Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wprost. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wprost. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 sierpnia 2014

Michał Figurski już nie lubi Marysi Peszek

W poprzedniej notce, tej z felietonem z „Warszawskiej Gazety”, wspomniałem – swoją drogą, chyba niedobrze, że tylko wspomniałem, bo tak naprawdę to był główny temat i sens owego tekstu – o wywiadzie, jakiego tygodnikowi „Wprost” udzielił człowiek nazwiskiem Michał Figurski. Myślę, że większość z nas wie, kto to taki ów Figurski, na wszelki wypadek jednak krótko przypomnę. Figurski to człowiek, który od lat już wielu, tworząc dziennikarską parę z Kubą Wojewódzkim (o nim też słyszeliśmy), znany jest z tego, że, jak to mówi młodzież, „obsrywa” wszystkie świętości kojarzone z wymiarem tradycyjnie opisywanym przez trzy słowa: Bóg, Honor, Ojczyzna. Publiczna działalność Figurskiego – podobnie, jak jego biznes partnera Wojewódzkiego – osiągnęła tak znaczący sukces, że ostatecznie w polskiej przestrzeni publicznej, obok być może Kazimierza Kutza, Janusza Palikota ze zgrupowanymi wokół niego onanistami, oraz kilkoma pisarzami, nie ma ludzi w sposób tak jednoznacznie oczywisty identyfikowanymi z antypolską propagandą i prostym zaprzaństwem.
Publiczna działalność Figurskiego i Wojewódzkiego w pewnym momencie osiągnęła ten poziom, że dobrzy ludzie, którzy, jak wiemy, zawsze potrzebują wiedzieć, skąd się bierze to zło, które nas otacza, zaczęli grzebać w historii i znaleźli informacje wskazujące, że Wojewódzki to syn stalinowskiego prokuratora, natomiast Figurski urodził się w Moskwie, jako dziecko komunistycznego urzędnika. O Żydach informacji żadnych akurat już nie było, ale, jak znamy życie, tu też pewne pole manewru się otwiera.
I oto dziś, Michał Figurski, człowiek, o którym można jeszcze niedawno było sądzić, że przez serię bardzo niefortunnych wystąpień, jego kariera ulegnie ostatecznemu załamaniu, a on sam skończy na wysypisku polskiego nie tylko dziennikarstwa, ale w ogóle życia publicznego, udzielił wywiadu tygodnikowi „Wprost”, gdzie stwierdził, że dla niego Polska stanowiła zawsze wartość największą, słowo „Ojczyzna” budziła w nim wyłącznie pełne łez wzruszenie, że on każdego 1 sierpnia o godzinie 17.00 staje wyprostowany na baczność, by oddać hołd Powstańcom Warszawy, natomiast gdy już idzie o jego rosyjskie zaszłości, to kiedy pierwszy raz usłyszał o Katyniu poczuł wstyd z powodu swojego – jakże niezawinionego przez siebie – pochodzenia.
A kariera, a Wojewódzki, a te wszystkie skandale? Otóż to był tylko teatr, w dodatku tak naprawdę firmowany nie przez Figurskiego, ale przez Wojewódzkiego, z którym Figurski, owszem, się koleguje, ale tak naprawdę ideologicznie oni zawsze się różnili w niemal stu procentach. Figurski, jak czytamy w rozmowie „Wprostu”, zawsze całym sercem był z Ojczyzną, on nawet kiedyś zadzwonił do swojej przyjaciółki Marysi Peszek i zwrócił jej uwagę, że przy całym swoim dla niej szacunku, on nie jest w stanie słuchać jej piosenki o tym, że ona ma Polskę w dupie. Bo dla Figurskiego nie istnieje jakikolwiek dylemat: gdy dojdzie do wojny Polska – Rosja, on, mimo swojego pochodzenia, korzeni, rodzinnych związków i tego tatuażu wydzierganego cyrylicą na ramieniu, będzie walczył ramię w ramię z polskimi patriotami.
Ktoś mi powie, że mnie ponosi, że są granice absurdu, a moja skłonność do żartów jest na tyle znana, że już nikt nie da się na nią nabrać. Proszę więc uprzejmie; oto cytat:
„Daleko mi do radykała, ale pewne zginąłbym pierwszego dnia wojny. Bez żadnego pomyślunku wyszedłbym walczyć z każdym, kto podniósłby rękę na mój kraj, na moją rodzinę. Za kraj, za ojczyznę. Jestem wielkim fanem Marysi Peszek. Bardzo mnie zabolała jej piosenka: ‘Sorry Polsko, sorry Polsko, wybacz mi, nie przeleję za ciebie ani jednej kropli krwi’. To się kłóci z moim światopoglądem. Zadzwoniłem, powiedziałem jej o tym. Myślę, że patriotyzm trzeba w sobie hołubić. Żal mi, że tak bardzo nie szanujemy polskiej flagi, że patriotyzm sprowadzany jest do pieniactwa i obrzucania się kamieniami na Krakowskim Przedmieściu”.
Czasy są takie, że można uznać, że możliwe jest już wszystko, a oburzać można się na to, że z jakiegoś powodu nie wychodzą nam esemesy, w tym samym już stopniu, co na to, że jakaś zaćpana para ugotowała swoje dziecko w piekarniku, bo uznali, że spłodzili Szatana. W tym świecie występ Michała Figurskiego dla tygodnika „Wprost” może więc wzbudzić już tylko wzruszenie ramion. Ja bym jednak sprawy nie lekceważył. Tu tak naprawdę nie chodzi ani o Figurskiego, ani o Peszek, ani o Wojewódzkiego, ani nawet o Wojciecha Cejrowskiego, o którym Figurski mówi „Wojtek”. Rzecz w tym, że staliśmy się ostatnio obiektem ataku, o jakim wcześniej świat nie słyszał. Chodzi o to, co tak znakomicie w swojej powieści o ludziach i zwierzętach opisał George Orwell. Fikcja się realizuje w świecie realnym, a jak sobie z tą sytuacją poradzimy, zależy już tylko od nas.

Serdecznie wszystkich proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej pomocy, nie przeżyjemy nadchodzącego tygodnia.

piątek, 15 sierpnia 2014

Wojna nowego typu, czyli o dobijaniu jeńców

Ponieważ mamy święto, kolejny numer „Warszawskiej Gazety” ukazał się już wczoraj, a nam więc pewnie nie zaszkodzi zapoznać się już dziś z moim najnowszym tam felietonem. O naszych i nie-naszych.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że czytelnicy „Warszawskiej Gazecie” są ludźmi na tyle roztropnymi, że gdy przychodzi do nich ktoś, kogo oni widzą po raz pierwszy w życiu, albo tym bardziej, o kim wiedzą, że to jest znany łajdak i krwiopijca, i informuje ich, że właśnie przyszedł z dobrą nowiną, oni najzwyczajniej w świecie albo go dokładnie przepytają, albo, co bardziej prawdopodobne, wyrzucą na zbity pysk tam gdzie płacz i zgrzytanie zębów. Wiem to bardzo dobrze, niemniej chciałbym dziś zwrócić uwagę na pewne zjawisko – zjawisko zdecydowanie niebezpieczne – które, moim zdaniem, zaczyna ostatnio zataczać szerokie kręgi, a które niesie w sobie jednocześnie taką porcję bezczelności, że zaczynam się poważnie zastanawiać, czy ono przypadkiem nie stanowi część projektu większego, nad którym my już możemy nie mieć kontroli, a który ostatecznie doprowadzi nas do stanu, gdzie już, jak w słynnym „Folwarku zwierzęcym” Orwella, nikt nie będzie wiedział, który z nas to człowiek, a który to świnia.
Co mam na myśli? Otóż mam wrażenie, że od pewnego czasu, z zastanawiającą wręcz częstotliwością, media informują nas o kolejnych nawróceniach w gronie tak zwanych celebrytów. Oto okazuje się, że każdy kolejny dzień przynosi nam informację, że ktoś znany nam dotychczas z tego, że na co dzień zajmował się wtykaniem polskiej flagi w psie kupy, głosił, że bycie Polakiem to coś, co może imponować najwyżej w Sudanie, czy w Północnej Korei, i że do smoleńskiej masakry doszło wyłącznie dlatego, że szef całej tej eskapady był pijakiem i głupkiem, nagle okazuje się być polskim patriotą, który już od wielu lat, każdego 1 sierpnia o godzinie 17, pręży się na baczność, by uczcić pamięć Powstańców, a jeśli idzie o dzisiejszą politykę, on jest całkowicie neutralny, bo dla niego liczy się tylko Polska. A dlaczego myśmy o tym wcześniej nie wiedzieli? No bo tak to akurat wyszło, sami państwo rozumiecie: praca, interesy, towarzystwo, brak czasu, drobne błędy w ocenie, a więc w sumie życie. To życie.
Mieliśmy więc już kilka owych wskrzeszeń, ostatnio, trochę pewnie przez zauważalny wzrost sondażowego poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości, natomiast wszystkie one autentycznie giną przy ostatnim z nich. Oto, jak donosi tygodnik „Wprost” – tak, tak; to ci, co zostali ostatnio wyznaczeni do przearanżowania polskiej sceny politycznej – poinformował w specjalnie na tę okazję przeprowadzonym wywiadzie, że Michał Figurski, a więc człowiek, który dotychczas znany był z tego, że jego ambicją jest co najmniej zostać ojcem chrzestnym prawnuka Jerzego Urbana i zrobić z tego event na skalę ogólnopolską, właśnie zrozumiał swoje błędy, oświadcza, że tak naprawdę wszystko to przez złe towarzystwo Kuby Wojewódzkiego, ale od dziś on już pragnie służyć tylko Polsce.
Sondaże, proszę państwa, nie kłamią. Sprawy idą ostro. A my pamiętajmy o jednym: jeńców tym razem nie bierzemy.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam są tylko rzeczy dobre. A kto na kupowanie książek na razie ochoty nie ma, może zechce wesprzeć ten blog pod podanym obok numerem konta. Bez Waszej hojności, nie przeżyjemy.

sobota, 26 lipca 2014

XXI wiek stuleciem Afryki. I Polski

Poniższy tekst ukazał się w wydawanym przez Piotra Bachurskiego piśmie „Polska Niepodległa”. Powiem uczciwie, że nie miałem dotychczas tego w ręku, więc nie mam tu nic do powiedzenia. No ale myślę, że skoro niepodległa, to dobrze. W końcu, to tak samo jak ten blog.

Sam nie potrafię w to uwierzyć, ale jest tak, że u nas w domu ostatnio, zamiast zwyczajowych starych egzemplarzy tygodnika „W Sieci”, czy nawet „Warszawskiej Gazety”, walają się trzy ostatnie numery „Wprostu”, te z taśmami. Ponieważ na dodatku cała moja rodzina zabrała się z domu i rozjechała się po różnych miejscach kraju i świata, zostawiając mnie samego z psem, a on, jak wiemy syf, który w związku z tym tu zapanował, z prawdziwą przyjemnością akceptuje, numery tej szmaty są w takim stanie, jakby zostały mu wyjęte z gardła. Ja ich jednak wciąż używam, czy to przy krojeniu chleba, czy do stawiania na nich kubka z mlekiem, czy zwyczajnie, do zabijania nudy przy samotnym jedzeniu.
I oto, proszę sobie wyobrazić, ledwie wczoraj, trafiłem tam na tekst niejakiego Macieja Jarkowca, który mnie autentycznie poraził. Tytuł artykułu, „Ujadanie psów”, jest, jak większość tytułów prasowych, głupi, nie na temat, sformułowany tak a nie inaczej tylko po to, żeby ci co na niego trafią, najpierw poszukali, czy gdzieś jest coś o psach, a następnie wzruszyli ramionami i poszli szukać dalej, natomiast wystarczy już zajrzeć do tak zwanego leadu, żeby się zorientować, że żartów nie ma. Proszę posłuchać: „Afrykański boom jest oszustwem. Kontynent rozwija się tylko na papierze. W rzeczywistości postępuje jego upadek”.
W czym rzecz? Otóż, jak donosi ów Jarkowiec, „W Afryce trwa boom. Żaden inny kontynent nie rozwijał się tak szybko w ostatniej dekadzie. Według Banku Światowego 17 z 50 najbardziej dynamicznie rozwijających się krajów świata leży w Afryce. Średni roczny wzrost PKB w ostatnim dziesięcioleciu wahał się między pięć a dziesięć procent. Rekord świata pobiła bogata w ropę Angola, która w 2007 r. urosła niemal o jedną czwartą. Kontynent przecinają nowiutkie autostrady, miasta pełne są nowych biurowców, galerii handlowych, samochodów. Buduje się koleje, elektrownie, tamy, lotniska. Klasa średnia urosła do 310 mln. To dopiero początek – świetlaną przyszłość prognozują wyliczenia dowodzące, że Afryka skrywa 40 proc. nieruszonych surowców na planecie i oferuje 60 proc. nieuprawianej ziemi rolnej. Byłego prezydenta Nigerii Oluseguna Obasanjo entuzjazm poniósł aż do słynnego już dziś stwierdzenia, że XXI w. będzie stuleciem Afryki”. I oto czytamy ten tekst dalej, i wprawdzie o psach dalej nie ma nic, ale jest jeszcze ciekawiej. Nie mam wyjścia, póki co, muszę cytować, czas na refleksje przyjdzie później: „Kenia, w której trwa boom gospodarczy, to kraj, gdzie nie można wezwać policji na ratunek, gdzie nie ma karetek, bieżącej wody, prądu i toalet dla milionów najbiedniejszych mieszkańców. Jest państwem, gdzie nie ma państwa. Jak ze snu apologetów totalnie uwolnionego rynku: każdy radzi sobie sam. Zmarła w 2011 r. kenijska noblistka Wangari Maathai pisała, że podziały rasowe z czasów jej dzieciństwa zostały zastąpione przez te klasowe. Nie ma białych, czarnych i Hindusów. Są tylko ci, którzy mają pieniądze, i ci, którzy ich nie mają.
Jakkolwiek szybko by rósł kenijski PKB, miejskie latarnie od niepamiętnych lat są w Kisumu ciemne. Fakt, ostatnio powstało tu nowe lotnisko, kilkadziesiąt kilometrów wylotówki do Nairobi, kilka kilometrów wylotówki do Kisian i nowa galeria handlowa. Poprawił się dostęp do Internetu. Ale większość populacji półmilionowego miasta ciągle mieszka w czterech ogromnych slumsach okalających niewielkie centrum. Jest coraz ciaśniej, coraz brudniej i coraz niebezpieczniej. Znak postępu – chiński motor. Jeszcze do niedawna ze względu na tysiące rowerów miasto nazywane było Amsterdamem Afryki. Dziś jest tu szybciej, głośniej i duszniej od spalin. I tak samo biednie. W Dundze, podmiejskiej wsi, do której przyjeżdżam od dziesięciu lat, ludzie ciągle mieszkają w tych samych lepiankach (choć bardziej zniszczonych), piją tę samą wodę z jeziora (choć bardziej zanieczyszczoną), od której tak samo chorują. Znak postępu – nowe kościoły. Katolicy, zielonoświątkowcy, adwentyści, Hare Kriszna – jeden obok drugiego. Wszyscy chcą zbawić najbiedniejszych Afrykanów. […]
Ale w większości krajów afrykański boom jest fikcją, pustą projekcją ekonomicznych wykresów, które nie oddają brutalnej rzeczywistości milionów żyjących za dolara dziennie. Jak w Nigerii, która w kwietniu wyprzedziła RPA i została największą gospodarką na Czarnym Lądzie. Jednocześnie w ostatniej dekadzie o dziesięć procent wzrosła tam liczba ludzi żyjących w skrajnej biedzie – dziś stanowią oni 65 proc. 160-milionowej populacji kraju. – Spójrz na deltę Nigru – radzi Norbert, 30-latek z kenijskiej klasy średniej. – Taki los szykują nam wszystkim.
Odkąd pół wieku temu w delcie Nigru rozpoczęła się eksploatacja złóż ropy, naftowe koncerny do spółki z lokalnymi włodarzami zamieniły tę krainę w piekło. To na wykluczeniu z naftowych zysków i skrajnej biedzie wypasł się islamski ekstremizm spod znaku Boko Haram, który terroryzuje dziś Nigerię. Tymczasem Bank Światowy w ramach programu budzącego w Afryce ogromne kontrowersje chce stworzyć mapę złóż surowców naturalnych na całym kontynencie. Norbert pyta retorycznie: – Myślisz, że gdyby nagle okazało się, że Kisumu siedzi na ropie, zniknęłyby slumsy i wszyscy żylibyśmy długo i szczęśliwie?”
I jeszcze, obiecuję, że to już po raz ostatni, jeden fragment:
„Caleb Osiyo z Kibery nie ma pojęcia, że istnieje jakiś Bank Światowy, który wylicza prognozę tegorocznego wzrostu PKB w Kenii na imponujące sześć procent. Odkąd Caleb Osiyo pamięta, zaprząta go codzienna walka o to, żeby położyć coś dzieciom na stół. Ma trzy córki, żona jest w ciąży. Mieszkają na dziesięciu metrach kwadratowych lepianki bez prądu, wody, toalety. Załatwiają się we wspólnym dla kilkunastu domów wychodku albo do foliowej torebki, która ląduje potem na pobliskiej hałdzie śmieci. Mają lampę naftową, kuchenkę na węgiel drzewny i radio. Osiyo od 16 lat sprząta na targu rybnym, zarabia do 6 tys. szylingów (ok. 80 dol.) na miesiąc. Kiedyś stać ich było na dwa proste posiłki dziennie, dziś już tylko na jeden. Kenijski boom jest fałszywy, bo wzrost niewielkiej klasy średniej przynosi jednocześnie pogorszenie warunków życia biednej większości. Wzrastający popyt nakręca inflację. Najszybciej drożeją dobra pierwszej potrzeby: cukier, mąka, nafta. Pensje stoją w miejscu. Nierówności mierzone współczynnikiem Giniego w większości krajów Afryki Wschodniej spadały przez dziesięciolecia, ale w ostatnich latach znów rosną. W Kiberze, która zajmuje pięć procent powierzchni Nairobi, gniecie się 60 proc. populacji miasta. Zaraz za granicami slumsu wyrastają wille i ogrody z basenami. Kenijska parlamentarna komisja budżetu przyznaje w specjalnym raporcie, że skrajne ubóstwo, które dziś dotyka niemal 4 mln kenijskich rodzin, przez najbliższe lata będzie się rozszerzało”.
O co chodzi? O to mianowicie, że choć ja, świetnie zdaje sobie sprawę z tego, po co Latkowski postanowił akurat teraz opublikować ten tekst, nie mam też najmniejszych wątpliwości, że te wszystkie statystyki, te raporty Banku Światowego, te wyliczenia wskazujące na to, że, jak zostało powiedziane na samym początku, „XXI w. będzie stuleciem Afryki”, to najprawdziwsza prawda. Ani mi w głowie sugerować, że ci wszyscy specjaliści od światowych rynków dokonują swoich ocen niewłaściwie, lub że to, co media przekazują, to propaganda. Jestem pewien, że XXI wiek będzie stuleciem Afryki. Powiem więcej: jestem szczerze przekonany, że XXI wiek będzie też stuleciem Polski. W końcu, jak niedawno relacjonowały wszystkie poważne polskie media, nawet brytyjski „The Economist” zapewniał, że Polska przeżywa najlepszy czas od czasów Jagielonów, co tylko potwierdzało wcześniejsze słowa prezydenta Komorowskiego, że ostatnie 25 lat to czas, jakiego Polska w swojej dotychczasowej historii jeszcze nie miała. I ja tu wcale nie kieruję się jakimiś nędznymi emocjami, ale jak najbardziej racjonalną oceną tego, co widzę i słyszę. Przecież to w tym samym „Wproście” dopiero co czytałem, że najbogatszy Polak Jan Kulczyk, człowiek, o którym możemy powiedzieć wiele, ale nie to, że nie umie liczyć, przenosi swoje interesy z Polski do Afryki właśnie. I niech nam nawet nie przyjdzie do głowy sądzić, że on, gdyby ta Afryka to był jakiś humbug, ryzykował swój czas i pieniądze i bez sensu porzucał Polskę w najlepszym momencie jej rozwoju.
Inna sprawa, że ja też wcale nie sądzę, żeby dr Jan Kulczyk Polskę porzucał. On Polski z całą pewnością nie porzucą. Polska jest już odpowiednio zadbana i radzi sobie świetnie sama, tyle że teraz czas na Afrykę. Natomiast on akurat, tego jestem pewien, o nas nie zapomni. W końcu to Jan, a nie jakiś Samuel. To Kulczyk, a nie jakiś Rottenberg, czy Bauman. Cieszmy się więc, że mamy tak wspaniałego protektora. I z tak wysokiej półki.

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić nasze wszystkie książki. I proszę, bardzo, bardzo proszę, o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 20 czerwca 2014

Pies zeżarł stenogram - wracamy do codziennych zajęć

Oto dotarła do nas kolejna wiadomość, która, mimo że oczywiście nie poszerza naszej wiedzy na temat bieżącej rozgrywki ani o jotę, to pozwala nam się, mniej więcej przynajmniej, zorientować, co do tak zwanego kierunku i perspektyw. Jak się okazuje, redakcja „Wprost”, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, nigdy nie posiadała, i naturalnie nie posiada w chwili obecnej, żadnych taśm, na których miano zarejestrować rozmowę Elżbiety Bieńkowskiej z Pawłem Wojtunikiem. Oczywiście – na wypadek gdyby pani, pan i może jeszcze ktoś, mieli się poczuć zbyt bezpiecznie – powyższa informacja została uzupełniona dodatkową, że taśmy oczywiście są, a Latkowski ma je jak najbardziej obiecane. W tej sytuacji wygląda na to, że w wojnie między służbami osiągnięto chwilowe zawieszenie broni, strony liżą rany, a jeśli idzie o nas, to póki co – przynajmniej do czasu, gdy nie nastąpi nowy kryzys – możemy, jak dotychczas liczyć na kolejne wybory, które naturalnie, tak jak dotychczasowe, zostaną sfałszowane, a reżim będzie ulegał dalszej degeneracji, do momentu, gdy niezależne sondaże zaczną wskazywać spadek poparcia dla Platformy Obywatelskiej do poziomu 5 punktów i nawet już skorumpowana Europa nie zniesie wyborczego oszustwa na tym poziomie.
Jest jeszcze coś. Otóż podczas gdy dowiedzieliśmy się, że taśm z nagraną rozmową Bieńkowskiej z Wojtunikiem Latkowski nie posiada, wcześniejsze plotki, jakoby gdzieś tam wśród tego towarzystwa kręcił się też Jan Kulczyk, zostały bardzo dyskretnie przysypane niemal orwellowskimi liśćmi zapomnienia i już niedługo nikt z nas nie będzie wiedział, czy ten Kulczyk tam w ogóle był, czy może nam się to tylko to wszystko wydawało.
Oczywiście, podobnie jak wielu z nas, ja również odczuwam pewną frustrację z tego powodu, że sprawa zostaje systematycznie wyciszana, jednak mam tu do opowiedzenia pewną historię, która, jestem pewien, pozwoli nam się poczuć nieco lepiej. Otóż proszę sobie wyobrazić, że dziś rano szedłem sobie do parku z naszym psem i nagle patrzę, a tu na ścieżce wśród drzew leży jakiś dokument, z wyraźnym napisem: „Taśmy Wprost. Ściśle tajne” i z zapisem rozmowy między, jak się wydaje, dwiema osobami. Niestety, nie jestem w stanie zidentyfikować bohaterów owej rozmowy, bo poszczególne wypowiedzi – zapewne dla zachowania pełnej dyskrecji – oznaczone są wyłącznie literkami „x” i „y”, natomiast muszę wszystkich zapewnić, że tam nie ma naprawdę nic ciekawego. Żadnych dosłownie sensacji, żadnych rewelacji, powiem szczerze, że nawet brzydkie słowo pojawia się tylko raz. Jednym słowem, nudy na pudy. Wygląda na to, że wszystko to, co mogłoby być uznane za ciekawe, zostało już przez „Wprost” ujawnione. No ale ponieważ czytelnicy tego bloga i tak, mimo moich zapewnień, zapewne chcą wiedzieć, co tam jest napisane, to proszę bardzo. Oto, jak sądzę, najciekawszy fragment:

X: A ty lubisz brać w d…?
Y: Lubię nie lubię, tyle że nie koniecznie od ciebie.
X: Ale ja mam naprawdę długiego.
Y: Wszyscy mają długiego. To nie jest argument. A poza tym, są rzeczy ważniejsze u mężczyzny. Na przykład inteligencja.
X: Ha, ha, ha! Nie rozśmieszaj mnie. Który z nich jest inteligentny?
Y: Daj już spokój. I tak jesteś dla mnie za stary.
X: Przecież mówię, że mam długiego.
Y: Dobra, wrócimy do tej rozmowy po wyborach. Teraz pogadajmy o sprawach państwowych, bo inaczej PiS wygra i będziemy mieli inne problemy, niż to, co ja lubię, a czego nie.

I daje słowo, że tam już nie ma nic. Dosłownie nic. Więc nie ma o czym gadać. Poza tym, nawet gdyby mnie same ABW prosiło o ujawnienie tych materiałów, i tak bym nie był w stanie tego zrobić, bo te papiery wyrzuciłem jeszcze zanim wróciłem do domu, a w dodatku mój pies – jak wiadomo, labrador – wszystko natychmiast najpierw zeżarł, a potem wydalił w postaci trawy zmieszanej z czymś nieokreślonym.
Tak więc, jak widzimy, chyba nadszedł czas, by zakończyć temat taśm i zająć się przygotowaniami do lata, wakacji i dalszej walki o przeżycie, tym razem już na poziomie znacznie bardziej nam bliskim, niż wyznaczanym przez zachowania jakichś dziwnych ludzi, których nawet za dobrze nie znamy.

No i czytajmy książki. W księgarni Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl jest ich cała masa, w tym wszystkie moje, w tym dwa pierwsze „toyahy” w niezwykle atrakcyjnej cenie. I oczywiście apel dodatkowy. Mamy naprawde ciężki kryzys. Brakuje mniej więcj 3 tysięcy złotych, żeby odetchnąć. Każdy więc gest jest wyczekiwany jak przysłowiowy dżdż (tak to brzmi po polsku?) przez przysłowiową kanię.

czwartek, 19 czerwca 2014

O redyscyplinowaniu buldogów i o tym, co dalej

Sprawy rozwijają się w takim tempie, a my jesteśmy do tego stopnia skazani na własną intuicję i podejrzenia, że cokolwiek wymyślimy dziś, już tego samego dnia wieczorem może nie mieć najmniejszego znaczenia. W poniedziałek wysłałem swój ostatni felieton do „Warszawskiej Gazety”, ukaże się on dopiero jutro, a my od wczoraj wszyscy wiemy, że czas na dyscyplinowanie sług już dawno minął. Z jakiegoś powodu cel okazuje się znacznie bardziej radykalny – oni mają zostać ostatecznie i na dobre odprawieni. Jak wiele na to wskazuje, System uznał, że Platforma Obywatelska w dotychczasowym kształcie i pod dotychczasowym przywództwem uległa takiej degeneracji, że ów stan zaczął zagrażać bezpośrednio Systemowi właśnie, i że owo zagrożenie jest tak poważne, że można nawet zaakceptować powrót Jarosława Kaczyńskiego, a więc kogoś, kto jest przynajmniej przewidywalny, do władzy.
A więc, jak mówię, mój jutrzejszy tekst dla „Warszawskiej Gazety” wymaga tego jednego uzupełnienia: tu nie ma mowy o redyscyplinowaniu; tu dokonuje się zmiana władzy. Reszta pozostaje bez zmian.

Kiedy po raz pierwszy dotarła do mnie wiadomość, że nagrano polityków Platformy Obywatelskiej, jak ci – bardzo szczerze i najwidoczniej w kompletnej nieświadomości tego, że są na celowniku – prowadzą rozmowy kompromitujące pod każdym niemal względem całą formację, zanim zdążyłem się ucieszyć, że może wreszcie, raz i ostatecznie, szlag trafi tę bandę szkodników, pojawiła się wiadomość kolejna, że mianowicie czyszczeniem tego chlewa zajmuje się tygodnik „Wprost”. A zatem, przepraszam bardzo, ale jeśli na krajowej scenie politycznej obserwuję ruchy, których animatorem jest Sylwester Latkowski, to traktuję je oczywiście poważnie, ale nie z tym rodzajem powagi, jakiej on ode mnie oczekuje. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że nie widzę możliwości, by System naczelnym redaktorem dużego tygodnika opinii czynił człowieka, który ma publiczny zarzut zabójstwa, i żeby za tym stała zwykła beztroska. Nie jest też więc możliwe, by rewelacje tygodnika „Wprost” mogły mieć dla nas na tyle znaczenie, byśmy im potrzebowali poświęcać swoje najlepsze emocje.
Popatrzmy spokojnie na to, co się stało. Przez długie miesiące niezidentyfikowane służby podsłuchują przedstawicieli reżimu, a kiedy już zbiorą w miarę pełny materiał, udają się z nim do Latkowskiego i każą mu wszystko opublikować. Czemu tam akurat, to wiemy. Ustaliliśmy wcześniej, że nie po to Latkowski tam jest, by nie było z niego żadnego pożytku. Zastanówmy się więc, po co im to wszystko? W imię jakiego pożytku? Żeby obalić rząd Platformy Obywatelskiej i pomóc Jarosławowi Kaczyńskiemu odzyskać Polskę? Nie żartujmy, proszę. A może chodzi o to, że oni w ten sposób załatwiają tylko jakieś swoje porachunki, tyle że są tak głupi, że nie wiedzą, jakie z tej prywaty mogą wyniknąć przykrości? Ja wiem, że to są ludzie źli, podli, a może i głupi, no ale żeby aż tak głupi? Nie wierzę.
A więc jaki był tego wszystkiego sens, cel i zamysł? Jakiś oczywiście był, tyle że my tego ani nie mamy możliwości się dowiedzieć, ani tak naprawdę nic nam do tego. A skoro tak, pozostaje nam tylko mieć świadomość, że z tego całego zamieszania dla nas nie wynika nic. Kto miał przez ujawnienie owych podsłuchów zostać zdyscyplinowany – zdyscyplinowany został, pozycje zajmowane przez uczestników tej gry zostały zredefiniowane, poleciał oczywiście najgłupszy z nich wszystkich, czyli Sławomir Nowak, zapewne tylko po to, by inni zobaczyli, czym grozi się zapomnieć, no a przede wszystkim, jakie to wszystko potrafi być proste i szybkie. Natomiast nam – podkreślę to jeszcze raz – nic do tego. Nawet nie wiadomo, czy nadchodzące kolejne wybory są czymś, na co warto czekać. Jeśli oni podsłuchują samego Kulczyka, ta smutna grupa dziadków, występujących jako Państwowa Komisja Wyborcza robi wrażenie dość komiczne.
A zatem, czy jest coś? Cokolwiek, co moglibyśmy uznać, jako wiadomość dla nas? Owszem, tyle że to już bardzo dokładnie określił swego czasu Poeta: „Bądź wierny. Idź.”

Zapraszam wszystkich do księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia wszystkie moje książki, plus wiele innych, równie wartych uwagi. No i z prawdziwą desperacją, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

niedziela, 15 czerwca 2014

O amuletach, rytuałach, znakach i o nas - ludziach we mgle

Oczywiście, wczorajsze wydarzenia związane z kolejną odsłoną wojny między Służbami, robią wrażenie, niekiedy wręcz odbierając nam wszelką nadzieję na to, że to co obserwujemy od kilku lat kiedykolwiek się w ogóle skończy, a ja już naprawdę resztkami sił staram się wierzyć w to, że oni nie mogą być aż tak ukryci i tak silni.
Widziałem wczoraj okładkę najnowszego „Wprostu”, na której oni, zupełnie, jakby chcieli nam pokazać, że my już naprawdę nie mamy na co liczyć, przedstawiają tego Orła spadającego na zbity dziób, a ja mam wrażenie, że to jest obraz jeszcze straszniejszy, niż wszystko to, co on ma ilustrować.
Chciałbym więc może jeszcze raz skomentować to, co się być może dzieje, a być może wcale się nie dzieje, tylko komuś zależy, byśmy sądzili, że się dzieje, i przychodzą mi do głowy tylko dwie rzeczy. Pierwsza z nich to pogrzeb arcyksięcia Otto von Habsburga sprzed dwóch, czy trzech lat, a dokładnie ów jego fragment rytualnego wprowadzenia trumny do kościoła wiedeńskich kapucynów. Stoi ten orszak przed drzwiami kościoła, podchodzi jakiś człowiek i puka. Z drugiej strony stoją ci kapucyni z brodami i zapalonymi świecami i pytają, kto stuka. Człowiek odpowiada recytując niemal w nieskończoność wszystkie możliwe atrybuty ziemskiej władzy zmarłego arcyksięcia, a kiedy kończy tę litanię kapucyn odpowiada: „Nie znamy go”. Człowiek spod bramy zaczyna więc wymieniać wszelkie możliwe czysto ludzkie zasługi zmarłego Habsburga, niestety kapucyn znów odpowiada: „Nie znamy go”. No i wreszcie, zgodnie z odwiecznym rytuałem, człowiek pod bramą woła: „Otto von Habsburg, człowiek grzeszny”… no i w tym momencie otwiera się brama i można wnieść trumnę.
I to jest pierwszy obraz. Drugi to reklama którejś z rumuńskich sieci komórkowych, której opisywać nie muszę, bo wszystko widać jak na dłoni i każde dodatkowe słowo jest zbędne. Któryś z bardziej wrażliwych komentatorów tego bloga zechciał nam ją tu uprzejmie pokazać, a my już tylko mamy w głowie te dwa słowa: Rumunia i Polska, Polska i Rumunia.
No i wreszcie pojawia się ta knajpa, o której w wydanym dziś oświadczeniu jej właściciel mówi, że oni zawsze się starali o to, by ważni goście byli odpowiednio traktowani i że oni są zdeterminowani, by ów standard dalej trzymać… no i te taśmy, te twarze, te słowa.
I to wszystko. Proszę zechciejmy obejrzeć w skupieniu obie opisane przez mnie wcześniej sceny, i proszę módlmy się za naszą Ojczyznę, tak jak to robili ci, których już z nami nie ma sto, dwieście i trzysta lat temu.



sobota, 14 czerwca 2014

O patriotyzmie zdrajców

Kiedy syn mój przyszedł do mnie z informacją, że Latkowski otrzymał od służb taśmy, które nam już w poniedziałek odtworzy i wszyscy będziemy mogli sobie posłuchać, jak na niemal wszystkich strategicznych poziomach, gawędzą ze sobą politycy Platformy Obywatelskiej i związani z nią biznesmeni, przyszły mi natychmiast do głowy trzy rzeczy. Pierwsza, związana bezpośrednio ze wspomnianym Latkowskim, że teraz już chyba mamy pełną wiedzę, jak to się dzieje, że człowiek, na którym ciąży publicznie sformułowany zarzut udziału w mafii a nawet morderstwa, jest naczelnym redaktorem jednego z głównych tygodników opinii w Polsce i sytuacja ta nie staje się nawet tematem szerszej publicznej debaty. Druga refleksja to taka, że chociaż w tej sytuacji ja bym od Prawa i Sprawiedliwości oczekiwał, że będzie spokojnie czekało na rozwój wydarzeń i nie dało się sprowokować, z całą pewnością się tego nie doczekam, a zamiast tego zarówno prawicowi politycy, jak i media już za chwilę uczynią taki rwetes, że już nikt nie będzie wiedział, kto zaczął, kto tu jest człowiekiem, a kto świnią. No i wreszcie refleksja trzecia: już za parę dni minister Paweł Graś ogłosi, że Donald Tusk się naprawdę wściekł, że zwołał wewnętrzne konsultacje, że tym razem już głowy z pewnością polecą, w tym momencie reżimowe media sprawę zamkną i już tylko wszyscy będziemy rozmawiać o kolejnych kompromitacjach Krystyny Pawłowicz, czy Marka Kuchcińskiego. Potem przyjdzie lato i wakacje i jedynym efektem tego całego zamieszania będzie to, że Latkowski umocni się na zajmowanych przez siebie pozycjach i zacznie już na spokojnie porządkować kolejne taśmy.
Tak sobie myślałem, kiedy zobaczyłem, że dokładnie to samo, tyle że krócej i bardziej ogólnie, napisał będący ostatnio moja obsesją senator Libicki. Dokładnie rzecz biorąc, Libicki, jak najbardziej słusznie, zauważył, że teraz rozwój zdarzeń będzie zależał od tego, „co jest społecznie silniejsze: strach przed Smoleńskiem i Macierewiczem czy oburzenie na treść tych taśm”, no i, naturalnie, wyraził nadzieję, że strach przed Macierewiczem wygra.
Proszę zwrócić uwagę na to, co się dzieje. Latkowski ujawnia te taśmy, jako jeden z pierwszych pojawia się przedstawiciel reżimu, z tym swoim triumfującym, śliskim uśmiechem, mówi nam, że nie mamy się co cieszyć, bo on doskonale wie co dalej będzie, a my, jak na zawołanie, zamiast wzbudzić w sobie choćby podstawowe refleksje i się przynajmniej zasmucić, robimy dokładnie to co zawsze, czyli obrzucamy Libickiego kolejną serią najbardziej prostackich obelżywości, z komentarzami Sowińca na czele, które w momencie gdy czytam te słowa, stanowią niemal dokładnie połowę (24/50) wszystkich komentarzy.
I powiem szczerze, że w tym momencie czuję kompletny brak sensu walki prowadzonej na wybranym przeze mnie w tych dniach poziomie. W tym momencie ujrzałem chyba najbardziej dokładnie, że to wszystko odbywa się poza nami i ani ja, ani nikt z nas, nie mamy najmniejszego wpływu na to co oni z nami robią. I już w następnej chwili poczułem wstyd, że w ogóle kiedykolwiek przyszło mi do głowy, by pisać o Sowińcu, o blogerze Onionie i o samym Libickim. Prawda bowiem jest taka, że my tam nie mamy co szukać. Oni tak naprawdę są z siebie i z sytuacji, w jakiej się znaleźli bardzo zadowoleni, i tak już musi zostać. A zatem, obiecuję, że od dziś ja już się tych miejsc naprawdę będę wystrzegał. Niech zatem pierwszym moim gestem na nowe czasy, będzie wczorajszy tekst z „Warszawskiej Gazety”. Myślę, że szczególnym zbiegiem okoliczności, on tu nawet robi dość adekwatne wrażenie:

Gdy siedemnastolatka z Gorzowa, Marysia Sokołowska, zapytała Donalda Tuska, dlaczego udaje patriotę, skoro jest zdrajcą, można było sobie pomyśleć, że jej pytanie jest przede wszystkim bez sensu, no a poza tym, że mieliśmy do czynienia ze zorganizowaną przez grupę lokalnej, patriotycznie zorientowanej młodzieży, zgrywą i że już jutro po zdarzeniu nie będzie nawet wspomnienia. Tymczasem, jak wiemy, już po kilku dniach, kiedy tylko zdołał się otrząsnąć z szoku, Premier udał się ponownie do Gorzowa, by udobruchać kwiatami znarowioną nastolatkę, a ta mu te kwiaty wepchnęła w rozdziawioną twarz, mówiąc, że od zdrajców kwiatów nie przyjmuje. I wtedy już wszyscy wiedzieliśmy, że jest znacznie poważniej, niż nam się mogło wcześniej wydawać.
Dziś, kiedy piszę ten tekst, Marysia Sokołowska jest na okładce tygodnika „W Sieci”, natomiast w sieci realnej toczy się wielka dyskusja, czy poważne konserwatywno-prawicowe media powinny w ogóle zwracać uwagę na zjawisko tak w gruncie rzeczy niepoważne i sztuczne, jak jakaś bzdura rzucona przez dziecko nie wiadomo skąd. Główny argument jest taki, że słowa gorzowskiej licealistki, że Tusk to zdrajca, nie stanowią argumentu w dyskusji, lecz są jedynie tanią obelgą i że jeśli pozwolimy, by tego typu gest stał się elementem publicznej debaty, będziemy się już wkrótce musieli pogodzić z tym, że inni nastolatkowie, z innych regionów Polski będą obrażać słowami jeszcze brzydszymi Jarosława Kaczyńskiego.
Otóż uważam ten argument za fałszywy podwójnie. Przede wszystkim, jeśli ktoś powie Kaczyńskiemu, że jest zdrajcą Polski, to nikt na to nie zwróci uwagi, bo raz, że do niego tego typu zarzut obiektywnie nie pasuje – może idiota, ale nie zdrajca – a poza tym, po tym co powiedziano o nim dotychczas, trudno już naprawdę szokować. A więc to jest jeden fałsz. Drugi natomiast jest taki, że słowa, jakie skierowała do Tuska Marysia Sokołowska nie były tak naprawdę obelgą, lecz bardzo merytorycznie postawionym pytaniem. Przypomnijmy je raz jeszcze: „Dlaczego udaje pan patriotę, skoro jest pan zdrajcą Polski?”
Ona nie cisnęła mu w twarz słowa „zdrajca”, nie pytała go, dlaczego zdradził, nawet nie mówiła do niego per ty – zaledwie – i aż – zadała mu pytanie, czemu udaje patriotę? A ja, kiedy już minęło tyle czasu od tamtego wystąpienia i wszyscy zdążyliśmy sobie tamte słowa przemyśleć, myślę, że to jest, pod względem merytorycznym kwestia może najważniejsza. Dlaczego on udaje patriotę, skoro nie powinien?
I jeszcze z jednego powodu podoba mi się to pytanie. Na nie Premier mógł zareagować tylko na dwa sposoby. Albo odpowiedzieć dziecku rzeczowo, albo dać sygnał do ataku. Wybrał atak, a dla nas to jest coś, o czym mogliśmy tylko marzyć i to nie tylko dlatego, że dzięki temu, choćby tylko obserwując profil owej Marysi na portalu ask.fm, ale również widząc tę bezsilność Systemu, mogliśmy nabrać wiedzy nowej, a więc bezcennej.

wtorek, 10 grudnia 2013

Stefan Kisielewski vs. Bogusław Bagsik - remis ze wskazaniem

Tygodnik „Wprost”, wraz z odpowiednimi przyległościami, przyznał po raz kolejny swoją tzw. „Nagrodę Kisiela”, i po raz kolejny pojawiły się głosy oburzenia, że bezczelność przekroczyła kolejne granice, a biedny Kisiel, widząc, co ludzie źli i występni robią z jego nazwiskiem, w grobie się przewraca. Powiem szczerze, że dokładnie tak samo, jak nic mnie nie obchodzi, kto w danym roku, i przez jakie gremia, został nagrodzony tytułem Człowieka Roku, Polityka Roku, Pisarza Roku, Dziennikarza Roku, czy Biznesmena Roku, nie wzrusza mnie też to, komu tym razem Kapituła Nagrody Kisiela zechciała coś tam odpalić. Tak się jednak stało, że w Salonie24 wpadłem na tekst Witolda Gadowskiego, w którym ten, na zasadzie, jak rozumiem, wyjątkowo wyrafinowanego żartu, cytuje list, jaki rzekomo właśnie otrzymał od samego Kisiela, w którym ów Kisiel, prosząc Gadowskiego o pośrednictwo, informuje nas, że on z tą nagrodą ma dziś tylko tyle wspólnego, że ma się na nią ochotę wyrzygać, no i pomyślałem sobie, że może by się przydało coś na temat Nagrody Kisiela i ludzi, którzy ja przyznają, poczytać. W końcu, dobrze by było wiedzieć, jak to się stało, że tak fantastyczny projekt, w dodatku z tak wybitnym nazwiskiem w tle, mógł się aż tak stoczyć. No i poczytałem.
Otóż proszę sobie wyobrazić, że nagroda ta jest przyznawana regularnie od roku 1990, najpierw ze wskazania samego Kisiela, a po jego śmierci przez wspomnianą wyżej Kapitułę, w trzech kategoriach: biznes, ekonomia, publicystyka. Kto konkretnie tę nagrodę przyznaje, a więc kto tworzy ową Kapitułę? Otóż mamy tu najpierw członków założycieli, a więc byłego naczelnego „Wprostu”, Marka Króla, oraz syna Kisiela, Jerzego. Poza nimi, członkami kapituły są wszyscy dotychczasowi laureaci. Rzućmy więc okiem na owych laureatów, a przede wszystkim, że tak powiem, „laureatów założycieli”, a więc tych, których tam wpuścił sam Mistrz. Po kolei (cytuję za Wikipedią): Janusz Beksiak, Stefan Bratkowski, Janusz Korwin-Mikke, Rafał Krawczyk, Piotr Kuncewicz, Stefan Kurowski, Józef Kuśmierek, Jacek Maziarski, Krzysztof Mętrak, Kazimierz Pytko, Ernest Skalski, Jerzy Waldorff, Wiesław Walendziak, Piotr Wierzbicki, Mieczysław Wilczek, Wacław Wilczyński, Bogusław Bagsik, Jan Krzysztof Bielecki, Jerzy Grohman…
Ups! Czyżby zatem wyszło na to, że to właśnie był ów oryginalny skład Kapituły Nagrody Kisiela, która nam urządziła przyszłość, która dziś z kolei tak oburza Witolda Gadowskiego, że aż postanowił obwołać się wykonawcą kisielowego testamentu? To ci właśnie – przypomnijmy, wskazani przez samego Kisiela – ludzie już w kolejnym roku postanowili nagrodę przyznać Janowi Kulczykowi i Janowi Winieckiemu, którzy w kolejnym roku dokooptowali do swego grona, że wymienię tylko osoby bardziej wybitne, Aleksandra Kwaśniewskiego, Janusza Lewandowskiego, Józef Tischnera, Leszka Balcerowicza, Jacka Fedorowicza, Władysława Bartoszewskiego, Sobiesława Zasadę, i wielu, wielu wcale nie mniej, a kto wie, czy nie bardziej nawet, zasłużonych dla III RP osób, w ten sposób systematycznie powiększając owo szczególne grono.
A my już wiemy, że jeśli dziś, po ponad dwudziestu już latach, nagle odznaczany zostaje Adam Michnik, a Witold Gadowski na tę demonstrację zaczyna płonąć swoim szaleństwem, to ja nie bardzo widzę powód, dla którego miałbym się dziwić. Jednemu zresztą, jak i drugiemu. A więc i temu Michnikowi, ale i Gadowskiemu jak najbardziej też.
Ktoś się mnie spyta, co ja znów chcę od tego nieszczęśnika, poza tym, że on tego Kisiela przylepił sobie na czoło w sposób nieco dziwny? Otóż ja od niego bym potrzebował wyjaśnienia w jednej już tylko sprawie. Co mu mianowicie przeszkadza ta Nagroda i ta Kapituła w kształcie, w jakim ona dziś funkcjonuje, skoro to właśnie ci sami ludzie – w dodatku uzupełnieni przez takie tuzy Systemu, jak Tomasz Wołek, Henryka Bochniarz, Stanisław Tym, Hanna Gronkiewicz Waltz, Paweł Piskorski, czy, last but not least, Wiesław Uchański – w roku 2001 postanowili do swojego grona przyjąć samego Rafała Ziemkiewicza we własnej osobie? Czy w latach kolejnych, kiedy to nagrodę otrzymali Maciej Rybiński i Roman Kluska? A cóż to takiego się od tamtego czasu stało, że dziś Witold Gadowski nam opowiada, jak to razem ze śp. Kisielem wyrzygują się na naszych bohaterów i dobrodziei
Niech no mi może Witold Gadowski, wybitny dziennikarz, pisarz, publicysta i podróżnik odpowie mi na to pytanie. Zanim jednak on to zrobi, chciałbym zamknąć ten tekst osobistą refleksją. Otóż, choć pewności mieć nie mogę, mam bardzo mocne przekonanie, że, kto jak kto, ale Stefan Kisielewski, gdyby dziś żył, nie miałby najmniejszych zastrzeżeń co do decyzji podejmowanych regularnie przez Kapitułę swojej nagrody. Jestem pełen niedobrych podejrzeń, że on by dziś, gdyby tylko mógł, osobiście by się tam pofatygował, by uścisnąć dłoń nie tylko Michnikowi, ale również, a może przede wszystkim, ministrowi Rostowskiemu. No i – tego jestem wręcz pewien – obowiązkowo wziąłby ze sobą Ziemkiewicza, no a kto wie, czy nie też Bogusława Bagsika. Jako przedstawicieli Polski, o którą tak bardzo przez całe życie walczył.

Wszystkim zainteresowanym przypominam, że w księgarni u Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl, oprócz tego, co on sam już dążył wydać, można kupić wszystkie moje cztery książki. Poza Internetem, można je kupować w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo”, w Warszawie w sklepie „Foto Mag”, a także w księgarni „Tarabuk” w Warszawie przy Browarnej 6, jak i w księgarni „Latarnik” w Częstochowie przy Łódzkiej 8. Również, jak zwykle, proszę o wspieranie samego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Wojciech Fibak - ukochane dziecko III RP

Możliwe bardzo, że są osoby, które mi w to co mówię nie uwierzą, ale, jak idzie o moje dotychczasowe i obecne życie, nie ma nic takiego, co pragnąłbym zachować w głębokiej tajemnicy. Mam tu na myśli jakiekolwiek swoje zachowanie, dzisiejsze, czy przeszłe, które mogłoby na przykład stać się celem szantażu, czy jakiejś brudnej prowokacji. Oczywiście nie będę ukrywał, że są rzeczy, których się mocno wstydzę i wolałbym ich na sumieniu nie mieć, jednak żadna z nich nie ma takiej rangi, bym mógł tu odczuwać jakikolwiek większy niepokój. Na tyle duży, bym dla ukrycia tego czy owego gotów był do jakichś większych poświęceń.
Mam jednak oczywiście swoją wyobraźnię i ona pozwala mi czasami pofantazjować, jakbym się zachowywał, gdyby moje życie ułożyło się w taki sposób, że każdy dzień stanowiłby walkę o to, by się nie wydało. By to co robię, z jednej strony, trwało jak najdłużej i przynosiło mi odpowiednie korzyści, a z drugiej, żebym zachował ten spryt, tę ostrożność, te przebiegłość, a jednocześnie tę trzeźwość umysłu, by to moje zło miało się jak najlepiej i najbezpieczniej.
Załóżmy że moja pozycja, moje pieniądze, moje towarzyskie powiązania, no i wreszcie osobiste zepsucie pozwalają mi uprawiać biznes stręczycielski na najwyższym poziomie. Wyobraźmy sobie, że ja żyję – i to żyję bardzo dobrze – dzięki temu, że starym dziadom z pieniędzmi na całym świecie dostarczam młodych dziewcząt, i że jestem w tym na tyle dobry, że nie muszę się ani ogłaszać, ani nawet jakoś szczególnie starać, by moja oferta była w odpowiednich kręgach znana i uznana.
Jak taki biznes może działać? No, mogę sobie wyobrazić. Dzwoni do mnie mój kumpel Gabriel Maciejewski i mówi: „Słuchaj. Jutro o 16.30 zgłosi się do ciebie pewna Kaśka, powoła się na mnie, jest sprawdzona. Bierz ją”. Jutro o 16.30 dostaję esemesa od jakiejś Kaśki. Co robię? Jestem ostrożny, boję się prowokacji, więc nie reaguję. Za chwilę dzwoni do mnie Gabriel i mówi: „No co jest?” Ja mu na to: „Okay. Powiedz jej, żeby jutro o 19 spotkała się ze mną w Spencerze”. Następnego dnia czekam w Spencerze, wchodzi jakaś dziewczyna, ja ją starannie oglądam, potem pytam, skąd zna Gabriela i takie tam… nieważne. Chodzi o to, że ponieważ to co robię jest nielegalne i potencjalnie dla mnie zabójcze, uważam jak cholera. Żeby nikt mnie broń Boże nie wystawił. No i tak się ten mój biznes kręci.
I oto dziś dowiaduje się ja, że Wojciech Fibak, człowiek, o którym w środowisku już podobno od pewnego czasu krążyły plotki, że on się zajmuje sutenerstwem na może nie szeroką, ale bardzo wysoką skalę, otrzymał jakiś czas temu esemesa od nieznanej sobie kobiety, że ona ma ochotę się puścić z jakimś bogatym – przepraszam przy okazji wszystkich kibiców Legii Warszawa i przede wszystkim osobiście samego zainteresowanego – staruchem, i że słyszałam, że Fibak jest jej to w stanie zorganizować, on ją zaprasza do siebie do galerii na Krakowskim Przedmieściu, w dodatku zachęca, by zechciała wpaść z koleżanką, prowadzi z nimi swobodną rozmowę, podczas której wprowadza je w najgłębsze szczegóły swojego biznesu, pozwala się od początku do końca nagrać, a kiedy się dowiaduje, że spotkała go najbardziej prymitywna dziennikarska prowokacja, zaczyna beczeć, że on prosi o litość, i że w zamian obiecuje współpracę do końca życia.
Przepraszam bardzo, ale ja tego co się stało nie rozumiem ni w ząb. Oczywiście może być tak, że Wojciech Fibak to wieczny idiota, który ostatnio, z nadmiaru pieniędzy i przez przebywanie w towarzystwie sobie podobnych, zgłupiał jeszcze bardziej i stąd to wszystko. Może się też okazać, że ta prowokacja była przygotowana na tak wysokim poziomie, że na nią dałby się nabrać nie tylko Fibak, ale nawet ktoś od niego nieskończenie bardziej inteligentny i ostrożny. Może wreszcie się niedługo dowiemy, że to wszystko jest zwykły dziennikarski humbug, nie wart nawet splunięcia i to, że ja dziś to wszystko tak starannie rozważam, to wstyd przede wszystkim dla mnie. I, powiem uczciwie, że tę ostatnią opcję biorę pod uwagę szczególnie mocno. Zwłaszcza gdy sobie uświadomię, kto jest redaktorem naczelnym „Wprostu”, który to wszystko przeprowadził.
Myślę jednak, że oni go faktycznie przyłapali, a w związku z tym, wciąż powraca pytanie, czemu on się dał tak fatalnie podejść. Czy to przez to, że on durny, czy że ten Latkowski taki sprytny? Otóż mam na ten temat pewną teorię, którą chciałem się tu podzielić. Moim zdaniem, ani Fibak nie jest taki głupi, ani Latkowski taki chytry. Rzecz najprawdopodobniej polega na tym, że Wojciech Fibak, kiedyś wybitny tenisista, a dziś tak zwany alfons, padł ofiarą świata, w którym przyszło mu żyć, a więc świata, gdzie zarówno występek, jak i bezkarność są na tyle codziennością, że nikt nawet się na jednym i nad drugim nie ma czasu zastanawiać. Mam bardzo mocne przeświadczenie, że gdyby Fibakowi ktoś jeszcze pół roku temu powiedział, że to jego alfonsowanie jest złe i niemoralne, on by najpierw nie zrozumiał, o co chodzi, a potem zacząłby ziewać. A gdyby ktoś, z czyim zdaniem on się liczy, bo przecież nie ja, go przestrzegł, że to się może dla niego źle skończyć, on by najpierw wybuchnął śmiechem, a potem zadzwonił do swojego kumpla Kulczyka i mu to wszystko opowiedział, jako bardzo zabawną anegdotę.
Rzecz w tym, że jakkolwiek osobiście durny i pozbawiony zarówno wyobraźni, jak i instynktu samozachowawczego, jest Wojciech Fibak, to nie on jest tu największym winowajcą. To dzisiejsza Polska, a więc kraj, gdzie pewnej ściśle określonej części społeczeństwa wolno wszystko i nikomu nic do tego, ponosi jako pierwsza odpowiedzialność za ten wstyd. A piszę to wszystko, skromnie przyznając, że prawdopodobnie to, co mi się w tej chwili w głowie zaczyna układać, to i tak nawet nie ułamek tego, z czym mamy do czynienia w rzeczywistości.
Na koniec pozostaje jeszcze jedno pytanie. Czemu oni postanowili się wziąć akurat za Fibaka? Cóż on im takiego złego zrobił, że oni nagle okazali się tacy złośliwi i bezwzględni? W końcu, nie oszukujmy się – kim jest, ewentualnie, kim nie jest, ten Latkowski, byśmy mieli go podejrzewać o to, że on robi to, co mu przyjdzie do jego pustej głowy? Otóż tego prawdopodobnie się nie dowiemy nigdy. I nie musimy się tym jakoś szczególnie martwić. Jest mnóstwo zagadek znacznie ciekawszych. Próbujmy sobie radzić z nimi.

Nie wiem, czy świadomość tego faktu jest tu powszechna, czy jej akurat nie ma w ogóle, ale faktem jest, że od dłuższego czasu wsparcie dla tego bloga z jakiegoś powodu ostatnio praktycznie ustało. Jeśli ktoś sądzi, że my sobie bez niego radzimy, ma tylko częściowo rację. Owszem, radzimy sobie w tym sensie, że – jak widać – żyjemy. Ale na tym koniec. Bardzo więc proszę o to wsparcie. Jeszcze może przez przyszły rok. To powinno wystarczyć. Przepraszam za obcesowość i dziękuję.


wtorek, 27 grudnia 2011

Lejb Fogelman - człowiek z koszerną busolą

Szczerze nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że w ostatnich tygodniach nabrałem obrzydzenia do korzystania z mainstreamowych mediów, i to nabrałem go w skali praktycznej. Praktycznej, czyli nie tak jak dotychczas, że oglądałem sobie telewizję, lub czytałem gazetę i ogarniało mnie to znane nam przecież wszystkim świetnie zmęczenie, o którym tak pięknie śpiewał Morrissey w piosence „Margaret On The Guillotine”: „Cause people like you/ Make me feel so old inside/Please die!” Mówię o obrzydzeniu, które odrzuca od samego początku. Pewnie, z jednej strony, taka dieta jest bardzo dobra, tak jak wszystko co zdrowe. Z drugiej jednak, z punktu widzenia tego bloga i potrzeb nas wszystkich, owa wstrzemięźliwość przynosi wyłącznie szkody, no bo o czym tu pisać, o czym rozmawiać, kiedy całe zło tego świata zostaje za drzwiami?
Tak się jednak stało, że tegoroczne Święta w pewien bardzo niezwykły sposób sprowadziły mnie na ziemię, i to wręcz z prawdziwym, poważnym hukiem. A poszło o prezenty. Nasz domowy zwyczaj jest taki, że przygotowując świąteczne prezenty, staramy się, by ich zawsze było jak najwięcej, a w związku z tym, ich ilość bardzo często przewyższa jakość. Kiedy więc te kilka rzeczy, o których każdy z nas sobie marzył, zostały już załatwione, nadchodzi czas na często niemal bezwartościowe drobiazgi, takie jak pudełko dropsów, najnowsza „Rzeczpospolita”, czy jakiś kolorowy tygodnik. Ja w tym roku od mojego teścia otrzymałem świąteczne wydanie „Wprostu”. Trochę to było z jego strony nieuczciwe, bo skoro pani Toyahowa jemu kupiła świąteczną „Politykę”, to on, wydawałoby się, powinien mi kupić – no, nie mówię, że od razu „Gościa Niedzielnego” – ale choćby „Uważam Rze”. Tymczasem dostałem to „Wprost”… no i mam, to co mam. W naszym przypadku Lejba Fogelmana, polskiego żyda, obecnie robiącego podobno niezwykłą prawniczą karierę w Nowym Jorku.
O tym Fogelmanie po praz pierwszy usłyszałem jeszcze przed laty, kiedy to Robert Mazurek, w ramach swojego cyklu „Rozmowa Mazurka”, wówczas jeszcze w „Dzienniku”, przeprowadził z nim niezwykle interesujący wywiad. To co było dla mnie tam interesujące, to przede wszystkim to, że ów Fogelman przedstawiał się jako dumny kolega z dzieciństwa obu braci Kaczyńskich, że wspominał ich z niezwykłą sympatią i że o Polsce mówił nie jak żyd, który ma do niej wyłącznie pretensje, lecz jak Polak, który ją kocha i szanuje. Pytany przez Mazurka o Kaczyńskich, opowiadał przede wszystkim, że Kaczyńscy tacy jakich on zna, nie mają nic wspólnego z Kaczyńskimi malowanymi przez oficjalną propagandę. Że on ich pamięta jako świetnych kolegów, dzielnych chłopców, wybitnych erudytów. W pewnym momencie wspomina Fogelman, jak to w roku 1968 razem z Kaczyńskimi był na jakimś studenckim obozie wojskowym i oni tam byli wśród tych „naprawdę nielicznych”, którzy protestowali przeciwko napaści bloku komunistycznego na Czechosłowację i „zachowali się bardzo godnie”.
I oto po latach zaglądam do magazynu „Wprost”, a tam znajduję coś co się nazywa „Alfabet Lejba Fogelmana”, w którym dokładnie ten sam Fogelman, co przed laty, opowiada o ludziach, których miał okazję – bezpośrednio i już mniej osobiście – poznać w swoim barwnym życiu, a więc i o prezydencie Obamie, o Franku Zappie, Jimi Hendriksie, z jednej strony, a Zbigniewie Zamachowskim, czy Borysie Szycu – z drugiej. No i w pewnym momencie pojawia się też nazwisko prezydenta Kaczyńskiego. I oto nagle okazuje się, że Fogelman, owszem, kolegował się z Lechem Kaczyńskim, kiedy chodzili razem do szkoły, tyle że już z Jarosławem nie bardzo. Ale nawet jeśli idzie o Lecha, to on nagle już nie wspomina go jako dzielnego, inteligentnego chłopaka o niesłychanej wręcz pamięci, choć owszem, bardzo dobrze pamięta ów obóz wojskowy. A było tak, że ponieważ Lech Kaczyński był zawsze kurduplem, jego wojskowy płaszcz był na niego tak bardzo za duży, że się za nim śmiesznie ciągnął. No i Lejb Fogelman miał w zwyczaju zachodzić go od tyłu i mu ten płaszcz przydeptywać. I wtedy najczęściej działo się tak, że Lech Kaczyński wywalał się na mordę i była kupa śmiechu. Takie wspomnienia.
Lejb Fogelman ze swoim kolegą z dzieciństwa spotykał się również w latach już ostatnich, kiedy Lech Kaczyński jeszcze żył i był prezydentem Polski, i dziś dla „Wprostu” opowiada, jak to zawsze borowcy mieli wielki kłopot, bo on nieustannie robił Kaczyńskiemu tak zwaną „mukę”. Sprawdziłem w Sieci, co to jest ta „muka” i okazuje się, że to jest taki mocny kuksaniec, jaki mają zwyczaj koledzy w szkole od czasu do czasu sobie dawać. A więc to jest dzisiejsze wspomnienie Lejba Fogelmana dotyczące Lecha Kaczyńskiego – ten kurdupelski płaszcz, ten pad na mordę i te kuksańce.
Ktoś zapewne zapyta, cóż takiego się stało, że wówczas Lejb Fogelman wspominał Lecha Kaczyńskiego z taką sympatią, a dziś uważa za stosowne wyłącznie z niego szydzić, i to najprawdopodobniej przy pomocy wyssanych z palca głupich kłamstw? Czy to możliwe, że jemu zmieniła się ta perspektywa wyłącznie dlatego, że w międzyczasie Lech Kaczyński został zamordowany w Smoleńsku i dla kogoś takiego jak Fogelman, ze szczególnych względów historycznych i kulturowych, tego rodzaju śmierć jest zwyczajnie obrzydliwa? Że tu mogą w grę wchodzić jakieś trudne dla nas do rozpoznania kwestie udręczonego sumienia? Nie sądzę. Moim zdaniem, Lejb Fogelman nie był szczery wtedy, kiedy udzielał wywiadu Mazurkowi, ale też nie jest szczery dziś, kiedy pisze na zamówienie Tomasza Lisa. Dla niego liczy się wyłącznie władza, zaszczyty i pieniądze – faktyczne i ewentualne. Mieszkał sobie ten Fogelman w Nowym Jorku i dowiedział się, że w Polsce prezydentem został Lech Kaczyński, człowiek z którym on kiedyś chodził do klasy. No i pomyślał od razu, że jest to dobry kierunek. W jaki sposób? Nie wiadomo, ale trudno, by tego przynajmniej nie spróbować sprawdzić. Dziś, kiedy Lecha Kaczyńskiego już nie ma, ten adres został z notesu skreślony, natomiast zamiast niego pojawiły się inne: Borysa Szyca i Zbigniewa Zamachowskiego. Teraz to oni są dla Fogelmana władzą.
I z mojego punktu widzenia, odbieram to jako bardzo dobry znak. Otóż, jak wiemy, żydzi zawsze – pomijając czasy współczesne, kiedy to oni sami tę władzę najczęściej sprawują – przylepiali się do tych, którzy akurat przy władzy mieli okazję być, i to na absolutnie wszelkich warunkach. Znamy tę prawdę zarówno z przekazów historycznych, jak i z literatury. Całkiem niedawno choćby wspominaliśmy tu „Nadberezyńców” Czarnyszewicza. Otóż była tam taka scena, kiedy z pewnego nieistotnego tu powodu miało dojść do szkolnej bitwy na kulki śnieżne między Rosjanami, a innymi dziećmi. Zanim cokolwiek się miało szansę zacząć, dzieci żydowskie natychmiast pobiegły do Rosjan i poprosili ich, by ich wzięli w niewolę. Że one nie chcą się bić, chcą być niewolnikami, a jak trzeba będzie, to oni pomogą Rosjanom prać Polaków. Oczywiście, dziś czasy mamy takie, że scena opisana przez Czarnyszewicza woła o pomstę do nieba, zarówno jako oczywiście historycznie z gruntu fałszywa, a poza tym wyrażająca nasz typowy polski antysemityzm. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet jeśli jest tak, jak nas naucza dzisiejszy świat, że żydzi są zaledwie takimi samymi ludźmi, jak my, tyle że może nieco zdolniejsi, Czarnyszewicz doskonale pokazał to, co zechciał nam zaprezentować Lejb Fogelman, a więc na czym polega żydostwo w ujęciu karykaturalnym. On w latach, gdy Lech Kaczyński był polskim prezydentem, gotów był oddać się w niewolę jemu, a kiedy tym prezydentem być przestał, oddaje się w niewolę tym, którzy – zgoda, że w sposób dalece symboliczny – tej prezydentury go pozbawili.
Co w tym jest takiego, że jestem skłonny traktować to jednak jako znak dobry? Otóż tak naprawdę nie chodzi nawet o samego Lejba Fogelmana. Z tego co on tam w tym swoim alfabecie pisze, wynika jednoznacznie, że on jest tak naprawdę nikim. Że to całe gadanie o tym, jak to on, czy może jego kancelaria, reprezentowała interesy Michaela Jacksona, to jakieś nic nie znaczące bzdety. Gdyby Fogelman choćby w jednym procencie był tak ważny, jak się przedstawia, przede wszystkim nie pieprzyłby o tym, że miał okazję kiedyś sikać obok Jimiego Hendriksa, lub znał przez chwilę kogoś, kto pieprzył Brigitte Bardot, lub miał okazję być jednym z mężów Michelle Pfeifer, bo takie historie każdego dnia może mi opowiadać córka pewnego mojego kolegi, która pracuje w pewnej bardzo ważnej londyńskiej firmie postprodukcyjnej i tego rodzaju kontakty stanowią dla niej chleb powszedni, tylko by się z tą Pfeifer sam ożenił. Jeśli natomiast Lejb Fogelman uważa za stosowne chwalić się czytelnikom tygodnika „Wprost” tym, że kiedyś zamienił parę słów z Angelą Jolie, to znaczy, że jest zwykłym dupkiem.
Dobra wiadomość, jaką uzyskałem z tego popisu tandety natomiast jest taka, że wszystko wskazuje na to, ze Lejb Fogelman, zmieniając swojego pana, przeskoczył z Lecha Kaczyńskiego na polskich celebrytów tak zwanego młodego pokolenia. W tym swoim alfabecie, obok Hendriksa i Franka Zappy, Fogelman wymienia – w kolejności chronologicznej – Andrzeja Chyrę, Szymona Majewskiego, Borysa Szyca, Kubę Wojewódzkiego i Zbigniewa Zamachowskiego, i o każdym z nich mówi, że to jego „kumpel”, lub „przyjaciel”. Natomiast jedynym autentycznie liczącym się politykiem, a więc kimś kto poza długami ma jeszcze jakieś perspektywy, jest jego „dobry znajomy” Janusz Palikot.
A ja sobie myślę, że jeśli to akurat, po śmierci Lecha Kaczyńskiego, jest polskie towarzystwo tak ustosunkowanego żyda, jakim jest Lejb Fogelman, to znaczy, że tu nie ma już nic. Dla niego nie jest nawet odpowiednim rarytasem prezydent Komorowski i premier Tusk. Widać przez to wyraźnie, że doszliśmy do dna czysto kamienistego. Niżej już zejść się nie da. Oto polskie elity. Szyc, Majewski i Chyra. Dla nas jest to sytuacja, kiedy można brać naprawdę wszystko. I może to zrobić dosłownie każdy, nawet poseł Hofman z europoslem Porębą. I myślę, że ów moment odzyskiwania Polski jest już bardzo bliski. Przed nami dobry rok 2012.

Niezmiennie zachęcam do kupowania książki o liściu. Jeśli ktoś wciąż jej nie ma, nie ma żadnego powodu, by się zastanawiać. Jeśli już ma, niech poleci ją swoim znajomym, a z pewnością zasłuży sobie na ich wdzięczność. Poza tym, ten blog wciąż potrzebuje pomocy finansowej, a więc jeśli ktoś ma jakiś luźny grosz, bardzo proszę o skorzystanie z podanego obok numeru konta. Dziękuję.

niedziela, 31 lipca 2011

Powrót człowieka w sukience

O powrocie Krzysztofa Piesiewicza dowiedziałem się z „Rzeczpospolitej”, którą czytam w weekendy. Wszystko inne, co wiem na temat jego najświeższych starań, by na kolejne cztery lata zachować bezkarność, to już tylko relacje znajomych, oparte z kolei na relacjach mediów. W wypowiedzi Piesiewicza dla „Rzeczpospolitej”, uderzyły mnie właściwie tylko dwie rzeczy. Uderzyły do tego stopnia, że gdyby cały ten wywiad ograniczony był wyłącznie do tych dwóch kwestii – byłbym dokładnie tak samo usatysfakcjonowany, jak jestem obecnie. Chodzi mi mianowicie najpierw o fragment, w którym wyjaśnia Piesiewicz, że on z zasady nie trzyma u siebie w domu damskich strojów, lecz tylko czasami, ktoś mu je przyniesie, i, korzystając z jego nieuwagi, go w nie przebierze, a dalej o informację, że, kiedy on przekazywał złym ludziom niemal cały swój majątek, to nie w odpowiedzi na szantaż, lecz w ramach „odkupywania od nich swojej godności”. Jakoś tak.
Jeśli w minioną niedzielę, wręcz rzutem na linię, kupiłem sobie tygodnik „Wprost”, to za tym gestem stały sprawy dla mnie daleko bardziej interesujące, niż nędzne życie senatora Piesiewicza. Poszło mianowicie o to, że pewien kolega poinformował mnie, że w tym właśnie wydaniu „Wprostu” opisana jest historia rodziny niejakich Likusów, a ja Likusami się nieco interesuję. Czemu się nimi interesuję? Otóż tylko i wyłącznie ze względu na pewien hotel, który znajduje się w moim mieście i jest Likusów własnością, oraz ze względu na okolice tego hotelu, które – jak głosi plotka, owi Likusowie, przynajmniej jeszcze jakiś czas temu, mieli zamiar elegancko zagospodarować. Czemu się zainteresowałem Likusami dziś? Z tego mianowicie powodu, że – wedle relacji mojego kolegi – autor artykułu we „Wproście” sugeruje, że Likusowie, to zwykła mafia. A ja chciałem się przekonać o tym bardziej osobiście.
Stało się jednak tak, że ponieważ zacząłem przeglądać to wydanie „Wprostu” od początku, najpierw przeczytałem wstępniak Lisa, następnie rozmowę tego samego Lisa z Piesiewiczem i, zanim jeszcze dotarłem do Likusów, zatrzymałem się w tym miejscu i pomyślałem, że, zanim mi przejdzie, muszę szybko coś napisać. I to napisać tak, żeby jednocześnie i zamknąć sprawę Krzysztofa Piesiewicza, a przy okazji powiedzieć coś na tematy bardziej ogólne i znacznie od niego samego ważniejsze.
Rozmowa Tomasza Lisa jest znacznie dłuższa od tego, co miałem okazję czytać jakiś czas temu w „Rzeczpospolitej”, jednak zarówno główne punkty obrony, jak i cały jej zamysł pozostaje ten sam. Widać tu już naprawdę bardzo wyraźnie, że czas, który upłynął od tamtego wydarzenia sprzed lat, kiedy to – może przypomnę – Krzysztof Piesiewicz wpuścił do swojego mieszkania dwie ekskluzywne kurwy, a następnie, po to, by to, co się tam w tym mieszkaniu między nimi odbywało, nie ujrzało światła dziennego, zawarł bliższe związki z paroma kolegami owych kurew, Piesiewicz wykorzystał bardzo owocnie. Powiedzmy tak owocnie, jak w jego sytuacji, już bardziej się nie dało. Dziś chciałem najpierw napisać trochę o tych owocach, a następnie o sprawach, jak mówię, znacznie bardziej poważnych.
Mówi więc Piesiewicz Lisowi, podobnie jak wcześniej „Rzeczpospolitej”, że on tych ciuchów u siebie nie trzymał. Że to nie jego sukienki, lecz sukienki przyniesione mu do domu przez złych ludzi. Mówi też – i tu widać ów kunszt prawniczy – że nie ma mowy o żadnym szantażu. Przynajmniej nie na etapie wstępnym. Kiedy Piesiewicz dawał tym bandziorom pieniądze, to nie jako osoba szantażowana, lecz jako ktoś, kto chce, nie kupić, ale „odkupić” – Piesiewicz bardzo się stara, żeby to słowo zostało zapamiętane – swoją godność. On nie mógł płacić szantażystom, bo przede wszystkim, ktoś taki jak on z szantażystami się nie zadaje, a poza tym, za cóż on niby miał im płacić? Owszem, później szantaż faktycznie się pojawił, no ale wtedy Piesiewicz natychmiast, jak przystało na uczciwego obywatela, powiadomił organa ścigania.
A więc to jest już stały element przyjętej przez senatora Piesiewicza obrony przed atakami ludzi podłych i niewrażliwych, którzy chcą, jak pisze Tomasz Lis w artykule wstępnym do tego wywiadu, go „dobić”. Jest jednak element nowy. Otóż okazuje się, że, jeśli Piesiewicz zadawał się z kurwami, to z całą pewnością, bezwiednie i całkowicie wbrew sobie. Było mianowicie tak, że jechał on sobie swoim samochodem, i w okolicach hotelu „Marriott” spotkał pewną panią. Piesiewicz wprawdzie nie wyjaśnia, jak do tego spotkania mogło dojść, skoro on jechał samochodem, a ona sobie stała przed hotelem, no ale jakoś się zgadali i porozmawiali ze sobą przez opuszczoną przez Piesiewicza szybkę swojego mercedesa. Natomiast to co jest tu najważniejsze, to fakt, że, jak opowiada Piesiewicz, ona w ogóle nie sprawiała wrażenia, że „może wykonywać najstarszy zawód świata. Jej zachowanie, ubiór, sposób mówienia, absolutnie na to nie wskazywały. Zresztą później okazało się, ze ta osoba pracowała w różnych instytucjach. Była np. asystentką prezesa jakiejś spółki”. A zatem to wszystko było nie tak, jak sugerowały media. Piesiewicz ani się nie zadawał z szantażystami, ani z kurwami. On zwyczajnie, jak to się każdemu może zdarzyć, jechał samochodem i zobaczył porządną dziewczynę, która wyglądała na asystentkę jakiegoś prezesa, zatrzymał się, ona się uśmiechnęła, a że robiła wrażenie osoby sympatycznej, pogadał z nią przez opuszczoną szybę, no i normalnie – umówił się na wieczór, że ona do niego wpadnie. Po co? Ot tak, pogadać. Przecież nie po to, by między nimi miało dojść do jakichś brzydkich rzeczy.
Później zresztą on też się spotykał i z nią i z jej koleżanką i z jej kolegami wyłącznie przez tę, podpowiedzianą mu przez Lisa, nieznośną lekkość bytu. No i współczucie dla ludzkich przypadków i nieszczęść. Oto na przykład Piesiewicz dowiaduje się, że jakaś Zosia na Wszystkich Świętych poszła z rodziną na cmentarz w Marysinie Wawerskim i jej jamnik poszedł do lasu i wykopał plastikową torbę z płytą z jego, Piesiewicza, numerem telefonu . Zosia dodaje, że „ja, przepraszam, ja tę płytę przegrałam, byłam poruszona tymi zdjęciami”.. Lis, poruszony tą opowieścią, pyta Piesiewicza grzecznie, jak to się stało, że on w tę bujdę uwierzył, na co Piesiewicz bez mrugnięcia okiem wali dalej: „Żeby to nie wiem, jak brzmiało, to proszę pamiętać, że ja miałem w życiu kilka jamników. Mój brat, który w czasie tej afery zmarł, nie wytrzymał tego, miał hodowlę jamników. Ta pani, wygląda jak pięćdziesięciokilkuletnia, sympatyczna pielęgniarka i mówi, że miała niedawno operację, są jej potrzebne pieniądze i że należy się znaleźne. Mówię, że zawsze należy się znaleźne, pani się przyzwoicie zachowała”…
Mało? Proszę bardzo. Można tak bez końca. Źli ludzie, którzy zasadzili się na senatora Piesiewicza, doskonale wiedzieli, jak go podejść. Oni – w odróżnieniu od nas, potworów bez serca i rozumu – wiedzieli na przykład, że Piesiewicz to człowiek wrażliwy i pełen chrześcijańskiego współczucia. I że z nim trzeba po chrześcijańsku, a nie z nienawiścią. I oto jeden z nich wysyła do Piesiewicza esemesa: „Nie chcę mieć tych filmików. Wierzę w Boga i wiem, że on jest sprawiedliwy, i że pana piekło się skończy, chodzi tylko o to, żeby pan zabrał ten ostatni element, którego ja już nie chcę mieć. Potrzebne mi są pieniądze na mieszkanie”. Dziś Piesiewicz tak to komentuje: „Widzi pan, jak to jest zredagowane. Cała moja działalność była nastawiona na kontakt z ludźmi, na pomaganie ludziom. No i to słowo ‘Bóg’”.
Dla zwykłych ludzi, najlepiej zwykłych, takich jak my, wieśniakow, to wszystko, co opisałem powyżej, to – jeśli tylko ktoś nas zapewni, że to nie jest jakieś wymyślone głupstwo – jedynie kupa śmiechu, lub opowieści jakiegoś wariata. Dla części z nas, pewnie tej bardziej niestety wykształconej, to ani kupa śmiechu, ani bredzenia szaleńca, lecz zwykła gadka jeszcze jednego adwokata, tyle że w jednaj z tych jego przegranych spraw. I najlepiej by było oczywiście, dla wspólnej rozrywki, powiedzieć to wszystko, co było do powiedzenia i sprawę zamknąć, tyle że czasy mamy takie, że to co jest z pozoru oczywiste, nagle może się okazać bardzo skomplikowaną materią. Tak skomplikowaną, że nie dość, że nie ma wręcz możliwości sformułowania jednoznacznej oceny tego co wydaje się, że stoi jak byk przed naszym nosem, ale nagle wychodzi na to, że to co smutne, jest wesołe, to co straszne jest zupełnie przyjazne, a to co tchórzliwe jest jak najbardziej bohaterskie. Z artykułu wstępnego Tomasza Lisa, wynika jednoznacznie, że on akurat, w tym całym obłędzie, trzyma stronę Krzysztofa Piesiewicza. Ktoś mi właśnie podpowiada, że Janina Paradowska już zakomunikowała, ze ona akurat w wyborach do Senatu będzie głosowała na Piesiewicza. Nawet Kazimierz Kutz – który zachował przynajmniej tyle ostrożności, by o Piesiewiczu mówić z zachowaniem pewnego dystansu – mówi o nim jednak, mimo wszystko, jak o kimś, o kim można mówić, jak przynajmniej o człowieku. A przynajmniej o człowieku zdecydowanie bardziej ludzkim, niż taki na przykład Jarosław Kaczyński. No i wszyscy oni, jednym głosem wołają, by dać Krzysztofowi Piesiewiczowi szansę. Że niech go ocenią wyborcy.
A ja się zastanawiam nad tym, co się stanie, jak wyborcy też postanowią dać mu szansę, i Piesiewicz ponownie zostanie wybrany senatorem? Jeśli te brednie, które on sobie tak starannie opracował i które z taką konsekwencją powtarza w kolejnych wywiadach, zostaną przez wyborców uznane za warte ich głosu, i to wszystko co on dotychczas zrobił i to, co on ciągle wyprawia, uzyska tak potężną autoryzację? Otóż ja się obawiam, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, zostanie przekroczona pewna, wydawałoby się jednak nieprzekraczalna granica. Oczywiście, bywało już tak, że ludzie na swoich przedstawicieli wybierali wariatów, głupców, a nawet gangsterów. Jednak zawsze można było powiedzieć, że albo frekwencja była tak niska, że sukces odniosłaby nawet kupa gówna, gdyby tylko znalazł się ktoś z pieniędzmi, który by ją odpowiednio przez tę kampanię przeprowadził, albo że to gangsterstwo, czy idiotyzm nie były wcale takie jednoznaczne. W przypadku Piesiewicza, nie uwolni nas od odpowiedzialności ani niska frekwencja, albo jakakolwiek niejednoznaczność. I jeśli on jednak tym senatorem zostanie, ja nie wiem, jak my będziemy potrafili dalej żyć.
Ale jeszcze będziemy musieli poradzić sobie z czymś więcej. Nawet dziś, problem ten stoi przed nami jak ściana. Otóż Krzysztof Piesiewicz już uzyskał to swoje poparcie wśród całej kupy najróżniejszych celebrytów i osób publicznego jak najbardziej zaufania. A ja się zastanawiam, skąd się to poparcie wzięło? Oczywiście, część z nich to koledzy Piesiewicza, więc tu sprawa jest, powiedzmy, że dosyć czytelna. Z całą pewnością, wielu z nich to zwykli durnie, którzy nie rozumieją nigdy i nic, poza tą jedną informacją, że życie jest ciężkie i pełne niespodzianek, a człowiek nie ma i tak wiele do gadania. Są też wśród nich i tacy, którzy mają na sumieniu rzeczy co najmniej tak wstydliwe, jak te, które sobie sprawił Piesiewicz i jakoś nie mają tu siły protestować. Natomiast nie ma wątpliwości, że są też tacy – jak choćby tylko ten Lis i Paradowska – którzy świetnie wiedzą, że on zrobił z siebie pośmiewisko, i nie ma słów, które są go tu w stanie usprawiedliwić, natomiast uważają przy tym, że jeśli nasz świat ma się odpowiednio rozwijać, to trzeba robić wszystko, by styl życia, jaki sobie wybrał Krzysztof Piesiewicz, kiedyś się stał stylem co najmniej równoprawnym. By kurwienie się, narkotyzowanie, nałogowe kłamstwa, zdrada, niewierność, bezprzytomny hedonizm, udręczenie innych (Piesiewicz sam przyznaje, przez to jego niezwykłe zaangażowanie że zmarł jego brat) stały się naszym chlebem powszednim, i żeby w przyszłości już nigdy nikomu nie przyszło do głowy takie sprawy jak sprawa Krzysztofa Piesiewicza opisywać przy pomocy kategorii moralnych, lecz co najwyżej intelektualnych.
I wtedy wreszcie nastanie nowy porządek. Ktoś kogoś zatłucze na śmierć, a opinia publiczna na to powie,: „No wiesz, to chyba jednak nie było zbyt mądre”. Na co sprawca skromnie spuści oczy i powie: „No, tak, przyznaję. Trochę sobie to wszystko źle wymyśliłem”. I będzie git.
Pozostaje jeszcze jednak kwestia. Otóż Krzysztof Piesiewicz w rozmowie z Lisem mówi tak: „Czasami czuję się gorzej w wolnym kraju, niż w PRL”. I to jest jednak problem. No bo albo uznamy, że jednak Piesiewicz po raz kolejny coś źle wykombinował, albo trzeba nam będzie się zastanowić, jak inaczej rozwiązać sprawę ojca Rydzyka i jego stosunku do III RP i totalitaryzmu.

Kto pamięta pierwszy jeszcze tekst, jaki pojawił się na tym blogu na temat Krzysztofa Piesiewicza i jego sukienki, pamięta też pewnie, że był on utrzymany w tonacji dość żartobliwej. Dziś, jak widzimy, żartów już nie ma. Natomiast sam Piesiewicz, i jego znajomi, radzą sobie zupełnie dobrze. Nam zostaje więc tylko bezradność. W tej sytuacji, możemy już albo się z niego śmiać, albo, gdy śmiechu nie starcza, to czymś sobie w niego porzucać. I tak to jest ze wszystkim. Albo się tu śmiejemy, albo sobie czymś rzucamy. I zawsze tak było. Można to sprawdzić choćby w książce, którą właśnie wydał nam Coryllus i która jest u niego do kupienia. Zachęcam do tego bardzo gorąco. Wystarczy tylko kliknąć w umieszczoną tuż obok okładkę. A jeśli ktoś ma tylko możliwość dalszego wspierania tego bloga przez jakiekolwiek wpłaty na podany - też obok - numer konta, będę szczerze zobowiązany. Dziękuję.

środa, 24 września 2008

Czym cuchnie post-polityka

Od samego rana cała Polska huczy informacją, podaną przez Gazetę Wyborczą, za sondażownią o nazwie PBS DGA, że oto poparcie dla Platformy Obywatelskiej wzrosło bardzo, a dla PiS-u spadło, też bardzo. Onet przekazuje dobrą nowinę pod tytułem Wielki skok Platformy i wyjaśnia to, co się wydarzyło dzisiejszego ranka, następującą diagnozą: „PO uderzyła w PiS-owski dzwon populizmu"... i stąd to wszystko.
Okazuje się mianowicie, że populizm w sumie bywa pożyteczny i można go uznać, pod warunkiem, że jego autorstwo jest odpowiednio sprawdzone, zaakceptowane i potwierdzone odpowiednim podpisem. Nie zdziwimy się, jeśli któregoś dnia Donald Tusk ogłosi, że najwyższy czas, żeby tych wszystkich sędziów, profesorków i ‘niedzielnych intelektualistów' wziąć za pysk i pokazać im, gdzie ich miejsce, a rozradowany lud i przepełnione podziwem media, zakrzykną radośnie: „A to skok!"
Oczywiście i ja jestem absolutnie zauroczony zarówno niezwykłą elastycznością platformianych specjalistów od prowadzenia skutecznej polityki, jak i wrażliwością obywateli, biorących udział w organizowanych przez Gazetę Wyborcza sondażach, jednak chciałbym się zwrócić z apelem do pan Premiera i jego otoczenia, żeby się aż tak nie napinali. Wszystko jest i tak już na jak najlepszej drodze. Może być już tylko lepiej, a jak przyjdą wybory, to i tak Platforma je przerżnie i żadne sondaże ani tego, co się stało, nie wyjaśnią, ani temu nie zapobiegną..
Dlaczego? Proszę uprzejmie, oto wyjaśnienie. W ostatnim Wproście, znajduję króciutki, ale niezwykle interesujący artykuł zatytułowany Zmysłowa polityka PO. Krótko mówiąc, chodzi o to, że znaczna część wyborców - kto wie, czy nie większość - w swoich politycznych wyborach kieruje się nie rozumem, nie zimną kalkulacją, nie własnym interesem, lecz skojarzeniami na płaszczyźnie czysto zmysłowej. Jak pisze Wprost, z badań specjalistów wynika, że „przekaz reklamowy zapamiętujemy o 250 proc. lepiej, jeśli zaspokaja on pięć naszych zmysłów".
Nie trzeba być osobą szczególnie doświadczoną w dziedzinie reklamy jako manipulacji, żeby orientować się, o co chodzi. Jeśli pociągamy nosem i czujemy zapach świeżego chleba, jeśli rzucamy okiem i widzimy ładną dziewczynę, jeśli nastawiamy ucha i słyszymy słodki, dzieczęcy śpiew, to jest nam dobrze i wszystko, co nam ktoś chce przekazać, wchodzi nam do głowy lepiej. Sprawa jest już tak stara, że pewnie nawet już dla niektórych nudna.
Nowość polega na tym, że Wprost postanowiło pójść tym tropem i zbadać reakcje polskich wyborców na tym właśnie poziomie. Do tego interesującego zadania zostali wynajęci psychologowie i specjaliści od marketingu i oto, cośmy otrzymali.
Okazuje się, że przeciętny obywatel, kiedy widzi Jarosława Kaczyńskiego, to widzi prymitywnego chama. Jeśli przy tym pociągnie nosem, to poczuje zapach „zatęchłych, starych pomieszczeń pomieszczeń i męskiej przebieralni". Jeśli zamknie oczy i pomlaska, najpewniej poczuje smak czegoś kwaśnego, lub wręcz gorzkiego. Nastawi ucha, a tu nagle, w jego mózgu zabrzmi coś na kształt „muzyki religijnej, albo czasami piosenka Jacka Karczmarskiego". Tak na marginesie, biedny nasz bard w grobie się przewraca, kiedy być może jakoś dochodzą do niego te ekspertyzy.
Ale oto, zamiast Jarosława Kaczyńskiego, na powierzchni mózgu przeciętnego obywatela pojawia się sekwencja Donald Tusk i obraz pana premiera w garniturze. Włączamy specjalistyczne urządzenia pomiarowe, przykładamy kabelki do skroni przeciętnego Kowalskiego i proszę. Kowalski ciągnie nosem - „świeży morski zapach". Mlaska - ciasteczko. Wystawia ucho - U-2, albo dziesięć najpiękniejszych rockowych ballad. Otwiera oczy - minister Nowak z posłanką Muchą.
Ja nie żartuję. To, co opisuję powyżej, to nie są moje dowcipne popisy. To wszystko nauka, rozum, ekspertyza. Zapisana w badaniach Instytutu Millward Brown, zatwierdzona własnymi badaniami polskich specjalistów i opisana przez Norberta Maliszewskiego w tygodniku Wprost.
Oczywiście, co zrobimy z tą wiedzą, podobnie jak z wiedzą przekazaną nam dziś z samego rana przez Gazetę Wyborczą, zależy już tylko od nas. Jestem pewien, że bardzo wielu obserwatorów naszego życia politycznego wpadło dziś w euforię i już zaciera ręce na najbliższe 684 lata rządów Platformy. Natomiast, jeśli idzie o artykuł z Wprostu, ani nie zacierają rąk, ani tymi rękoma nie wykonują nawet obraźliwych gestów, bo ich Wprost - jako pisowskie ścierwo - nie interesuje, szczególnie kiedy są w dobrym nastroju, a wokół czują zapach morskiej fali i sosnowych lasów.
Jestem jednak pewien, że są też i tacy, dla których, zarówno sondaż z Gazety, jak i informacja z Wprostu, są o tyle tylko ciekawe, że potwierdzają to, co już wcześniej wiedzieli, albo może i tylko czuli, a teraz, dzięki tym informacjom, mogą sobie tę swoją wiedzę uporządkować i ewentualnie nazwać to, czego dotychczas nazwać nie umieli.
Rozpoznać mianowicie i nadać nazwę temu, co cała polska miała okazję obserwować choćby przez dziesięć lat prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego. Wszyscy doskonale pamiętamy, ile lat musiało upłynąć i jaka rewolucja musiała zajść w umysłach tych, którzy, sami maksymalnie zatruci najbardziej wulgarnym kłamstwem, mieli za zadanie tą trucizną dzielić się z innymi. Pamiętamy, jak przez dziesięć niemal lat, Aleksander Kwaśniewski uchodził powszechnie za wysokiego, szczupłego, przystojnego człowieka, ze starannym wykształceniem i nie było absolutnie takiej siły, na ziemi i na niebie, która zmusiłaby większość obywateli do uznania, że to, co widzą - to złudzenie.
Te grupki nielicznych, którzy odmówili udziału w tym festiwalu zbiorowej psychozy, przecierali oczy i uszy ze zdziwienia, łapali się za skołatane głowy, nie mogąc zrozumieć, jak ktoś, kto ma średnie wykształcenie - i to ma to swoje średnie wykształcenie oficjalnie i jednoznacznie - w oczach ponad połowy badanych jest sobą starannie wykształconą. Jak to możliwe, że ktoś, kto ma - powiedzmy - 1,65, czy 1,70 cm wzrostu, nagle, w opinii większości społeczeństwa, jest wysoki?
Proszę zwrócić uwagę. Ja nie piszę o tym, że Kwaśniewski to, od początku swojej obecności na scenie politycznej, zapijaczony komuch, bo ten rodzaj informacji w dużym stopniu obciążony jest ryzykiem nieobiektywizmu. W końcu to, że człowiek chleje, dla dużej części opinii publicznej wcale nie świadczy o tym, że ten ktoś chleje. A to, że ktoś jest komuchem, w sytuacji, gdy największym komuchem jest Jarosław Kaczyński, też łatwo można zakwestionować.
Ja piszę o faktach, nie o opiniach. I właśnie to szaleństwo, o którym pisze Wprost, a które ja próbuję jakoś skomentować, operuje w dużej mierze na poziomie faktów, a nie opinii. Co najciekawsze jednak jest to, że ten podprogowy przekaz, będący najnowszym sukcesem specjalistów od mieszania ludziom w głowach, nie jest kierowany tylko do osób, według najbardziej popularnych standardów, głupich. Ależ skąd! Śmiem wręcz twierdzić, że ludzie prości, niewykształceni, nierozmumiejący się na tych wszystkich przemądrych kwestiach, raczej patrzą, zanim coś zobaczą i słuchają, zanim coś usłyszą. Ludzie prości i niewykształceni najpierw dotkną, a dopiero potem powiedzą, jaką to coś ma konsystencję.
I to właśnie dzięki tym ludziom, jak już wcześniej wspomniałem, Platforma Obywatelska przegra najbliższe wybory. Wcale nie dlatego, że patrzące i słuchające jednostki, jakimś cudem odczarują ten dziwaczny świat post-polityki i ci, co dotychczas dawali sobą tak fatalnie sterować nagle się opamiętają. Nie. Ich możemy już odpisać na straty.
Ale na szczęście, oni też już nas odpisali na straty. A już niedługo dadzą nam spokój, nawet jeśli idzie o politykę. I wtedy już będziemy mogli sobie wybierać przyszłość dla naszej Polski bez ich łaskawego udziału.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...