i dziś widzą na własne oczy, jak ten dziwny człowiek wreszcie do nich postanowił stamtąd zejść.
Chodzą nam po głowie wszystkie te okropne myśli i oczywiście staramy się jakoś pocieszać. Pani Toyahowa na przykład mówi mi, że przede wszystkim to co się stało w Gruzji pokazuje, że to wszystko co tak i nas tu u nas w Polsce przeraża, to nie tylko nasz problem. Że taki już jest najwidoczniej dzisiejszy świat. My mamy swoją Olę Kwaśniewska i Kubę Wojewódzkiego, a Gruzini tego jakiegoś piosenkarza. No i ze pieniądze robią wrażenie wszędzie. A drugiej strony, ci Gruzini jednak okazali się bardzo odporni. To nie jest przecież takie proste ujrzeć przed sobą człowieka, którego majątek sięga połowy majątku całego państwa i powiedzieć mu, żeby szedł w diabły. A jak by nie patrzeć, znaczna część tego społeczeństwa to mu właśnie powiedziała. I jemu i jego pieniądzom i jego pałacom, ale też i temu jego synowi powiedzieli, żeby oni wszyscy zabierali swoje rzeczy, i spieprzali do Rosji.
A zatem, tak tośmy się z jednej strony smucili, a drugiej pocieszali, a ja cały czas zastanawiałem się, co tu napisać, i w jaki sposób, by to straszne wręcz wydarzenie zapisać na tym blogu. I mimo najszczerszych chęci, nie umiałem tu znaleźć odpowiedniej metody. W pewnym momencie w Salonie24 Igor Janke opisał, jak to on dostąpił zaszczytu, by się spotkać z nowym gruzińskim premierem. Że człowiek ten zaprosił go do swojej posiadłości i oni sobie bardzo fajnie przez całą godzinę porozmawiali. A jeszcze sam Janke już tylko dla siebie odebrał odpowiednią porcję zaszczytów, bo okazuje się, że poza nim naprawdę niewielu dziennikarzy z całego świata miało okazję się tam nad tym pięknym Tbilisi polansować. Mało tego, wielu z nich, jak widziało Igora Janke wychodzącego z tego pałacu, sądziło, że to może jakiś Reuters, czy BBC. Nie wiem dlaczego – może ktoś mi tu coś mądrego podpowie – ale i to mnie odpowiednio nie zainspirowało.
I oto, proszę sobie wyobrazić, w tym momencie pojawił się nie kto inny jak sam Adam Michnik. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że z jednej strony już parokrotnie obiecywałem, że o nim już tu ani słowa, a z drugiej wydaje się, że on akurat to jest ktoś taki, że już nawet obietnice nie są potrzebne. W końcu z Michnikiem jest trochę tak, jak z jakimś… ja wiem? Frankensteinem? Większość myśli, że to jest postać z komiksu. Jednak okazuje się, że nie. Michnik nie jest postacią z komiksu. On jest jak najbardziej rzeczywisty. W dodatku on jest dokładnie taki sam jak był przed laty, idealnie zakonserwowany, cudownie przewidywalny. Można by nawet uznać, że on już tak naprawdę dawno nie żyje, tyle że został shibernowany, a to co jest powszechnie uważane za jego opinię, tworzone jest przez starannie dobrany sztab jego najbardziej zdolnych uczniów.
I oto Adam Michnik właśnie skomentował wyniki owych gruzińskich wyborów. A jego komentarz jest tak porażający, że ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że Adam Michnik jednak żyje. Żyje i głosi tę swoją czarną ewangelię. To bowiem nie mógłby być nikt inny. To muszą być jego słowa, i tylko jego. Tego nie byłby w stanie wymyślić nikt inny, jak tylko on. Proszę posłuchać zaledwie pierwszych zdań:
„Widziałem gruziński cud; widziałem Tbilisi, miasto w stanie łaski. Dziesiątki tysięcy Gruzinek i Gruzinów, starych i młodych, przez całą noc świętowało. Wylegli na plac Wolności w centrum tego pięknego miasta i cieszyli się z wyniku wyborów do parlamentu.
Przyznać muszę, że byłem człowiekiem małej wiary: nie wierzyłem, że te wybory będą uczciwe i zakończą się dobrze. Na szczęście wierzyli w to moi gruzińscy przyjaciele. Ich wiara przesądziła o wybuchu radości na ulicach gruzińskich miast, kiedy ogłoszono, że partia prezydenta Micheila Saakaszwilego przegrała”.
No i jeszcze sam koniec tego syku:
„Jeden z moich gruzińskich przyjaciół powiedział mi podczas spaceru na skrzyżowaniu ulic George'a W. Busha i Lecha Kaczyńskiego, że Saakaszwili podążył drogą Jaruzelskiego, a nie drogą Ceaucescu”.
Myślę, że wszyscy ci, którzy tu się pojawiają, rozumieją, o co mi chodzi. Oto Rosjanie wreszcie zdobyli Gruzję. Najpierw zamordowali naszego prezydenta, który w ten czy inny sposób stał im na drodze, a następnie weszli do samego Tbilisi. Wszystko w kompletnej ciszy, bez jednego wystrzału, przy kompletnym milczeniu świata. I na to Adam Michnik popada w niemal religijne uniesienie, pisząc o „mieście w stanie łaski”. I jakby tego było mało, w ów już całkowicie nie do opisania, ale też już i nie do skomentowania, sposób, wspomina to nazwisko – to jedno jedyne nazwisko – obok nazwiska amerykańskiego prezydenta, jedynie po to, by złożyć po raz kolejny już zresztą, swój hołd Wojciechowi Jaruzelskiemu.
Myślę sobie, że pewnie wielu czytelników tego bloga bardzo niecierpliwie czeka aż ja teraz wymyślę coś bardzo mocnego na temat Michnika i to coś tu zostawię, żeby straszyło pokolenia. Otóż nic z tego. Przepraszam bardzo, ale jestem całkowicie bezradny. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to tamto wspomnienie sprzed lat, kiedy ów sławatycki staruszek najpierw usłyszał, a potem podniósł swoją biedną głowę ku niebu, ujrzał te samoloty – i się rozpłakał. I wspominam też – na tyle wyraźnie na ile potrafię – wyjaśnienia, jakich wówczas dostarczała nam peerelowska propaganda, że to tak musi być, bo to jest tak zwana geopolityka, i takie tam. Dziś jesteśmy już znacznie dalej. Dostaliśmy wszystko, czego nam brakowało: wolne media, wolność, sklepy. A z tym wszystkim świadomość, że już nic nie musimy. To co mamy, to mamy, bo chcemy. Jedyne co nam zostaje, to niszczyć faszyzm. Tylko to nam zostało.
A ja już wiem, że jak wreszcie dojdzie do ostatecznego rozstrzygnięcia, to nikt nie będzie miał nic do powiedzenia. Będą się liczyły nie słowa, lecz czyny. Niewykluczone, że na słowa już nie będzie zapotrzebowania. Będziemy mieli tylko ruch. I wiem jeszcze coś. Kiedy przyjdzie pierwszy dogodny moment, taki Adam Michnik zwyczajnie wbije mi nóż pod żebro. Ot tak.

Książka o języku angielskim poszła do druku i powinna być w sprzedaży już za tydzień. Ponieważ zbieramy na jej wydanie, co, przy codziennych potrzebach, jest wysiłkiem szczególnie duzym, bardzo proszę o wszelkie mozliwe wsparcie. Dziękuję.

sobota, 27 kwietnia 2013

Być jak Tomasz Terlikowski

Nadszedł weekend, a wraz z nim kolejny felieton dla "Warszawskiej Gazety". Myślę, że stanie się to naszym zwyczajem, no i że tak będzie dobrze.

Miałem okropny koszmar. Śniło mi się, że zadzwoniła do mnie Agnieszka Kublik z „Gazety Wyborczej” i zapytała, czy nie zgodziłbym się udzielić jej wywiadu. Pomysł był oto taki, że im bardzo zależy na tym, by zainicjować debatę na temat prawicowego obłędu, i uznali, że ja, jako wybitny przedstawiciel tak zwanej patriotycznej części politycznej sceny, oraz osoba szczególnie niezrównoważona, idealnie pokażę zjawisko, o którym „Wyborcza” chciałaby opowiedzieć swoim czytelnikom. W moim koszmarze, redaktor „Gazety Wyborczej” zapewniła, że wywiad będzie miał aż sześć stron, zostanie opublikowany w piątkowym wydaniu, będzie nosił tytuł „Smoleńscy mordercy nie unikną kary”, i że wszystko, co powiem, zostanie najpierw przez mnie autoryzowane, a następnie wiernie opublikowane. No i śniło mi się, że ja tę propozycję przyjąłem.
To był straszny sen. Śniło mi się, że do tej rozmowy doszło i że wszystko odbyło się dokładnie tak, jak obiecywała mi redaktor z „Gazety Wyborczej”; że ja powiedziałem dokładnie wszystko co chciałem, mogłem mówić wszystko, co chciałem, i z każdym swoim słowem czułem, że oto wreszcie mam okazję powiedzieć to, co przez tyle lat nam mówić nie pozwalano, i że ja jestem tym, który jako pierwszy, przez swoją determinację i odwagę, powiedział to, co powiedzieć należało.
I śniło mi się, że ten wywiad się ukazał. Dokładnie w kształcie, jaki mi redakcja „Gazety” obiecała, i że żadne moje słowo nie zostało ocenzurowane, i że to był początek mojej kariery, jako przedstawiciela polskiej patriotycznej prawicy.
Od tego czasu zacząłem być zapraszany do różnego rodzaju debat w TVN24, Polsacie i TVP Info. Któregoś dnia wystąpiłem nawet w programie Tomasza Lisa i tam z gorącym sercem broniłem wartości, polskiej tradycji i mówiłem wszystko, co powiedzieć należało. Wreszcie Bogdan Rymanowski zaprosił mnie, jako stałego gościa do programu „Kawa na ławę”, bym przedstawiał tam opinie w imieniu tak zwanych mediów społecznych, a Monika Olejnik zaczęła mnie regularnie gościć w swojej audycji w Radio Zet.
Moja sława w pewnym momencie stała się tak wielka, że mainstreamowe media nadały mi przydomek „Oszołom z Katowic”, a ja sam, ile razy pokazywałem się publicznie, w ten sposób się przedstawiałem: „Hej, witam Was, Kochani! To ja Wasz Oszołom z Katowic. Przyszedłem powiedzieć Wam prawdę. Wbrew propagandzie Tuska i jego postkomunistycznej bandy”.
I wreszcie, w tym niekończącym się koszmarze, w pewnym momencie okazało się, że występuję w programie TVN24 obok Tomasza Terlikowskiego. On, jako Talib z Warszawy, a ja, jako Oszołom z Katowic, rozmowę prowadził redaktor Morozowski, który się praktycznie nie odzywał. Mówiliśmy tylko my. Terlikowski bronił życia poczętego, ja odsłaniałem prawdę o Smoleńsku, a po programie, Morozowski nas uściskał, a my udaliśmy się wspólnie do stołówki ITI, gdzie zjedliśmy polski żurek oraz pierogi z kapustą. Oczywiście na koszt tych zdrajców. No i wtedy się obudziłem.

Przypominam, że mam u siebie dobrych kilkanaście egzemplarzy zarówno Liścia, jak i Elementarza. Każdy kto zakupi oba za 60 złotych, bez dodatkowych już kosztów, otrzyma płytkę z pełnym, ponad godzinnym, zapisem naszej, a więc Kamiuszka, Gabriela, Orła i blogera Toyaha, rozmowy dla VOD Gazeta Polska o Diable. Jak mówię, 60 zł to jest cena, natomiast, jesli ktoś ma coś luźnego ponad to, bardzo proszę. I dziękuję.

poniedziałek, 1 października 2012

Jak pachnie napalm nad ranem - felieton słodko-kwaśny

Pewien mój bardzo bliski znajomy, człowiek o bardzo poważnej zawodowej i towarzyskiej pozycji, miał okazję uczestniczyć w imprezie jaką Axel Springer zorganizował z okazji wykupienia przez Niemców od ITI Onetu. Opowiadał mi on trochę o tym, jak ów, że się tak nowocześnie wyrażę, event wyglądał, i z tej opowieści zapamiętałem przede wszystkim dwie informacje. Pierwsza to taka, że tego typu okazje, to, pomijając ludzi, którzy przychodzą tam załatwiać interesy, kompletny syf i nudy na pudy, a druga, że tam – z bardzo nielicznymi wyjątkami – przychodzi się albo służbowo, albo po to, by przy okazji tej wyżerki i wypitki właśnie coś załatwić.
Wspomnienie o springerowskiej imprezie przypomniało mi się w minioną sobotę, kiedy System, w celu choćby minimalnego odwrócenia publicznej uwagi od marszu w obronie Telewizji Trwam, podrzucił mediom temat urodzin Lecha Wałęsy, a media – zarówno tamte, jak i jak najbardziej „nasze” – do tego haczyka karnie podskoczyły i się go posłusznie uczepiły. Przy tej właśnie okazji dowiedziałem się, że do domu na ulicy Polanki przybyło aż 300 osób z całej Polski, niosąc Panu Prezydentowi Bolesławowi w darze prezenty i wyrazy uszanowania, a wśród nich same wybitne twarzy ze wszystkich zakątków polskiego życia publicznego. A więc był oczywiście Jan Kulczyk, Janusz Kaczmarek, Mieczysław Wachowski, Agnieszka Odorowicz, Jan Krzysztof Bielecki, Marek Goliszewski, Grzegorz Hajdarowicz, Tomasz Wołek, Anna Nehrebecka, Jacek Merkel, Jan Rulewski, Jan Lityński i cała kupa innych bardziej lub mniej błyszczących gwiazd, włączając w to samego Dariusza „Tigera” Michalczewskiego, i powiem szczerze, że obecność żadnego z nich w tym ogródku mnie nie zaskakuje. Ja świetnie rozumiem, że choć Lech Wałęsa to obecnie dla każdego zachowującego postawę w miarę wyprostowaną Polaka, stanowi wyłącznie komiksowy wręcz przykład nieuleczalnego obłędu, wszystko to co on przez lata, dzięki życzliwości Systemu, zachował z czasów swojego dawnego tryumfu, pozwala mu skutecznie bardzo pełnić funkcję integrującą dla wszelkiego typu mętów i kanalii, a zatem czy to będzie aż Kulczyk, czy tylko Tomasz Wołek, żaden z nich bez corocznej rytualnej autoryzacji, do jakiej dochodzi na ulicy Polanki w Gdańsku, nie może się czuć tak naprawdę bezpieczny. Rozumiem też, że dla kogoś takiego jak Anna Nehrebecka, czy tego „Tigera”, a więc osób z przyczyn całkowicie zrozumiałych traktujących te urodziny, jako okazję do jeszcze tego jednego zabłyśnięcia, wyprawa do Gdańska musi być czymś absolutnie obowiązkowym. I choć wiadomo, że przy powadze spraw, jakie tam się decydowały, zarówno na niej jak na Michalczewskim nawet chomik Wałęsy nie zawiesiłby oka, to co mieli dostać, oni akurat dostali. Jakże złudną świadomość, że jeszcze nie są kompletnym gównem.
To co na mnie jednak zrobiło wrażenie, to obecność na imprezie Grzegorza Miecugowa, chyba w dodatku z żoną. Jak już wspomniałem wcześniej, dziś każdy Polak wie znakomicie, że Lech Wałęsa – i to założywszy, że będziemy wobec niego bardzo uprzejmi – to człowiek idealnie – i chyba też cudownie – pozbawiony wszystkich pięciu zmysłów. Jaki jest więc sens pójścia do niego w gości? Ten tylko, żeby ujrzeć z bliska jego pozbawioną jednej nędznej myśli głowę i zrobić jej zdjęcie? No, nie żartujmy. Napić się? Najeść? Ja rozumiem, że to by była jakaś frajda dla mnie, który jak widzi, że gdzieś stoi poważna flaszka, gotów jest na wiele. Ale taki Miecugow? Co to się dzieje? On nie zna innych, bardziej inspirujących okazji, do tego żeby sobie popić i pojeść?
A więc powiem zupełnie uczciwie, że ten Miecugow u Wałęsy od soboty chodzi mi po głowie. Pamiętam, jak przy jakiejś okazji wyznał on przed kamerami swojej macierzystej stacji, że jego życie jest tak zorganizowane, że on właściwie zwykłego świata nie ogląda. Wstaje rano, schodzi na dół do garażu, jedzie do pracy, po pracy schodzi do garażu i jedzie do domu. I to jest jego życie. I ja to rozumiem. Co kogoś tak zdemoralizowanego jak Miecugow może obchodzić świat? Zwłaszcza gdy w każdej chwili może się okazać, że ów świat jest mu zwyczajnie wrogi. I oto nagle on jedzie z Warszawy do Gdańska, żeby się pokazać w ogródku Lecha Wałęsy z okazji jego urodzin? Przepraszam bardzo, ale tu się zdecydowanie coś nie zgadza. Ja wiem, kim jest Miecugow, ja nawet wiem, że to jest człowiek, który szczerze wierzy w to, że po swojej śmierci zamieni się w krzesło, jednak, proszę, nie przesadzajmy. Są pewne granice. Ktoś taki jak Grzegorz Miecugow nie ma ani żadnego interesu i żadnych emocjonalnych powodów, by się zwalać na wałęsowskie urodziny i tam rzygać z nudów.
Myślę o tym Miecugowie i zastanawiam się, jak to się wszystko odbyło. Otóż siedzi on sobie w tym swoim telewizyjnym studio i nagle dostaje informację, że Fundacja Lecha Wałęsy prosi go, by przyjechał na urodziny Pana Prezydenta. Rozumiem, że dla Wałęsy taki Miecugow – człowiek od „Szkła Kontaktowego” – to gwiazda. Ale dla Miecugowa? Kim jest Wałęsa? I do czego on mu jest potrzebny? A zatem może Miecugowowi Wałęsa akurat nie jest do niczego potrzebny, natomiast jemu by się przydał kontakt z takim Kulczykiem na przykład? No ale tu z kolei nie bardzo wiadomo, na jakiej zasadzie Kulczyk chciałby gadać z Miecugowem? Ja rozumiem – Kaczmarek. Nie znamy wprawdzie wszystkich szczegółów tego, co się wydarzyło w czasach, kiedy rząd Jarosława Kaczyńskiego był szykowany do odstrzału, ale możemy zakładać, że akurat Janusz Kaczmarek to postać nietuzinkowa. Nietuzinkowa w tym sensie, że nawet ktoś taki jak Kulczyk może mieć świadomość, że, nawet gdyby on Kaczmarek funkcjonował tylko jako emisariusz, to nie wolno go ani na moment tracić z pala widzenia. Właśnie ze względu na tych, którzy go tym emisariuszem uczynili. Jest bowiem bardzo możliwe, że taki Janusz Kaczmarek się w tym wałęsowskim ogródku napił z samym nawet Wachowskim.
Ale Miecugow? I znów – co to za cholera! Po co on się tam wybrał? Ponieważ nadszedł czas na jakieś konkluzje, chciałem powiedzieć, że biorę pod uwagę dwie możliwości. Pierwsza to taka, że Fundacja oryginalnie zaprosiła Mariusza Waltera z żoną, ale oni akurat się na Wałęsę jak najsłuszniej i jego gości wypięli, tyle że w celu zachowania resztek pozorów, Walter poprosił Miecugowa, żeby pojechał za niego. To by sprawę tłumaczyło, jednak ma tu parę poważnych wątpliwości. Jeśli Walter ma Wałęsę w dupie, to on nie będzie zawracał głowy komuś tak dla Firmy ważnemu jak Miecugow. Gdyby trzeba było wyznaczyć zastępcę, to tam by pojechał… ja wiem? Jacek Pałasiński? Druga możliwość jest taka – i powiem szczerze, że z każdą chwilą to do niej czuję się najbardziej przywiązany – że Miecugow jednak bardzo chciał tam być, bo wie, że coś się zbliża to najbardziej czarnego końca. Że jeszcze miesiąc, dwa, i trzeba będzie albo coś dla siebie znaleźć nowego, albo strzelić sobie w łeb. Wie to Miecugow. Nie Walter, ale właśnie on. Tacy jak Walter zawsze sobie poradzą. Myślę, ze zawsze sobie jakoś poradzi Monika Olejnik. Niedawno mieliśmy wszyscy okazję oglądać cudowny film zatytułowany oryginalnie „Margin Call”, a po polsku „Chciwość”. Tam to wszystko widać jak na dłoni.
Jak idzie o Miecugowa, on albo zostanie tu gdzie jest, albo już po nim. A więc, zdając sobie z tego sprawę, wsiadł w ten pociąg i pojechał do Gdańska, licząc bardzo na to, że ktoś mu coś obieca. Wachowski, Kaczmarek, a – jak Bóg, bo przecież nie wyższa fizyka, da – może i sam Kulczyk.
Czy to jest zatem dobra dla nas informacja, czy zła? Wydawałoby się, że nie najgorsza. I pewnie bym wpadł w związku z tym w dość dobry nastrój, gdyby nie coś absolutnie porażającego. Otóż właśnie chwilę temu przyszła starsza Toyahówna i ze łzami w oczach poinformowała mnie o tym, że wedle rankingu czegoś co się nazywa QS World University Rankings, Uniwersytet Warszawski – najlepiej notowana polska wyższa uczelnia – znalazł się na 398 miejscu na świecie. Wyprzedza na między innymi Kazachstan, a więc – jeśli ktoś lubi się bawić kulturą pop – tak zwany Borat.
A więc, co by nie powiedzieć, idzie na ostro.

Grzecznie przypominam, że mam tu wciąż dość sporo egzemplarzy obu swoich książek, a więc zapraszam serdecznie: jeśli ktoś ma ochotę otrzymać „Liścia”, bądź też „Elementarz” z osobistą dedykacją, może się zgłaszać. Numer konta jest tuż obok, a cena wynosi 30 złotych za „Elementarz” i 40 złotych za „Liścia”. Z darmową wysyłką. Jeśli ktoś jednak albo ma jedną i drugą i na dodatek kupowaniem prezentów zająć się ma zamiar dopiero w grudniu, proszę o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym również obok numerem konta. Dziękuję

niedziela, 27 czerwca 2010

Witamy w piekle!



Tuż po zakończeniu pierwszej tury wyborów ktoś dobrze poinformowany zapowiedział, że kampania przed turą rozstrzygająca będzie bardzo brutalna. Nie pamiętam kto to mówił i tym bardziej nie wiem, skąd on to wiedział, ale oczywiście wiedziałem, że owa brutalność nie będzie dwustronna, lecz skupi się wyłącznie po stronie, jak by to powiedział Orwell, Sił Miłości. Dlaczego? Otóż z tego prostego powodu, że jak nawet przyznają oni, Jarosław Kaczyński swoją kampanię prowadzi jako wilk w owczej skórze, więc trudno się nagle spodziewać, żeby jego sztab z tej taktyki zrezygnował i zaczął opluć. A zatem z przez nadchodzący tydzień należy się spodziewać dalszych kwiatów i kolejnych uśmiechów z jednej strony, a zapowiedziana brutalność pojawi się z całą pewnością tam.
Już się pojawiła. W zeszły poniedziałek, czy wtorek Janusz Palikot opowiedział o mordowaniu. Kiedy okazało się, że Mainstream przyjął tę wypowiedź ze zrozumieniem, minister Rostowski zapowiedział, że jeśli Jarosław Kaczyński wygra wybory, Polska pogrąży się w katastrofie finansowej, wczoraj wiadomy już powszechnie głos zabrał Donald Tusk, pod wieczór głos zabrała pani Komorowska, dziś w Kawie na ławę wypuszczono Stefana Niesiołowskiego i w ten sposób wkraczamy w nowy tydzień. Będzie wiec się działo. Myślę że, kiedy obserwujemy ów wzrost napięcia, warto wiedzieć, z kim mamy do czynienia. Wczoraj pokazałem część tego towarzystwa. Dziś, chciałbym przypomnieć jeszcze jeden wpis sprzed roku. Proszę sobie poczytać.
Wczoraj Aleksander Ścios, we wczorajszym Salonie, przytoczył fragment komunistycznego rozporządzenia w sprawie nadzoru nad prawidłowością prowadzonych badań naukowych. Biorąc pod uwagę aktualny kontekst, w którym to wspomnienie zafunkcjonowało, tekst Ściosa jest porażający. W sytuacji zwyczajnej, pewnie nie wypadałoby mi posiłkować się aż do tego stopnia czyjąś pracą, inwencją i wysiłkiem, niemniej jestem głęboko przekonany, że akurat dziś powinno się zrobić jak najwięcej, by maksymalnie szeroko spopularyzować kontekst, na który Ścios zwrócił tak pięknie i tak mocno uwagę.
Kiedy wczoraj pisałem swój tekst o Olechowskim, problem Wałęsy potraktowałem bardzo pobieżnie. Uznałem, że ponieważ poziom, jaki osiągnęła obrona złego imienia byłego prezydenta już dawno przekroczył absurd, a zawziętość, z jaką środowiska komunistyczno-liberalne próbują doprowadzić do likwidacji Instytutu Pamięci Narodowej jest dla mnie w gruncie rzeczy obłąkana, lepiej się sprawą nie zajmować, a zamiast tego skupić się bardziej na przedziwnych ruchach, jakie ostatnio w Polsce zaczęła wykonywać masoneria. Oczywiście, ja wiem dobrze, że obie te kwestie mogą być ze sobą ściśle związane, jednak – jak mówię – ten poziom zagmatwania jest dla mnie za trudny.
Od czasu jak napisałem wyżej wspomniany tekst, miałem bardzo bliskie spotkanie z dwoma zjawiskami, które mnie – powiem szczerze – pokonały. Najpierw, podczas jednej z dziennikarskich relacji imprezy zorganizowanej dla Lecha Wałęsy, a mającej na celu zademonstrowanie jedności elit wokół jego osoby, ujrzałem taki obraz. Stoi Aleksander Kwaśniewski i z jednej strony wyjaśnia konieczność objęcia ochroną osobę kogoś takiego jak Wałęsa, a z drugiej postuluje likwidację IPN-u. Nie wiem, jaka to jest dokładnie okazja, ale całe tło tworzy wrażenie swoistego briefingu dla dziennikarzy. Za Kwaśniewskim stoi nie kto inny jak dominikanin ojciec Maciej Zięba i żeby nikt nie miał wrażenia, że on się tam znalazł przypadkowo i tylko na moment, zadowolony patrzy w tę samą kamerę, co Kwaśniewski. I to jest, powiem zupełnie szczerze, widok, dla skomentowania którego zwyczajnie brakuje mi słów.
Przychodzi mi właściwie do głowy jedyna reakcja. Niedawno w Dzienniku były ojciec zakonny Tadeusz Bartoś, podzielił się również ze mną stekiem absolutnie szokujących refleksji na temat Kościoła i, między innymi, mojego miejsca w tym moim Kościele. Po tygodniu, w tym samym Dzienniku przeczytałem odpowiedź, jakiej Bartusiowi udzielił wspomniany wyżej ojciec Ziemba. Odpowiedź ta bardzo mi się podobała. Potrzebowałem jej, czekałem na nią, a ona umocniła mnie w mojej wierze. Dziś, kiedy patrzyłem na ojca Ziębę, jak, z tym swoim pełnym zadowolenia wyrazem twarzy, w tych niezwykłych okolicznościach i w tej niezwykłej atmosferze stoi nawet nie za Mazowieckim, czy jakimś – cholera – Tuskiem, ale za samym Kwaśniewskim, nagle z przerażeniem zobaczyłem, jak to jest, jak się traci wiarę.
Oczywiście, jestem zbyt stary i zbyt wiele widziałem księży złych, głupich i słabych, żeby z nimi przegrać, ale efekt pozostał. Poczułem, że wiem już, jak to jest. Co czuja ludzie, którzy odchodzą od Kościoła. I chciałem powiedzieć ojcu Ziębie. Z mojego, ułomnego pewnie bardzo punktu widzenia, on popełnił dziś grzech ciężki. I to tyle do niego. Za chwilę będzie o Niesiołowskim. Ale zanim się do niego zbliżę, pozwolę sobie przekleić ten kawałek ze Ściosa.
Tajna instrukcja: „W związku z coraz powszechniejszym „przemycaniem w publikacjach, głównie o tematyce historycznej i pamiętnikarskiej, szkodliwych politycznie treści ” przez autorów „związanych w obozem opozycyjnym”, postuluje się: „Zabezpieczyć systematyczny dopływ informacji o zamierzeniach wydawniczych wydawnictw regionalnych, w celu wcześniejszego ujawniania pozycji zgłoszonych przez autorów znanych z negatywnego stosunku obecnej władzyoraz wywodzących się ze środowisk wrogich.
- Zapewnić dopływ informacji o zamierzeniach edytorskich dot. najnowszej historii Polski celem ujawniania i zapobiegania edycji prac zawierających wrogie, bądź szkodliwe politycznie treści.
- Zabezpieczyć dopływ informacji o osobach ze środowisk wrogich […], które gromadzą materiały bądź przygotowują do wydania prace historyczne i pamiętnikarskie. Drogą operacyjną uzyskiwać oceny przygotowywanych prac lub zdobywać prace do wglądu przed ich skierowaniem do wydawnictw.
- W ramach operacyjnej kontroli osób i grup ze środowisk twórczych, znanych z wrogiej postawy, zapewnić dopływ informacji o pozycjach pamiętnikarskich, przekazywanych przez autorów-amatorów do oceny profesjonalnym twórcom.
- Pozyskiwać w charakterze konsultantów, krytyków i historyków zajmujących się historią najnowszą, znanych z partyjnej i odpowiedzialnej postawy politycznej, w celu uzyskiwania od nich ocen o pracach budzących uzasadnione wątpliwości.
- Powodować wnikliwą ocenę przygotowywanych do wydania prac, szczególnie opracowanych przez osoby znane z wrogiego stosunku do […]oraz wywodzące się ze środowisk wrogich. W uzasadnionych wypadkach informować wydawnictwo o usiłowaniach przemycenia wrogich treści, celem zapobiegania niepożądanym publikacjom.” http://cogito62.salon24.pl/394624.html
Też wczoraj, tyle że później, już wieczorem, obejrzałem w telewizorze Stefana Niesiołowskiego w rozmowie ze Zbigniewem Girzyńskim. I przyznam, że nawet ja – człowiek doświadczony w bojach – byłem poruszony. Niesiołowski najpierw, zwyczajnie, jak to on, pluł na IPN, na lustrację, na „szkalowanie autorytetów”, na ludzi „podłych i obrzydliwych” i wówczas Girzyński, sądząc pewnie, że zajdzie Niesiołowskiego od boku i go rozłoży na łopatki, spytał go, czy skoro, decyzją władz partyjnych, Wałęsy nie wolno ruszać, to może rząd rozważa likwidację Uniwersytetu Jagiellońskiego. I w tym momencie, Stefan Niesiołowski, jeden z najważniejszych członków Platformy Obywatelskiej, wicemarszałek Sejmu, przedstawiciel partii rządzącej, powiedział, ze aż tak to nie, natomiast profesor Andrzej Nowak powinien zostać pozbawiony profesury i wyrzucony z pracy. On tego nie powiedział w jakiejś przenośni, on tego nie zasugerował brzegiem ust; on mocą autorytetu Państwa zadecydował, zupełnie jednoznacznie i otwarcie, że Nowaka – niezależnego naukowca – trzeba wyrzucić z pracy i odebrać mu tytuł profesorski.
Niektórzy tu zarzucają mi, że ja się czepiam wyłącznie swoich politycznych przeciwników, natomiast głupio oszczędzam przedstawicieli PiS-u. I pewnie tak jest. Dziś jednak chciałem powiedziec, że poseł Girzyński, wysłuchawszy słów Niesiołowskiego, zachował się nie jak polityk, lecz jak dziecko. I to dziecko z gorączką. Jego po prostu zamurowało i od tego momentu, zamiast złapać Niesiołowskiego za gardło i zwracać się do niego per ‘towariszcz komisar’, do samego końca audycji bablał coś bez sensu, pozostawiając wrażenie, że właściwie jedyne co się stało to to, że on jest oburzony.
A sytuacja jest bardzo poważna. Dopóki Platforma groziła IPN-owi, instytucji jak by nie było tylko w dobrym założeniu niezależnej, ale faktycznie państwowej i kontrolowanej przez Państwo, można było sądzić, że i Donald Tusk i Janusz Palikot i ich komunistyczni bracia w wierze, realizują stare bolszewickie zwyczaje, gdzie wszystko co było w gestii władzy, władza ta starała się obejmować swoją pełną ideologiczną kuratelą. Właśnie tekst, który wygrzebał Ścios, a ja go wyżej przytoczyłem, pokazuje tę praktykę bardzo przejrzyście. Nic nowego. Gdzieniegdzie niektórzy wciąż jeszcze tak mają. Problem jednak polega na tym, że w roku 1973, kiedy płk Komorowski kierował do podległych sobie jednostek tę niezwykłą instrukcje, uniwersytety, prasa, ośrodki badawcze, lokalne gazety, wydawnictwa – to wszystko było formalnie objęte „opieką” totalitarnego państwa. Dziś, kiedy – wydawałoby się – te czasy już są bardzo egzotyczne i kiedy szczególnie właśnie Platforma Obywatelska, postuluje jak najbardziej zdecydowane wycofanie się Państwa ze swojej roli kontrolującej wszystko, czego w najbardziej bezpośrednim sensie kontrolować nie musi, ktoś taki jak profesor uniwersytetu przynajmniej może się czuć bezpiecznie, przynajmniej w sensie ideowym.
Okazuje się, ze nie. Od upadku komunistycznego totalitaryzmu minęło już 20 lat. Bywało różnie. Przychodzili tu najróżniejsi specjaliści od wskrzeszania złych i jeszcze gorszych obyczajów. Byli i gdańscy liberałowie ze swoimi białymi skarpetkami i chytrymi oczkami, byli masoni od prof. Geremka, byli ludowcy z, wtedy jeszcze prostym, panem Waldkiem, byli komuniści ze swoimi szerokimi zainteresowaniami, byli uczepieni AWS-u zwykli gangsterzy; był nawet ten – dla niektórych – nieszczęsny PiS. No i działy się różne rzeczy. Nie pamiętam jednak, żeby którykolwiek z przedstawicieli aktualnie panującej władzy powiedział publicznie i tak otwarcie, że należy wyrzucić z pracy jakiegoś pracownika naukowego, nauczyciela, czy przedstawiciela jakiejkolwiek faktycznie niezależnej instytucji. I to na dodatek ze względu na jego polityczne poglądy. Możliwe, że gdzieś, w jakimś gabinecie jeden polityk szepnął na ucho drugiemu politykowi, że byłoby dobrze kogoś tam ‘posunąć’. Nigdy jednak – o ile dobrze pamiętam – ani Miller, ani Szmajdzińskim, ani nawet Adam Michnik, nie zdobył się na taką szczerość, jaką wczoraj zademonstrował marszałek Niesiołowski. Kiedy Jan Maria Rokita, niedługo po objęciu władzy przez Unię Demokratyczną, został ministrem u Suchockiej i ogłosił, że „Państwo całą swoją mocą będzie zwalczać antypaństwowe elementy”, nie mówił, że jemu chodzi o Wałęsę, ale starał się udawać, że ma na uwadze tylko swoje ukochane Państwo.
Dziś, kiedy władzę w tym ukochanym własnie przez Rokitę Państwie, objęła Platforma Obywatelska, otrzymaliśmy lekcję prawdziwego liberalizmu. Liberalizmu, który głosi, że wolno wszystko, ale przede wszystkim wolno Państwu wziąć za mordę każdy element życia społecznego, który nie spełnia oczekiwań obecnej władzy. Przed kamerami ogólnopolskiej telewizji siada Marszałek Sejmu i mocą swojego autorytetu poleca jednej z wyższych uczelni najpierw pozbawić stopnia naukowego jej pracownika, a następnie wyrzucić go z pracy. Siedzi ten ruski buc w telewizyjnym studio, naprzeciwko kompletnie zamurowanego ze zdumienia Girzyńskiego i powtarza: „Odebrać profesurę i wyrzucić, odebrać profesurę i wyrzucić, odebrać profesurę i wyrzucić…”. Ja nie przesadzam, nie koloryzuję. Końcówka występu Niesiołowskiego u Rymanowskiego wyglądała dokładnie w ten sposób. On się uśmiechał szeroko i z absolutnie zwierzęcą radością powtarzał w kółko te same słowa. Girzyński plótł jakieś bezsensowne androny, a ta komunistyczna swołocz wciąż, jak nakręcona, sączyła ten najczarniejszy przekaz: „Pozbawić profesury i wyrzucić z pracy!”
Co to się dzieje? Do czego ta banda, kompletnie zdebilałych amatorskich piłkarzy doprowadziła naszą Ojczyznę? Czemu opinia publiczna pozwala na takie ekscesy? Czy już naprawdę aż tak zgłupieliśmy od tego nieszczęścia, że jak oni zaczną ludzi wyłapywać na ulicach i wywozić poza miasto, to się zamkniemy w domach i będziemy tylko oglądać kolejne odcinki programu You can dance?
Ja nie pracuję w szkole. Jestem zatrudniony na prywatnej umowie z prywatna firmą edukacyjną. Czy ja mam dziś poważnie brać pod uwagę taką możliwość, że Stefan Niesiołowski, albo jakiś inny przedstawiciel obecnej władzy, poprosi państwowe służby o zbadanie, kim ja jestem, że piszę takie brzydkie teksty o ludziach zasłużonych i poleci mojemu pracodawcy, żeby zerwał ze mną umowę? Co ja mam zrobić, gdy któregoś dnia, tak jak wczoraj prof. Andrzej Nowak, i ja usłyszę w telewizji, że bloger o nicku toyah powinien zostać pozbawiony prawa wykonywania zawodu? Wiem co zrobię. Poproszę prof. Nowaka, żeby przyjechał tu do mnie swoim samochodem (pewnie ma), pojechał ze mną do Warszawy i zechciał mi pomóc osobiście wpieprzyć Niesiołowskiemu tak, żeby się nie podniósł do końca tej swojej nędznej kadencji. Dlaczego? Dlatego, że są pewne zachowania, których dobrzy ludzie nie mogą tolerować, bo popełnią grzech zaniedbania.
Skoro znów mówimy o grzechu, muszę jednak na chwilkę – wbrew wcześniej obietnicy – wrócić do ojca Zięby. Kiedy już miałem ten tekst niemal skończony, dowiedziałem się o instytucji, czy klubie, czy organizacji o nazwie Komisja Trójstronna (Trilateral Commission). Niektórzy twierdzą, ze jest to twór, który się wzajemnie przenika z opisanym przez mnie we wcześniejszym wpisie klubem. W wikipedii nie ma wiele na ich temat. Tyle tylko, że założył to coś w roku 1973 (jakaż to piękna zbieżność z wydaniem ‘ściosowej’ instrukcji przez płk Komorowskiego!) David Rockefeller, że wielu ich podejrzewa o niedobre rzeczy i że wśród polskich członków możemy tam znaleźć Wandę Rapaczyński, oczywiście Andrzeja Olechowskiego, Janusza Palikota (!), no i – last but not least – ojca Macieja Ziębę OP.
I ta właśnie informacja pozwala mi zakończyć ten tekst bardzo mocną refleksja. Przede wszystkim apel do tych wszystkich, którzy nie mogą się doczekać, aż Donald Tusk zrobi porządek z Palikotem. To ja miałem rację! Najważniejszą osobą w Platformie jest Palikot, więc Tusk może go najwyżej podrapać za uszkiem.
I jeszcze raz do ojca Zięby. Szatan musi być z Ojca baaaardzo zadowolony.

sobota, 25 kwietnia 2009

Po ile odwaga, po ile tchórzowstwo, po ile strach

Jakiś czas temu, umieściłem w Salonie tekst, dotyczący zjawiska, które uznałem z niezwykle ciekawe i w pewnym sensie okropnie smutne http://toyah.salon24.pl/389839.html. Poszło o to, że – według moich obserwacji – poziom społecznych emocji wokół sytuacji politycznej w Polsce podniósł się do tak niezwykłych stanów, że nagle nie można nie zauważyć, że za tymi emocjami idzie coś, co już niechybnie należy nazwać szaleństwem. Nie debatą, nie awantura, nawet nie agresją, lecz czystym i zwykłym szaleństwem.
Oczywiście, nie twierdziłem, że oto zaczęło się coś szczególnie nowego. Już na samym początku mojego pisania na blogu, opowiedziałem historię o pewnym moim znajomym, który oznajmił, że, jeśli idzie o politykę, jego interesuje tylko jedno. Dzień, w którym on zobaczy Kaczyńskich na taborecie z pętlą na szyi i będzie mógł osobiście kopnąć ten taboret. A więc ostro było od samego początku. Jednak mnie zainteresowało coś innego. To mianowicie, że te – symbolicznie ujęte marzenia o taborecie – w pewnym momencie przestały być wynikiem okolicznościowych refleksji, lecz u niektórych z moich rodaków, zaczęły stanowić treść ich codzienności.
Zainteresowało mnie coś, co z jednej strony objawiało się postrzeganiem świata w sposób, od rzeczywistości całkowicie odległy, stanowiący wyłącznie odbiciem naszych kompleksów i urojeń, a z drugiej, na nieustannej potrzebie demonstrowania tej wizji wobec osób, które są nam zupełnie obce i w sumie obojętne. I myśląc o tych demonstracjach, nie odnosiłem się do ludzkiej potrzeby przekonywania, czy wręcz prowokowania sporu. Nie. Chodziło mi o osoby, które dzielą się tą urojoną wizją świata dla samego dzielenia się z tym właśnie fikcyjnym światem.
Na czym miałaby polegać owa fikcyjność? Na tym mianowicie, że jest to świat wypełniony ludźmi wyłącznie myślącymi tak jak my, o jednakowym typie emocji, o dokładnie identycznych filozofiach, świat, w którym jeśli w ogóle istnieje ktoś inaczej od nas myślący, to z pewnością musi to być gatunek na tyle egzotyczny, że w praktyce nie spotykany. W moim przypadku objawiało się to tym, że w pracy zawodowej, zdarzało mi się niekiedy spotykać osoby, które były tak niesłychanie wypełnione polityczną energią, że nie mogły ani na moment oderwać się od tej napędzającej ją polityki. A – co gorsza – nie mogły ani na moment wziąć pod uwagę, że świat, w którym się znajdują jest światem realnym, a nie wymarzonym przez nich złudzeniem. W efekcie, tworzyli oni wokół siebie nieustanną atmosferę radosnego politycznego happeningu, gdzie każdy fałszywy ton – czy to w postaci głosu odrębnego, czy zaledwie braku zainteresowania – jest dławiony w zarodku.
Moja praca zawodowa polega na tym, że uczę angielskiego w firmach. Firmy wynajmują nauczyciela, każą mu się spotykać dwa razy w tygodniu z pracownikami – albo indywidualnie, albo w małych grupach – i płacą nauczycielowi za każde 45 minut pracy. W ciągu tych 45 minut gada się po angielsku, czyta jakieś teksty, rozwiązuje zadania – zwykła lekcyjna rutyna. Jeśli grupa jest kiepska, albo nauczyciel jest kiepski, albo któryś z uczniów jest jakoś tam nieznośny, a jednocześnie ma dominujący charakter, lekcję są do niczego i ostatecznie grupa się rozpada. Jeśli między nauczycielem, a uczniem, czy między samymi uczniami nawiązuje się porozumienie, lekcje są udane, atmosfera jest piękna, i wszyscy są bardzo zadowoleni. Co najważniejsze, nauka przynosi efekty. Zdarza się jednak też tak, ze czasem miedzy nauczycielem, a uczniami dochodzi do takiej sympatii, że układ robi się zbyt osobisty i wówczas cierpi na tym sama nauka. Dlatego na przykład, ja jestem przeciwny czemuś, co jest bardzo powszechne, czyli przechodzeniu na ty. Trzymam dobry kontakt, staram się, żeby było przyjemnie i uczę. I za to biorę pieniądze. Nienajgorsze.
Co się dzieje, jeśli uczeń bardzo potrzebuje się zaprzyjaźnić? Wtedy popada w nieustanne dygresje. Albo rozmawia o swojej rodzinie, albo o filmach, albo o muzyce, albo opowiada dowcipy – standard. Z którym zawsze sobie można jakoś poradzić. Jeśli jednak jest to ktoś o szczególnie rozwiniętych politycznych emocjach, nieustannie podrzuca komentarze dotyczące tego, co ostatnio stanowi tzw. issue. Na ogół – co mnie, powiem szczerze – stosunkowo mocno dziwi, uczniowie moi interesują się wszystkim, tylko nie polityką. Ja wprawdzie nie kreuję dyskusji politycznych, ja nie czytam z nimi gazet, ale z tego co, siłą rzeczy, słyszę, ich polityka nie interesuje w najmniejszym stopniu. To jest dla mnie odkrycie zupełnie kluczowe – oni o polityce nie mają i najwidoczniej też nie chcą mieć pojęcia. Zdarzają się jednak od czasu do czasu tacy zapaleńcy, którzy sporem politycznym ewidentnie żyją. Są to oczywiście najczęściej ludzie, którzy nienawidzą Kaczyńskich, ale też od czasu do czasu trafi się ktoś, kto nie znosi Platformy. Skąd to wiem? Stąd, że oni właśnie nieustannie próbują mnie zaczepiać pod kątem polityki. I mam wrażenie, że robią to z różnych pozycji. Jeśli ktoś na przykład powie, że „to wreszcie mamy tę obiecaną Irlandię”, robi to z zaciśniętą miną człowieka, który wie, że to co on powie, nie spotka się prawdopodobnie z niczyim uznaniem, ale on za to, po raz kolejny, uczciwie zademonstruje swoje jak najbardziej słuszne poglądy. Z kolei ci – a jest ich jak mówię, znaczna większość – którzy nieustannie coś gadają o kaczkach o kartoflach i Włoszczowej, żartując, rozglądają się tryumfalnie po sali, w głębokim przekonaniu, że za chwilę rozlegną się brawa. Jeśli jest to lekcja indywidualna, taki ktoś wrzuca swoją polityczną deklarację wraz z konfidencjonalnym mrugnięciem, wyrażającym niezbite przekonanie, że nauczyciel, którego on polubił, musi być z pewnością ‘swój’.
Nie podejmuję tematu. Nie robię tego ani w przypadku uwag o Irlandii, ani w przypadku żartów na temat ‘kartofli’. Z dwóch powodów. Przede wszystkim wiem, że jeśli pokażę, że ja też jestem ‘politycznym zwierzęciem’, szlag całą naukę natychmiast trafi. Skończy się nauka, a zacznie się dyskusja. I każda dyskusja, prędzej czy później, skończy się awanturą. Bo tak to już jest. Więc to jest powód pierwszy. Drugim powodem jest to, że ja wiem, że poziom politycznych napięć w sercach ludzi prawdziwie polityką przejętych jest tak wysoki, że on się z reguły przekłada na relacje osobiste. Ludzi którzy traktują problem ‘kartofli’ i ‘platfusów’ jako sprawę codzienną nic nie powstrzyma przed gadaniem na ten temat tak długo, aż druga strona albo przyzna im rację, albo się obrazi, albo powie, żeby już przestać. Ponieważ, jak samo doświadczenie uczy, pierwsza ewentualność nie występuję nigdy, tego typu pogawędki zawsze prowadzą do kompletnego zamrożenia stosunków. Bo, z jakichś nieznanych mi, psychologicznie jednak uzasadnionych powodów, rozmowa musi trwać. Brak rozmowy tworzy pustkę, którą można porównać tylko do pustki, jaką przeżywa ktoś, kogo pozbawiono pożywienia w chwili szczerego głodu.
Ciekawe przy tym jest to, że nikt nigdy mnie nie spytał bezpośrednio: „Na kogo pan głosował?”, albo „Za kim pan idzie?”, albo „Co pan sądzi na temat PiS-u?”. Nikt nigdy ani przez chwilę nie robił wrażenia, jak by brał pod uwagę, że ja mogę być politycznie w innym miejscu, niż oni. Ja sądzę, że, w najlepszym wypadku, oni uważają, że ja jestem zwyczajnie niezorientowany, lub wręcz niezainteresowany. Gdyby ktoś nagle zwariował, uwzględnił możliwość istnienia przeróżnych opinii i mnie spytał, to bym odpowiedział i skończył rozmowę. Nigdy jednak nie dano takiej nawet szansy. Oni wiedzą wszystko, co im jest potrzebne do dobrego samopoczucia.
Oczywiście, ja widzę taką możliwość, że – kierując się radami jednego z komentatorów – postanowiłbym się zaangażować od czasu do czasu w jakąś chryję i pokazać wszystkim, jaki to ze mnie wariat i oryginał. Tylko po co? Co ja bym miał przez to osiągnąć, poza – jak już wspomniałem – pokazaniem tej swojej ułańskiej fantazji? Nikogo bym do niczego nie przekonał, sam też nie dałbym sobie zmienić mojego zdania; jedynym skutkiem tego mojego popisu byłoby to, że po pewnym czasie, ów wielbiciel demokracji, zmęczyłby się moją osobą i lekcje zakończyłyby się dokładnie tak samo, jak ja bym któregoś dnia przyszedł pijany, albo zaczął się dostawiać do którejś z moich pięknych uczennic.
Swój tekst sprzed miesięcy napisałem, z jednego powodu. Chodziło mi o ludzi zainteresowanych polityką w sposób absolutnie histeryczny, a jednocześnie tak głupich i politycznie opętanych, że odbierających świat, jako wyłącznie z jednej strony zbiór zwykłych, takich jak my, ludzi nienawidzących PiS-u, a z drugiej – jakichś rozczochranych wieśniaków z widłami, którzy poruszają się gdzieś tam na peryferiach cywilizowanego świata, których nikt nigdy nie widział na oczy, ale którzy podobno gdzieś żyją i wciąż chcą na ten PiS głosować. Dlaczego zainteresowali mnie akurat oni? Szczerze powiem, że nie mam pewności, czy dobrze pamiętam, bo – jak może niektórzy wiedzą za Herbertem – myśli chodzą po głowie. Ale mam wrażenie, że był to czas, kiedy dowiedziałem się, że jeden z moich kolegów z Salonu boi się ujawnić swoje nazwisko, żeby nie stracić pracy. Był to też dzień, kiedy Krzysztof Wołodźko opublikował wpis, w którym opisał historię, która w gruncie rzeczy była bardzo drobna i niewiele znacząca, ale mieściła się bardzo w temacie. Ale był to też akurat czas, kiedy Marek Migalski dowiedział się, że nie zostanie habilitowany i ta wiadomość, ku uciesze niektórych – uciesze, która trwa do dzisiaj – obiegła kraj. Pomyślałem wtedy sobie, że nie zazdroszczę Migalskiemu, że musi codziennie chodzić do pracy tam, gdzie spotyka się głównie z pogardą i szyderstwem. I pomyślałem sobie, że to jest niesamowite, do czego to doszło w tej naszej Polsce. Że ludzie, wyłącznie przez to że mają poglądy takie a nie inne, mogą na przykład zostać poddani takiej presji, że stracą pracę. W ramach solidarności z Migalskim, opowiedziałem, jak to ja doskonale rozumiem, czym jest kontakt z ludźmi, którzy żyją w tak okropnym napięciu, że dopóki nie spalą wszystkiego wokół siebie, nie zaznają spokoju. Czym jest kontakt z takimi ludźmi, szczególnie gdy ich pozycja umożliwia im zdecydowanie o naszym losie. I opowiedziałem przy tym, jak to ja – wiedząc, że ujawnienie moich politycznych może się bezpośrednio przełożyć na poziom życia mojej rodziny – staram się zachować w swoim życiu zawodowym, pełną dyskrecję. Tekst, który umieściłem w Salonie był oczywiście obszerny i naświetlał problem bardzo szeroko. Jednak główna myśl była taka: w dzisiejszej Polsce panuje terror moralny, terror kulturowy i terror cywilizacyjny. Terror tak potężny, że wręcz uderzający w rodziny. A to jest po prostu straszne.
Jaki jest dziś efekt tego mojego ówczesnego pisania? Otóż taki, że wielu z moich politycznych przyjaciół przychodzi do mnie i mówi: „Ależ nie ma problemu. Trzeba być odważnym. Ja, na przykład, jestem bardzo odważny.” Że niby ten terror, z jakim mamy do czynienia jest w gruncie rzeczy niczym szczególnym. Wszystko zależy od nas i naszej odwagi. I, oczywiście, naszej determinacji. Bo w końcu, cóż znaczy utrata pracy, jeśli pokażemy naszą dzielność? Przedwczoraj opublikowałem tu tekst, w którym zbeształem Piotra Zarembę za to, że tchórzy, a tchórząc – kłamie. I od razu zostałem zasypany komentarzami, że mam się zamknąć, bo ja też tchórzę. Tchórzę, nie tłumacząc tym moim dyrektorom, że są idiotami.
Przede wszystkim więc, pragnę przypomnieć, że ja wyraźnie napisałem, że ja Zarembę do pewnego stopnia rozumiem, że mu współczuję, a sam mam ten komfort i to szczęście pracować w takim fachu, gdzie moje poglądy polityczne nie podlegają jakiejkolwiek egzegezie. Gdybym chociaż pracował w szkole, to można by było ode mnie oczekiwać, że będę dawał dobry przykład dzieciom. Kiedyś zresztą, zanim ze szkoły wyleciałem, wszyscy doskonale wiedzieli, że jestem pisowcem. Również, gdyby mnie ktoś zaprosił do telewizji, a ja bym się na ten występ zgodził, to zdecydowanie bym się skompromitował, gdybym zaczął się wykręcać i zapewniać, że ja tylko tak trochę i tylko czasem, ale że, w gruncie rzeczy, dla mnie świat jest baaaaardzo skomplikowany. Podobnie, gdyby mnie ktoś poprosił, żebym napisał coś gdzieś pod nazwiskiem, to napisałbym dokładnie to samo i dokładnie na tej samej melodii, co tu w Salonie. A gdybym planował się chować z poglądami po katach, to najpierw bym po prostu odmówił.
Ale tak? Kogo obchodzą moje poglądy, o ile nie chodzi tylko o to, żeby je zmienić, albo mnie kopnąć w dupę? Więc trochę Zarembie współczułem, ale też trochę miałem do niego pretensję. Bo jego polityczne stanowisko jest samą kwintesencją jego misji. Formułowanie politycznych ocen jest tym z czego on żyje i na czym buduje swoją zawodową pozycję. On nie prowadzi kącika kulinarnego na kanale TVN Style. On gada w telewizji i pisze w gazetach o polityce. I jeśli dziś, z czystego konformizmu, zaczyna się nagle wypierać swoich poglądów, albo zaczyna swoje poglądy zamazywać, to w moim mniemaniu, postępuje bardzo nieładnie. Ale znowu, głównym winowajcą – wedle mojej opinii – nie jest tu ani Zaremba, ani jego ostrożni koledzy, ale powszechna atmosfera kulturowego zaszczucia, którą stworzył ten rząd i to środowisko. I o tym właśnie był mój tekst. Ten i tamten poprzedni. I również tekst dzisiejszy. A jeśli ktoś tego nie zrozumiał, to już naprawdę nie moja wina.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...