Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TVP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TVP. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 grudnia 2023

Koalicja Ośmiu Serc na zjeżdżalni

 

      Włączyłem sobie wczoraj na ułamek chwili telewizję TVN24 i tak się złożyło, że zaczynał się właśnie skrót wiadomości. Któryś z pracowników stacji zaczął przekaz w następujący sposób: „Dziś, 20 grudnia 2023 roku skończył się w Polsce hejt. Przed siedzibą TVP pojawili się politycy PiS-u, by bronić tuby propagandowej swojej partii”. Słyszałem to na własne uszy. Tak było. W taki właśnie sposób stacja poinformowała o wydarzeniu dnia. A ja sobie pomyślałem, że tym oto sposobem wspomniane niedawno przez posłankę Leszczynę, z charakterystycznym dla niej wdziękiem, „imparszjaliti” osiągnęło ostateczny triumf.

      Wróciłem do oglądania Polsatu i tam z kolei pokazano mi to co się wydarzyło dokładnie o godzinie 11. TVP Info nadawała swój codzienny program, ludzie w swoich domach siedzieli sobie przed telewizorami i pochłaniali jak co dzień informacje dnia, gdy nagle obraz się najpierw wykrzywił, zamrugał i sygnał zniknął, by w następnym momencie zostać zastąpiony przez program TVP1, i tu znów mogłem podziwiać owo „imparszjaliti” w pełnej krasie.

       Kiedy piszę ten tekst, kończy się ten nieprawdopodobny kompletnie dzień i zachodzę w głowę, co się wydarzy jutro, pojutrze, i w kolejnych dniach, może tygodniach, czy miesiącach. I choć nie przychodzi mi do głowy nic ani szczególnie mądrego, ani choćby oryginalnego, to jedno wiem na pewno. To mianowicie, że coś bardzo podobnego, choć może nie aż o takiej intensywności, miało miejsce już parokrotnie wcześniej. I wbrew pozorom nie chodzi mi o pamiętną noc i poranek 13 grudnia 1981, do czego dziś wszyscy, swoją drogą bardzo słusznie, wracamy, ale o lata znacznie późniejsze. Mam na myśli czerwiec roku 1992 i kolejne miesiące, a później jesień roku 2007, kiedy to po dwóch ciężkich latach koalicyjnych rządów Prawa i Sprawiedliwości, LPR-u i Samoobrony, swoją upiorną twarz pokazała tak zwana „miłość”, by nie dać nam spokoju przez kolejne osiem lat. Od roku 2007, a tym bardziej od niesławnego „Lewego Czerwcowego”, upłynęło wystarczająco dużo czasu, by wielu z nas, zwłaszcza tych, którzy dziś mają 30 czy 40 lat, a niekiedy nawet i więcej, patrząc na to co się właśnie wydarzyło, uznało że oto właśnie skończył się świat jaki znali. A ja piszę ten tekst po tak okropnie długiej przerwie głównie po to, by im powiedzieć – a mam tu również na myśli moje dzieci, które są dziś w autentycznej rozpaczy i takim samym przerażeniu – że nie dzieje się nic aż tak szczególnego, jak im się może wydawać. Oczywiście, tego że w ciągu jednego dnia, bez słowa ostrzeżenia, z minuty na minutę, władza złamała wszelkie możliwe przepisy prawa, włącznie z zapisami Konstytucji, wyłączając ludziom w milionach domów sygnał telewizyjny, wyrokiem reżimowego sądu skazując na wieloletnie więzienie opozycyjnych polityków i wyrzucając z pracy legalnie zatrudnionych ludzi, nie widzieliśmy od czasu Stanu Wojennego, niemniej, jak mówię, ten rodzaj zimnej agresji, przemocy i nienawiści, udekorowanej bezczelnymi frazesami o demokracji, sprawiedliwości, przywracaniu normalności i nowych czasach niepokonanej miłości, mieliśmy okazję obserwować już wcześniej. I choć, jak mówię, intensywność z jaką owa miłość jest egzekwowana robi wrażenie, to jest parę rzeczy, na które warto zwrócić uwagę i spróbować je docenić.

       Przede wszystkim, póki co nie mamy do czynienia z serią politycznych zabójstw, czego przykłady możemy bez większego wysiłku przywołać z lat 1990. Siła i polityczna pozycja jaką się cieszy dziś Jarosław Kaczyński i jego ugrupowanie wielokrotnie przewyższa to, na co mogliśmy liczyć w latach poprzednich. A samo już to sprawia, że psychiczny i towarzyski terror, jakiemu tylu z nas było poddawanych przez lata, niemal każdego dnia, w domu, w pracy, w szkole i na ulicy, już się nie ma szansy powtórzyć. Mimo ogromnego ciosu, jaki został zadany Polskiej Telewizji, ludzie wciąż mają dostęp do informacji, czy to dzięki mediom społecznym, czy to prasie regionalnej, czy to nawet jakiejś, szczątkowej, bo szczątkowej, ale jednak niezależności Polsatu. No i jeszcze coś. O ile informacyjna siła Telewizji Polskiej w roku 2006 i w latach kolejnych była tak fatalnie słaba, że jej faktyczna utrata po ostatecznej zmianie władzy, nie wywarła na nas większego wrażenia, to dziś miliony Polaków nie pozwolą sobie na to by tak łatwo zapomnieć o tym, czym owa telewizja była dla nich przez osiem minionych lat. I niech źli ludzie się nie łudzą i głupio nie cieszą: to że w protestach, jakie są organizowane w całej Polsce przed lokalnymi siedzibami TVP bierze udział tak mało osób, w żaden sposób nie świadczy o tym, że owe miliony za swoją telewizją nie będą tęsknić tak długo, aż ona do nich prędzej czy później wróci. No i znów, pamiętajmy też, że jest nas osiem, dziesięć, może więcej, a w niedługiej przyszłości kto wie, czy nie jeszcze więcej milionów; ludzi którzy nie zapomną tych lat prawdziwej wolności i dobrego życia i już nigdy nie dadzą się przestraszyć, jak to bywało tyle razy wcześniej.

      I niech się nam też nie wydaje, że na upadek tego zła będziemy musieli czekać choćby ułamek tego czasu, któryśmy już zdążyli parokrotnie przecierpieć. Koalicja ośmiu serduszek zdechnie szybciej niż nam się zdaje.

 


środa, 4 stycznia 2023

Gdy Państwo podnosi się z fotela

 

       Muszę przyznać bez bicia, że tegoroczny Sylwester Marzeń nie dość że mnie zainteresował jak żaden inny Sylwester taki czy inny, który udało mi się zapamiętać, to w dodatku był to jedyny sylwestrowy koncert jaki w ogóle obejrzałem. A stało się tak wbrew pozorom ani nie dlatego, że nie wystąpiła na nim gwiazda niegdysiejszych Spice Girls Mel C., ani też przez to, że wystąpiło słynne Black Eyed Peas, ale wyłącznie dzięki temu, że przy tej akurat okazji byłem świadkiem tego, czym jest potęga Państwa w konfrontacji z owego Państwa nieprzyjaciółmi. Wielu z nas pewnie pamięta, w jaki sposób wspomniane siły próbowały – ale też próbują od wielu już lat – zneutralizować propagandowy sens wspomnianego przedsięwzięcia. Niemal w tej samej chwili, gdy Telewizja Polska tryumfalnie ogłosiła przyjazd do Zakopanego brytyjskiej gwiazdki, nastąpiła natychmiastowa kontrakcja środowisk związanych z ideologią LGBTQ, a przy okazji agendy tworzącej nad nią swój polityczny parasol i już po chwili można było ogłosić, że faszystowska Polska nie może liczyć na to, że demokratyczny świat pozostanie głuchy na to co tu się każdego dnia wyprawia.

      Oczywiście skuteczność tego ataku zrobiła na mnie pewne wrażenie, ale w tej samej chwili poczułem niemal pewność, że polskie państwo nie pozostawi tej sprawy bez rozstrzygnięcia i pokaże, że z pewnych rzeczy zrezgnować nie może i że tam gdzie trzeba potrafi utrzymać kontrolę. I wtedy właśnie uznano, że skoro z Mel C. się nie udało, to odpowiednie budżety trzeba będzie jednak zwiększyć i sprowadzić kogoś, przy kim nawet całe, świeżo reaktywowane Spice Girls, nie robiłoby wrażenia. I w ten sposób na scenie w Zakopanem pojawiło się Black Eyed Peas. Z dnia na dzień. Ot tak!

        Nie znam ani jednej piosenki zespołu Spice Girls, a tym bardziej nie wiedziałem nawet że taka Mel C. w ogóle jeszcze się estradowo udziela; nie znam też ani jednej piosenki zespołu Black Eyed Peas, ale przede wszystkim moja córka zna wiele z nich na pamięć, a ja z kolei mam świadomość, że ów zespół to jest dziś absolutny top muzyki popularnej. Ale przy okazji wiem coś jeszcze, i ta świadomość mnie trzyma od paru dni, a mianowicie to, że gdyby Sylwestrowi Marzeń groził jakikolwiek kryzys, to Telewizja Polska, a więc tak naprawdę polskie państwo, byłoby w stanie sprowadzić do Zakopanego nawet Roda Stewarta, Paula McCartneya, czy Harry’ego Stylesa. Gdyby trzeba było. Dlaczego tak? Otóż z tej prostej przyczyny, że Państwo, które ma swoje priorytety i nad tymi priorytetami utrzymuje kontrolę, w sytuacji kryzysu, jeśłi ulegnie agresji, to wyłącznie ściśle militarnej, i to też nie pierwszej lepszej.

        Ale to nie wszystko. Oto wystąpił na zakopiańskiej scenie zespół Black Eyed Peas – i to nie tak,  że wystąpił, wsiadł w helikopter i odjechał w nieznane, ale został na owej scenie do północy – i zademonstrował jak tylko mógł najwyraźniej, że Polska nie jest ani krajem faszystowskim, ani homofobicznym, ani nawet zwyczajnie nietolerancyjnym. A Polskie Państwo zrobiło wszystko, by z owej sceny słowo „miłość” wybrzmiało głośniej i częściej niż podczas niesławnego expose Donalda Tuska z roku 2007. I proszę zwrócić uwagę na fakt, że podczas tej demonstracji ani nie spalono choćby jednego samochodu, ani nie wybito jednej szyby wystawowej, ani na scenę nie wpadła jakaś banda pomyleńców, by się przykleić do tych desek. Zero. Pozostała wyłącznie polska tolerancja, polska otwartość, no i przede wszystkim „miłość, miłość w Zakopanem, polewamy się szampanem”. I wściekłość. Nieprzytomna wręcz wściekłość z jednej strony tych, którzy zrozumieli, że nie są w stanie pokonać rządu Prawa i Sprawiedliwości – specjalnie nie używam nazwy Zjednoczonej Prawicy, bo czegoś takiego nie ma i nigdy nie było – przy pomocy dotychczas tak świetnie im służącego popu, a z drugiej tych tak zwanych „naszych”, którzy po raz kolejny się przekonali, że wszelkie marzenia o odebraniu władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu mogą sobie wsadzić sobie w nos.

      (A już całkiem na marginesie, nie sądzą Państwo, że tak naprawdę posłowie Ziobro, Kowalski, czy Warchoł zdecydowanie bardziej woleliby podczas zabawy sylwestrowej słuchać piosenek „Kryzysowa narzeczona”, „Nie płacz Ewka”, czy „Szklana pogoda”?)

      No ale lećmy dalej. Otóż wiele już razy wcześniej miałem tu okazję – niestety dramatycznie nieskutecznie – zwrócić uwagę na pewną, dla mnie wręcz historyczną, wypowiedź prof. Pawła Śpiewaka, jakiej ten jeszcze w roku 2011 udzielił Robertowi Mazurkowi, a w niej taki oto fragment:

„Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. [...] Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć.[…] Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć”.

        Po raz kolejny wspominam tamte słowa, próbuję je odnieść do tego z czym mamy do czynienia dziś i widzę, że mimo iż minął już siódmy rok, jak wspomniany „mięki reżim” odszedł w siną dal, nie zmieniło się wiele. Oni nadal, pomijając formalną władzę, mają pod kontrolą niemal wszystko: telewizje, radia, różnego rodzaju papierowe i elektroniczne media, wielu dziennikarzy nadal boi się atakować Platformę, większość tzw. „niezależnych ekspertów” nadal nie wyrywa się do krytykowania przedstawicieli owego „miękiego reżimu”, sędziowie nadal biorą mocno pod uwagę, jakie zdanie w różnych kwestiach ma choćby i Bronisław Komorowski i wciąż wystarczy się rozejrzeć, by zobaczyć tłumy tych, którzy uważają, że „trzeba się liczyć”. I nie łudźmy się. Parlament, rząd i prezydent to coś co można zlikwidować w jeden dzień, wysyłając choćby tego czy owego w podróż podstawionym samolotem. To co się bowiem bowiem liczy, to siła realna, a tę, jak się okazuje, można uzyskać tylko z trzech, za to skumulowanych w jedno, źródeł, a mianowicie państwowej telewizji, państwowych służb i społecznego poparcia. Platforma Obywatelska, w roku swego upadku miała dużo więcej niż jej było potrzebne i ostatecznie zabrakło jej tylko jednego: społecznego poparcia. Dziś Prawo i Sprawiedliwość nie ma ani sądów, ani większości mediów, ani uniwersytetów, ani znacznej części kultury popularnej, natomiast to co kluczowe dla odparcia wszelkich możliwych ataków jak najbardziej zachowuje, a mianowicie jedno wielkie medium, służby, no i bardzo wysokie społeczne poparcie, o które niezmiennie dba i które wzmacnia jak tylko może, i to mimo kiedyś pandemii, dziś wojny za wschodnią granicą i bezprecedensowych nieprzerwanych ataków ze strony moskiewskiej, berlińskiej, brukselskiej i – last but not least – wewnętrznej agentury.

        Pamiętam rok 2007, kiedy służby właśnie wraz z mediami, o których, jednych i drugich, czystość i lojalność ówczesny rząd nie potrafił zadbać, doprowadziły do upadku rządu Prawa i Sprawiedliwości, cieszącego się, o czym już naprawdę wielu z nas zapomniało, dość bezpieczną społeczną popularnością. Pamiętam też przy tym jak wyglądały wówczas panoszące się po handlowych galeriach kioski z różnego rodzaju gadżetami wyposażonymi w hasła typu „kaczy fuhrer”, „radio ma ryja”, „Borubar na prezydenta”, czy – a owszem – „Giertych do wora”; pamiętam książkę z rysunkami Andrzeja Mleczki, gdzie najbardziej dowcipny obrazek przedstawiał limuzynę z prezydentem Kaczyńskim holującą za sobą budkę z napisem toi-toi; pamiętam menela zwanego Hubert H. i jego turnee po wszystkich telewizjach, gdzie mógł do woli opowiadać o tym jak go pisowskie państwo chciało zniszczyć. Ale pamiętam też owe przedwczesne wybory roku 2007, gdzie przy pomocy miejscowych i niemieckich służb Leszek Balcerowicz, pod hasłem „Zabierz babci dowód”, uruchomił wielki propagandowy geszeft i zaledwie w ciągu miesiąca wśród najmłodszych wyborców zorganizował około czteromilionowy ruch, który doprowadził do upadku rządów prawa i sprawiedliwości i wpuścił na scenę Donalda Tuska, Ewę Kopacz, Bronisława Komorowskiego i całe to ludzkie ścierwo, które odważny profesor Śpiewak nazwał po latach „miękim reżimem”.

        I znów – oni wciąż zachowują pełnię władzy na ogromnej części politycznej, medialnej, ale i kulturowej sceny, jednak to co im nie daje żadnej szansy w starciu z dobrze zarządzanym państwem to fakt, że nie mają kontroli nad służbami, publicznymi mediami, w tym przede wszystkim TVP i społeczeństwem, którym owo państwo skutecznie się zaopiekowało i któremu ono zaufało. Dziś, jak słyszę, Jarosław Kaczyński traktuje jako priorytet doprowadzenie do tego, by w nadchodzących wyborach wzięła udział jak największa, rekordowa liczba głosujących. Osobiście nie wiem, jak to można osiągnąć, ale jeśli uda się powtórzyć owe 4 miliony głosów z roku 2007, to uważam, że PiS, nawet bez łaskawej pomocy Ziobry, Kukiza i kogo tam jeszcze, może wejść w dziewiąty rok swoich rządów z większością konstytucyjną, a my będziemy sobie siedzieć z założonym rękoma i oglądać spektakl przy którym finałowa scena popularnego filmu „Marsjanie atakują” to bajka dla małych dzieci. 


 

czwartek, 28 października 2021

O tym co wypływa z pięści Donalda Tuska

 

         Wspominałem już tu o tym jak to na pierwsze, wówczas jeszcze zaledwie plotki o tym, że Donald Tusk planuje wrócić do Polski i wziąć za twarz całą opozycję, a kto wie, czy nie przygotowywać się do wyborów prezydenckich w roku 2025, pomarkotniałem. I nie chodziło mi broń Boże o to, że jemu jedno, lub drugie, a kto wie, czy nie oba zamierzenia z sukcesem wypalą, ale miałem na myśli to, że sama jego obecność tak zepsuje nasze powszechne nastroje, że zwyczajnie stracimy ochotę do życia. Bałem się, że te jego nieustanne telewizyjne występy, te konferencje prasowe, te jego słynne do porzygania gadki, sama ta, tak dobrze nam znana, kłamiliwa twarz i te oczy klasycznego złodzieja tak zdominują naszą polityczną scenę i staną się tak nie do wytrzymania, że cała Polska będzie go wręcz błagała by zniknął raz na zawsze... a on ani nie drgnie. Tego się bałem.

        Co gorsza, nie widziałem przy tym żadnego sposobu, by ten jego ewentuualny powrót w jakiś sposób zneutralizować, by uruchomić choćby jakąś potężną polityczną kampanię, która sprawi, że on straci przynajmniej część tego strasznego rezonu i przez to stanie się choćby trochę bardziej znośny. Odwrotnie, wiedziałem na sto procent, że cokolwiek zrobimy, Donald Tusk pozostanie sobą w tym podstawowym, i w gruncie rzeczy jedynym, wydaniu, z tego prostego względu, że, jak wszyscy wiemy, on od dobrych dziesięciu lat, a kto wie czy nie więcej, nie jest człowiekiem w powszechnie przyjętym rozumieniu tego słowa. Donald Tusk to coś z czym nie może się równać ani Borys Budka, ani Kidawa-Błońska, ani Rafał Trzaskowski, ani Michał Szczerba, ani nawet Lech Wałęsa, który chyba najbardziej z nich robi wrażenie kosmity. Donald Tusk to plazma, do której nie wiadomo nawet z której strony podejść.

        I oto w końcu wrócił i wszystko potoczyło się zgodnie z naszymi obawami. Ale stało się coś jeszcze. Oto ktoś zatrudniony w publicznej telewizji, a nie wykluczam że był to sam Jacek Kurski, wpadł na pomysł, by cokolwiek Donald Tusk powie, zrobi, czy choćby nic nie powie i niec nie zrobi, ale pokaże te swoje oczy, ów gest komentować w jeden jedyny sposób, a więc przez możliwie jak najczęstsze odtwarzanie słynnego już dziś „für Deutschland” oraz pokazywanie jego nerwowo zaciśniętej pięści. I tylko tyle. „Für Deutschland” i te nerwy. Od rana do wieczora. Co godzinę. Ile razy nadarzy się okazja. Zauważyłem że w tym szaleństwie jest bardzo wyraźna metoda i się zachwyciłem. Może nie od razu, ale w pewnym momencie, gdy zobaczyłem, że to się już nigdy nie skończy, że ktoś podjął decyzję, by to trwało wiecznie, zdałem sobie sprawę z tego, jak mistrzowskie to było posunięcie. Żadnej dyskusji z plazmą, żadnych argumentów, żadnych prób wyjaśniania Bogu ducha winnym telewidzom wszelkiego rodzaju niuansów: „Für Deutschland” i ta pięść. W pewnym momencie doszo do tego, że siedzieliśmy tu przed telewizorem, oglądaliśmy codzienne Wiadomości i tak już zupełnie dla żartu zabwialiśmy się w prognozowanie, czy owo „für Deutschland” pojawi się za minutę,  czy dopiero za dziesięć. A potem niezmienie następowało gromkie „Jest!”

       W czym rzecz. Otóż ja od samego początku wiedziałem również, że Donald Tusk, nawet jeśli nie ogłąda Wiadomości TVP, to doskonale wie, jak tam został sportretowany. Prawdopodobnie też się zorientował, albo ktoś mu powiedział, że nie ma co liczyć na merytoryczną dyskusję, w której sam miałby jakieś – niewielkie wprawdzie, ale jakieś – szanse. Będzie wyłącznie owo „für Deutschland” i zbliżenie na tę zaciśniętą, drżącą ze zdenerwowania pięść. On to wiedział, a ja z kolei wiedziałem, że przyjdzie moment kiedy on tego nie wytrzyma i zrobi coś, czego już mu nikt nie wybaczy.

         No i stało się. Nie wytrzymał. Zamiast siedzieć cicho jak mysz pod miotłą i udawać, że o niczym nie wie, odezwał się i wyszydził czterech polityków Prawa i Sprawiedliwości za to tylko, że mają niemieckie nazwiska. Ja oczywiście nie sugeruję, że nie ma takich, którzy mu w tym momencie przyklasnęli i uznali że ten Tusk to jednak pierwsza liga. Ci będą zawsze, nawet wtedy gdy o Donaldzie Tusku wszelkie wspomnienie zaginie. Chodzi mi o to, że decydując się na komentarz pod adresem owej złośliwości rządowej propagandy, okazał on słabość. Pokazał że nie do końca jest plazmą, ale gdzieś tam w nim tkwią jakieś resztki człowieka.

       A ja teraz mam już tylko nadzieję, że państwowa propaganda nie wda się z Donaldem Tuskiem w dyskusję, kto tu jest większym chamem, czy w jaki sposób zarzucanie komuś zdrady narodowych interesów jest bardziej sensowne od wyśmiewania się z czyjegoś nazwiska. Mam naprawdę wielką nadzieję, że nie będzie dnia, gdy w Wiadomościach TVP nie zobaczymy Donalda Tuska gdy ten najpierw mówi „für Deutschland”, a potem wyciska to gówno z dłoni. Mam nadzieję, że oni to będą pokazywać tak długo aż on albo w cholerę wyjedzie stąd gdzie pieprz rośnie, albo napisze na Twitterze coś jeszcze bardziej niedorzecznego, albo – i to by było najlepsze – zwyczajnie rozbierze się do majtek na samym środku tak zwanego Monciaka, zacznie drzeć mordę, i zostanie zabrany przez wezwane przez wiecznie tam obecnych wczasowiczów pogotowie. Jakiś biedaczek zadał sobie trud i obliczył, że od czasu gdy Donald Tusk wygłosił swoje orędzie für Deutschland, Wiadomości TVP dały mu po łbie 97 razy. Mam nadzieję, że jeszcze zanim nadejdą Święta, on z tych nerwów wreszcie oszaleje i ten licznik się zatrzyma. W końcu, jak długo można?



       

 

wtorek, 20 lipca 2021

"Für Deutschland", czyli o metodzie skutecznego uprawiania polityki

      Oglądaliśmy wczoraj trochę Wiadomości TVP i, tak jak można się było spodziewać, w pewnym momencie pokazał nam się były minister Jacek Rostowski i powtórzył już po raz chyba tysięczny znaną nam kwestię: „Pieniędzy nie ma i nie będzie”, a córka moja nagle zapragnęła wiedzieć, co ów człowiek aktualnie porabia. Zastanowiłem się przez chwilę i pomyślałem sobie od razu, że prawdopodobnie odpowiedź na to pytanie – podobnie jak i na to, co się dziś dzieje z Ryszardem Kaliszem, Markiem Migalskim, Włodzimierzem Cimoszewiczem, Grzegorzem Kołodką, Joanną Kluzik-Rostowską, Kazimierzem Marcinkiewiczem, Pawłem Kowalem, Stanisławem Cioskiem i wieloma innymi zapomnianymi bohaterami – znają dziś już tylko ci z nas, co w miarę regularnie oglądają stację TVN24. No i wtedy też nagle uświadomiłem sobie, że ja sam nie włączam tej stacji praktycznie od jakichś pięciu już lat.

      Skąd taka decyzja? Otóż muszę powiedzieć, że konkretnej decyzji nigdy tu nie było, natomiast z całą pewnością od pewnego momentu świadomość, że oglądanie TVN-u w sposób nieunikniony wiąże się z koniecznością oglądania wspomnianych twarzy i wysłuchiwania sączących się z nich ekspertyz, a ja tego rodzaju doświadczenia zwyczajnie sobie nie życzę. No bo zastanówmy się, po co mi tu gdzie dziś jestem głos takiego Grzegorza Kołodki?

      Czy jednak w związku z tym, ktoś spyta, nie jest tak, że przez owo zaniedbanie ja nie mam pełnego obrazu tego co się dzieje w Polsce i na świecie? A ja chętnie przyznam, że to jest bardzo prawdopodobne, tyle że dla mnie tak zwana „pełna” wiedza na temat stanu rzeczy jest dokładnie tak samo potrzebna jak – o czym również dziś dowiedziałem się z publicznej telewizji – dla polityków oraz sympatyków opozycji, tak zwany „program”. Zarówno owi politycy, jak i ich wyborcy, rzeczony program – że już nie wspomnę o pełnej informacji – mają głęboko w nosie, bo jedyne co ich tak naprawdę interesuje, to odsuniecie Jarosława Kaczyńskiego od władzy. Za wszelką cenę. A zatem, mnie również do niczego nie są potrzebne mądrości ekspertów stacji TVN-24. Ja mam tylko jedno marzenie, to mianowicie żeby oni wszyscy się udusili tą swoją tak dziś dramatycznie eksponowaną histerią.

      Ale jest jeszcze coś. Otóż, jak pewnie wielu z nas zauważyło, od czasu gdy do Polski wrócił Donald Tusk, praktycznie nie było dnia, by telewizja publiczna nie poświęciła mu odpowiednio dużo miejsca w swoim przekazie. Zauważyliśmy to, a jednocześnie też zwróciliśmy uwagę na to, że znaczna część owego przekazu to powtarzane w kółko bardzo krótkie fragmenty z jego słynnego już, wygłoszonego w języku niemieckim, wystąpienia do Niemców właśnie. Wielu z nas też zapewne mocno się irytuje, kiedy widzi, jak redaktorzy Wiadomości potrafią podczas jednego tylko wydania nawet kilkukrotnie ograniczyć informacje o aktywności Donalda Tuska do sekwencji „Für Deutschland”, dodatkowo czasem ubarwiając ową sekwencję zdaniem „Danke für alles”. A ja, co może niektórych zdziwi, ile razy jestem świadkiem owego zagrania w wykonaniu naszych kochanych propagandzistów, nie mogę się nim nacieszyć. Otóż moim zdaniem, to jest wszystko, czego wymaga dzisiejszy poziom politycznej debaty. Sposób w jaki ona została w ostatnich latach zniszczona zarówno przez polityków, jak i różnego rodzaju aktywistów, dziennikarzy, ale również – i to wcale w nie najmniejszym stopniu – wszelkiego typu internetowe grupy, ostatecznie i nieodwołalnie unieważnia wspomnianą debatę. To co wcześniej nazwaliśmy sobie „pełnym obrazem”, czy nie daj Boże „obiektywnym spojrzeniem”, to już tylko czysty mit i bzdura. To co się obecnie liczy, to wyłącznie kilka stworzonych na potrzeby bieżącej propagandy memów, najczęściej zbudowanych na najbardziej bezwstydnych kłamstwach. Ponieważ strona reprezentowana dziś przez ów przedziwny powrót Donalda Tuska w owych kłamstwach i sztuce przerabiania ich na owe memy, nie ma sobie równych, ja dziś czepiam się niemal jak pijany płotu tego „Für Deutschland” i życzę sobie by ono było powtarzane choćby tak długo i często jak pamiętny „Borubar”, czy „Kaczy Führer”.

     I niech nikt nie myśli, że mi tak bardzo na tym zależy, bo liczę na to, że dzięki temu zachowam swoje dotychczasowe morale. Nic podobnego. Moje morale pozostanie już na zawsze niewzruszone, niezależnie od tego, jak mnie będą nakręcać czy to Maciej Knapik, czy Michał Rachoń, Ryszard Legutko, czy Roman Giertych. Szczerze powiedziawszy, gdy chodzi o nie akurat, dziś już nawet Jarosław Kaczyński nie musi się mną zajmować. Ja już mam tylko jeden cel: władza dla Prawa i Sprawiedliwości, i to włądza możliwie pełna, tak długo jak to tylko będzie konieczne. A przy, jak już wspomniałem, dzisiejszym stanie debaty, nie widzę nic bardziej skutecznego niż powtarzanie w koło Macieju tej frazy „Für Deutschland”. Reszta to już jest zaledwie dodatek. A skoro tak, to mam też głębokie przekonanie, że te słowa i ich obsesyjne nagłaśnianie przez publiczną telewizję, doprowadzi w końcu samego ich autora do stanu takiej wściekłości, takiego wybuchu, że telewizyjne kamery ów wybuch odpowiednio zarejestrują i wtedy dopiero Wiadomości TVP będą mogły zamienić przekaz na nowy. A my wtedy dopiero będziemy mieli prawdziwą frajdę.



sobota, 1 maja 2021

O skutecznym propagandy sposobie

      Nie bardzo wiem, czy miałem dotychczas okazję zwracać na to uwagę, ale jedną z rzeczy, która sprawia, że gdybym miał dziś jakąkolwiek inną możliwość na to by głosować na coś przynajmniej równie pewnego jak Prawo i Sprawiedliwość, to zrobiłbym to bez najmniejszego wahania, jest obsada programów informacyjnych publicznej telewizji. Chodzi o to, że sytuacja w której, w ramach państwowej propagandy, wręcz do porzygania jesteśmy karmieni komentarzami albo któregoś z barci Karnowskich, albo Tomasza Sakiewicza, albo ewentualnie Wojciecha Wybranowskiego, dla w miarę przytomnego odbiorcy jest zwyczajnie nie do wytrzymania. Praktycznie od samego początku jak PiS przejął publiczne media, zastanawiam się nad owym fenomenem, i nie potrafię znaleźć odpowiedzi, jak to się stało, że tych troje się tam się na tyle skutecznie zagnieździło, że owo zagnieżdżenie robi wrażenie autentycznej uzurpacji. I oto proszę sobie wyobrazić parę dni temu na portalu wpolityce.pl, prowadzonym oczywiście przez środowisko braci Karnowskich trafiłem na następujący tekst. Oto anonsowana wielkim czerwonym tytułem „nasz wywiad” ukazała się na owym portalu rozmowa z posłem Konfederacji Dobromirem Sośnierzem, gdzie ów Sośnierz tłumaczy się z wypowiedzi Janusza Korwina Mikke, w której ten stwierdził, że Adolf Hitler nie miał pojęcia o wszystkich nieszczęściach, jakie spadły na świat w latach 1939-45. Jak sobie Sośnierz radzi z tym problemem, nie jest tu dla nas w żaden sposób istotne, zwłaszcza że odpowiedź na to każdy w miarę inteligentny obserwator politycznej sceny wie znakomicie. To natomiast co nas dziś interesuje to fakt, że owa rozmowa – zaznaczam, że anonsowana przez portal zapowiedzią „nasz wywiad”, jest w całości przepisana z rozmowy jaką z Sośnierzem kilka dni wcześniej w telewizji TVPInfo przeprowadził Adrian Klarenbach. Tak się składa, że oglądałem ową oryginalną rozmowę i teraz gdy czytam tekst na portalu Karnowskich, nie mogę nie zauważyć, że to jest tekst dokładnie, słowo w słowo, przepisany z ekranu telewizora.

       Oczywiście, pierwsze co mi w tym momencie przychodzi do głowy, to myśl, że ten rodzaj bezczelności, nawet w tych „okolicznościach przyrody”, które wspólnie przeżywamy, jest czymś zupełnie niewyobrażalnym. Ja na przykład nie jestem sobie w stanie wyobrazić, by taki „Newsweek” przedrukował którąś z rozmów nadawanych przez TVN24 w ramach projektu „Fakty po Faktach” i zaanonsował ją jako swoją. Karnowscy to zrobili, a co ciekawe, z tego co zdążyłem zaobserwować, nikt na to nawet nie mrugnął okiem.

       I ten rodzaj zepsucia jest oczywiście dla nas wszystkich absolutnie wstrząsający, ja natomiast staram się w tym wszystkim, jak zawsze zresztą, znaleźć jakiś sens, i dochodzę do wniosku że to co się dzieje to przede wszystkim dowód na to, że ów propagandowy front, jaki dziś stworzył rząd, by bronić Polski przed atakiem, było nie było, kosmitów, zaczyna się koncentrować w jednym zjednoczonym projekcie, który powinien już za chwilę stworzyć taką siłę, że stanie się zwyczajnie nie do pokonania. Zaczynam mianowicie podejrzewać, że cały system państwowej propagandy tworzony przez Jarosława Kaczyńskiego i jego Prawo i Sprawiedliwość, coraz bardziej zaczyna przypominać swego rodzaju konsorcjum, której każda część współtworzy idealną całość.

         Czy to mnie cieszy, czy martwi? Otóż z czysto ludzkiego punktu widzenia jestem szczerze powiedziawszy załamany, zwłaszcza gdy widzę, jak bardzo głowni aktorzy owego projektu to banda kompletnych idiotów, w dodatku zepsutych do szpiku kości. Z drugiej jednak strony mam świadomość, że jesteśmy dziś – a mam tu na myśli cały świat – w trakcie cywilizacyjnej wojny, gdzie o braniu jeńców nikt nawet nie myśli, a to prowadzi do sytuacji gdzie zasada kto pierwszy ten lepszy, to pierwsza i praktycznie jedyna broń. W tak zwanym cywilizowanym świecie, jak wiemy, jest mnóstwo nadawców, którzy z jednej strony starają się robić wrażenie różnorodności, a tak naprawdę tworzą jeden wspólny przekaz. Jaki jest więc sens podtrzymywać owo złudzenie pluralizmu? Czy nie lepiej zjednoczyć siły i zupełnie uczciwie przyznać, że skoro mamy wojnę, to mamy wojnę i kropka?

         Jak pewnie część z nas wie, Daniel Obajtek odkupił od Niemców całą regionalną prasę, która dotychczas praktycznie w całości miała za zadanie realizować politykę najlepiej chyba wyrażoną pod hasłem „Jebać PiS”. W jednym ze swoich wstępnych oświadczeń prezes Obajtek zapewnił, że projekt który on tworzy będzie stanowił przykład całkowicie obiektywnego dziennikarstwa, no i że oczywiście żadne zmiany w obsadzie redakcji nie są planowane. I oto już chwilę później, jak słyszymy, szefem całego nowego projektu została – nie przesłyszeliśmy się – Dorota Kania i w jednej chwili zmieniła wymieniła katowickiego „Dziennika Zachodniego”. Sprawa w jednej niemal chwili wywołała autentyczną wściekłość tak zwanych „elit”, ja natomiast, mając świadomość zasług, jakie ów „Dziennik Zachodni” ma od lat dla niszczenia tego co tworzy polski sukces, uważam że gdy chodzi o niszczenie tego zła, niech oni biorą nawet Kanię. Kto wie, czy tak się właśnie nie kształtuje cały ten układ, że nikt go nie będzie w stanie zniszczyć równie skutecznie, jak ludzie wywodzący się z tego samego kulturowego źródła.

      Powtórzę więc może tylko to, że mamy wojnę i o braniu jeńców nie ma mowy.

     



środa, 21 kwietnia 2021

Czy Jan Pospieszalski zagra nam wreszcie coś na basie?

 

         

         Gdy chodzi o panią poseł Joannę Lichocką, to moje zdanie na jej temat jest niemal od pierwszej chwili, gdy usłyszałem jej głos, pozostaje niezmienne i jednoznaczne, znacznie bardziej skomplikowana sprawa jest z Janem Pospieszalskim, oryginalnie muzykiem do wynajęcia, a od lat też telewizyjnym dziennikarzem oraz politycznym komentatorem. Otóż, gdy chodzi o Pospieszalskiego, był czas gdy go szanowałem, a dziś na swoje usprawiedliwienie mam to, że ów czas to były lata gdy wszyscy byliśmy wręcz spragnieni tego, by poglądy, które sobie ceniliśmy i szanowali, były podzielane również na tak zwanym „zewnątrz”. Od wielu już jednak lat – i od razu zastrzegam się, że nie mam tu na myśli owego roku 2010, gdy ów Pospieszalski zaprosił mnie do swojego programu, jako osobę która praktycznie stworzyła temat tego akurat wydania, i ostatecznie potraktował mnie zaledwie jak klasyczny „głos z publiczności” – nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Jan Pospieszalski to zaledwie jedna z owych wielu dramatycznie płytkich i intelektualnie nieciekawych medialnych osobowości, która jedyne co ma do zaoferowania to swoje nabyte lata temu poglądy i przekonania, do których jest przywiązany tak jak pewien rodzaj staruszków, którzy nie są w stanie pić z innego kubeczka, jak z tego z napisem „cukier krzepi”,  no i jeszcze ów znany nam wszystkim publiczny sznyt.

       Piszę dziś o Pospieszalskim, a wspominam Lichocką, w związku z pewnym, głównie internetowym, zamieszaniem, związanym z tym że Pospieszalski, jak to on,  w swoim nadawanym jeszcze od najbardziej ponurych czasów rzadów Platformy Obywatelskiej telewizyjnym programie – swoją drogą, tradycyjnie emitowanym w porze gdy przeciętny Polak kładzie się do snu –  zatytułowanym „Warto rozmawiać”, zaczął się zachowywać tak, jak gdyby jedyną jego misją było propagowanie nadzwyczaj ekstrawaganckich poglądów swoich i swoich kolegów. Gdy chodzi o mnie, audycji Pospieszalskiego z zasady od wielu już lat – podobnie jak wielu innych telewizyjnych programów – nie oglądam, podobnie też jak staram się nie zwracać uwagi na jego felietony w tak zwanej „prawicowej prasie”, natomiast przyznaję – wspomniałem o tym zresztą już w jednym z wcześniejszych felietonów tu na blogu – obejrzałem wydanie pewnego „Warto rozmawiać”, które w całości było poświęcone  egzorcyzmowaniu papieża Franciszka i nikt z zaproszonych, pobożnych jak jasna cholera, gości ani jednym słowem nie wspomniał o tym, że może jednak – skoro wszyscy zgromadzeni w studio to przynajmniej zdeklarowani członkowie Kościoła Powszechnego – należało by uszanować przekazaną nam przez Jezusa Zmartwychwstałego hierarchię. To wtedy po raz pierwszy – a zaznaczam, że wcześniej okazji do tego parę również było – pomyślałem sobie, że przydałoby się, by znalazł się ktoś, kto najpierw może wyjaśni Pospieszalskiemu, że owa audycja to nie jego prywatny interes, ale publiczna telewizja, ze swoimi zadaniami oraz misją, a jeśli nie zechce owego wyjaśnienia wysłuchać, to mu ten, wydawałoby się że wieczny, projekt odbierze.

        Jak pewnie większość z nas się orientuje, gdy chodzi zarówno o samo zjawisko pandemii, jak i sposoby walki z nią, ze szczególnym uwzględnieniem polityki Rządu RP, wywołują one reakcje skrajne w tym sensie, że z jednej strony mamy „ciemną masę”, posłusznie realizującą zalecenia przedstawiane przez państwowe instytucje, a z drugiej wściekłą grupę „oświeconych”, przekonaną, że tak naprawdę o żadnej pandemii mowy być nie może, wszystko to stanowi zaledwie globalne oszustwo, a wszystkie związane z nią restrykcję tworzą wyłącznie albo demonstrację kompletnego skretynienia, względnie fragment większego tajnego projektu mającego na celu zredukowanie ludności świata o jedną trzecią. Gdy używam słowa „wściekła” nie przesadzam w najmniejszym stopniu, bo w rzeczy samej poziom emocji po stronie kwestionującej nawet jeśli nie samą pandemię – bo tu akurat sprawa nie jest aż tak prosta – to sposoby walki z nią, niekiedy wykracza poza dostępną skalę. Proszę spojrzeć na parę przykładów wziętych z, co by nie mówić, zdecydowanie wpływowego nawet w skali globalnej Twittera:

„Powiem Wam, że nic mi tak ostatnio nie daje radości jak widok Rodaków i Rodaczek, omijających mnie bez szmaty, wielki łukiem”;

„Oglądacie na żywo konfę rzecznika MZ ? Przecież to szmaciarz...pospolita kurwa , która łże.....”;

„Nie mam zdrowia do słuchania tego skurwysyna”;

„Ha, ha, ha, przecież to są jakieś jaja.....A Wy dalej chodźcie w szmatach na ryju z poczuciem , że ratujecie czyjeś życie.....Nawet mi was nie żal. Tak - to jest wojna - gardzę wami idiotami”;

„Po 14 tygodniach 2021 roku pan Niedzielski i Morawicki z Horbanem, Sutkowskim, Simonem i wieloma innymi, za przyzwoleniem pana Kaczyńskiego, wymordowali prawie 40 tys. Polaków”.

       I tak dalej, i tak dalej, i niech mi nikt nie mówi, że to jest jakaś nisza. Mnie akurat wystarczy każdy spacer z moim psem, gdzie dzień w dzień mijam dziesiątki osób bez maseczek, choćby i na szyi, by się zorientować, że mamy do czynienia z autentyczną armią.

        I na to wszystko przychodzi Jan Pospieszalski, człowiek od pewnie już dwudziestu lat zatrudniany przez publiczną telewizję, a więc w ten czy inny sposób medialny przedstawiciel polskiego panstwa i decyduje się realizować przekaz, którego celem, jak by nie patrzeć, jest utrzymywanie tego elementu w jego przekonaniu, że kiedy brytyjska królowa na pogrzebie swojego męża występuje w maseczce, to albo z rozkazu Billa Gatesa, albo co najmniej Henry’ego Kissingera, ewentualnie przez to, że zamiast wysłuchać tego co na temat tak zwanej „pandemii” ma do powiedzenia Grzegorz Braun, zdaje się na jakieś uzyskiwane z mainstreamu plotki.

      W tej sytuacji nie mam innego wyjścia jak zakomunikować, że – bez względu na to, jakie intencje kierowały posłanką Joanną Lichocką, gdy pisała na Pospieszalskiego donos do Jacka Kurskiego, no i tym bardziej niezależnie od tego co ów Jacek Kurski tak naprawdę, jeśli go w ogóle to cokolwiek obchodzi, o tym wszystkim myśli – uważam, że nadszedł najwyższy czas, by przywołać Jana Pospieszalskiego do porządku, a jeśli nie posłucha, to skierować go na odcinek, gdzie, gdy chodzi o mnie, może się produkować nawet jako Żorżyk – gitarzysta basowy.



 

czwartek, 25 czerwca 2020

Za co kochamy kłamstwo, za co nim gardzimy?


      Jestem pewien, że choć prawdopodobnie większość z nas nie uznała tego za fakt jakoś szczególnie interesujący, z całą pewnością zauważyliśmy ową prawidłowość realizująca się w tym, że ile razy ktoś ze strony Prawa i Sprawiedliwości – czy to będzie Jarosław Kaczyński, czy premier Morawiecki, czy Andrzej Duda, czy choćby któryś z mniej eksponowanych polityków – powie lub zrobi coś, co doczeka się poważniejszych komentarzy, wśród owych głosów z całą pewnością pojawią się i takie, że tym razem słowo to czy gest Prawu i Sprawiedliwości zaszkodzi, a to się z całą pewnością przełoży na wyniki notowań w sondażach. I wcale mi najbardziej nie chodzi o oceny formułowane przez stronę opozycyjną, zwłaszcza że w owych środowiskach panika i wściekłość pozostają od lat na niezmienionym poziomie i im trudno byłoby zupełnie poważnie z jednej strony prorokować ostateczny upadek znienawidzonego projektu, a z drugiej demonstrować tak wielki przed nim strach. Mam tu raczej na myśli głosy dochodzące ze strony Prawa i Sprawiedliwości sympatyków. To my mianowicie od niemal zawsze jesteśmy tak strasznie wyczuleni na każdą naszą kompromitację, każdy błąd, czy choćby niezręczność, że nie dość, że to wszystko w jednej chwili otwarcie krytykujemy, to jeszcze właśnie wyrażamy bolesne przekonanie, że teraz to już jest po nas. A i tak nie wspominam o tych, co już dawno przez te wszystkie lapsusy nie dość, że nie pozostawili na ich autorach suchej nitki, to jeszcze wielokrotnie deklarowali, że na nich Prawo i Sprawiedliwość już nie powinno liczyć. Kto z nas choćby nie pamięta słynnego wystąpienia środowiska „Gazety Polskiej” na czele z Tomaszem Sakiewiczem, gdzie tuż po odwołaniu z rządu Antoniego Macierewicza, zadeklarowali oni, że już nigdy nie zagłosują na Andrzeja Dudę?
      Czemu oni to robią? Otóż moim zdaniem – niezależnie od tego jak ja ten rodzaj politycznej przenikliwości oceniam – ich problemem jest to, że jednak myślą, analizują, kombinują, oceniają, a przy tym wszystkim są nadzwyczaj wyczuleni na to, by ich poparcie miało uczciwe podstawy. Tacy są wyborcy prawicy. Uważam, że zdecydowana większość z nich – a powinienem właściwie napisać „nas” – nie chce kupować czegoś, do czego po pierwsze nie jest serdecznie przekonana, a przynajmniej w wyniku bardzo starannych kalkulacji nie dojdzie do przekonania, że jednak należy zacisnąć zęby i pozostać wiernym czemuś znacznie większemu. Nigdy jednak nie będzie tak, że jeśli nam się zwróci uwagę na oczywisty błąd, będziemy udawać, że niczego nie widzieliśmy, a nawet jeśli, to i tak nic nie szkodzi.
       Jak sytuacja wygląda po stronie przeciwnej? Bardzo dobrej odpowiedzi na to pytanie udziela reakcja elektoratu Platformy Obywatelskiej na niedawny podwójny wyrok sądu w sprawie oczywistego kłamstwa Rafała Trzaskowskiego w kwestii liczby osób, które straciły pracę w wyniku wirusowego kryzysu. Gdyby sytuacja była taka, że środowisko sędziowskie zastraszone przez PiS wydawałoby tego typu wyroki z tego typu uzasadnieniem, jak w przywołanym przypadku, przeciwko tak nędznej nawet opozycji jak Platforma Obywatelska, to przede wszystkim jego wyborcy w jednej chwili podnieśliby wielki wrzask, że skoro tak, to już jest z pewnością po PiS-ie, a duża część z nich – choćby i ja – ogłosiłaby, że takie towarzystwo to wstyd i się z niego wymiksowało. Czy coś takiego ma miejsce po tamtej stronie? Czy tam ktoś choćby coś mruknął na temat tego, że owe wyroki Trzaskowskiemu zaszkodzą? Mowy nie ma! Oni wszyscy dławią się nieprzytomną satysfakcją, a jeśli ich poprosić o opinię, to jak jeden mąż ogłoszą, że oto wreszcie zatriumfowała sprawiedliwość. I nie mówię tu tylko o politykach, czy wynajętych dziennikarzach, ale o zwykłych internetowych komentatorach. Tam nie można znaleźć jednego słowa obawy, że ta zabawa robi się dla nich bardzo niebezpieczna.
       Wczoraj Telewizja Publiczna przekroczyła jak się zdaje pewną całkiem nową granicę i Wiadomości TVP bez choćby próby pozorowania, że mamy do czynienia z wiadomościami, wyemitowały klasyczny program wyborczy Andrzeja Dudy. Kiedy czytam komentarze na Twitterze, a są to głównie głosy zdecydowanych wyborców Andrzeja Dudy, nie mogę nie zauważyć z jednej strony autentycznej wściekłości na Kurskiego, włącznie z formułowanymi bezpośrednio zarzutami, że on postanowił tak rozwścieczyć jego wyborców, by nie dopuścić do reelekcji Dudy, a z drugiej wspomnianych wcześniej obaw, że tego rodzaju bezwstydna propaganda musi Prezydentowi zaszkodzić. Jednocześnie jednak – i to jest to na co chcę bardzo zwrócić uwagę – nie spotkałem jednego komentarza ze strony czy to polityków opozycji, czy zatrudnianych przez nią dziennikarzy, czy wreszcie samych sympatyków, gdzie oni – a to by było przecież jak najbardziej naturalne – zaczęliby kibicować Kurskiemu, skakać z radości, otwierać szampany, bo oto nadchodzi koniec tego parszywego  „polactwa”. Jest wręcz przeciwnie. Furia z jaką oni reagują na to co się dzieje w TVP stała się jeszcze większa, nienawiść jeszcze bardziej gęsta, a obłęd jeszcze bardziej autentyczny. Przepraszam bardzo, ale tak się nie zachowują ludzie, którzy w porażkach przeciwnika ujrzeli swoją z dawna wyczekiwaną szansę. To jest reakcja ludzi wściekłych ze strachu.
       Prezydent Duda pojechał do Stanów na spotkanie z Trumpem i kiedy czytam komentarze choćby na Onecie, wiem, że ta wizyta to kompletna porażka. Z tego co czytam, jedyne co z niej pozostało to wspólne zdjęcie, a poza tym wielkie zero. No ale skoro tak, to czemu oni wszyscy dostali tak strasznych nerwów? Czemu drą mordy, że Trump, popierając Dudę, złamał wszelkie zasady? Czemu oni się tej wizyty tak strasznie boją? Przecież, wedle wszelkich danych, ona powinna dla Dudy być gwoździem do trumny. No ale, z drugiej strony, czemu wielu z nas się tak strasznie martwi, że on tam pojechał i w ten sposób naraził się z jednej strony na te wszystkie zarzuty – które mu oczywiście obniżą notowania – a poza tym odpuścił bardzo ważną część kampanii?
        O tym jeszcze porozmawiamy, natomiast znów pojawia się pytanie, tym razem jednak kierowane pod adresem przeciwnej strony, czemu oni się tak zachowują. Otóż tu też mam swoje podejrzenia. Oni mianowicie doskonale wiedzą, że to co im dało tak spektakularną i jakże długą, niekiedy robiącą wrażenie nigdy się nie kończącej, serię zwycięstw, a mianowicie bezczelna propaganda, kłamstwo i najbardziej prymitywny pijar, działają jak najbardziej i jeśli cokolwiek może im zaszkodzić to nie to, lecz proste fakty, a dokładnie rzecz biorąc tak zwane „liczby” i ich wpływ na życie każdego z nas. Jednocześnie zatem jest to powód dla którego, z jednej strony, oni słuchając Wiadomości TVP truchleją ze strachu, a z drugiej z tak nieprawdopodobnym entuzjazmem reagują choćby na ostatnie wyroki sądów. Za tym stoi wyłącznie już lata temu skutecznie wszczepiona w nich wiara w potęgę kłamstwa.
         Gdy chodzi o stronę przeciwną, czyli w tym wypadku o nas, nas tak strasznie boleśnie przeszywa wiara w piękno prawdy. I to jest nasza siła, a jednocześnie słabość. Na szczęście, właśnie dzięki tej własnie sile i tej słabości, dajemy radę. Mam nadzieję, że już za trzy dni pokażemy jak to działa w praktyce.



czwartek, 21 maja 2020

O robieniu w dupę, pojedynczo i grupowo


       Miałem dziś plan by pisać o Trójce, czyli o 3 programie Polskiego Radia, i o aferze z ową Trójką związanej, jednak niemal rzutem na taśmę Sylwester Latkowski za pośrednictwem TVP przedstawił swoją zapowiadaną od lat drugą cześć dokumentu sprzed lat o pedofilach, i wygląda na to, że – choć wcale nie znajdziemy się aż tak daleko od tematu – Trójka będzie jednak musiała poczekać do jutra. Obejrzałem ów film i gdy chodzi o całość, mam dwie refleksje. Przede wszystkim, tym razem Latkowski miał do dyspozycji nieco lepszy sprzęt, w związku z czym dźwięk tym razem był na tyle dobry, że można usłyszeć coś ponad ówczesny bulgot, no i w międzyczasie pojawiły się też drony, a więc i sam film nabrał dodatkowej atrakcyjności. Poza tym, wszystko wypadło jeszcze gorzej, bo o ile przed laty pojawiło się przynajmniej nazwisko Krzysztofa Zanussiego w charakterze podejrzanego, to dziś w najlepszym wypadku zaledwie artysty estradowego Nergala, oraz aktora Szyza i to zaledwie jako ewentualnych mimowolnych świadków.
       Gdybym powiedział, że do Sylwestra Latkowskiego mam stosunek pełen ponurego dystansu,  byłbym tu wybitnie wstrzemięźliwy. Faktem jest bowiem, że dla mnie Latkowski to ktoś, do kogo nie zdecydowałbym się zbliżyć choćby na pół metra, a to z tej obawy, że przede wszystkim tego doświadczenia bym nie przeżył, a jeśli nawet, to bym po tym kontakcie nie odkaził się nawet przy pomocy płynu, który nam dostarczył Orlen. Nie zmienia to oczywiście faktu, że bez względu na to, jakie intencje dziś Latkowskim kierują, ja nie wykluczam, że wszystko co on w swoim filmie pokazuje, to najprawdziwsza prawda. Powiem więcej – a to też jest powód, dla którego uważam jego film za kompletnie bez znaczenia – to o czym on tam opowiada, wiem i bez jego łaskawego udziału, a nawet gdybym nie wiedział, to bym realność opisanych sytuacji obstawiał w ciemno. Czemu? Odpowiedź na tego typu pytanie, mam od dawna przygotowaną: bo czemu nie?
        Jest dla mnie bowiem od czasów, gdy byłem jeszcze bardzo młodym człowiekiem, zupełnie oczywiste, że są na świecie ludzie z pieniędzmi i z seksualnymi obsesjami, które za te pieniądze mogą i zaspokajać i jednocześnie owe obsesje skutecznie ukrywać przed wzrokiem ciekawskich. Od czasu gdy zacząłem samodzielnie myśleć wiedziałem, że na pewnym poziomie władzy finansowej, a przez to  politycznej i towarzyskiej, dzieją się rzeczy – szczególnie w tak zwanej sferze obyczajowej – o których ludziom takim jak my nawet się nie śniło. Jedynym problemem więc jest już tylko to, czy ich wszystkich uda się kiedyś jakimś cudem normalnie albo powystrzelać, albo przynajmniej posadzić.
      A zatem, nie mam najmniejszych wątpliwości, że faktycznie od roku 2007 do 2015 – w sumie ciekawa jest owa koincydencja, prawda? – pewien cwaniak z Trójmiasta, działający na zlecenie innego cwaniaka, zbierał z ulic młodziutkie śliczne dziewczynki i rozdawał je za pieniądze wspomnianym ludziom z pieniędzmi. Nie dziwi mnie też więc, że skoro w ów proceder były zaangażowane i pieniądze i ludzie z tymi pieniędzmi, a w dodatku mówimy o latach 2007-2015 oraz o Trójmieście, to i jego uczestnicy do dziś pozostają praktycznie bezkarni. I powtarzam raz jeszcze: ani Latkowski ani TVP do tego bym to wiedział nie są mi do niczego potrzebni, zwłaszcza gdy oni wręcz stają na głowie, by robić wrażenie jakby się o tym wszystkim przed chwilą dowiedzieli.
        I pewnie bym dziś nad tym wszystkim się nawet nie zatrzymał, gdyby nie pewien szczegół. Otóż w rozmowie zorganizowanej przez telewizję już po emisji filmu, Latkowski nagle opowiedział o tym, jak to pewien telewizyjny gwiazdor ma od lat taki zwyczaj, że każe sobie organizować castingi, w których młodzi chłopcy się przed nim prężą i próbują go uwieść swoimi wdziękami, a on niezmiennie z tych trzech wybiera najmłodszego, no i następnie go wykorzystuje podczas swoich pedofilsko-homoseksualnych ekscesów. W tym momencie zebrani w studio doznali ciężkiego szoku, a prowadzący spotkanie redaktor poprosił nieśmiało, by Latkowski ujawnił nazwisko gwiazdora. Kiedy ten stanowczo poinformował, że tego zrobić nie może, redaktor zapytał, czy można przynajmniej dowiedzieć się w jakiej stacji telewizyjnej ów zboczony pedofil jest zatrudniony i wówczas, po dłuższym, przeciągającym się nieznośnie zastanowieniu, zdradził Latkowski, że chodzi oczywiście o TVN.
       A ja w tym momencie muszę ten tekst czym prędzej kończyć, zanim dostanę takiej cholery, że zacznę brzydko mówić, i pragnę tylko przypomnieć, że jeszcze w roku 2016 ten sam Sylwester Latkowski, o którym dziś tu rozmawiamy, w rozmowie na Twitterze z nikim innym jak z Karoliną Korwin Piotrowską napisał zupełnie otwartym tekstem, że on się zwrócił do dyrektora Miszczaka, by poprosił może swojego pracownika Kubę Wojewódzkiego, by ten, kiedy zaciąga do korporacyjnego kibla młodych chłopców, prosił ich najpierw o dowód tożsamości.
        O co chodzi? Otóż jak widzimy, nazwisko Kuby Wojewódzkiego w interesującym nas kontekście  znane jest powszechnie już co najmniej od czterech lat, a więc jak by nie było od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość zdążyło wygodnie zająć swoje pozycje – i nie stało się dokładnie nic. Mało tego. Okazuje się, że niemal jak jakieś ciężkie szyderstwo wraca do nas ten sam Latkowski, z tą samą informacją, tyle że dziś w formie zagadki, której zadanie w dodatku umożliwia mu zarządzana przez jak najbardziej polski rząd polska telewizja publiczna. A my wszyscy zrywamy się na równe nogi, krzyczymy „O Boże!”, by w międzyczasie dowiedzieć się, że takich jak my widzów tego wieczora przed ekranami telewizorów pojawiło się aż 3,5 mln i oni na tę wiadomość zareagowali dokładnie tak samo: "O Boże! Ciekawe, który to?"
        W kresie pandemii telewizja nieustannie wprowadza kolejne formaty, zarówno rozrywkowe, jak i edukacyjne. Rozrywka już była, a zatem czas na to, by pojawił się jakiś program o tym, jak można robić ludzi w dupę. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, to jestem pewien, że Kuba Wojewódzki chętnie wyjaśni.



poniedziałek, 6 kwietnia 2020

O kurze i jajkach, czyli żeby już do szkoły


        Mam nadzieję, że przynajmniej ci z nas, którym udało się choć na chwilę przestać się rozglądać za wirusem, który nieoczekiwanie wyskoczy na nich zza rogu i ich zabije, zwrócili uwagę hejt jaki spadł na grupkę warszawskich nauczycieli, którzy zgodzili się zamienić klasę szkolną na telewizyjne studio i tym samym dokonali czegoś na kształt środowiskowego harakiri. Mam też nadzieję, że przynajmniej części z nas udało się obejrzeć choć część wspomnianych występów i na tyle dobrze wiedzą, co mam na myśli mówiąc o harakiri, że nie będę musiał opisywać tego nieszczęścia, z którym mieliśmy do czynienia. A nadzieja moja związana jest przede wszystkim z tym, że nie mam najmniejszego zamiaru znęcać się nad tymi biednymi nauczycielami i dołączać się do szyderstw, których dziś już jest wokół dużo za dużo, ale zwrócić uwagę na coś, co mogło stać się dziś tematem numer dwa – koronawirus pozostaje oczywiście niepokonany – niestety jednak zostało skutecznie przysypane kolejnymi popisami tych, którzy na temat stanu w jakim się znalazła polska szkoła – a o tym, że nie tylko polska wiem stąd, że miałem do czynienia z nauczycielami z Francji, Niemiec, Węgier, Hiszpanii i innych miejsc w Europie i wszystkiego doświadczyłem osobiście – nie mają bladego pojęcia, a co gorsza, sami się owego pojęcia przez swoje zgnuśnienie skutecznie pozbawili, i którzy jedyne co dziś wiedzą, to to, że oto PiS przedstawił właśnie publicznie swoje kadry.
       Przyznaję, że sam z przygotowanych przez TVP lekcji miałem okazję jedynie obejrzeć lekcję języka angielskiego. W dodatku – ze względu na obawę, że każda kolejna chwila tego czegoś spali mnie ze wstydu – zaledwie kilka pierwszych jej minut do momentu pojawienia się owej pszczoły. Natomiast przede wszystkim dotarły do mnie wszystkie ciekawsze relacje ze wspomnianego wydarzenia, a poza tym mam swoje osobiste doświadczenie, więc co mam wiedzieć to jak najbardziej wiem. A wiem choćby to, że jeśli poziom zaprezentowany przez owe telewizyjne nauczycielki w jakikolwiek sposób odbiega od poziomu, który ja jako nauczyciel od lat siłą rzeczy znam, to tylko w tym zakresie, że one nie dłubią podczas lekcji w nosie i mają ambicję wymyślić coś ponad to co jest w podręczniku, w tym wypadku tę nieszczęsną pszczołę. Problem bowiem polega na tym, że poziom zawodowy – ale i nie tylko ten – prezentowany przez dzisiejszych nauczycieli jest bliski mułu, a kto wie, czy nie skalistego dna. Jak mówię, oglądałem tylko fragment lekcji języka angielskiego i ze wstydu nie byłem w stanie tego doświadczenia dłużej kontynuować, natomiast wiem, że ta biedna kobieta przynajmniej się starała; ona coś na tę lekcję przygotowała; ona przez cały ten czas stawała na głowie, by te dzieci, które jej słuchały jakoś zainteresować. Czy ich czegoś nauczyła? Oczywiście że nie, ale przepraszam bardzo, czego dziś nasze dzieci uczą się od swoich nauczycieli gdy na świecie nie szaleje pandemia?
        Od kilkunastu lat jestem egzaminatorem maturalnym i jak dziś pamiętam jak to wszystko dopiero się zaczynało i musieliśmy zdać egzamin kwalifikacyjny. Dostaliśmy odpowiednie arkusze maturalne oraz zadanie poprawnego ich ocenienia i proszę sobie wyobrazić, że te wszystkie nauczycielki – ja tam byłem chyba jedynym mężczyzną – najzwyczajniej na świecie od siebie odpisywały. Prowadząca egzamin pani wciąż je upominała, by nie zgapiały – bez efektu. One wciąż, wbrew podstawowemu poczuciu wstydu, łypała za ramię, by sprawdzić, jak daną kwestię rozwiązała koleżanka, a ta z kolei odwrotnie. Od tego czasu – jak mówię od kilkunastu już lat – sprawdzam tę matury, rok w rok mam do czynienia z tymi nauczycielkami, które wówczas uzyskały stopień egzaminatora i widzę, jak one sobie radzą, no i, co nie najmniej ważne, co to za ludzie. I w związku z tym wiem wszystko.
        Mam troje dzieci, z których każde przeszło w swoim życiu szkolny – czy też uniwersytecki – kurs języka angielskiego; mam uczniów, którzy zdają mi relację z tego, co się wyprawia na lekcjach w ich szkole; mam znajomych nauczycieli, którzy przynoszą mi anegdoty ze zdarzeń jakich oni z kolei byli świadkami. I wniosek z tego mam jeden: nawet wykładowcy uniwersyteccy z tytułami doktorskimi mają mniejsze kompetencje niż ta biedna kobieta od pszczoły, którą TVP wystawiła na pośmiewisko.
       (Jeden z moich uczniów – co warto zauważyć uczeń jednej z najbardziej renomowanych szkół w mieście – poinformował mnie właśnie, że ich pani od historii notorycznie popełnia błędy, które regularnie dostrzegają nawet ci mniej zainteresowani tematem uczniowie, tyle że nie mają odwagi, by jej zwracać na nie uwagę).
        Dziś, kiedy przeglądam komentarze w Internecie, widzę że te nieszczęsne nauczycielki nie mają życia, a co gorsza, jeszcze nawet telewizja im za tę ich kompromitację nie zapłaciła. To co mnie jednak najbardziej w tej reakcji porusza, to fakt, że większość z komentujących nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich dzieci, spędzające całe dnie w szkole na lekcjach, ale też po lekcjach na tak zwanych „korkach”, są niezmiennie wystawieni na ten sam rodzaj oszustwa. I to jest coś, co bym proponował jako temat ogólnopolskiej debaty, a nie jakieś urojone kompromitacje publicznej telewizji.
        Na koniec mam pewne wspomnienie.  Otóż swego czasu trafiłem na matematyczno-fizyczną zagadkę polegającą na tym, by odgadnąć jaką grubość będzie miała zwykła higieniczna chusteczka złożona pięćdziesiąt razy. Znałem w życiu kilka nauczycielek matematyki i dwóm z nich zadałem ową zagadkę. Jedna z nich wzięła do ręki kalkulator i obliczyła, że to będzie odległość od Ziemi do Słońca, druga natomiast uznała, że odpowiednią odpowiedzią będzie osiem metrów. To są zaledwie dwa egzemplarze z całej tej sfory, jednak nie mam najmniejszych wątpliwości, że ja tu akurat miałem wyjątkowe szczęście, bo mogę przynajmniej uznać, że sytuacja jest pół na pół.




niedziela, 9 lutego 2020

PiS vs. PiS, czyli ostatni dupniak


       Zmarł Romuald Lipko, człowiek, który stworzył sukces popularnego zespołu Budka Suflera, a ja sobie myślę, że jeśli polska muzyka popularna dozna jeszcze kiedyś podobnego ciosu, to będzie to śmierć Zenka Martyniuka, czy może jeszcze bardziej Marcina Millera. I od razu proszę uprzejmie tych, którym przyszło czytać ten tekst, by ani im do głowy nie przyszło sądzić, że ja tu ze świętej pamięci Romualda Lipko szydzę. Wręcz przeciwnie, porównując go do autorów tak wielkich przebojów jak „Przez twe oczy zielone”, czy „Wolność”, chciałem powiedzieć, że gdy chodzi o naszą współczesną muzykę popularną nie było kompozytora bardziej uzdolnionego niż śp. Romuald Lipko. Ktoś powie, że to nieprawda, Miller i Martyniuk są więksi. Otóż nic podobnego. Jeśli przyjrzymy się twórczości Budki Suflera, a więc zespołu, za którego sukcesem, jak już wspomnieliśmy, od samego początku stał nieszczęśliwie nam zmarły niedawno Lipko, ani Miller, ani Martyniuk nie są w stanie stawać w konkury. Wystarczy wspomnieć takie przeboje Lipki jak „Bal wszystkich świętych”, „Dmuchawce, latawce, wiatr”, „Jolka, Jolka”, „Bo do tanga trzeba dwojga”, czy „Za ostatni grosz” – a przecież to wcale nie koniec – by zrozumieć, że ani Martyniuk, ani Miller, ani cała ta reszta, co by nie powiedzieć, bardzo zdolnych artystów, nie ma tu nic do gadania.
      A mimo to, że wypadałoby dziś złożyć hołd artyście wybitnemu, uznałem, że nie będę pisał o Lipce, ale, tak jak zawsze, o polityce. Otóż proszę sobie wyobrazić, że komentując odejście Lipki, Wiadomości TVP, ustami Danuty Holeckiej, ogłosiły, że oto zmarł wielki artysta i autor „tysiąca piosenek, które od razu stawały się hitami”. Ktoś powie, że nie ma znaczenia co mówi ten android, bo przede wszystkim on prawdopodobnie nie wie nic poza tym, że trzeba się trzymać tej szmaty i nie puszczać, a poza tym Lipko i wspomnienie tych parunastu może piosenek sobie świetnie radzą. Otóż nie do końca. To na co chciałem zwrócić uwagę, to na sposób – ja to widziałem i właściwie widzę za każdym razem jak owa Holecka pojawia się na ekranie mojego telewizora – w jaki propaganda, z którą od pewnego czasu mamy do czynienia, nas traktuje. Wspomniana Holecka staje przed nami, i ze znanymi nam już do porzygania drżącym głosem oraz dramatycznie ściągniętą twarzą, z najwyższym wysiłkiem powstrzymując łzy, informuje nas, że oto zmarł człowiek, który skomponował „tysiące” przebojów... i proszę zobaczyć, co się dzieje. Czy ktoś może zwrócił na to uwagę? Nikt. Zero. Z tego co widzę, muszę przyjąć, że czy ona by powiedziała „setki”, czy „miliony”, a może „miliardy”, nie miałoby to najmniejszego znaczenia, bo tu wcale nie o to chodzi, by wsłuchiwać się w słowo, ale wyłącznie w przekaz, czy na rzeczy może jeszcze bardziej mamy szlagwort tego cwaniaka McLuhana "medium is the message".
        A więc tu pojawia się ta Holecka i jej również wypadałoby poświęcić parę słów. Oto mamy jednego z czołowych propagandzistów obozu władzy, odczytującego kolejną informację i proszę  zwrócić uwagę na to w jaki sposób ona ową informację przekazuje. Czy na jej twarzy choć przez moment pokazuje się grymas wątpliwości co do tego „tysiąca”? Mowy nie ma. Ona robi wrażenie, jakby autentycznie była poruszona, że ktoś, kto napisał „tysiące” przebojów właśnie odszedł, a nam już tylko pozostaje nic innego jak te „tysiące” piosenek w koło przerabiać. Mało tego, chwilę później oglądamy reportaż o Lipce i tam również jak gdyby nigdy nic pada ów „tysiąc”, tyle że tym razem w wykonaniu jakiejś Stepan, czy kogo oni tam mają do wygłaszania tych pełnych wzruszeń komunikatów.
      I w tym momencie zostawiamy śp. Romualda Lipko w wiecznym spokoju, modląc się, by Dobry Bóg, przyjął go do swoich świętych, i zupełnie gładko przechodzimy do tego wszystkiego, co ta śmierć za sobą pozostawia, a więc zwykłą ordynarną politykę. Otóż my wszyscy mamy oczywiście swoją wrażliwość, swoje marzenia, swoje przemyślenia i jestem pewien, że choćby Danuta Holecka wspięła się na najwyższy poziom bezmyślności, to, co ona mam nam do powiedzenia, nie będzie dla nas miało najmniejszego znaczenia. Dlaczego? Dlatego, że my swoje wiemy i to nie tylko gdy chodzi o twórczość Budki Suflera, ale w kwestii tak zwanej „wielkiej polityki”.
     To co mnie natomiast tu zajmuje, to bardzo mocne podejrzenie, że, nie wiem, czy większość, ale znaczna część towarzystwa, które Jarosław Kaczyński w mniej lub bardziej bezpośredni sposób zatrudnił, by w jego imieniu prowadzili politykę prowadzenia Polski do ostatecznego zwycięstwa, to jest w większości po pierwsze  banda idiotów, pod drugie cynicznych karierowiczów, a po trzecie wreszcie ludzi, którzy w momencie gdy tylko zmieni się wiatr, z tym samym zacięciem gotowi są wykonywać każde polecenia każdego z każdej strony.
      I, jak mówię, my sobie poradzimy, ale co z tymi, którzy tego cynizmu nie wytrzymają i uznają, że właściwie czemu tych durni nie wziąć za pysk i wystawić za drzwi? No bo czemu?





sobota, 25 stycznia 2020

Czy TVP staje do walki o Kościół w dniach ostatecznych?


       Przyznam zupełnie uczciwie, że z wielorakich względów, których nie mam ochoty tu dziś wspominać, programu Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać” zwyczajowo nie oglądam. Był oczywiście czas, kiedy, jeszcze przed wielu laty, kiedy telewizja była najpierw w rękach ludzi Jarosława Kaczyńskiego, a nawet przez pewien czas, gdy ów interes został przejęty przez kompletnie nowe towarzystwo, owszem, chętnie tam zaglądałem, no ale po pewnym czasie, po tym jak TVP przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, również wciąż tam obecny jakimś niezbadanym wyrokiem władzy Jan Pospieszalski przestał dla mnie istnieć. I tak już praktycznie zostało do dziś, kiedy stał się on jedną z głównych gwiazd publicznej telewizji. Czemu tak, jak już powiedziałem, jest to temat zarówno osobny, jak i nieinteresujący.
      To co muszę jednak dziś przyznać, to fakt, że gdy chodzi o samego Jana Pospieszalskiego, on jest w pewnym sensie moim kolegą. To znaczy, oczywiście, nie spotykamy się, nie odwiedzamy, ani nawet do siebie nie dzwonimy i nie ślemy maili, natomiast jak najbardziej jesteśmy na ty i ile razy przyjdzie się nam na siebie trafić, zamieniamy parę niezobowiązujących słów. I to jest akurat też powód, dla którego uznałem już jakiś czas temu, że choć Pospieszalski w ostatnich latach zachowuje się moim zdaniem jak kompletny bałwan, w dodatku bałwan z bardzo poważną nutą cynizmu, nie będę się tu nim zajmował i w ogóle najchętniej w ogóle nawet o nim nie będę wspominał. Niedawno wprawdzie złamałem tę obietnicę tekstem, gdzie przyszło mi opisać jego telewizyjny występ w obecności czterech ściągniętych do studia los cataros, którzy jak jeden mąż wezwali nas do pokuty, jałmużny i modlitwy różańcowej na rzecz wyrwania papieża Franciszka z sieci szatańskiego zniewolenia, no ale po jego opublikowaniu obiecałem sobie, że nigdy więcej.
      I oto dziś łamię dane sobie słowo... na szczęście jednak nie do końca, gdy chodzi o samego Pospieszalskiego, którego akurat od dziś zamierzam tu traktować jako pierwszego podejrzanego, bo on w tym wszystkim, choć zajmuje tu pewne wyjątkowo parszywe miejsce, pozostaje w gruncie rzeczy bez znaczenia dla sprawy, którą uważam za ważną. Otóż, jak się ledwie co wczoraj miałem okazję dowiedzieć, do najnowszego wydania wspomnianej audycji „Warto rozmawiać”, zaprosił Jan Pospieszalski pewnego emerytowanego arcybiskupa, Jana Pawła Lengę, jak informuje Wikipedia, „marianina, arcybiskupa ad personam, administratora apostolskiego Kazachstanu w latach 1991–1999, biskupa diecezjalnego Karagandy w latach 1999–2011, od 2011 biskupa seniora diecezji Karagandy”, którego w dniu 5 lutego 2011, gdy ksiądz arcybiskup ledwie co skończył 60 rok życia, papież Benedykt XVI z nieznanych nam powodów odwołał z urzędu i wysłał na emeryturę, a ten wrócił z Kazachstanu do Polski i zamieszkał w domu księży marianów w Licheniu Starym.
        Powstaje oczywiście natychmiast pytanie, jaki interes ma Jan Pospieszalski do wspomnianego arcybiskupa. Otóż, jak się okazuje, abp Jan Paweł Lenga jest pogrążony w ciężkiej obsesji w temacie papieża Franciszka, którego uważa za zdrajcę Chrystusa oraz masona, o którym nie mówi inaczej jak Bergoglio i, jak można wywnioskować z jego wypowiedzi do mikrofonu Jana Pospieszalskiego, gdyby jakimś cudem przyszło mu się zagapić i użyć słowa „Papież”, czy nie daj Boże „Ojciec Święty”, to by zwyczajnie zszedł na zawał serca. A ten rodzaj zbłąkania Pospieszalskiemu bardzo pasuje do tematu kolejnej audycji, bo choć rozmawiać oczywiście warto, to jeszcze lepiej jest gadać.
      A ja dziś już wiem, choćby z wcześniejszych audycji reżyserowanych przez Jana Pospieszalskiego, że Lenge się tam znalazł wyłącznie z tego jednego powodu, że i Pospieszalski jest głęboko przekonany, że papież Franciszek to żaden papież, ale podstępny satanista, którego piekielne hordy zesłały nam do Watykanu, by pokazać Jezusowi, że cała ta Jego gadka o bramach piekielnych jest funta kłaków warta. I w tej sytuacji mamy przed sobą dwóch beznadziejnie opętanych Strażników Kościoła W Dniach Ostatecznych”, a ja przyznam szczerze, że zarówno ich, jak i ich szaleństwo, mam głęboko w nosie. To co mnie natomiast martwi bardzo mocno i w sposób oczywisty sprawia, że piszę dziś ten tekst, to fakt, że ten rodzaj antykościelnych demonstracji toleruje polska telewizja państwowa. Ja wiem, że warto rozmawiać i, mimo pewnych wątpliwości, przeciwko tym często kompletnie pustym gadkom nie mam absolutnie nic, kiedy jednak widzę, że tu nie ma żadnej rozmowy, a jedynie antykościelna propaganda, udająca ludową pobożność, to ja przepraszam, ale protestuję. Ludowa pobożność bowiem nie ma nic wspólnego z systemowym atakowaniem księży, biskupów, a przede wszystkim papieża; ludowa pobożność to posłuszeństwo, codzienna modlitwa i pysk zamknięty na kłódkę.
       Ale jak mówię, nie chodzi mi najbardziej o Księdza Arcybiskupa, który jest już być może wyłącznie szalonym staruszkiem i ma w związku z tym swoje prawa, ani o Pospieszalskiego, który, co widzimy bardzo wyraźnie, jest zwykłym durniem, ale o TVP. Jeśli oni, teoretycznie, jak rozumiem, nadzwyczaj skoncentrowani na tak zwanej misji, pozwalają na to, by ludzie którym płacą, i to, jak rozumiem, płacą nie najgorzej, uprawiali antykościelną propagandę, to ja niniejszym oświadczam, że oczekuję, by od najbliższego tygodnia Telewizja Polska zlikwidowała program „Warto Rozmawiać”, a w jej miejsce wrzuciła internetowe jaja Jerzego Urbana. Przynajmniej nikt się nie da nabrać.
      I już na sam koniec, refleksja końcowa. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ostatecznie obejrzałem rozmowę Pospieszalskiego z abp. Lenge od początku do końca i nie mogłem nie zauważyć, że przez cały ten czas na dolnym pasku ekranu pojawiały się komentarze internautów, niemal wszystkie w jednym i niezmiennym tonie: Kościół Rzymsko-Katolicki to kłamstwo. I tu zatem mam zarówno do Pospieszalskiego, jak i do TVP jedno tylko pytanie, jak oni sądzą, ile osób po obejrzeniu owego antykościelnego szczucia uznają, że trzeba się za Kościół modlić, a ilu wybierze drogę znacznie prostszą i przystąpią do Zielonoświątkowców, Adwentystów Dnia Siódmego, albo do Diabeł jeden wie kogo?






sobota, 31 sierpnia 2019

O skutecznym propagandy sposobie


Dziś przedstawiam Państwu jeszcze pachnący drukiem felieton z „Warszawskiej Gazety”.     


      Zbliżają się wybory, gdzie wszyscy mamy nadzieję, że Prawo i Sprawiedliwość nie dość że utrzyma władzę, to być może jeszcze zwiększy jej siłę, a ja sobie myślę, że to są pierwsze wybory od chyba jednak samego początku tak zwanej demokracji, kiedy to obie strony politycznego starcia, gdzie z jednej strony mamy Jarosława Kaczyńskiego z jego życiowym projektem, a z drugiej całą resztę, mają idealnie równe szanse w dostępie do propagandowych instrumentów i z owych instrumentów są w stanie swobodnie korzystać.
      Zdaję sobie oczywiście sprawę z zarzutów, jakie są stawiane – głównie oczywiście przez wyborców Prawa i Sprawiedliwości, bo co mnie obchodzi zdanie choćby wyznawców LGBT – publicznej telewizji  i osobiście prezesowi Kurskiemu za doprowadzenie do tego, że przekaz na jaki oni się zdecydowali niebezpiecznie dryfuje w stronę tego co znamy z „Dziennika Telewizyjnego” i pamiętnego „Studia 2”, ja jednak znów pragnę zwrócić uwagę na fakt, że to po raz pierwszy mamy możliwość obserwowania pełnej równowagi w dostępie do publicznej opinii, a gdy chodzi o wspomniane „Studio 2”, to chciałbym przypomnieć, że jego pomysłodawcą i autorem był Mariusz Walter, a więc człowiek, który dziś stoi w awangardzie antypolskiego hejtu i prawdopodobnie ze złości gryzie paznokcie widząc jak pięknie Jacek Kurski ukradł mu pomysł i przystosował go do nowych czasów w taki sposób, by, jak się już niedługo przekonamy, go ostatecznie pogrzebać.
      A zatem stoimy wobec zbliżających się szybkim krokiem wyborów i już dziś widzimy, że tym razem litości nie będzie. To znaczy, litości nie było nigdy, natomiast tu mamy tę różnicę, że – znów to powtórzę – po raz pierwszy strona tradycyjnie słabsza nie dość że dysponuje naprawdę potężną bronią w postaci naprawdę fascynujących newsów i to w takiej liczbie, że nie dość że wystarczy na każdy kolejny dzień kampanii, to jeszcze ich siła rażenia z owym każdym dniem coraz bardziej zadziwia.
        Brejza, Neumann, afera melioracyjna, afera vatowska, wnioski o Trybunał Stanu dla Tuska, Kopacz i całej tej ferajny, nawet te dwie biedne wariatki Jachira i Spurek znakomicie wypełniają zadania wyznaczone im przez nikogo innego jak właśnie publiczną telewizję realizującą projekt znany jako Dobra Zmiana, tyle że w wersji turbo.
       I teraz zastanówmy się, gdzie byśmy byli dziś z naszą prawdą, naszymi pretensjami, nasz pragnieniem triumfu prawa i sprawiedliwości, gdyby nie możliwości, jakie nam dała nasza władza na polu czystej, żywej propagandy, realizowanej w sposób nieskrępowany, bezpośredni i, co najważniejsze, skuteczny? Zastanówmy się nad tym ile razy nam przyjdzie do głowy, by rumienić się ze wstydu, gdy oglądamy kolejne wydanie Wiadomości TVP, a w nich zapowiedź wielkiego, wspaniałego koncertu, którego gwiazdami będą uwielbiani przez naszą polską publiczność Norbi i Zenek Martyniuk. I przy okazji pomyślmy, co tamtym dało, że po swojej stronie mają Tomka Lipińskiego i śp. Wojciecha Młynarskiego.



Zachęcam wszystkich bardzo gorąco do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i kupowania nie tylko moich książek. Naprawdę jest z czego wybierać.
      
           

wtorek, 16 lipca 2019

Obrazek z doliny nicości


       Jak niektórzy z nas już wiedzą, popularny dziennikarz Robert Mazurek na łamach „Rzeczpospolitej” opublikował list otwarty do szefowej „Wiadomości TVP” Danuty Holeckiej, w którym zasugerował, że propagandowa bezczelność kierowanej przez nią audycji wymaga już tylko tego, by zatrudnieni tam dziennikarze zostali przebrani w mundury Ludowego Wojska Polskiego. Przeczytałem ten list i przyznaję, że w pierwszej chwili dostałem takiej cholery, że chciałem Mazurka wdeptać jak najbardziej merytorycznie w ziemię, jednak po pewnym zastanowieniu uznałem, że dam sobie spokój. Człowiek bowiem, który od lat stanowi wręcz jądro tego nieszczęścia jakie są polskie media i nagle, ni stąd ni zowąd, zaczyna się ustawiać w pozycji jedynego sprawiedliwego, nie zasługuje na nic więcej, jak, wspominany tu już parokrotnie szlag w łeb zdechłym kurczakiem. A ja ten własnie gest zamierzam w stosunku do niego dziś wyegzekwować.
      Zanim jednak przejdę do rzeczy muszę wrócić do czasów, kiedy to powstawała moja książka, w której zamieściłem swoją korespondencję ze śp. Zytą Gilowską. Otóż, jak chyba wszyscy rozumiemy, zanim zdecydowaliśmy się ją ostatecznie wydać, musiałem zwrócić się z prośbą o zgodę do męża pani premier, Andrzeja Gilowskiego. Ten początkowo prosił, by tych listów nie publikować, a wśród wymienionych przez niego powodów szczególne wrażenie zrobił list, w którym pani premier odniosła się do sytuacji, jaka miała miejsce w TVP, kiedy to jej szefem był Bronisław Wildstein, a owej sytuacji głównym aktorem był brat naszego dzisiejszego bohatera, Roberta Mazurka. Obawiał się mianowicie pan Gilowski, że ujawnienie tego listu może się źle przysłużyć staraniom Rodziny, by dla upamiętnienia tak wielkiej postaci, jaką była prof. Gilowska, założyć fundację jej imienia i zdobyć dla niej patronat Prezydenta RP.
      Ktoś zapyta, co ma Robert Mazurek, do swojego brata, jego brat do Wildsteina i wreszcie, co ma do tego wszystkiego prezydent Duda. Otóż sprawa, wbrew pozorom, jest bardzo prosta. Otóż, jak mi relacjonował pan Gilowski, prezydent Duda właśnie przyznał Wildsteinowi jakiś poważny order, no i państwo Gilowscy obawiali się, że skoro ci dwaj są w takiej komitywie,  to jeśli rodzina Zyty Gilowskiej, która, jak się nagle okazuje, brzydko się wypowiedziała na temat Wildsteina, zgłosi się nagle do Prezydenta z prośbą o patronat, to ten im go zwyczajnie nie udzieli. Wtedy własnie użyłem wobec pana Gilowskiego argumentu, który tu lekko może sparafrazuję:
      „Proszę Pana, pochował pan właśnie swoją żonę, kobietę na której pogrzebie byli jednocześnie Prezydent RP, Premier Rządu RP oraz prezes rządzącej partii. Proszę mi w tej sytuacji powiedzieć, kto jest w stanie cokolwiek zrobić przeciwko tej pamięci?”
      I proszę sobie wyobrazić, że pan Gilowski w tym momencie powiedział: „Zgoda”.
     Myślę, że teraz jest dobry moment na to, by zacytować list prof. Gilowskiej, który wywołał wspomniany niepokój:
      Drogi Panie Krzysztofie!
      Tak jest, tak trzymać! I nie puszczać! Nicować tę nicość aż do kości.
      Bo to jest nicość. Kupiłam to dzieło [
mowa o książce Bronisława Wildsteina „Dolina nicości” – przyp. mój] i przeczytałam, w pierwszej chwili pomyślałam, no cóż - wprawdzie grafomania, ale dobrze motywowana. Jednak tylko w pierwszej chwili, przez kilka minut.
      Do mojego popsutego (przez medycynę, geny mam dobre) zdrowia musi się Pan przyzwyczaić, bo lepiej nie będzie. Ale może zdążymy jeszcze wspólnie coś zrobić? Jak Bóg da.
      A teraz opowiem Panu anegdotkę. W MF zastałam w charakterze rzecznika prasowego bezczelnego młodziana bez wykształcenia i manier, przyjętego przez moją poprzedniczkę („to brat Roberta Mazurka”) w skład tzw. gabinetu politycznego, co niebywale ułatwiło szybkie rozstanie, ponieważ owe gabinety rozwiązują się automatycznie wraz ze zmianą osoby ministra. Otóż ten młodzian najpierw wpakował mnie na „minę” (miał dużo mniej wyczucia ode mnie) a potem nawet mnie straszył i groził mi jakimiś bliżej nieokreślonymi retorsjami. Smarkacz groził wicepremierowi przy świadkach i mimo to (sić!) jeden z ministrów przyjął go na trochę do swojego działu prasowego, a potem wylądował u Wildsteina w TVP na jakieś pół roku. Kiedy Wildstein odchodził z TVP, to tym chłopakom (między innymi owemu „bratu”) zapewnił kolosalne odprawy jako kompensatę utraconych zarobków, ponieważ byli to „specjaliści rynkowi”. Wówczas poprosiłam Mariusza Kamińskiego (CBA) na rozmowę i zapewniłam Go, że to nie żadni fachowcy, a przykładowo „ten mój” to zwykły miglanc i dyletant, więc ofiarowanie mu pół miliona złotych (500 000 zł) odprawy z państwowej firmy jest złodziejstwem. Dałam to na piśmie - na papierze Ministra Finansów - skierowanym do Szefa CBA.  Mariusz Kamiński chyba nie zdążył nic z tym zrobić, ale jego następca z całą pewnością ten papier znalazł (wcale się nie ukrywałam) i po-pokazywał. I co? I nico. I to jest obrazek z doliny nicości, prawda?
      Serdecznie pozdrawiam,
      Zyta Gilowska
      Gdyby ktoś liczył w tym momencie na jakikolwiek komentarz, to przepraszam, ale poza zwróceniem uwagi na to, że oto dziś, w pewnym sensie jeden z bohaterów tego przekrętu, Robert Mazurek, unosi się nagle moralnym oburzeniem wobec zła, z którym ani on, ani jego żona, ani – tak tak – jego dziecko nie mogą sobie poradzić, nie powiem już nic więcej na ten temat.
       I chętnie bardzo skończę już ten tekst, który, przyznaję, jest mi bardzo niemiły, zwracając uwagę na dwie rzeczy. Moja książka ostatecznie okazała się wcale nie tak niebezpieczna, jak początkowo obawiała się rodzina Zyty Gilowskiej, a to z tego powodu, że przez te wszystkie miesiące, kiedy była ona jeszcze dostępna, pies z kulawą nogą się na jej temat nie zająknął. Gdyby nie ten blog i starania Gabriela Maciejewskiego z wydawnictwa Klinika Języka, ona by już dziś dawno została skutecznie przemielona, tak jak miliony ton innych książek zalegających magazyny w całej Polsce. Dziś jej nakład jest wyczerpany, natomiast tu raz jeszcze się okazuje, że towarzystwo ma się nadzwyczaj dobrze.
      Ale jest coś co robi wrażenie być może jeszcze większe. Otóż z tego co widzę, fundacja o jakiej myślała rodzina pani profesor Gilowskiej ostatecznie nie powstała. Ciekawe dlaczego?
      I jeszcze coś. Ktoś pewnie zapyta, po ciężką cholerę ja dziś postanowiłem ujawnić coś, co powinno było zostać tajemnicą. Otóż powód jest jeden. Jestem mianowicie pewien, że to iż dziś stoimy przed wielką szansą ostatecznego odebrania władzy tej czarnej zarazie, która dręczy Polskę od dziesięcioleci, zawdzięczamy w dużym stopniu Jackowi Kurskiemu i Danucie Holeckiej. Ja o nich osobiście mogę sobie myśleć różnie, faktem jest jednak to, że gdyby nie ich determinacja, to my byśmy tego ataku nie przetrwali. I w tej oto sytuacji przychodzi Robert Mazurek i, tak naprawdę w imieniu tych co szczęśliwie przegrali, prosi nas o to, byśmy byli bardziej mądrzy, kulturalni i eleganccy. W imieniu prof. Zyty Gilowskiej pragnę Wam wszystkim powiedzieć: Idźcie w cholerę.




Ponieważ, jak już wspomniałem, książka z listami od śp. Zyty jest już niedostępna, nie będę zachęcał do je kupowania. Jest oczywiście pewna szansa, że Gabriel zarządzi jakiś drobny dodruk, ale póki co, trzeba było się wykazać większym refleksem. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy z nas wyciągną z tego naukę. Mój adres: k.osiejuk@gmail.com
      



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...