Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrześcijaństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrześcijaństwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2026

Krew w piach, czyli humanizm hula, a diabła nie ma

 

Jak się należało spodziewać, wczorajszy mój tekst na temat humanistycznego dobroczynienia, choć pewne zainteresowanie, owszem, wzbudził, ze szczególnym zrozumieniem się nie spotkał. Większość reakcji skupiała się albo wokół pobożnych życzeń, by po odejściu Jerzego Owsiaka powstało coś naprawdę uczciwego, albo zwykłej radości, że nawet jeśli powstanie znów coś na kształt WOŚP-u, to przynajmniej będzie to nasz, prawicowy, WOŚP, a nie to lewackie nieszczęście w czerwonych spodniach i okularach. Niemal nikt nie zdawał się pojmować całego sedna poruszonej kwestii, a mianowicie wydawałoby się oczywistego faktu, że w dziejach świata, wszelkie filantropie zawsze ponosiły i musiały ponosić klęski. Gwoździem do trumny muszę jednak nazwać dziesiejsze wystąpienie na platformie X znanego z internetowych nauk jezuity Łukasza Sośniaka, który, owszem, słusznie zauważył, że z ewentualnego upadku Jerzego Owsiaka nie ma się co cieszyć, jednak z tym zastrzeżeniem, że jak pisze Ojciec, WOŚP „przez lata nie tylko zbierała pieniądze, ale uwrażliwiała na pomaganie”.

Odpisałem ojcu Sośniakowi, że, jako osoba wykształcona, powinien znać Łukaszowy fragment o grzesznym trąbieniu, ale ponieważ nie był on chętny, by mi wyjaśnić zawiłości Ewangelii, uznałem, że może przydałoby się nie tylko jemu, ale kto wie, czy nie wielu z nas, opowiedzieć o różnicy między pojęciami humanitas i charistas. Proszę więc posłuchać.

Z powszechnie znanym wyznaniem rzymskiego cesarza Juliana Apostaty, że „nie ma dobroczynności poza Kościołem” – jakże słusznym z perspektywy czasów – wiąże się pewne nieporozumienie. Otóż Julian, jak mówią fakty, nie wypowiedział swoich słów jako pochwały Kościoła, lecz skargi na rozpowszechnioną wówczas jak najbardziej pogańską filantropię, która w porównaniu z Chrystusową charytatywnością robiła na masach bardzo marne wrażenie. Julian Apostata bowiem, jak wskazuje jego przydomek, nawrócony poganin, miał pełną świadomość, że chrześcijanie, czy, jak ich nazywał, Galelijczycy, opiekują się nie tylko tymi, którzy dzielą ich wiarę, ale również poganami i miejscową biedotą, przez co wiara Jezusowa staje się coraz bardziej popularna wśród ludzi porzucających pogańskie kulty, tym samym naraża na problemy religijny system Rzymu.

W przedchrześcijańskim Rzymie pomoc publiczna była skierowana wyłącznie w stronę pełnoprawnych obywateli, zasadniczo po to by nie wszczynali buntów, podczas gdy chrześcijanie pomagali wszystkim cierpiącym, i to wyłącznie z dobroci swych serc. I to w efekcie doprowadziło do tego, że w końcu to Kościół, a nie państwo stał się szafarzem społecznej opieki. W świecie pogańskim opieka medyczna była wyłącznie prywatna, a przez to w sposób naturalny droga; i to Kościół właśnie stworzył wzór dla dzisiejszej publicznej służby zdrowia i to Kościół właśnie, o czym wielu zdaje się nie mieć pojęcia, zbudował pierwsze szpitale. Jeśli w tym momencie ktoś się zastanawia, dlaczego państwo rzymskie w ogóle na to pozwoliło, odpowiedź jest prosta: w obawie bowiem przed utratą władzy. A ona była w pewnym momencie już na tyle realna, że Rzym dopuścił zmiany, które stanowią centrum naszej dzisiejszej cywilizacji, nie bez przyczyny określanej jako chrześcijańska: nie dość że wdowy i sieroty zaczęli być ewidencjonowani, podobnie jak osoby porzucone i kalekie, to niewolnicy przestali być traktowani jak pozbawione duszy przedmioty, a ludzi zmarli w wyniku chorób i wojen zaczęli nagle być zwyczajnie chowani jak Boże dzieci.

Julian to wszystko widział, a jako ktoś kto zdążył poznać w życiu chrześcijaństwo, również rozumiał i stąd w pewnym momencie uznał, że jako przedstawiciel państwa traci grunt pod nogami i wypowiedział swoją słynną sentencję, że dobroczynność jako projekt państwowy tak naprawdę nie istnieje. Ale w tym momencie warto wspomnieć o czymś jeszcze ciekawszym być może. Otóż kiedy po latach cesarz umierał w wyniku ran poniesionych podczas bitwy, miał w pewnym momencie włożyć rękę do jednej z ran, wyrzucić w niebo garść własnej krwi i wypowiedzieć swoje jeszcze bardziej pamiętne słowa „Galilaee vicisti!” przyznając tym samym zwycięstwo Jezusowi. Ów śmiertelny okrzyk został wprawdzie natychmiast zakwestionowany przez pogańskich historyków, natomiast jak najbardziej przyjęty przez tradycję Kościoła i dziś powszechnie traktowany jako autentyczne wyznanie Wiary przez człowieka kończącego swój nędzny ziemski żywot. A ja nie widzę powodu by nie wierzyć, że owa proklamacja Chrystusa Zwyciężającego musiała mieć miejsce. W końcu, całym swoim życiem Apostata pokazywał, że może i popełniał tragiczne błędy, to nie był na tyle głupi, by nawet przed śmiercią nie zauważyć prawdy.

Jakakolwiek jednak owa prawda jest, faktem też jest to, że Julian Apostata był ostatnim pogańskim władcą Rzymu. Po jego śmierci Europa, a za nią świat cały, zaczęły opierać swój rozwój na chrześcijaństwie i dopiero współczesne czasy zapragnęły wrócić pod skrzydła tzw. humanizmu, gdzie już nie tylko współcześni niewolnicy nie mają duszy, ale skórą i kośćmi jedynie są wszyscy pozostali ludzie, z tą różnicą, że owa skóra i pokrywane przez nią kości w przypadku niektórych są znacznie lepiej zadbane i obwieszone piękniejszymi ozdobami. Mówię o czasach, które wszyscy bardzo dobrze rozpoznajemy i na które wielu z nas patrzy z coraz większym przerażeniem: czasy nowego i nowoczesnego pogaństwa. A to są też czasy, gdzie w powszechnej perspektywie dawny podział między pogańską filantropią, czyli tzw. humanitas, a chrześcijańskim charitas powoli zanika, na korzyść niestety tego pierwszego.

A ja już tylko mam nadzieję, że te moje dzisiejsze refleksje pomogą zwrócić uwagę, na coś co próbowałem opowiedzieć we wczorajszym wpisie, a co najwidoczniej nie tylko my tutaj, ale i wielu duchownych zdaje się albo zapominać, albo czego zwyczajnie nie chce wiedzieć.


niedziela, 8 grudnia 2024

O tym co Żydzi z rąk wypuścili

         Był kiedyś taki dowcip. Spotyka rabin księdza i pyta:

         - Panie ksiądz, czy to prawda, że Jezus był Żydem?

         - Tak, - odpowiada ksiądz.

         - A Matka Boska, Maryja, czy ona też była Żydówką.

         - No tak, - mówi ksiądz.

         - No a ten Józef, cieśla, to on też Żyd?

         - No patrz pan, jaki my to interes z rąk wypuściliśmy.

         Ja ten  żart tak dobrze pamiętam, bo raz, że mnie on rozbawił, a dwa, że to w sumie było nie tak dawno temu. A zatem nie upłynęło wiele lat, jak Żydzi postanowili się jednak, niemal rzutem na taśmę, za temat wziąć. Otóż obejrzałem wczoraj na Netflixie film zatytułowany „Mary” i jestem pod wrażeniem podwójnym. Przede wszystkim uważam, że od strony realizatorskiej, aktorskiej i po prostu filmowej, bardzo dobry. Obejrzałem więc go, jak to mówią, na jednym wdechu. Drugie jednak wrażenie, jakie on na mnie zrobił bierze się stąd, że przez cały ten film widać jak na dłoni, że oni chcą do sprawy wrócić i to z jednoznacznie złymi intencjami. Tam jest bardzo dużo elementów, które warto by było opisać i skomentować, ale ja tu może wymienię kilka tych podstawowych, ktore powinny nam wystarczyć.

      Otóż mamy okrutnego Heroda, zdziadziałego psychopatę i sadystę, który jest tak psychopatyczny i okrutny, że chyba aż trzy razy słyszymy opinię, że on nie może być Żyden, ale zwyczajnie Rzymianinem. I to by się zresztą zgadzało. Ta sugestia wprawdzie nie pada, ale ze strojów w jakie jest ubrane jego wojsko wynika bardzo wyraźnie, że ci żołnierze, to ewidentni Rzymianie, a on nimi kręci, jak tylko chce. Wygląda na to, że – to już tak pewnie na wszelki wypadek – gdyby się miało okazać, że Herod to jednak Żyd, on tych dzieci nie każe wymordować, ale zaledwie odebrać matkom i przynieś ich w koszykach do poałacu, a on tam już sprawdzi, który to ten niby Mesjasz. W tym filmie praktycznie nie ma złych Żydów, czy to w świątyni i w jej okolicach, czy to w Betlejem, gdy Maryja z Józefem i Dzieckiem przyjeżdżają i proszą o nocleg. Oczywiście, jest tam tłum ludzi, wszystkie drzwi zamknięte, ale to wyłącznie przez to, że gruchnęła wieś, że ma się narodzić Mesjasz Zbawiciel i wszyscy ci ludzie tłoczą się tam, czuwając i wypatrując zapowiedzianej gwiazdy na niebie. W ogóle jest tak, że kiedy już Jezus się rodzi, to na miejsce nie przychodzi tylko trzech króli plus paru pastuszków, ale cały tłum Żydów, żeby „powitać Pana”. Mamy tę grotę, w środku jednego konia, na którym przyjechała Święta Rodzina, a wokół groty tłum, jakby całe Betlejem przybiegło. No i wreszcie końcówka. Kiedy już jest po wszystkim, Maryja z Józefem i z Dzieckiem wracają triumfalnie do Jerozolimy, tam zostają przyjęci przez kapłanów i wszystko kończy się jak najbardziej szczęśliwie. Zupełnie jak w Ewangeliach. Przynajmniej na tym etapie, bo aneksu autorzy filmu nie dokręcili.

      Ale jest jeszcze coś, co robi naprawdę wrażenie potężne. Otóż jest Lucyfer, który jest tak straszny, niemal jak pamiętny Diabeł z „Pasji” Gibsona. I tego akurat nie potrafię zrozumieć. Ciekawe co Żyd miał na myśli. Bardzo ciekawe.



niedziela, 21 sierpnia 2016

Pożegnanie z Ciemną Doliną (repryza)

Kiedy przyszła pierwsza wiadomość o tym, że potężne trzęsienie zrównało z ziemią Katmandu i jego okolice, powiem szczerze, że poczułem bardzo szczególny dreszcz emocji. Czy to przez to, że mam już swoje lata i dorastałem w czasach, gdy każde dziecko nie tylko wiedziało, co to takiego Katmandu, ale nawet i to, że stolicą Albanii jest Tirana, Islandii Rejkiawik, Irak i Iran to nie to samo, a nawet i to, że przywódca tego drugiego nazywa się Reza Pahlavi, czy może z tego względu, że dla mnie sama nazwa Katmandu była czymś znacznie więcej, niż nazwą jeszcze jednego miejsca na kuli ziemskiej, a i to też niekoniecznie dlatego, że Cat Stevens swego czasu nagrał bardzo piękną piosenkę pod takim właśnie tytułem, kiedy się dowiedziałem, że tego miasta już być może nie ma, ogarnęły mnie refleksje znacznie głębsze, niż dzieje się to zwykle, gdy się dowiaduję, że kolejny rejon na ziemi nawiedził kolejny kataklizm.
Otóż dla mnie, i jak sądzę dla wielu moich znajomych z czasów młodości, Katmandu to było coś naprawdę szczególnego, a więc też i dziś, to co Katmandu spotkało, jest dla mnie zdarzeniem szczególnym; powiedziałbym, że wręcz symbolicznym. Koniec tego miasta to Gest, dla którego ja zwyczajnie nie znajduję słów i jedyne co mi przychodzi do głowy, to użycie wobec niego wielkiej litery.
Popatrzmy więc już może tylko na serię zdjęć, tak by każdy z nas, kiedy tylko przyjdzie mu do głowy się zadumać, jaka to kultura, jaka cywilizacja i jak niezwykłej urody i magii miejsce właśnie oberwały, będzie wiedział, o czym mówi.




Oczywiście, serdecznie zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować książkę o paleniu licha. Polecam serdecznie.

wtorek, 13 października 2015

Czy satanista może być chrześcijaninem?

Ponieważ w ostatnich dniach, zwłaszcza w tak zwanych środowiskach ultrakatolickich, zapanowała moda na bardzo krytyczne komentowanie nauk papieża Franciszka, a ja muszę przyznać z pokorą i bólem, że również moja wiara została tu wystawiona na dość ciężką próbę, chciałbym przypomnieć coś, co Ojciec Święty zechciał nam powiedzieć już jakiś czas temu, a co z biegiem miesięcy zostało przykryte przez medialne doniesienia na temat gestów, jakie on wykonał w stosunku do homoseksualistów, transwestytów, rozwodników, czy kobiet, które dokonały aborcji. Pisałem tu już o tym, że gdyby spojrzeć na papieża jak na następcę Świętego Piotra i namiestnika chrystusowego tu na Ziemi, i przypomnielibyśmy sobie, jak to zarówno Piotr, jak i sam Jezus, wielokrotnie znacznie cieplejszym wzrokiem spoglądali na grzeszników, czy wręcz na ludzi autentycznie upadłych, niż na tych, którzy chodzili w aurze tych czystych, byłoby też nam znacznie łatwiej oceniać sposób, w jaki papież postanowił pełnić swoją posługę. Pisałem o tym, ale sam najlepiej wiem, jak ciężko pokonać własne deficyty, więc może nie będę się tu jakoś szczególnie popisywał. Natomiast rzeczywiście chciałbym przypomnieć coś, co akurat nam wszystkim się bardzo spodobało, a mianowicie wypowiedź papieża, w której nas poinformował, że „kto się nie modli do Boga, ten się modli do Szatana”. Pamiętamy to zdanie, prawda?
Myślę sobie o tym i nagle się zastanawiam, czy wypowiadając swoje słowa, papież Franciszek był dosłowny, czy może chciał, byśmy potraktowali je, jako swego rodzaju intelektualną zabawę, gdzie na przykład Pan Bóg funkcjonuje jako prosta pobożność, natomiast Diabeł, jako grzech. A więc, czy jest możliwe, że Franciszek zaledwie chciał nas zachęcić do modlitwy, tak byśmy nie ulegali pokusie grzechu, natomiast o Diable wspominał z lekkim przymrużeniem oka, traktując go jedynie, jako taki obrazek dla ludzi prostych. Przyznać zresztą trzeba, że takie wyjaśnienie owej nauki bardzo by nas podtrzymało w naszych podejrzeniach co do słuszności wyboru, jakiego parę lat temu dokonali kardynałowie.
Otóż moim zdaniem jednak, mówiąc o Diable, papież Franciszek miał na myśli Diabła i nikogo więcej. Co więcej, jestem szczerze przekonany, że również mówiąc o modlitwie do Boga, miał na myśli Boga Jedynego w Trójcy Przenajświętszej, a więc Tego Który Niesie Pokój, i żadnego innego boga. Szczególnie dziś, kiedy mam parę solidnych powodów, by się nad tym zastanawiać, jestem niemal pewien, że kiedy papież mówił, że ludzie którzy nie modlą się do Boga Który Niesie Pokój, modlą się do Szatana, chciał nam powiedzieć coś znacznie ważniejszego, niż tylko, że dobrze jest się modlić i starać się nie grzeszyć. Nie miał też naturalnie na myśli ludzi – i to musi tu zostać powiedziane szczególnie mocno – którzy nie otrzymali łaski wiary i starają się żyć w pokoju, jako tak zwani ateiści, no bo jeśli ktoś się nie modli, to się nie modli, niezależnie od tego, czy po drugiej stronie stoi Bóg czy Szatan. Ale też jestem pewien, że mówiąc to co powiedział, nie miał papież na myśli jedynie instytucjonalnych satanistów, a więc tych wszystkich, którzy się przedstawiają jako członkowie Kościoła Świętego Lucyfera, czy jak się tam oni postanowili wabić. Gdyby tak było, to przede wszystkim powiedziałby on, że kto się modli do Szatana, ten się modli do Szatana, no a w tej sytuacji jego słowa byłyby nic nie warte. A jak wiemy, one były i są dla nas bezcenne
A zatem, zakładam, że kiedy papież mówił o Bogu i Szatanie, mówił o Bogu i Szatanie, natomiast uważam też, i chciałbym o tym powiedzieć tu na tym blogu – i to zwłaszcza w tych dniach – że źródłem wszelkiego zła jest grzech, a jedynym sprawcą grzechu jest Szatan. A grzech, wbrew temu co niektórzy nam pragną powiedzieć, wcale nie jest ani abstrakcją ani pojęciem umownym. Grzech to zamierzony i celowy chaos – chaos moralny, chaos intelektualny, chaos estetyczny – który nam Szatan oferuje jako alternatywę wobec naszej wiary, ale też wobec niewiary, jako swego rodzaju religię. I w momencie, gdy my zaczynamy traktować ów chaos jak przedmiot kultu i zamiast do Boga, modlimy się do Chaosu, to tym samym modlimy się do Szatana. A skoro tak, to można o nas z czystym sumieniem powiedzieć, że jesteśmy satanistami. I to niezależnie od tego, czy jesteśmy ateistami, czy czcicielami Lucyfera, czy jak najbardziej osobami ochrzczonymi, a nawet praktykującymi. Jeśli modlimy się do Chaosu, nie modlimy się do Boga, a jeśli nie modlimy się do Boga – modlimy się do Szatana. I tyle wszystkiego.

Przypominam, że w dniach od 22 do 25 października odbywać się będą w Krakowie targi, na których ja i Gabriel Maciejewski będziemy spotykać z czytelnikami. Tam też odbędzie się premiera mojej nowej książki zatytułowanej „39 wypraw na dziewiąty krąg” o spięciu między ładem właśnie, a chaosem. Póki co, wszystkich zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl.

piątek, 6 lutego 2015

Dlaczego praskie psy wolą kanabis od absyntu?

Wróciliśmy wczoraj z wycieczki do Pragi i mam bardzo silne przekonanie, że nie mogę tej przygody pozostawić bez choćby bardzo krótkiego komentarza. Jak już tu parę razy wspominałem, podróżnik ze mnie żaden i nawet pomijając fakt, że po raz pierwszy w życiu leciałem samolotem zaledwie parę lat temu, świadczyć o tym musi choćby i to, że każde z moich dzieci w swoim młodym wieku już zdążyło zobaczyć znacznie więcej ode mnie. No, ale coś tam jednak zwiedziłem i wydaje się, że pod pewnymi względami właśnie Praga robi znacznie większe wrażenie, niż którekolwiek z owych nawiedzonych przeze mnie miejsc, jak choćby Londyn, czy Wiedeń.
Weźmy ten Wiedeń. Byliśmy tam latem zeszłego roku i byłem porażony. Po raz pierwszy bowiem zobaczyłem coś, co wprawdzie wcześniej sam widziałem i we Lwowie i w Przemyślu i w Krakowie, ale też znałem z opowiadań osób, które były w Budapeszcie, a więc owo Cesarstwo, tyle że wszystko to na raz i w dodatku dziesięć razy bardziej. Przyjechaliśmy do Pragi i niemal od pierwszej chwili widać było, że to już jest zupełnie inny wymiar, a z każdą chwilą przeświadczenie to stawało się już tylko mocniejsze. Potęga Pragi robi wrażenie nawet wtedy, gdy wyjedzie się tramwajem poza kultowe już centrum i trafi na miejsca jakby żywcem przeniesione z czasów już nawet nie Husaka, ale samego Gottwalda. Owej szczególnej wielkości nie zobaczymy ani we Lwowie, ani w Budapeszcie, ani nawet w Wiedniu, że już nie wspomnę o Londynie, który swego czasu był dla mnie miejscem wręcz bajkowym, a dziś robi wrażenie tylko żartu. Praga jest jak ta drobna kostka brukowa, wszędzie ta sama, którą tak pieczołowicie swego czasu zostały wyłożone jej wszystkie ulice. Tam od początku do końca, jak chyba w żadnym innym miejscu na ziemi, widać ten plan. Właśnie plan, tak precyzyjny, jakby jego częścią były nawet te dziewczyny, naprawdę bardzo ładne – słynne piękne Czeszki.
Mieszkaliśmy w równie ładnym, choć niedrogim o tej porze roku, hotelu tuż pod zamkiem i proszę sobie wyobrazić, że okna do naszego pokoju były ozdobione witrażami czeskich świętych. Cztery okna, a w każdym po kolei – św. Vaclav, św. Boleslav II, św. Boleslav III i św. Emma. I powiem szczerze, że, kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy, nawet się nie zdziwiłem, bo już wcześniej, wzdłuż całej drogi z dworca do hotelu, podobnych wizerunków widziałem całe mnóstwo. Praga bowiem to miasto wręcz wypełnione symboliką religijną: obrazy i figury świętych, setki figur Matki Boskiej, krzyże z Umęczonym Jezusem, mozaiki z wizerunkiem Trójcy Przenajświętszej, no i kościoły. Jeśli mimo ich natłoku spróbujemy jednak zwracać na nie uwagę, to ta intensywność bije na głowę wszystko to, z czego znany jest choćby nasz Przemyśl.
Jeśli jednak spojrzymy uważniej, zrozumiemy, że tam nie ma ani kościołów, ani kaplic, ani świętych, ani krzyży, ani Trójcy Przenajświętszej, tylko restauracje, knajpy, sklepy, hotele i zwykłe kamienice, w których mieszkają ludzie, albo mają swoje siedziby jakieś instytucje, a te krzyże i te figury są tam niemal wyłącznie dla ozdoby. Zresztą już same ich nazwy wskazują na to, że w Pradze religia pełni funkcje ściśle turystyczne, tak jak sklepy sprzedające absynt, kanabis, czy znanego z czeskich kreskówek krecika. „Pub pod Praskim Jezulatkiem”, „Restauracja pod Trójcą Przenajświętszą”, czy „Hotel pod Krucyfiksem”… Tak tam się to wszystko rozkłada.
Wychodzi się z dworca kolejowego na ten bruk i najpierw słychać ów dziwny język, potem widać te kobiety, które nawet kiedy są brzydsze od innych, to wciąż tak bardzo ładne, a dalej już tylko sklepy sprzedające albo tę ich 80-procentową anyżówkę, albo kanabis, albo anyżówkę z kanabisem, albo mydło z kanabisem, albo szampon z kanabisem, albo herbatniki z kanabisem, albo papierosy z kanabisem, albo piwo z kanabisem, albo perfumy z kanabisem, albo płyn do kąpieli z kanabisem, albo, jeśli ktoś to wszystko już ma, to koszulki, bluzy, albo zwykłe obrazki do powieszenia na ścianie, ewentualnie wprasowania z liściem marihuany i napisem „Praga”. No i tajski masaż. Na każdym kroku musi się wpaść na bramę (to są najczęściej otwarte bramy), w którym jakieś Azjatki masują turystów. Azjatów w Pradze też są zresztą tysiące, po obu tak akurat stronach, a więc zarówno wśród turystów z aparatami, jak i obsługi w sklepach z kanabisem i abysntem i pluszowymi krecikami.
A nad tym wszystkim mozaiki z Trójcą Przenajświętszą, Matka Boska z Dzieciątkiem Jezus na rękach, Jezusy umęczone na Krzyżu, i tysiące figur z czeskimi świętymi, no i ten biedny św. Wit ugotowany, jeszcze zanim skończył 15 rok życia, w ołowiu i królujący nad Miastem razem z tym jakimś Zemanem. A pod tym wszystkim – i kto wie, czy nie od tego powinienem był zacząć – niezliczone ilości żebraków. I niech nikt nie myśli, że to są tacy sami żebracy, jak ci, których możemy spotkać u nas, w Niemczech, czy w Londynie. Prascy żebracy są – podobnie zresztą jak ów kanabis, absynt, jasne włosy czeskich dziewcząt, brukowa kostka i to nieprawdopodobnie wręcz intensywnie manifestowane chrześcijaństwo – całkowicie unikalni. Oni klęczą na każdej niemal ulicy, z głową wbitą w ów praski bruk, z puszką wyciągniętą nad głowę, a obok nich niezmiennie, przykryty kocem, leży grzecznie pies. Wierny, kochający i równie jak jego pan biedny i budzący litość. To jest widok nie do uwierzenia. Setki klęczących na tym mrozie żebraków, mężczyzn i kobiet, z twarzami wciśniętymi w ziemię, a każdy z nich z psem przykrytym kocem, żeby nie zmarzł od tego lutowego wiatru.
A nam już tylko, kiedy będziemy zmierzać do pociągu, który nas zawiezie do Bohumina i patrzeć na nich po raz ostatni, pozostaje się zadumać i zapytać, czy te psy wcześniej zostały poczęstowane absyntem, czy kanabisem, czy może je w stan owej nieopisanej wręcz łagodności wprowadziło owo wszechobecna praska pobożność.

Jak już na swoim blogu ogłosił Gabriel, rozpoczęliśmy promocje na moją książkę o muzyce. Od dziś przez pewien czas „Podwójny nokaut” będzie kosztował zaledwie 25 złotych plus przesyłka. Dziś w języku polskim tego typu opracowanie, a już z całą pewnością tak ciekawe i inspirujące, nie istnieje. I to nie jest opinia ale fakt, i nie zmieni go nawet dziesięć książek napisanych przez Wojciecha Manna, Piotra Kaczkowskiego i Dariusza Michalskiego. Razem, czy osobno:
http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut

sobota, 23 lutego 2013

O nabytym zespole braku odporności na poważnie

Z tego co mówi najmłodsze moje dziecko, wynika, że ja to powinienem był wiedzieć już od lat, no ale fakt jest taki, że do wczoraj byłem ciemny jak tabaka w rogu. No i wczoraj właśnie dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak Kościół Latającego Potwora Spaghetti, i że Kościół ów właśnie złożył do odpowiednich instytucji wniosek o rejestrację jego lokalnej odnogi, pod nazwą Polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Sprawa stała się stosunkowo głośna z dwóch względów. Przede wszystkim, wbrew temu, co by się mogło wydawać, owo „latające spaghetti” nie jest zaledwie inicjatywą paru lokalnych wariatów z Warszawy, czy Krakowa, ale istniejące już od lat międzynarodowe przedsięwzięcie z siedzibą w Stanach Zjednoczonych, o pewnej bardzo wymiernej pozycji. Po drugie, z informacji jakie do nas docierają wynika, że, jak idzie o względy formalne, wniosek, jaki polscy organizatorzy projektu złożyli, spełnia wszelkie wymagania i nie bardzo widać możliwość, by ich nie zarejestrować, jako całkowicie równoprawnego w stosunku do innych, związku wyznaniowego. Czytam w jednym z komentarzy, że jakiś profesor z uniwersytetu, poproszony przez urzędników o prawną wykładnię sytuacji, w jakiej znajdują się owi dziwacy – skądinąd występujący pod nazwą „pastafarianie” – odpowiedział, że on jest całkowicie bezradny, ze względu na to, że istnieje zbyt wiele oficjalnie przyjętych definicji pojęcia „religia”, a przez to każda opinia będzie narażona na zarzut braku obiektywizmu.
Wspomniałem wcześniej o międzynarodowym wymiarze owego „wyznania”. Czytam oto w Sieci, że przed kilku laty, pewien obywatel Austrii nazwiskiem Niko Alm, deklarujący się właśnie jako „pastafarianin”, złożył oficjalną skargę do władz administracyjnych na to, że stosują wobec niego przepis wymagający od obywateli, którzy niezwiązani przepisami wiary, składają wniosek o wydanie dokumentu tożsamości, aby dołączali do wniosku zdjęcie bez nakrycia głowy. Do swojej skargi ów Alm dołączył deklarację, że on, jako członek Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, ma obowiązek noszenia na głowie durszlaka, oraz żądanie, by i on, podobnie jak członkowie innych Kościołów, miał prawo do zdjęcia ze swoim „świętym” nakryciem głowy – durszlakiem do odcedzania makaronu.
I proszę sobie wyobrazić, że wprawdzie austriacki sąd z początku potraktował tego Ulma tak jak on na to zasługuje, a więc odesłał go precz, niemniej po serii trwających aż trzy lata apelacji, przyznał mu rację, i wówczas Niko Ulm mógł już tryumfalnie paradować z prawem jazdy ozdobionym zdjęciem łba z durszlakiem.
Być może ktoś się zastanawia, kto to taki ten Ulm? Czy to jakiś przygłup o twarzy nałogowego onanisty, jakich czasem zdarza się nam minąć na ulicy? Czy może jakieś dziwadło, na obraz i podobieństwo dawnych artystów cyrkowych, których język angielski obdarzył określeniem „freak”? Czy to może jakiś świeżoupieczony imigrant z Afryki, który jak najbardziej słusznie uznał, że odpowiednia porcja ekscentryzmu pozwoli mu zrobić w tej Austrii karierę? Czy może ktoś choćby o twarzy tego nauczyciela akademickiego z Wrocławia, który ostatnio dostał zarzut zmuszania swoich studentek do seksu? Otóż w żadnym wypadku. Niko Ulm to człowiek wedle wszelkich pozorów całkowicie normalny, a kto wie, czy nie z pewnym przechyłem w stronę takiej wręcz filmowej atrakcyjności. Z tego co widzę, to może być naprawdę bardzo miły, sympatyczny i inteligentny człowiek – tyle że ateista.
I tu dochodzimy do sedna i do faktycznego przesłania dzisiejszego tekstu. Otóż jest tak, że od pewnego czasu coraz częściej zdarza nam się spotykać na swojej drodze zjawiska może nie tak szokujące jak ów Kościół Latającego Potwora Spaghetti, jednak wciąż często autentycznie szokujące. I niejednokrotnie podstawowy sens owych zjawisk sprowadza się przede wszystkim do szydzenia z chrześcijaństwa, ale nie tylko. Owe ruchy mają na uwadze wszelką religijność, tyle że może ze względów usprawiedliwianych polityką, czy osobistym bezpieczeństwem szydercy, chrześcijaństwo jest tu szczególnie popularne. Niezależnie od tego jednak, kto jest na celowniku, ci którzy trzymają palec na spuście, to autentyczni i nieustannie walczący ateiści.
Myślę, że dobrze by było się zastanowić, co takiego się stało, że oni się tak ostatnio rozpanoszyli, i że odnoszą jedno zwycięstwo za drugim. Czy może ostatnie lata przyniosły nam jakieś nowe dowody na to, ze Bóg umarł i pozostała już tylko wolność? Nie sądzę. W historii świata było zawsze bardzo dużo powodów, dla których człowiek mógł zwątpić w Jego istnienie, i to wcale powodów nie byle jakich. A mimo to, naprawdę nie było łatwo spotkać kogoś, kto publicznie i otwarcie szczycił się tym, że jest ateistą. Agnostykiem – owszem. Człowiekiem wątpiącym – jak najbardziej. Ale ateistą? Do tego trzeba było być naprawdę kimś. Dziś pierwszy lepszy, średnio rozgarnięty internauta, ma pod ręką całą garść bon motów skierowanych przeciwko ludziom, którzy wierzą. I jeśli spotykają go jakiekolwiek nieprzyjemności, to z wielu bardzo przyczyn, ale na pewno nie dlatego, że on uważa, że nie ma nic.
Otóż ja uważam, że kiedy wraz z inwazją postmodernizmu, którą przyniósł nam wiek XX, pojawiło się przekonanie, że naprawdę wszystko podlega dekonstrukcji, w tym momencie prawda stała się słowem powszechnie uważanym za obelżywe. I kiedy to piszę, wcale nie uważam, że przesadzam. Dziś, słowo „prawda” jest słowem obelżywym, i to nawet z punktu widzenia osób, które na co dzień ani się nad takimi kwestiami nie zastanawiają, ani też, w konsekwencji, nie zdają sobie nawet ze swoich przekonań sprawy. Gdyby ich zapytać, czy uważają, że prawda istnieje, oczywiście większość z nich gorąco by przytaknęła, jednak gdyby już chwilę później postawić ich wobec szeregu różnych zjawisk istnienie tej rzekomo nienaruszalnej prawdy kwestionujących, nie zauważyliby jakiegokolwiek dysonansu.
I ja dziś jestem przekonany, że ateizm ów stan rzeczy w jednej chwili zauważył, zidentyfikował ją i odpowiednio ocenił. A oceniając ją, doszedł do jedynego logicznie nasuwającego się wniosku, że świat który zaakceptował sytuację gdzie prawda nie istnieje, stał się światem pozbawionym jakiejkolwiek ochrony. No i ten świat zaatakował. Ostatnim tego przykładem tu u nas w Polsce, stał się wybór na posła człowieka ucharakteryzowanego na kobietę i wymagającego, by go jak kobietę traktować, a następnym krokiem, jak wiele dziś już na to wskazuje, będzie objęcie oficjalną autoryzacją przekonania, że durszlak może być w takim samym stopniu obiektem kultu religijnego, jak różaniec, czy krzyżyk na szyi.
Oto do czego doszliśmy. Nie ma już nic. Można wszystko. Niedawno w którymś z telewizyjnych programów wystąpił człowiek, ni to kobieta ni to mężczyzna, podpisany – inaczej niż to zwyczajowo ma miejsce – nie imieniem i nazwiskiem, ale jakimś dziwnym słowem-tytułem, którego nazwy i sensu nie umiałem spamiętać, i przedstawił się jako rzecznik któregoś z ruchów na rzecz promocji transeksualizmu. Mieliśmy więc ten telewizor, to studio, tę dziennikarkę, tego jakiegoś kosmitę, no i ten absurdalny tytuł na dole ekranu.
Myślę że czas to sobie powiedzieć. Nie oszukujmy się. Znaleźliśmy się w narożniku, skąd już nie ma ucieczki. Za nami już tylko ściana. I módlmy się o to, by się okazało, że jest ze skały. Najlepiej z jaspisu.

Dziękuję wszystkim za wszelkie dotychczasowe wsparcie. Bez niego nie bylibyśmy w stanie przeżyć. Bardzo proszę o dalszą pamięć.

środa, 10 sierpnia 2011

O chrześcijańskim rasizmie i kolorowym świecie

Autentycznie nie wiem, czy zdarzyło mi się tu zamieścić kiedykolwiek jakikolwiek tekst z tą myślą, by nim wywoływać kontrowersje, i że tak właśnie będzie dobrze. Sądzę, że nie. Wręcz odwrotnie – wszystko co tu się pojawia, pojawia się z nadzieją, że wszyscy to przyjmą co najmniej z sympatią. No ale, kto wie? Możliwe że bywa też i tak, że ja czasem piszę jakiś tekst i po plecach mi chodzi wesoły dreszcz na zbliżającą się awanturę. Nie wiem. Jednego jestem pewien. Tego mianowicie, ze kiedy pisałem, a następnie umieszczałem tu swój ostatni wpis, nawet mi do głowy nie przyszło, że z tego powstanie jakiekolwiek zamieszanie. A już na pewno nie zamieszanie aż tak potężne. Dziś już jestem o ten jeden dzień mądrzejszy i wiem też, że prawdopodobnie to co dziś tu powiem, mojej sytuacji w żaden sposób nie poprawi. No ale skoro już tak długo gadam, to nie bardzo mam jak przestać.
O co poszło? Otóż, jak się dobrze zastanowić, to do końca tego nie wiadomo. Główna bowiem myśl tekstu zatytułowanego „Precz z komuną!” była, na tle tego co tu się wygaduje już od paru dobrych lat, absolutnie standardowa. A więc dotyczyła wyłącznie dwóch rzeczy. Tych mianowicie, że przede wszystkim banicja to znakomita kara dla wszystkich tych, którzy nie chcą, lub nie potrafią, zaakceptować cywilizacyjnych i kulturowych reguł obowiązujących na danym obszarze, a ów brak akceptacji staje się społeczną plagą, a po drugie, że owa kulturowa rewolucja jest, z mojego punktu widzenia, jak komunizm. I powiem zupełnie uczciwie, że nie ma pojęcia, co w tych dwóch myślach było takiego szokującego? Nie mówię – niesłusznego. Powtarzam raz jeszcze – co w tych dwóch myślach było takiego szokującego?
Pozwolę sobie wrócić do dwóch obrazków sprzed lat jeszcze, które tu już przedstawiłem, bez szczególnie jednak wówczas emocjonalnych reakcji. Otóż kilka lat temu miałem okazję pojechać do Awinionu we Francji, spędziłem tam jeden dzień i do dziś nie mogę się opędzić od dwóch związanych z tym dniem wspomnień. Pierwsze to takie, że to jest miasto najpiękniejsze na świecie, a drugie to takie mianowicie, że po nim, wśród zwykłych, spokojnych ludzi, łażą bandy kolorowej hołoty ( właśnie kolorowej, nie białej), najprawdopodobniej mieszkańców tego miasta, i robią wrażenie, jakby zupełnie nie podzielali moich wrażeń co do urody tego miejsca, a co więcej, że oni by chętnie ten swój Awinion spalili, gdyby tylko mogło im to ujść na sucho.
Drugi obraz jest już zdecydowanie lokalny. Rozmawiałem kiedyś z moim kolegą Michałem Dembińskim na temat tak zwanych kibolskich ustawek i doszliśmy wspólnie do wniosku, że bardzo dobrym rozwiązaniem dla tego typu folkloru byłoby to, by przed każdą z nich najpierw odebrać od każdego z uczestników pisemne zobowiązanie, że w wypadku ewentualnych kłopotów, rezygnuje on z jakiejkolwiek państwowej pomocy – medycznej, policyjnej i wszelkiej innej – następnie ogrodzić dany teren specjalną siatką zabezpieczającą, a po walce, ci uczestnicy, którzy są jeszcze na siłach, ewentualnie uprzątną teren. Pomysł ten, acz przecież okrutnie bezwzględny, spodobał nam się bardzo, a mnie na tyle bardziej, że nawet go tu przy jakiejś okazji przedstawiłem. I, jak mówię – bez wywoływania szczególnych kontrowersji.
Dlaczego ani jedna, ani druga historia, kiedy był na to jeszcze czas, nie wywołała najmniejszej choćby burzy? Powiem szczerze, że się nad tym dotychczas nie zastanawiałem, pewnie trochę też dlatego, że sam nie widziałem tu za dużego pola do sporu. Dziś sądzę, że w przypadku Awinionu poszło o to, że jedynie opisałem problem, ale nie zaproponowałem rozwiązań. Natomiast, jak idzie o ustawkę, problem był w tym, że ich uczestnikami byli biali chrześcijanie. Gdybym ja opisał jakąś ustawkę, w której braliby udział na przykład Cyganie, czuję, że mogło by mi się jednak oberwać. Tak jak obrywa mi się dzisiaj. Za co? Za to, że londyńska ustawka – bo to jest swego rodzaju ustawka – tak jak ją opisałem, zamiast białych chrześcijan, zaangażowała głównie kolorowych muzułmanów. I niech mi nikt nie mówi, że te bandy, które palą dziś angielskie miasta, to zwykła hołota, a nie muzułmanie i że Koran wyklucza używanie przemocy, bo nasza polska hołota, która od czasu do czasu gwałci, kradnie, morduje i niszczy, to – cokolwiek byśmy nie mówili – jak najbardziej biali chrześcijanie, a Ewangelie również nie namawiają do przemocy.
W telewizji, wspomniany już przez mnie londyński korespondent TVN24 opowiadał, jak to on miał kiedyś okazję odwiedzać jedną z tych dzielnic, które dziś są w rękach młodej bandyterki, i widział na własne oczy, jak brytyjskie państwo kompletnie pozostawiło samym sobie jej mieszkańców. Jak to tam nie ma ani policji, ani innych standardowych gdzie indziej służb państwowych i że to jest bardzo niesprawiedliwe. Ja mogę sobie tylko wyobrazić, co by się działo, gdybym ja w swoim tekście, zamiast proponować, by tych bandytów zapakować w samolot i wywieźć do Afryki, powtórzył mój i Michała Dembińskiego pomysł rozwiązania problemu ustawek i zaproponował, by najpierw wszystkich zainteresowanych uprzedzić o planowanych rozwiązaniach, a następnie każdą z tych, jak mówi dziennikarz, zapomnianą przez państwo dzielnic, ogrodzić wysoką siatką pod napięciem, i tym, którzy tak bardzo przywiązali się do swojego folkloru, że nie chcieli się odpowiednio zdeklarować, zaproponować, żeby najpierw żywili się tym, co znajdą w tych zniszczonych przez siebie sklepach, a później spróbowali się pokusić o jakąś bardziej intelektualnie skomplikowaną inicjatywę na rzecz przetrwania.
Jak wiemy, ten blog to miejsce, gdzie, jak to kiedyś, cytując Wojciecha Młynarskiego, opisał pewien nasz były kolega „się, psia nędza, nikt nie oszczędza”, a więc tu naprawdę bywa ostro. Jak idzie o rozwiązania, jakie się tu proponuje w stosunku do pewnych zachowań, których nam nasz krąg cywilizacyjny i kulturowy akceptować nie pozwala, bywało naprawdę bardzo barwnie. Oczywiście, w pierwszym rzucie zawsze szli, bo to było czyste i bezpieczne, komuniści, tacy jak Jaruzelski, Kiszczak, czy Urban. Daję słowo, że nie umiem sobie wyobrazić takiej kary dla jednego z nich, która przez czytelników tego bloga uznana by była za nieludzką, czy niesprawiedliwą. Pamiętam, na przykład, jak kiedyś zaproponowałem, by Jaruzelskiego zostawić w spokoju temu rakowi, co go zżera, i zostałem natychmiast oskarżony przez paru takich o to, że przebaczam w imieniu tych, w imieniu których przebaczać nie mam prawa. Ale przecież nie muszę sięgać pamięcią aż tak daleko w przeszłość. My tu codziennie wręcz zajmujemy się przypadkami równie irytującymi i rozwiązaniami wcale nie mniej drastycznymi, niż wysyłanie kogoś na dożywotnie wakacje do Afryki. I nagle się okazuje, że to wszystko jest na swoim miejscu, tylko dlatego, że żaden z tych przypadków nie ma ciemnego koloru skóry?
A przecież nie chodzi tylko o komunistów i ich dzisiejszych – faktycznych i mentalnych – spadkobierców, również świetnie sobie radzących poza tym czymś, co się nazywa SLD. Mam tu na myśli i feministki, jak Magdalena Środa, stuprocentowych ateistów, jak Jan Hartman, bezwzględnych aborcjonistów, jak jakaś Szczuka, upadłych kabareciarzy jak Krzysztof Daukszewicz, czy sprzedajnych dziennikarzy, takich jak Tomasz Sekielski. Im wszystkim się tu dostaje regularnie, a rozwiązania, jakie dla nich się tu proponuje, są też bez porównania bardziej okrutne, niż wsadzanie ich jednego po drugim do samolotu i wysyłanie do Somalii.I nie zauważyłem, żeby to co ja tu sobie w swojej głowie obracam, komuś szczególnie przeszkadzało.
A zatem ewidentnie chodzi o rasizm, i to rasizm w sensie rozumianym jak najbardziej standardowo. Chodzi o to, że nasza wściekłość może sobie hulać bez ograniczeń – może nawet sobie niekiedy zahaczyć nawet i o Żydów – byleby szerokim łukiem omijała muzułmanów i kolorowych, a więc wszystkich tych, którzy od wieków, jak słyszę, są przez nas chrześcijan fizycznie i kulturowo eksploatowani. No więc dobrze, porozmawiajmy zatem o rasizmie. Otóż tak się składa, że ja jestem od zawsze, szczerze i głęboko, przekonany o tym, że coś takiego jak walka kultur i cywilizacji jest zjawiskiem jak najbardziej realnym, i że w tej walce, cywilizacja łacińska, chrześcijańska, czy jak ją tam sobie nazwiemy, jest cywilizacją bezwzględnie wyższą. Z tego prostego powodu, że w mojej opinii, tylko chrześcijaństwo jest oparte na fundamencie prawdy. Dla mnie, cała reszta to pogaństwo, a moim zdaniem pogaństwo to nie folklor, to nie różnorodność, to wreszcie nie czyjeś prywatne przekonanie, ale zło. I obawiam się też, że jeśli przez nasze zaniedbania, nasze zło, nasze lenistwo i głupotę, kultura chrześcijańska ostatecznie temu złu ulegnie, oznaczać to będzie koniec świata. A to niestety, jeśli przyjrzeć się temu, co się w naszym chrześcijańskim świecie wyprawia, jest więcej niż prawdopodobne.
Czy ja zatem uważam, że my chrześcijanie powinniśmy cały pogański świat nawracać ogniem i mieczem? No przecież nie! Wystarczyło tylko głupio nie eksperymentować i trzymać się sprawdzonych sposobów na życie, których nas jeszcze uczyli nasi dziadkowie. I przez to przywiązanie do tradycji dawać przykład. Wystarczyło choćby nie zmieniać oryginalnej nazwy dzisiejszej stolicy Norwegii. Inna sprawa, że też przy tym nie uważam, że Republika Południowej Afryki czy też Rodezja, były za czasów Apartheidu miejscami gorszymi, niż są dziś. Jestem natomiast szczerze przekonany, że – wspominałem o tym zresztą już w komentarzach pod poprzednim tekstem – relacja między obiema kulturami – pogańską i chrześcijańską – opisana w literaturze jest relacją niezwykle zdrową. Ja oczywiście świetnie rozumiem emocje tych wszystkich, którzy dziś mi pokazują jednym palcem na chrześcijaństwo, czy to w postaci tego Austriaka, czy to tamtego Belga, czy dziś tego Norwega, a drugim na to moje pogaństwo, w postaci porządnych i pełnych wiernej miłości rodzin, czy to w Czeczenii, czy gdzieś w jakiejś Tunezji, i je, wbrew pozorom, w znacznej mierze podzielam, ale nie uważam też tego w żaden sposób za powód do tego, bym miał przyjąć takie oto przekonanie, że wszystkie kultury i religie są równie prawdziwe, a tym bardziej przyznał, że to wielka szkoda, że Brytyjczycy swego czasu wywieźli z Egiptu te wszystkie kosztowności, ozdobili nimi pewien londyński budynek i nazwali go brytyjskim muzeum. A już z całą pewnością nie ma mowy, bym się zgodził na to, by za to przyznać poganom prawo do rewanżu.
Niestety, wszystko wskazuje na to, że oni sobie ten rewanż na nas już niedługo i to skutecznie wezmą, i wtedy nam dopiero pokażą, czym jest miecz, czym jest ogień i czym jest prawdziwa wiara i przywiązanie do własnej kultury. I nie będzie miało zupełnie znaczenia, czy ci, którzy nam to będą prezentowali, będą czarnymi muzułmanami, czy zwykłą hołotą w butach na cytrynowych platformach, z zapomnianych przez cywilizowany, chrześcijański świat przedmieść.

Dziś o książce i o tej nędzy ani słowa, bo nie mam już ani dość siły ani dość bezwstydu.

środa, 8 czerwca 2011

Rura park w wersji turbo

(dla Strażnika)
Przy okazji poprzedniego tekstu wspomniałem o tym ledwo jednym zdaniem i to prawdopodobnie dlatego też jego moc i istota umknęły większości z nas. Myślę sobie z tą smutną ironią, że i tak dobrze, że napisałem nazwę holenderskiego miasteczka Maastricht z błędem, bo w przeciwnym wypadku musiałbym przyznać, że to co nam umknęło, a nie powinno w żadnej mierze, umknęło nam wszystkim.
Dzieje się otóż tak, że od czasu jak żona moja wróciła z Kolonii, żyjemy właściwie myślą o dwóch rzeczach. Pierwsza to taka, że nasza najmłodsza córka, z powodu marnych wyników w nauczaniu, znalazła się na granicy powtarzania klasy, a ja w związku z tym muszę chodzić do tej jej szkoły i rozmawiać z innymi nauczycielami, co – jak ci z nas, którzy wiedzą, co to jest za gatunek człowieka – jest dla mnie wyczynem właściwie ponad moje siły. I to w sensie dosłownym. Myślę, że najlepszym symbolem tego o czym tu piszę, był wczorajszy wypadek, który mi się przydarzył, gdy wsiadałem do autobusu, by udać się na rozmowę z jednym z nich, i najszpetniej na świecie rozwaliłem sobie nogę.
Druga rzecz, która nas zadręcza, to te trzy fotografie, które pani Toyahowa przywiozła z Maastricht, i którymi właściwie pewnie powinienem się tu podzielić, ale myślę sobie, że lepiej będzie ich tu nie pokazywać. To już pewnie lepiej byłoby tu wstawić zdjęcie tej nogi. Są bowiem napięcia, którym zbyt duża dosłowność wyłącznie szkodzi. Jestem pewien, że ich prawdziwa siła zapłonie dopiero wtedy, gdy uruchomimy naszą wyobraźnię. Ale zanim wrócimy do tamtego zdania, parę faktów historycznych.
Dla większości z tych, dla których nazwa Maastricht cokolwiek mówi – a w tym i autora tych refleksji – to holenderskie miasteczko oznacza miejsce jakiejś europejskiej fety sprzed lat, o bliżej niesprecyzowanym charakterze, a dla części z nich oznacza jeszcze może to, że to tam właśnie w 1992 roku został podpisany traktat tworzący Unię Europejską.
Jeśli ktoś jest trochę bardziej zainteresowany światem, wie też pewnie, że Maastricht to stolica Limburgii i prawdopodobnie najstarsze miasto w Holandii, zamieszkałe nieprzerwanie od czasów rzymskich. Ktoś też jednak może wiedzieć, że to właśnie Maastricht było pierwszym biskupstwem w Holandii i to w Maastricht, tam właśnie, odbywał swoją posługę pierwszy biskup chrześcijańskiej Holandii, św. Serwacy, patron stolarzy, jeden z tak zwanych ‘trzech zimnych ogrodników’. To tam też, w Maastricht, znajduje się przepiękna bazylika św. Serwacego, z kryptą, gdzie spoczywają zwłoki owego świętego biskupa. To tam, do Maastricht, przez niezliczone wieki, przybywali pobożni ludzie z całego świata, by modlić się na grobie Serwacego; a wśród nich Karol Wielki i Henryk III. To tam też, do św. Serwacego, w roku 1496 przybyło aż 142 000 pielgrzymów. Takie to były czasy! Taka to była Europa!
To wreszcie do Maastricht, podczas swojej pielgrzymki do Holandii w roku 1985, zawitał Jan Pawel II, by nawiedzić pozłacany relikwiarz św. Serwacego i odprawić przy nim nabożeństwo.
Nigdy nie byłem w Maastricht, natomiast była tam, jak już zostało to wspomniane wcześniej, niedawno moja żona i to od niej właśnie się dowiaduję, że jest to oczywiście miasteczko niezwykle piękne, i w tym sensie przypominające choćby nasz Przemyśl, że stanowi niezwykle duże skupisko kościołów na tak okropnie niewielkim obszarze. Żona moja miała okazję, poza wspominaną bazyliką św. Serwacego, zwiedzić trzy jeszcze kościoły w tym maleńkim, pięknym, starym chrześcijańskim miasteczku. W żadnym z nich akurat nie odbywała się msza, ale też nie czuć było ani tego wiecznego zapachu nabożeństwa, które się niedawno skończyło, ani też nie słychać było atmosfery tego, co dopiero miało się odprawić. Nic. Czysta, sterylna, nowa Europa.
W jednym z tych kościołów mieściła się miejscowa kawiarnia, w drugim księgarnia, natomiast w trzecim plac zabaw dla dzieci. Tak zwany rura park.
Wciąż słyszymy coraz to nowsze wiadomości o tym, że ktoś gdzieś kogoś zabił, pobił, oszukał, okradł, lub – dla odmiany – sprawił mu jakąś niewiarygodną przyjemność. Że tu ktoś coś wygrał, a tam znów ktoś inny coś przegrał. Że to tu to tam, stało się coś naprawdę strasznego, lub naprawdę śmiesznego. Coś bardzo dziwnego, albo coś zupełnie zwykłego. Raz na jakiś czas człowiek musi się udać do małego miasteczka na południu Holandii, czy, jeśli ktoś woli, na północy Europy, by poczuć prawdziwą miarę rzeczy.
I niech ktoś teraz zacznie się z nas śmiać, że jesteśmy ludźmi z obsesją.

To jeśli idzie o nich. Co do nas, to zmuszony jestem znów tradycyjnie apelować o wsparcie na podany obok numer konta. Jeśli tylko ktoś jest w możliwościach, no i czuje że warto, serdecznie proszę o tę uprzejmość. Bóg mi świadkiem, że gdybym nie musiał, to bym o tym nawet nie wspominał.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

O Europie, o Krzyżu i o nadziei



Niezwykle trudno jest mi pisać o wczorajszym dniu. Spędziliśmy go wszyscy w Krakowie i jedyne co udaje nam się dziś powiedzieć, to to, że już pewnie nic nigdy nie będzie takie samo. Że nic nigdy w życiu moim i w życiu mojej żony i dzieci nie przypominało tego, cośmy przeżyli przez ten jeden niedzielny dzień. Ani wydarzenia radosne, ani smutne, ani w ogóle podniosłe w jakikolwiek inny sposób – żadne z nich w najmniejszym stopniu nie pozostawiło nikogo z nas w takim stanie, jak ten wczorajszy dzień.
A bardzo chcę choć krótko napisać, choć parę słów, które zostaną tu jako pamiątka po tym właśnie dniu. A przy okazji, tym, którzy zechcą je przeczytać, dać choć podstawowe pojęcie o skali tego, co się wczoraj stało. Nie jest łatwo, choćby z tego względu, że przede wszystkim, wczorajsze uroczystości były z całą pewnością znakomicie zrelacjonowane przez różne telewizje i kto chciał, mógł i bez mojego pisania, skutecznie utonąć w intensywności, w tej gęstości obrazu, który wypełnił cały dzień. Mam na myśli wszystko – i ten kolor, i tempo w jakim to się toczyło, ten ceremoniał, te tłumy, i każdy pojedynczy, towarzyszący temu obrazowi dźwięk… Te odgłosy ptaków przebijające się nad biciem Dzwonu Zygmunta! I to tempo.
A więc, kto chciał, mógł każdą chwilę tego niezwykłego wydarzenia zobaczyć nawet choćby dzięki telewizji. A ja tak bardzo chcę coś na ten temat – choćby w jednym, gdybym tylko potrafił, zdaniu – powiedzieć. I myślę o paru chwilach, które wzruszyły mnie szczególnie i których może ani nie pokazała telewizja, ani nie opisali dotychczas komentarzy. I znów, chciałbym znaleźć to jedno wydarzenie, które najlepiej oddałoby wielkość tego co się wczoraj w Krakowie wydarzyło. Z tych kilku, to jedno.
Czy mam więc napisać o tych wspomnianych już ptakach, niemal głośniejszych od dzwonu, czy może – dużo jeszcze wcześniej – o grupie działaczy Solidarności Walczącej z Wrocławia, która pojawiła się na Rynku z potężnym transparentem, z całkowicie porażającym, unoszącym się nad krakowskim rynkiem jak fatum i wyrzut sumienia, napisem „JAKI PREZYDENT TAKI ZAMACH”, czy może o tym człowieku na Błoniach, który niemal przez cały czas płakał i którego córeczka spytała, czemu tatusiu płaczesz a on odpowiedział, bo bardzo cierpię? A może – znów wcześniej – jeszcze na Rynku, gdy ludzie zaczęli skandować „TVP! TVP!” tak intensywnie, że nagle gasły wszystkie telebimy i ustała transmisja TVN24, a przez to jakakolwiek transmisja, i pozostał tylko ten tłum?
Opowiem co innego. Gdy staliśmy w tym pięknym, potężnym – choć może i nie tak wielkim, jak przy okazji wcześniejszych wizyt papieskich – tłumie na Błoniach i nagle, około 17, na niebie pojawił się samolot, duży odrzutowy samolot, lecący w stronę Balic. Zdziwił mnie bardzo ten widok, raz że, jak nam powiedziano, niebo było zamknięte dla dużych, odrzutowych samolotów, a dwa, że co to za samolot może o tej porze chcieć lądować w Balicach. Po nim zresztą, zaczęły pojawiać się kolejne samoloty, ale już odlatujące z Krakowa, i wiedziałem, że to pewnie te cztery samoloty z rosyjskim prezydentem, który załatwił co miał załatwić i wraca do swoich spraw. Ale co to za samolot, wielki odrzutowy samolot, przylatuje do Krakowa, gdy uroczystości pogrzebowe już się tak naprawdę kończą?
Dopiero po powrocie do domu dowiedziałem się, że w tym samolocie był prezydent Gruzji Saakaszwili, który spóźnił się na pogrzeb swojego przyjaciela. I przeczytałem w portalu TVN24 http://www.tvn24.pl/-1,1652683,0,1,niezwykle-trudna-podroz-saakaszwilego,wiadomosc.html, co się stało. I to – jestem pewien – pokazuje nam coś, co świadczy o randze tego, co się wczoraj wydarzyło lepiej niż cokolwiek innego. Otóż prezydent Gruzji leciał na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego z Ameryki. Najpierw wylądował w Lizbonie, następnie wsiadł w samolot do Rzymu, by jakoś ominąć tę chmurę i spróbować się dostać do Polski od południa. Następnie z Rzymu poleciał do Turcji, potem wsiadł w samolot lecący do Bułgarii, potem z Bułgarii do Rumunii, i dopiero stamtąd jakimś cudem przyleciał do Krakowa. I to jego samolot zobaczyliśmy, tacy zdziwieni około godziny 17, nad krakowskimi Błoniami. A, jak podaje portal TVN24, nie lżejszą być może podróż miała żona Prezydenta, która, by zdążyć na pogrzeb do Krakowa, spędziła 13 godzin w samochodzie. I kiedy już, po powrocie do Katowic, oglądałem już w telewizji obraz prezydenta Saakaszwilego składającego kondolencje Jarosławowi Kaczyńskiemu, Marcie Kaczyńskiej i tej dziewczynce, pomyślałem sobie – czemu zresztą dałem wyraz w komentarzu pod poprzednią notką – że ta śmierć, która nas tak zatrwożyła i zasmuciła, pokazała coś jeszcze. To mianowicie, że prawdziwa chrześcijańska Europa i przy okazji, być może, cały chrześcijański świat, skoncentrował się tu, na Wschodzie. Nie w Brukseli, nie w Sztokholmie, nie w Berlinie i nie w Paryżu. nie w Londynie, ale tu na Wschodzie. Gdzie ludzie, kiedy przyklękają to mają odruch robienia znaku krzyża. A kiedy ten znak robią, wiedzą też co on znaczy.
I nagle – aż boję się to pisać – zobaczyłem, że z pewnego punktu widzenia, te wszystkie Haroldy, Haakany, Obamy, a nawet prezydent Sarkozy, z tą – jak to określiła Toyahowa – swoją „cizią”, nie mają tu nawet czego szukać. Od czasu jak nawet widok klęczących Putina i Miedwiediew ich zwyczajnie przesłania, nie mają tu nawet czego szukać. I niewykluczone, że, gdyby tu przyjechali, wyglądaliby po prostu głupio.
I – jeśli się nie mylę – to też stanie się dziedzictwem tego co się wydarzyło tydzień temu niedaleko Smoleńska i zakończyło się w tak dostojny sposób wczoraj na Wawelu.

piątek, 2 stycznia 2009

Europa

Dla każdego z nas, kto żyje wystarczająco długo i z w miarę otwartym sercem, jest jasne, że grzebanie w języku i w znaczeniach, może postawić wiele spraw na głowie, a jeśli komuś szczególnie zależy na tym, żeby wszystko stało na głowie, to warto i o to czasem powalczyć. Najwybitniejsi specjaliści z Ministerstwa Kłamstwa i Propagandy (znanego inaczej pod nazwą Ministerstwa Prawdy i Edukacji) doskonale wiedzieli, że kontrolując przeszłość, kontrolujemy przyszłość, ale – być może nawet i lepiej – że kontrolując język, kontrolujemy człowieka.
Jeśli mamy wystarczająco dużo lat, by pamiętać czasy, które nam było przeżyć pod komunistycznym butem, doskonale wiemy, jak słowo potrafiło stać się ciałem. I wcale tu nie szydzę. Jestem jak najbardziej poważny, ponieważ nigdy nie miałem wątpliwości, że to co nam tu wprowadzono, to była prawdziwa religia, z prawdziwymi rytuałami, prawdziwymi mszami, w czasie których modlono się do autentycznego Dzieciątka, tyle że o nazwisku Lenin. Ci co pamiętają to zdjęcie, to je pamiętają. Oni tak to sobie własnie zaplanowali. Dać nam coś w zamian. I jeśli dzisiaj głupi ludzie śmieją się z kościelnych rytuałów, tych pieśni, tych szat, to ani im do głowy nie przychodzi, że padli ofiarą najbardziej perfidnego kłamstwa. I że jeśli któregoś dnia będą kpić z Pierwszej Komunii, że to zupełnie jak Pasowanie na młodzika, to są jeszcze tacy, którzy będą z nich autentycznie dumni.
Bo jest własnie tak, że - czasem w większym, czasem w mniejszym stopniu - najbardziej słowa liczą się i znaczenia, jakie im nadamy. Proszę zwrócić uwagę, że najczęściej z manipulacją tego typu mamy do czynienia na poziomie ideologii, albo tego, co się ideologią stało. Od czasu jak ideologią stał się sex i generalnie robienie sobie dobrze, możemy zapomnieć o używaniu – we wszystkich językach świata – w tradycyjnym znaczeniu, słów takich jak gumka, impreza, trawa czy sex właśnie. A słowo miłość? Czy ono przypadkiem nie otrzymało nowego sensu? Jeśli któraś z moich czytelniczek myśli, że mi się pomieszało we łbie, niech spróbuje zwrócić się do swojego kolegi w pracy z pytaniem „czy masz gumkę?” Nie do wiary! Tak jakby ktoś bardzo sprytny doszedł do wniosku, że wystarczą zaklęcia, a wszystko nabierze odpowiedniego kształtu.
Swój poprzedni wpis postanowiłem poświęcić tak zwanej Europie i tak zwanemu buractwu. Czyli w gruncie rzeczy jednemu słowu i jednemu znaczeniu. Pamiętam jak jeszcze wiele, wiele lat temu, mój wciąż dobry kolega opowiadał mi, że wracał pociągiem z Niemiec i w przedziale siedziała jedna pani, która relacjonowała swojemu towarzyszowi wrażenia z pobytu w wielkim świecie i w pewnym momencie krzyknęła: „A tych taksówek to tam tyle, że aż strach wyjść na szosę!” Pamiętam, że bardzośmy się wszyscy śmiali z tej pani, ale – z perspektywy lat – jeśli się dobrze zastanowić, to zobaczymy, że, jakkolwiek jej zachwyt nie był komiczny, ona przynajmniej nazywała rzeczy po imieniu. Ona zwyczajnie opisała stan faktyczny. Stwierdziła fakt – że w Niemczech jest bardzo dużo samochodów, i że dla kogoś nieprzyzwyczajonego, nie jest łatwo się w tym zgiełku poruszać. Jakkolwiek jednak byśmy byli rozbawieni zachwytem tej pani, jedno jej przyznać trzeba. Nie wrzasnęła: „Ależ tam jest Europa!”
Z punktu widzenia dzisiejszych czasów i emocji, jakie nam przyszło odczuwać, ta pani zachowała się jednak jak burak na widok tzw. cywilizacji. Dla niej ulica była szosą, a samochody taksówkami i wszystko działo się bardzo szybko. Ale ja bym bardzo chciał podkreślić raz jeszcze. Ona przynajmniej nie uznała, że własnie miała kontakt z Europą. A nawet, jeśli gdzieś w głębi swojej świadomości czuła, że była w Europie, to z pewnością słowo Europa rozpoznała w jego dosłownym, zgodnym z prawdą, znaczeniu. A nie zrobiła tego, co niestety robi notorycznie, dzień w dzień, aż do tak zwanego ‘porzygania” wielu z nas. Pierwszy raz wyjechałem za granicę bardzo późno, kiedy już miałem 25 lat. I tak nie najgorzej. Kiedy pracowałem w szkole, miałem kolegę polonistę, który – nawet dziś, w czasach, które nie dają człowiekowi za dużo szans – wyjechał ze służbowo do Francji i w ten sposób zainicjował swój kontakt ze światem. Jeśli przypadkiem to czyta – a nie jest to wykluczone – to go bardzo pozdrawiam. On wie. Więc wyjechałem do tego Frankfurtu (prawdziwego) i najpierw poczułem zapach, którego nigdy wcześniej nie czułem i nigdy nie zapomnę. Dziś wiem, że to był zapach towarów w sklepach. Ci którzy są zbyt młodzi, żeby wiedzieć, mogą nie uświadamiać sobie tego faktu - sklepy pachną. Więc poczułem najpierw zapach, a następnie zauważyłem, że ludzie są mili. Że sprzedawczynie w sklepach odzywają się do klientów śpiewnym tonem, Że na ulicach nie widać pijaków i tzw. hołoty. No i oczywiście te „taksówki”. Spodobała mi się Europa. Do tego stopnia mi się spodobała, ze w pewnym momencie postanowiłem się tam przenieść, ale dzięki Bogu (!!!) wybuchł stan wojenny i jestem tu gdzie jestem.
Europa mi się spodobała, choć – muszę przyznać – nie potrafiłem ani na moment wyzbyć się pewnego napięcia. Na przykład bardzo byłem rozczarowany, że kiedy poszedłem do kina na film Easy Rider, który w Polsce z jakiegoś powodu był niedostępny, wszyscy palili papierosy i gadali, a film oczywiście był zdubbingowany. Uznałem wówczas, że w Polsce mi się podoba lepiej. Nie podobało mi się też, że ludzie – owszem – byli bardzo sympatyczni, ale nie mogłem ani na chwilę przestać myśleć, że oni są jak automaty. Tutaj też Polska podobała mi się bardziej. Pamiętam, kiedy pewien kolega pokazał mi pewnego studenta medycyny, kory z przepracowania najzwyczajniej w swiecie stracił zmysły. Bo medycyna w takim swiecie to nie byle co. Ale i tak mi się podobało. Bo to była Europa, a nie ruskie chamstwo.
Ponownie wyjechałem do Europy po 15 latach, do Anglii i do Walii. Było cudownie. Ale już – tym razem – do głowy mi nie przyszło, że chciałbym tam żyć. A przynajmniej nie tak do końca na poważnie. Później zdarzyło mi się być w Anglii parę razy, raz we Francji (pewnie tego nie czytasz, Mariuszu, ale – na wszelki wypadek – pozdrowienia) i zawsze byłem zachwycony. Nie zmienia to faktu, że z pięknego Avignonu pamiętam głownie te bandę młodych idiotów, drących mordy w samym środku tego cudownego miasta, wściekłych, pełnych nienawiści. I pamiętam, jak patrzyłem na nich i nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że los rzuca człowieka w takie miejsce, a ten odwraca się do tego losu plecami.
Dziś bardzo tęsknię za południem Francji, za Londynem, a nawet może i za tym Frankfurtem, a jednocześnie czytam na TVN-owskim pasku, że w Berlinie spalono kilkanaście eleganckich samochodów, a we Francji kilkadziesiąt. A oprócz tego oczywiście przyswajam wszelkie inne wiadomości. Wczoraj, mój kolega LEMMING, nie do końca chyba zrozumiawszy, mój ‘anty-europejski’ wpis, przypomniał mi, że wielka Hiszpania zeszła do piekła. Ja to wszystko, Mój Drogi, wiem. Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co z tą naszą Europą zrobiła ta banda, ten obślizgły gang barbarzyńców. Ja świetnie zdaję sobie sprawę, co tam się wyprawia. Ale jednocześnie wiem, że w momencie, jak przekroczymy naszą zachodnią granicę, pierwsze co spotkamy to przemili, grzeczni ludzi.
Młody Toyah spędził ponad miesiąc w Hiszpanii tego lata. Chciał znaleźć jakąś pracę. Byliśmy pewni, że nie będzie z tym najmniejszego kłopotu. On, według wszelkich, powszechnie obowiązujących standardów, wygląda bardzo dobrze. Jest mądry, grzeczny, wykształcony, no i zna świetnie hiszpański. Niestety, Hiszpania przeżywa ciężki kryzys i tam gdzie on akurat był, bezrobocie sięga ponad 20%. Jak idzie o Hiszpanię, wiemy – jak już wspomniałem – coś znacznie więcej. To jest piekło. Mimo to, młody Toyah tęskni za Hiszpanią dzień w dzień. On tęskni za tymi ludźmi, za tą Europą. Za tym kosciołem, z tym niezwykłym księdzem. Za ta prawdziwą Europą, która – mimo wszystko – wciąż jakoś sobie radzi.
I teraz trzeba nam wrócić do języka i do tego kłamstwa. Ja wiem, co to jest Europa. Ja wiem co to jest europejskość i co to jest dzicz. Jeśli dziś, po tych wszystkich latach moich doświadczeń, moich nadziei i moich zawodów, muszę słuchać z ust ludzi zakłamanych, fałszywych i złych jakieś niestworzone bzdury na temat Europy i buractwa, to ja bardzo dziękuję. Ja doskonale się orientuję, co jest wielkie w Europie i dlaczego należy do tej Europy niestrudzenie zmierzać. Ja doskonale wiem, jak nam bardzo ta Europa jest potrzebna. Ale ja też doskonale zdaję sobie sprawę z tego, do czego tę piękną Europę doprowadzili zwykli tandeciarze, najzwyklejsza sowiecka hołota. Jeśli ja dziś słyszę w mojej ulubionej telewizji o brytyjskich nożownikach, o tych rozbitych rodzinach, o tej wiecznie dostępnej aborcji, o tych bandach faszystów i zwykłych debili niszczących swoje piękne miasta, to ja doskonale wiem, co się w mojej Europie wyprawia. Jeśli ja dzień w dzień muszę słuchać, jak ta banda kretynów próbuje mnie naciągnąć na najbardziej tandetny numerek, to ja proszę, żeby mnie z tego wyłączyć. Bo ja wiem, czym jest Europa. I wiem, że to, co mi proponujecie, to nie jest żadna Europa. To zwykła ruska gra w trzy karty. Na koniec, chciałbym – jeszcze raz – zwrócić uwagę na to towarzystwo, z którym mamy do czynienia. Oto ludzie, którzy nie mogą nam dać spokoju nawet na chwilę z tą swoją niby-Europą. Od rana do nocy, zawracają nam głowę, swoimi głupkowatymi uwagami na temat tego co europejskie, a co zaściankowe. No ale niech będzie. Może faktycznie im chodzi o Europę autentyczną, o Europę piękną, Europę szlachetną? Tyle że to akurat nie jest prawda. Wystarczy im się przyjrzeć. Wystarczy popatrzeć, jak się zachowują, posłuchać co mówią. Pozwolę sobie znów pokazać na nich palcem: Donald Tusk z tą swoja gumą do żucia i w piłkarskich gatkach, Kazimierz Kutz z tymi swoimi przekleństwami, ten Piotr Najsztub, czy Waldemar Kuczyński, którzy nie wiadomo, czy się nie umyli, czy zapomnieli zmienić ubranie. A przecież mogę tak wymieniać jeszcze przez pół strony. Oni, kiedy nas ciągną do tej swojej ‘Europy’, mają na mysli cos bardzo szczególnego. Oni, uznawszy, że Wielki Sowiet zdechł, obstawili coś, co im akurat wydało się interesujące. Ta banda ruskich chamów nie ma na uwadze Europy naszych marzeń. Im chodzi o cos dokładnie przeciwnego.
Oni są jak ci bohaterowie sondy najnowszego Wprost, kompletnie obojętne, bezmyslne, ogłupione dzieci, spędzające swoje życie między siłownią a lekcjami angielskiego, a na wakacje wyjażdzający wyłącznie do "Europy Zachodniej", o korych Wprost spekuluje, ze to oni sa nasza przyszłością.
Otóż nie. Przyszłośc nie będzie taka. Bo ten 'europejski' wypadek, to był w rzeczywistości tylko wypadek. I teraz wreszcie przychodzi czas na to, żeby dać świadectwo. Żeby pokazać, żeśmy się nie dali nabrać na ten nowy język. Żeby pokazać, a przede wszystkim powiedzieć, że w tej sytuacji, przy tych akurat propozycjach, przy tym poziomie kłamstwa, my pozostaniemy wierni sobie. My postanawiamy zostać burakami.

czwartek, 11 grudnia 2008

O wyższości czarownika nad docentem



Mój wczorajszy tekst, dotyczący upadku czegoś, co się powszechnie nazywa ‘cywilizacją chrześcijańską', ku mojemu ubolewaniu, sprowokował dwojaką reakcję. Albo został zlekceważony, na co wskazywałaby bardzo niewielka liczba komentarzy, albo kazał niektórym zarzucić mi rasizm, a nawet antysemityzm (sic!). Oczywiście, napisało do mnie też kilku użytkowników, którzy skomentowali te moje refleksje w sposób przede wszystkim merytoryczny, a również czasem niezwykle przyjazny - za co jestem im bardzo wdzięczny - ale, jak mówię, ogólne wrażenie miałem takie, że jeśli ktoś w ogóle uznał, ze warto było to czytać, to głównie po to, żeby mi dosolić. Naturalną koleją rzeczy, wydawałoby się, powinno być to, że lepiej by mi było zająć się jakimś innym tematem, albo w ogóle na pewien czas zwolnić, ale co zrobić, jeśli męczy mnie ta wielokulturowość bardzo i nie daje spokoju? Trudno. Najwyżej Wy sobie trochę ode mnie odpoczniecie.
Więc zacznę tak. Kiedyś, jeszcze w zamierzchłych czasach komuny, miałem kolegę, który studiował architekturę w Gliwicach. Opowiadał mi on pewnego razu, że mają na roku takiego jednego kumpla, który pochodził z Afryki. Któregoś dnia, na wykładzie z ekonomii politycznej kapitalizmu, czy socjalizmu - wówczas to było obojętne, bo i tak chodziło o jedno - któryś z tych specjalistów od prania mózgów tłumaczył im coś na temat tego, że życie jest formą istnienia białka i że te religie i takie tam, to wszystko jest nic nie warte. I wtedy, ten jego czarny kolega powiedział, że to wszystko jest bardzo ciekawe, ale on ma inne doświadczenia. I opowiedział historię o tym, że u nich we wsi - w tej Zambii, czy gdzieś tam - jest pewien czarownik, który potrafi tak zrobić, że pokaże palcem na kogokolwiek, kogo sobie upatrzy i ten znika. Następnie, ten przebiegły czarownik pokaże palcem na tego kogoś jeszcze raz, i on się pojawia na nowo. Ponieważ ten specjalista od propagandy wprawdzie był bolszewicką swołoczą, ale nie koniecznie był głupi, zapytał studenta sprytnie, jak ten czarownik może pokazać palcem na kogoś, kogo nie widać, bo zniknął. Student wzruszył ramionami i odparł, że on nie ma pojęcia, ale myśli, że skoro on jest czarownikiem, to jakoś to potrafi. Docent w tym momencie odpadł.
Przypomniała mi się ta historia niedawno, właśnie przy okazji moich rozmyślań nad wielokulturowością, wpływem jednych kultur na inne i nad tym, jak to jest, ze jedne kultury upadają, a inne trwają w najlepsze. Otóż myślę sobie, że jest rzeczą absolutnie oczywistą, że w sytuacji, kiedy spotka się jakaś grupa ludzi, powiedzmy dziesięcioosobowa, czy - by trzymać się bliskich mi porównań - wielkości klasy szkolnej, nie ma takiej możliwości, żeby wewnątrz tej grupy panowała idealna równość i braterstwo. Oczywiście, oni mogą żyć w zgodzie, mogą nawet być bardzo solidarni i lojalni wobec siebie, mogą nawet wszyscy bardzo się przyjaźnić, ale zawsze będzie tam ktoś, a często nawet i parę osób, które będą ważniejsze i po prostu lepsze. Ktoś, kogo zdanie będzie się bardziej liczyło, niż zdanie innych, ktoś, kto będzie swoich przyjaciół reprezentował na zewnątrz i ktoś, kto będzie symbolizował tę grupę. Jak to się dzieje, że jedni zostają przywódcami, a inni nie? Jak to się dzieje, że ktoś nagle zaczyna bardziej błyszczeć niż inni? Czy jest to może wynik tego, że on jest mądrzejszy? Czy może chodzi o to, że jest bardziej bezczelny? Czy może bardziej przystojny? Oczywiście, każda z tych rzeczy ma znaczenie, ale to co się liczy najbardziej, to wewnętrzna siła, jaka emanuje z tej osoby. Ta właśnie siła, wynikająca z jego pewności siebie, wierności zasadom, świadomości racji, sprawia, że wszyscy zaczynają go szanować zgadzają się by jego poglądy, jego koncepcje i jego pomysły dominowały. Czy przywódcą może zostać chłopak lub dziewczyna, którzy od samego początku przyjmują pozycję wyczekującą i ogłaszają wszem i wobec, że oni gotowi są dyskutować? Nigdy.
Mówimy o wielokulturowości. W moim przekonaniu, jeśli idzie o ten wymiar, który powyżej przedstawiłem, nie ma większej różnicy między grupą szkolną, a wielokulturowym społeczeństwem. Nie ma takiej możliwości, że w sytuacji, kiedy spotkają się różne kultury, czy cywilizacje, uda się między nimi stworzyć taką harmonię, że każdy stara się żyć dla siebie i dzielić się swoimi bogactwami z innymi, a jak przyjdzie potrzeba, zrezygnować z czegoś w co wierzy, na rzecz kogoś innego. Nie jest to możliwe w relacjach między ludźmi, a tym bardziej w relacjach między kulturami. Dlaczego tym bardziej? Dlatego, że ludzie są zdecydowanie bardziej elastyczni od kultur. Kultury są stare, niewzruszone i pewne swego. Dlatego też, podobnie jak w klasie szkolnej, w sytuacji zderzenia kultur, zawsze kultura silniejsza, bardziej pewna swojej wartości, bardziej przywiązana do swojej tradycji i swojej wiary, nie dość że wygra, że pozostanie silna, to jeszcze zacznie stopniowo wpływać na kulturę słabszą, a w efekcie ją przejmować.
Parę dni temu, w telewizji, przy okazji swojej wizyty w Polsce, występował Dalajlama. Przyszedł do studia w swoim tradycyjnym pomarańczowym stroju, boso, z gołymi ramionami, odsłoniętą pachą, założył nogę na nogę w ten sposób, że jego bosa stopa była skierowana prosto w kierunku kamery. Pomyślałem sobie wtedy, że oto mamy do czynienia z kulturą w pewnym sensie wyższą. Dlaczego? A dlatego mianowicie, że Dalajlama w tej naszej telewizji wyglądał wyjątkowo ekscentrycznie, ze swoją bosą stopą i wystawioną pachą, ale ani jemu, ani prawdopodobnie nikomu z widzów nie przyszło do głowy, że oto przed nami odstawia się jakąś - jak to lubią mówić młodzi - wieś. Każdy bowiem wiedział, że to co widzimy, to wielka, stara kultura, że ten który do nas mówi, to wybitny przedstawiciel tej kultury i że tak jak jest właśnie ma być.
Proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby do studia telewizyjnego przyszedł Marek Jurek z dużym krzyżem na piersiach i - powiedzmy - przeżegnał się przed rozpoczęciem rozmowy? Przecież z punktu widzenia religii, którą on reprezentuje, nie stałoby się nic szczególnego. W chrześcijaństwie, znak krzyża jest gestem powszechnym i w żaden sposób nie powinien wywoływać jakichkolwiek emocji. Co tam znak krzyża! Niechby on wspomniał, że w zeszłą niedzielę, kiedy był na mszy w kościele, to coś tam się zdarzyło. Ja już widzę te rozbawione twarze ludzi, którzy kiedy patrzą na Dalajlamę, kiwają z nabożeństwem głowami i wzdychają, jakiż to święty człowiek.
No ale dobrze. Jurek to polityk - marny bo marny - ale zawsze, więc może nie wypada mu mieszać swojej wiary do występów w telewizji. Wprawdzie Dalajlama trochę też, no ale wszyscy rozumiemy, o co chodzi. Pomyślmy więc, co by się działo, gdyby w tzw. dobrym towarzystwie jakiś katolik powiedział, ze on dziękuje za kiełbaskę, no bo dziś piątek. Czy to dobre towarzystwo pochyliłoby się nad katolikiem ze zrozumieniem? Ależ w życiu! Przede wszystkim wszyscy by uznali, że to jest jakiś nawiedzony wariat i dyskretnie by zaczęli chrząkać.
Dlaczego tak się dzieje? Dlatego mianowicie, że my, jako chrześcijanie, nie zrobiliśmy dokładnie nic, żeby pokazać światu, że z nami nie ma żartów. Do częstochowskiej kaplicy włażą jacyś zagraniczni turyści w czapkach i nawet im do głowy nie przyjdzie, ze gdyby podobnego gestu bluźnierstwa dopuścili się w meczecie, w buddyjskiej świątyni, czy w synagodze, już by było po nich. Inna sprawa, że oni, gdyby planowali wizytę w Taj Mahal, albo gdzieś w tureckim meczecie, to wcześniej przeszukali by wszystkie przewodniki i strony internetowe, żeby przypadkiem nie wyskoczyć z czymś głupim.
Proszę sobie przypomniec, co się wyprawiało wśród komentatorów przed wyjazdem pana prezydenta do Japonii. Jak oni się zastanawiali, co w Japonii wypada, a co nie wypada w Korei, a jak jeść, jak stać, jak mówić, jak milczeć. I wszyscy okropnie się martwili (albo się cieszyli), co to będzie, jeśli Prezydent nagle zrobi coś takiego, że tamta kultura tego nie przyjmie. Kiedy przyjeżdża do Polski ktoś z Kuwejtu, Seulu, Jerozolimy, czy Osaki, nikt się nie zastanawia, czy ten ktoś przypadkiem nie zrobi głupstwa w postaci odmówienia kieliszeczka czystej wyborowej. Że już nie wspomnę o wystawianiu gołej nogi do kamery telewizyjnej.
Jakie więc szanse w wielokulturowym społeczeństwie ma chrześcijanin, który pragnie zamanifestować swoją kulturę, tradycję, swoją wiarę? Dokładnie żadne. Owszem, on może sobie się cichutko pomodlić, może położyć na wigilijnym stole opłatek, może nawet zaśpiewać z sercem i wiarą kolędę, ale niech nie liczy na to, że on będzie mógł to samo - z tą samą powagą - zaprezentować na zewnątrz. Natychmiast zaczną go pokazywać palcem i krzyczeć, że jest bezczelny, agresywny, nietolerancyjny, a przede wszystkim nawiedzony. I on to wie. I dlatego siedzi cicho. Nie pcha się. I efekt jest oczywisty. Wszędzie gdzie dochodzi do starcia kultury chrześcijańskiej, i kultury - powiedzmy - wschodniej, w sposób naturalny zaczyna dominować kultura wschodnia, a efektem tego jest to, że wszystko co dotychczas jakby wyrastało z chrześcijaństwa, zostaje zredukowane do jedynie obyczaju, który może być przestrzegany tylko o tyle o ile nie przeszkadza innym, natomiast wszystko co istnieje na zewnątrz tej kultury i tej cywilizacji, zachowuje pełną autonomię, a nawet - w pewnym sensie - status czegoś oficjalnego.
Blog, który prowadzę jest blogiem politycznym, więc wypadałoby jakoś przynajmniej wspomnieć o polityce. Proszę uprzejmie. Dziś mój salonowy kolega Free Your Mind (jeszcze raz, gratulacje z powodu rozpoczęcia ósmej setki) przedstawił wspaniały komentarz dotyczący zachowania grupy nawiedzonych europejskich ideologów, którzy przyjechali do prezydenta Czech Klausa i go najzwyczajniej w świecie opieprzyli http://freeyourmind.salon24.pl/106133,index.html . FYM nie może pojąć, jak coś tak oczywiście bezczelnego i chamskiego, mogło nie wzbudzić odruchu protestu u korespondenta Polskiego radia we Francji, Tomasza Siemieńskiego. Więcej - nie dość, że nie wzbudziło odruchu protestu, to wywołało wręcz brawa. FYM uważa, że są rzeczy w tak oczywisty sposób haniebne, głupie i przykre, że normalny człowiek nie powinien w żaden sposób pozostać wobec niech obojętny. Zapomina jednak mój wybitny kolega, że to nie tylko Siemieński uważa, że politycy z Brukseli postąpili słusznie. Oni sami też tak uważają. Uważam, że każdy szczerze wierzący Europejczyk nie da powiedzieć złego słowa na to, co się stało. Dlaczego? Bo oni są jak sekta. Pisałem już o tym na blogu FYM. Ale powtórzę tu raz jeszcze. Oni są po prostu jak sekta. A jeśli ich to obraża, to niech będzie - religia. Wielka, potężna, nieustraszona religia. A jej wyznawcy są jak krzyżowcy - dumni, pewni swego i gotowi polec za to w co wierzą. To że oni obstawili zło, nie ma najmniejszego znaczenia. Tu się liczy tylko siła wiary. W tej sytuacji, nie ma takiej możliwości, że Tomasz Siemieński nagle uzna, że może warto by było troszkę się wstrzymać. Mowy nie ma! Oto wiara prawdziwa.
Jestem przekonany, że gdyby któregoś dnia, jakieś brukselskie ciało postanowiło, że wszyscy urzędnicy wyższego szczebla pracujący w Brukseli, będą w czasie oficjalnych okazji występować tylko w majtkach i w łyżwach na nogach, oni nie dość że natychmiast zaczęliby się tak nosić, ale robiliby to z dumą i z poczuciem misji. Jestem również pewien, że Tomasz Siemieński w jednej chwili uznałby, że tak jak jest, jest dobrze, a ktokolwiek by stwierdził, że to idiotyzm, zostałby przez Siemieńskiego wyśmiany i oskarżony o brak tolerancji. Albo wręcz antysemityzm. A cała kupa politologów, socjologów i psychologów wyjaśniłaby w telewizji, jak to się dzieje, że polskie społeczeństwo - katolickie i zaściankowe - nie potrafi kulturalnie odpowiedzieć na wyzwania nowej ery?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...