Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitulacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitulacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 grudnia 2008

Kilka słów wobec ustawki

Dziś w Rzeczpospolitej wpadłem na komentarz red. Dominika Zdorta, zatytułowany „Politycy za bardzo chcą przypodobać się związkowcom". Od razu muszę się przyznać, że nie jestem w stanie napisać jednego słowa na temat tego, co red. Zdort nam mówi, z tej prostej przyczyny, ze artykułu nie przeczytałem. Nawet nie zacząłem go czytać, a więc kompletnie nie mam pojęcia, co tam słychać. Przeżyję. Choćby z tego względu, że, jeśli już mamy mówić o przypodobywaniu się, bardziej byłbym ciekawy dowiedzieć się, komu (i po co) próbują przypodobać się dziennikarze?
Temat ten interesuje mnie, choćby z tego względu, że, rzeczywiście, w ostatnich dniach, akcja przypodobywania się, podejmowana przez całe grupy dziennikarzy, w stosunku do całych grup polityków (a czasem i w drugą stronę), osiągnęła poziom dość żenujący. Co ciekawsze, potrzebę przypodobywania się również można było zaobserwować wewnątrz samych środowisk. Dziennikarze przypodobują się dziennikarzom, a politycy - politykom. Jeśli idzie o przypodobywanie polityków (czy samych dziennikarzy) związkowcom - nie zauważyłem. Raczej odnoszę wrażenie, że i jedni i drudzy, pragną głównie związkowców wykiwać.
Więc zostawmy związkowców. Oni sobie - wierzę poradzą. Szczególnie, że konkurencja marna. Chciałbym się natomiast troszkę bliżej zająć tzw. środowiskami. Ostatnio, parę razy poniosło mnie w związku z zachowaniem moich dwóch - dotychczas szczerze ulubionych - dziennikarzy. Mam tu na myśli Semkę i Wildsteina. Kto czytał moje ostatnie wpisy, wie o co chodzi, więc nie będę się powtarzał. Natomiast tutaj, chciałbym przedstawić Wam garść refleksji, które spowodowały niektóre komentarze na moim blogu, a dotyczące właśnie problemu przypodobywania się, lub - jak pozwoliłem sobie to nazwać - kapitulacji.
Od paru dni, mam bardzo silne podejrzenie, że jesteśmy, w skali ogólnopolskiej, świadkami zjawiska, które jest głównym sprawcą tej fali zachowań kapitulanckich, mianowicie czegoś, co na własny użytek nazywam ‘polityczna ustawką'. Ogólnie rzecz biorąc, chodzi o coś takiego, że pewna grupa najbardziej zdecydowanych, najbardziej ideowo określonych i najbardziej wpływowych osób w kraju, postanowiła dokonać swoistej ‘ustawki', której reguły i wynik są od samego początku odgórnie ustalone. Ponieważ cała akcja została przeprowadzona bardzo perfidnie i niezwykle sprawnie, zwycięzcy i ofiary zostali również wyznaczeni jeszcze zanim się wszystko zaczęło.
W sumie, gdyby nie parę istotnych szczegółów, można by było nawet całą sprawę zlekceważyć. Jak świat światem było zawsze tak, ze jedni rządzili, a drudzy ich obsługiwali. Jedni - ci silni - ustalali plan dnia, a drudzy - ci słabi - ten cały porządek z zapałem realizowali. Niestety, w ostatnich dniach, z przykrością zauważyłem, że do ofiar, zaczęli dołączać również ci silni, a już z pewnością, paru bardzo istotnych ich przedstawicieli.
Przyjrzyjmy się tej reprezentacji. Z jednej strony, jeszcze ze starej gwardii, mamy Lecha Wałęsę, arcybiskupa Gocłowskiego, prof. Bartoszewskiego i jeszcze parę osób, którzy - gdyby tylko znaleźli w sobie wystarczającą siłę ducha - mogliby nosić z dumą głowę i pokazywać wszystkim, co znaczy wolność jednostki. Z drugiej, z kolei, strony, mamy, wspomnianych już Piotra Semkę i Bronisława Wildsteina, którzy przez naprawdę wiele lat, zachowywali niezłomność i wolę walki, a nagle, ostatnio, zdecydowali, ze może już czas odpocząć.
Jedni i drudzy - najpierw jedni, a potem drudzy - z sobie tylko znanych powodów, zgodzili się na udział w tej, wspomnianej przez mnie, ustawce i albo już dawno dostali w skórę, albo właśnie nadstawiają karku. Co tam Lech Wałęsa, co tam Bronisław Wildstein! Nawet przecież sam Dalajlama, człowiek podobno, bardzo święty, też zajął bardzo chętnie i bez najmniejszego słowa protestu wskazane miejsce na tej arenie. A ci prawdziwie mocni, patrzą tylko, czy wszystko idzie jak należy.
Jak to się dzieje, że ludzie, którzy przynajmniej teoretycznie powinni prezentować przywiązanie do zasad, do pewnych stałych wartości, do tej jednej wielkiej idei, z dnia na dzień zaczynają najpierw się niebezpiecznie wiercić, a chwilę potem już stoją pod drzwiami z biała flagą i pukają, że oni chcieli właśnie coś zakomunikować? Pisałem trochę na ten temat, ale wciąż przychodzą mi kolejne rzeczy do głowy. Z jakiegoś powodu, stało się powszechne przekonanie - szczególnie po stronie ludzi myślących i porządnych - że ta ich porządność i zdolność do refleksji jest drugiej stronie do czegoś tam potrzebna. Z jakiegoś powodu, wielu mądrych i szlachetnych ludzi, uwierzyło, ze jeśli oni tę swoja mądrość i szlachetność wyniosą na zewnątrz, to ludzie źli i jak najbardziej nie-szlachetni, pójdą po rozum do głowy i się opamiętają. Mam wrażenie, że wielu tych, dla których słowo ‘człowiek' coś w ogóle znaczy, autentycznie doszło do przekonania, że wokół nagromadziło się już tyle złych emocji, że wystarczy jeden gest, a będzie lepiej. I że to właśnie oni - ci mądrzejsi - powinni ten proces rozpocząć.
Niestety, zupełnie zapomnieli, że tu się odbywa ostra walka i, jeśli chce się brać w niej koniecznie udział, to z pewnością należy się przede wszystkim trzymać własnych zasad. A nie apelować do sumień organizatorów i ich wrażliwości.
Przypominam sobie bardzo dobrze los biskupa Życińskiego. Jeszcze wiele lat temu, kiedy był on jedynie pobożnym biskupem tarnowskim, przezwisko Filozof było znane tylko nielicznym, a on sam zaledwie aspirował do roli poważnej postaci medialnej, specjaliści od rekrutacji, już wtedy mieli na niego oko i robili wszystko, żeby go mieć zupełnie dla siebie. Biskup Życiński, korzystając ze stosunkowo spokojnych czasów, mówił co chciał, a baczni recenzenci albo go ganili, albo chwalili. Pamiętam, jak bardzo starannie oceniano każdą wypowiedź Biskupa choćby w Gazecie Wyborczej. Powiedział coś co się podobało - marchewka. Przedstawił ocenę, choć trochę oryginalną - kij. Czym bardziej był ‘po linii', tym marchewka była mniejsza, czym bardziej odstawał od standardów, kij spadał na niego z większą siłą. Ja nie mogłem w to uwierzyć, ale ten proces był wyjątkowo upokarzający. Widać było, jak biskup Życiński bardzo się stara zasłużyć na dobre słowo, a tu cisza. Jednak wystarczyło, ze coś pisnął w złą stronę, od razu w łeb. Bez litości i bez żadnych wyjaśnień. No i już. Dawne czasy.
Wczoraj znów, ten nieszczęsny Wildstein u Olejnik. Domyślam się, że, kiedy on pisał ten swój bezsensowny artykuł w Rzepie http://toyah.salon24.pl/105721,index.html , zapewne chciał dobrze. W najgorszym wypadku, chodziło mu o to, żeby może, jeśli już się brać za Niesiołowskiego, to za poważne rzeczy, takie jak obrażanie Wildsteina i jego kolegów, a nie za jakieś tam sypanie sprzed lat. No a przede wszystkim, z pewnością liczył, że jak już dojdzie co do czego, to on się zaprezentuje, jako ten rozważny, niezacietrzewiony, obiektywny. No i z tym przekonaniem, polazł do Olejnik, licząc dodatkowo na to, że tam mu dadzą powiedzieć, co mu leży na sercu.
A tu pełna klapa. Olejnik, z jednej strony wzięła sobie za psa, Tomasza Wołka, a z drugiej osobiście zaatakowałą Wildsteina z kozaczka. I nie pomogły zapewnienia, że on chce dobrze, że on chciał tylko podyskutować, że on nie chce występować w roli, która jest mu tak niesprawiedliwie przypisana. Wszystko na nic. Czy ktokolwiek jednak się spodziewał, że pani red. Olejnik naprawdę zależy na tym, żeby Wildstein się zreflektował? Ależ skąd! Dla niej, Wildstein to kanalia i jego losy jej w ogóle nie obchodzą. A może ona woli Wołka? Też nie. Ja myślę, że jeśli idzie o niego, to ona może go nawet mieć w jeszcze większej pogardzie, niż Wildsteina. Dla niej Wołek zupełnie spokojnie może być wyłącznie wspomnianym już psem. A Wildstein - owszem - nad nim można jeszcze pracować.
Po co więc ona go w ogóle zaprosiła do studia? Po co ona wynajęła na ten wieczór Wołka? Żeby pokazać, jak się kulturalnie rozmawia? Przecież nie. Tu chodziło o jedno. Wziąć Wildsteina za gardło i mu pokazać, że tak łatwo do łask się nie wraca? Szczególnie komuś takiemu, jak on. Czy ktoś może sądzi, że gdyby Jarosław Kaczyński zwariował i przyszedł do Kropki nad i (a nie ma najmniejszej wątpliwości, że Olejnik oszalałaby z radości, gdyby tak się stało) i na dodatek zaczął - być może pod wpływem nauk specjalistów od nie-agresji - się deklarować, jako gołąbek pokoju, ona by go powitała z otwartym sercem? Pierwsze, co by Kaczyńskiego spotkało, to pogardliwe spojrzenie, jakaś przykra uwaga, a następnie szlag z piąchy. W końcu, jak ustawka, to ustawka, prawda? Dlaczego tak by się stało? Dlatego mianowicie, że pierwszym efektem tej przemiany Jarosława Kaczyńskiego - do której go tak bardzo najlepsi przyjaciele namawiają - byłoby to, że Monika Olejnik straciłaby do niego szacunek, który aktualnie, jak najbardziej ma. Bo trzeba Panu, panie Bronisławie, wiedzieć, że właśnie to Pana spotkało. Ona wcześniej się Pana bała. Dziś już Panem gardzi. Dziś już się Pna nie boi.
A więc co my, te niedobitki walki o przetrwanie, mamy? Niewiele. Ale to jedno - owszem. Mamy nasza agresję i naszą wolę walki. Mamy nasze przekonania i naszą wiarę. A przede wszystkim mamy pełną świadomość, kto to taki stoi naprzeciwko nas i jak się nazywa ta zabawa. Jesteśmy nieustępliwi, nietolerancyjni dla zła i kłamstwa. I chamscy. Tak właśnie. Jesteśmy chamami. Jak trzeba, jesteśmy po prostu chamami. I ostatnia rzecz, na jakiej nam zależy, to to, żeby źli ludzie nabrali przekonania, ze my jesteśmy skłonni do kompromisu. I żeby nas polubili. Damy sobie radę bez ich sympatii. I to jest naszą siłą.
Są tu w Salonie osoby, które potrafią naprawdę walczyć. Osoby, których wielu nienawidzi. Ale którzy budzą i szacunek i lęk. Nie tylko ona, ale też moja koleżanka Maryla. Tyle już było głosów, że Maryla jest nieznośna, że się nie da z nią rozmawiać, ze jest niegrzeczna, że jest agresywna, że jest zafiksowana. Przyznaję, że ja osobiście mam inny temperament. Ja bardzo niechętnie przeganiam ze swojego bloga ludzi, którzy są po prostu źli i głupi. O wiele chętnie z nimi dyskutuję. W ogóle, mam wrażenie, ze jestem od Maryli dużo łagodniejszy i dużo bardziej otwarty. Ale jednocześnie uważam, że najgorsza rzeczą, jaka Maryla mogłaby zrobić, to uznać, ze właściwie fajnie by było, gdyby ci, co jej nienawidzą, zobaczyli, że ona jest w gruncie rzeczy miłą osobą. Oni tego nigdy nie zechcą zobaczyć. A w momencie jak jej zacznie zależeć, już jest po niej. Bo na zewnątrz czekają wilki.
Taka to już jest sytuacja. Pewnie, że bym wolał, żeby to wszystko inaczej wyglądało. Żeby się dało normalnie rozmawiać. Żeby nie było tego chamstwa i tej agresji. Ale jest jak jest. Zorganizowali nam ustawkę i albo się z niej w ogóle wyłączymy, albo staniemy do walki. Ale to jest właśnie walka, a nie zaloty. Ani konferencja z okazji 25 rocznicy Nobla.

piątek, 5 grudnia 2008

O nieustraszonych krzyżowcach i wesołych doradcach

Właśnie dotarła do nas wiadomość, że Jarosław Kaczyński odebrał pierwszą karę za swój ohydny występek. Prezydium Sejmu ukarało tego złego człowieka, wprawdzie jedynie słowem, ale wiadomo, że słowo odpowiednio udekorowane i zaakcentowane potrafi często więcej, niż klaps nawet. Oto słowo: „Prezydium Sejmu wyraża zdumienie, że jeden z największych twórców polskiej niepodległości może być potępiany w taki sposób i można tak kwestionować jego osiągnięcia". I dalej: „Niedopuszczalnym jest, żeby dyskredytować takich ludzi i niszczyć polską dumę z walki o niepodległość".
Jestem porażony. Wygląda na to, że jeśli już najwięksi twórcy polskiej niepodległości mają być potępiani - a przecież nie ulega wątpliwości, że od czasu do czasu nawet powinni - to wpierw powinno się ich tej wielkości pozbawić, a później odpowiednio potępić. No i skoro potępiać, to nie w „taki" sposób, tylko w sposób inny. Instrukcje dla wszystkich chętnych, są dostępne w Prezydium Sejmu. Jeśli ktoś natomiast zapragnie potępić na przykład Annę Walentynowicz, państwa Gwiazdów, Krzysztofa Wyszkowskiego, lub Antoniego Macierewicza, to procedura pozbawiania wielkości już się odbyła, więc ten etap można pominąć. Podobnie zresztą jest z instrukcjami. W przypadku wymienionych osób, dopuszcza się pełną dowolność.
Jak mówię, Jarosław Kaczyński otrzymał pierwszą z zaplanowanych kar. Następną będzie deklaracja Komisji Etyki Poselskiej. Już odpowiedni wniosek do komisji złożyła macierzysta partia posła z Lublina Janusza Palikota, o którym inny znakomity poseł na Sejm, Kazimierz Kutz, powiedział, że jest wielki, wybitny i jedyny. Jestem pewien, że dalej pójdą kary kolejne, ale póki co, ich kształt i forma dopiero się wykuwa na odpowiednich salonach. Więc społeczeństwo jeszcze przez chwilę musi wstrzymać oddech.
Gdyby ktoś myślał jednak, że eksplozje oburzenia z powodu uczynku Jarosława Kaczyńskiego, można obserwować tylko po stronie ‘zdrajców, szpicli i tchórzy', jest w głębokim błędzie. Oburzenie jest daleko bardziej powszechne, a w miejscach, gdzie jest o nie może trochę trudniej, zamiast oburzenia, mamy bardzo solidnie formułowane deklaracje zaniepokojenia drastycznym obniżeniem poziomu kultury politycznej i ogólnie rzecz biorąc - rozsądku. I ja dziś o tym.
W Rzeczpospolitej, głos zabrał wybitny publicysta Piotr Semka. W swoim komentarzu, zatytułowanym „Polityczna agresja zaszkodzi Kaczyńskiemu" http://www.rp.pl/artykul/9158,229201_Piotr_Semka__Polityczna_agresja_zaszkodzi_Kaczynskiemu__.html , Piotr Semka pisze - tak, zgadliście - że polityczna agresja zaszkodzi Kaczyńskiemu.
Zanim przejdę do rzeczy, chciałem podzielić pewną refleksją. Czy zauważyliście, że wszystko co wybitne, rodzi się jednak z pewnej uczciwości? Ile razy próbujemy dojść do czegoś przez nieszczerość, kłamstwo, manipulacje, podstęp, nawet jeśli odniesiemy jakiś sukces, to ten sukces jest mało wybitny. Oglądamy jakiś marny film, czytamy kiepską książkę, kupujemy płytę naszego ulubionego wykonawcy i nagle widzimy, że to już nie jest to samo - i już wiemy, że pan reżyser musiał się bardzo spieszyć, bo chciał zdążyć na festiwal, pisarzowi zapłacili z góry i musiał się zmieścić w czasie, a z kolei nasz ulubiony artysta postanowił ostatnio zostać aktorem i tak naprawdę zabrakło mu czasu i przede wszystkim pasji.
To się właśnie przydarzyło Piotrowi Semce, jak mówię, dziennikarzowi dotychczas wybitnemu. On wprawdzie ani nie zaczął występować w Tańcu z gwiazdami, ani też najpewniej nie dostał rzepowego honorarium z góry i nie musiał pisać czegoś wbrew sobie. On po prostu zobaczył, że sytuacja jest zbyt napięta i niechybnie uznał, że jeśli i tym razem zachowa się zgodnie z własnym sercem i rozumem, to nie dość, że będą na niego mówić, że jest jak ‘publicyści marcowi' i że Kaczyński z Gosiewskim mu płacą - bo do tego się już zdążył przyzwyczaić - to jeszcze się dowie, że jest po prostu niepoważny, nie daj Boże przestaną go zapraszać do telewizyjnych rozmów z Jackiem Żakowskim i Dominiką Wielowiejską i skończy jak Rafał Ziemkiewicz, który jedyne co zrobił źle, to zorientował się zbyt późno.
Dlaczego oceniam Piotra Semkę, kiedyś mojego bohatera, a dziś jednego z moich ulubionych dziennikarzy, tak surowo? Już choćby za tytuł. Myślę bowiem sobie, jak bardzo trzeba stracić najbardziej podstawowy talent i poczucie swojego miejsca, żeby komentując ujawnienie przez Jarosława Kaczyńskiego popapranych losów Stefana Niesiołowskiego, napisać tekst taki, jaki napisał pan Piotr i jeszcze mu dać tak bezsensowny i niemądry tytuł. Przecież red. Semka jest już wystarczająco długo w branży, żeby doskonale wiedzieć, że zdanie: „polityczna agresja zaszkodzi Kaczyńskiemu" jest pozbawione jakiejkolwiek myśli, jakiejkolwiek logiki i jakiegokolwiek sensu. Przecież Semka powinien znakomicie wiedzieć, że przede wszystkim Kaczyńskiemu już nic nie zaszkodzi. Nie zaszkodzi mu nawet jakiś obyczajowy skandal, bo on na wszelkie obyczajowe pokusy jest odporny. Nie zaszkodzi mu nawet jakaś sprawa kryminalna, bo tu też Kaczyński jest kuloodporny. Jego wrogowie mieli się o tym okazję przekonać dziesiątki razy.
I co? I Semka nagle dziś się przeraził, że Kaczyński straci parę punktów, bo się okazał agresywnym chamem? Przepraszam bardzo, ale nie ma takiej możliwości, żebym uwierzył, że niepokój Semki jest autentyczny. O wiele bardziej jestem skłonny przypuszczać, że chodziło wyłącznie o wysłanie w odpowiednie miejsce sygnału: „Słuchajcie, mili państwo, jestem przeciwko agresji i - jak widzicie - potrafię też być obiektywny". Ale nie chodzi tylko o tytuł. Bardzo mocne jest też samo zakończenie. Pisze Piotr Semka tak: „Ktoś inny może zapytać, czy Kaczyński powinien mieć nerwy ze stali, skoro wciąż jest obrażany i kopany po kostkach. Odpowiedź brzmi: - Tak, powinien mieć nerwy ze stali. Jeśli nie chce być porównywany z Palikotem".
Szanowny Panie Piotrze! Jarosław Kaczyński doskonale wie, że na porównania z Palikotem on nie ma nawet co liczyć. Żeby być porównanym do Palikota, trzeba być kimś o wiele bardziej wybitnym, niż Jarosław Kaczyński. Prezesa Kaczyńskiego można porównać do Leppera, do Urbana (za łaskawym pozwoleniem Adama Michnika), do Adolfa Hitlera, do Feliksa Dzierżyńskiego... Ale do Janusza Palikota - posła z Lubelszczyzny??? Pan raczy żartować. A Pan jeszcze sugeruje, że aby nie być porównywanym do Palikota, trzeba mieć nerwy ze stali!
Panie Piotrze! Pański dzisiejszy tekst w Rzeczpospolitej jest intelektualnie na tak niezwykle niskim poziomie, że ja po prostu nie uwierzę, ze Pan go pisał z serca. To się po prostu nie da. Pan nie jest aż tak niemądry nawet przy temperaturze 41 stopni i wesołymi przyjaciółmi nad łóżkiem. Gdyby jednak chodziło tylko o to, ze Pan chciał się przypodobać swoim kolegom z branży i z okolic i napisał coś, czego się trzeba będzie wstydzić, można by było machnąć na to ręką. Raz, że się zdarza, a dwa, że i tak już nie da się tego nieszczęścia cofnąć. Problemem jest natomiast sprawa. Sprawa Stefana Niesiołowskiego i tego wszystkiego, co się wokół tej sprawy dzieje. Otóż zupełnie niedawno, przeżywając kolejny atak szaleństwa w wykonaniu pana marszałka, skierowałem pytanie do moich kolegów z Salonu, ze szczególnym wskazaniem na Venissę, jak to coś, co ma Niesiołowski się nazywa. Padło kilka propozycji, ale - powiem szczerze - nie do końca byłem usatysfakcjonowany. Ja wiedziałem oczywiście, że on może być rozgoryczony tym, że Kaczyński go nie wpuścił na listę; wiedziałem też nawet, że mówiło się to tu-to tam, że on był TW, ale jakoś, w całej tej masie rzekomych współpracowników i, całkiem realnych, rozczarowanych polityków, myślałem, że tam musi być coś większego. No choćby zwykła choroba psychiczna.
I nagle Jarosław Kaczyński, w - moim zdaniem - jak najbardziej ludzkim odruchu zniecierpliwienia, a jednocześnie zwykłego pragnienia dania świadectwa, wspomniał o tym ‘sypaniu kolegów' i się zaczęło. Jakie to szczęście - pomyślałem. Jak to pięknie jest nagle zobaczyć prawdę w pełnej krasie. A przecież Prezes tylko dał hasło. Dziś już czytam w Rzeczpospolitej - tej samej, w której Piotr Semka postanowił się troszkę obsunąć - artykuł o Stefanie Niesiołowskim http://www.rp.pl/artykul/16,229297_Mowil_juz_podczas_pierwszego_sledztwa.html . Czego się z tego tekstu dowiadujemy? Otóż Stefan Niesiołowski podczas pierwszego przesłuchania wysypał wszystkich kolegów, następnie ujawnił wszystkie pseudonimy, następnie obiecał współpracować za nadzwyczajne złagodzenie kary, wydał swoją ówczesną narzeczoną, która bardzo dzielnie odmawiała zeznań, dopóki nie pokazano jej zeznań Niesiołowskiego, a po jakimś czasie zaczął oskarżać innych członków grupy o to, że się złamali, między innymi właśnie tę kobietę, którą zdradził... i tak już mu zostało do dnia dzisiejszego. Czy Wy to słyszycie? To nie jest tak, że Niesiołowski okazał się być jeszcze jednym TW. Jakże bardzo chcieliby wszyscy jego poplecznicy teraz, żeby to była zwykła współpraca!
Oto w jednej chwili runęła legenda. Ale nie tylko runęła legenda. Światło dzienne ujrzała kolejna prawda. Prawda, której wielu jest spragnionych od tylu lat. I wiedzieliśmy, co teraz się będzie działo. Wiemy, że w sytuacji wojny totalnej, wojny przy użyciu wszelki dostępnych środków, wojny bezwzględnej i tak bardzo okrutnej, wojny w której przeciwko Polsce skierowano broń najstraszniejszą - mianowicie kłamstwo, siły ciemności zrobią wszystko, żeby to jedno słowo prawdy unicestwić, a przy okazji zniszczyć wszystko to, co temu słowu towarzyszy.
I ja mam teraz, przy tym wszystkim rozumieć, że my tej prawdy nie jesteśmy w stanie utrzymać? Czyżby miało być tak, że w tej sytuacji spuścimy pokornie głowy i, idąc za radą Piotra Semki, uznamy, że jest to „zbyt śliska materia"? Że mamy się teraz raczej skupić na budżecie i spokojnym odzyskiwaniu elektoratu? Bo ktoś nas oskarży o brak elegancji!!!!!
Bardzo przepraszam, ale ja bardzo dziękuję za takie rady. I jeszcze jedno, już jeśli idzie o udzielanie rad. Jeśli Piotr Semka nagle odkrył w sobie duszę doradcy, to ja bym go bardzo przed tym przestrzegał. Z doradzaniem jest jak z nauczycielstwem. Każde słowo odbija się stokrotnym echem. A jeśli, nie daj Boże, to słowo ktoś usłyszy i weźmie na poważnie, to my będziemy odpowiadać już za wszystko, co się stanie. Więc, Panie Piotrze, na Pańskim miejscu, ja bym, jednak nie doradzał Jarosławowi Kaczyńskiemu. Bo może dla Pana to igraszka, a tu walka idzie o życie. Że zacytuję klasyka.

czwartek, 4 grudnia 2008

Kapitulacja

Dziś w Salonie ukazał się wpis, może nie kuriozalny - bo w końcu człowiek widział już wiele - ale niewątpliwie zaskakujący. I znów, może zaskakujący nie tyle przez nazwisko autora, czy w tym wypadku autorów - bo tu też bywało już różnie - ale sam w sobie, całkowicie poza wszelkim kontekstem, przez swój kształt i formę, swoją treść, swoje przesłanie, swoją niby-logikę i swoją niby-powagę, a wszystko to utopione w czymś tak niskim i bylejakim, że normalnemu człowiekowi pozostaje się drapać po głowie i myśleć: jak to się w ogóle mogło stać? Chodzi mi o wpis tandemu Rybitzky&Grucha, zatytułowany „Apel do Jarosława Kaczyńskiego" http://kpsg.salon24.pl/105055,index.html . Poszło o to, że Jarosław Kaczyński powiedział najpierw, że Stefan Niesiołowski mógłby troszeczkę przyhamować ze swoim kombatanctwem, bo ono jest raczej wątpliwej jakości, a kiedy w elitach podniósł się typowy rwetes pod tytułem, że Kaczyński nie ma pojęcia, jak to było straszno i ciężko zostać bohaterem w czasach terroru,Kaczyński - jak najbardziej słusznie i celnie - odparł, że w czasie okupacji 13-letnie dziewczynki potrafiły wykazać się większym bohaterstwem od Niesiołowskiego, więc niech Niesiołowski i jego obrońcy tak znowu nie podskakują.
Rybitzky&Gruszka na te słowa prawdy zareagowali złością tak wielką, że w tych nerwach pozwolili sobie nawet na głupstwo zupełnie bez precedensu, sugerując, że „wypowiedzi polskich polityków sięgały już bruku, ale to co zrobił dzisiaj Kaczyński przekroczyło wszelkie granice...".
Jeśli jednak ktoś oczekuję, że będę się tu skupiał na samym tekście obu panów komentatorów i rozliczał ich z każdego pojedynczego słowa, to się myli. I nie chodzi o to, że to zadanie byłoby dla mnie zbyt trudne, albo nawet zbyt łatwe, a przez to nieciekawe. Tak się bowiem składa, że sam tekst Rybitzkiego i Gruchy nie stanowi żadnego problemu. Jak już wspomniałem na początku, ostatnie lata dały nam wiele możliwości zmierzenia się z tak zwanymi przypadkami szczególnymi. Więc nie ma najmniejszego sensu, żebym teraz wchodził w merytoryczna polemikę choćby ze znaną doskonale z ust najróżniejszych „szpicli, katów i tchórzy" tezą, że jeśli ktoś wychwala czyjeś wielkie bohaterstwo, to tym samym wyciąga oskarżycielski palec w kierunku tych, którzy bohaterami nie byli. Nie ma też najmniejszego sensu, żebym zaczął tłumaczyć dorosłym i wykształconym jakoś tam ludziom, że rzucać kamieniem i jednocześnie cytować w tej kwestii Ewangelię, jakoś mało się komponuje. Po co wreszcie mam przekonywać kogoś kto kompletnie stracił panowanie nad swoim rozumem, że słowa „Opanuj się wreszcie" w jego ustach brzmią co najmniej głupkowato?
Nie będę więc polemizował z tym dziwnym tekstem panów Rybitzkiego i Gruszki, bo problem jest zupełnie gdzie indziej. Otóż uważam, że tekst, o którym mowa, jest znakiem czasów, a ponieważ czasy, które ten tekst określa nie są wesołe, sam ten tekst też jest w gruncie rzeczy niezwykle smutny. Chodzi mi o to, że w tradycji zawsze było tak, że ludzie starali się pokazywać, jako więksi, mądrzejsi, silniejsi, bohaterscy, szlachetniejsi, sprytniejsi, niż byli w rzeczywistości. Tak to zawsze się działo, że tradycyjnie, odwaga, dzielność, mądrość, wytrwałość, wierność, były lepsze niż marność, tchórzostwo, zdrada, głupota i rezygnacja. Stąd powstawały takie powiedzenia jak „Nie strugaj zucha", albo „Nie bądź taki mądry", „Co się tak napinasz?", „Nie popisuj się". Pamiętam jak w szkole nauczyciele lubili mówić: „Nie próbuj być taki oryginalny". Czemu tak właśnie język się rozwijał? Czemu nie ma takich powiedzeń jak: „A ty już nie strugaj takiego słabeusza", albo „Ale mi tchórz!"? Bo nie. Bo to by było głupie.
Niestety, czasy się zmieniają. I zmienia się człowiek. Coś co nazywamy Nową Demokracją wytworzyło nowy typ człowieka. Jest to ktoś, kto w ciągu dnia ciężko pracuje, żeby mieć jak najwięcej pieniędzy, w wolnym czasie czyta kolorowe gazety, ogląda telewizyjne seriale, a jak przychodzi weekend to jest już tak okropnie sfrustrowany, że jedyne co mu pozostaje, to tę swoje neurozy utopić w zakupach. Nowa Demokracja uznała, ze ponieważ ważna jest przede wszystkim konsumpcja, to również postanowiła ona objąć tym powszechnym uprawnieniem jak największe grupy społeczeństwa. W związku z tym, wytłumaczono ludziom, że wszystko co nie jest nastawione na konsumpcję jest głupie i niepotrzebne, a przede wszystkim męczące. Dlatego wysłano do społeczeństw następujący komunikat: nie trzeba nam bohaterów, nie trzeba nam wierności, nie trzeba nam zasad, nie potrzeba męstwa. Jest demokracja, a w demokracji każdy jest konsumentem i każdy ma jednakowe prawa, jeśli tylko ustawi się w kolejce. Nie może być tak, że ktoś jest lepszy, bo jest mądry, albo ktoś jest gorszy bo jest tchórzem. Masz pieniądze, potrafisz się ustawić w kolejce - jesteś w porządku.
Cały więc wysiłek Nowej Demokracji poszedł nie w kierunku tworzenia świata lepszego, i ludzi bardziej szlachetnych, ale wręcz przeciwnie - wyrównywania szans i uśredniania na każdym możliwym poziomie. Jeśli dziś wciąż słyszymy, żeby zakończyć już te nieustanne spory i wziąć się za to co jest naprawdę ważne, to jest to pośredni efekt dokładnie tej, przeze mnie tu opisanej, filozofii. Po co się spierać, po co komu argumenty, po co racje? Po co w ogóle komukolwiek prawda, skoro tak naprawdę nawet nie za bardzo wiadomo, co to ta prawda jest?
No i, na poziomie zupełnie fizycznym, po co mówić, ze ktoś jest ładny, skoro wiadomo, że jeśli jeden jest ładny, to drugi musi być brzydki? Po co chwalić kogoś za siłę, skoro wiadomo, że temu mniej silnemu będzie przez to przykro?
I na poziomie czysto duchowym, jak możnachwalić kogoś za szlachetność, gdy w tym samym momencie ten mniej szlachetny może się poczuć źle?
Obserwujemy więc powoli, ale stale, jak ludzie, często dotychczas pełni wewnętrznej siły i wierności swoim przekonaniom, dochodzą do wniosku, że tak nie trzeba. Że to się na nic nie przydaje. Że to tylko komplikuje świat, który i tak jest wystarczająco skomplikowany. No a przede wszystkim, że skoro wszystko idzie ku powszechnej zgodzie, to jest czymś wysoce nieeleganckim upieranie się przy swoim zdaniu. A na dodatek, po co komu wiara w to, że własne zdanie, to jest w ogóle jakakolwiek wartość? Oto czasy, kiedy niemal zbrodnią stała się wyrazistość, jednoznaczność, przekonanie o swojej racji. Oto czasy, gdy coraz częściej ludzie, którzy dotychczas starali się zachowywać swój wyraźny, ukształtowany przez całe lata, wizerunek, stają w świetle Nowej Demokracji i ogłaszają, że właściwie, to oni są skłonni pójść na kompromis. Że oni właściwie przyjmują taką ewentualność, że się mogli mylić.
I wracamy do tego, co się dzieje wokół nas teraz, między jednymi a drugimi wyborami, Czyli tego, co się powszechnie nazywa polityką. Czy mamy w ogóle jakiś spór? Czy może toczy się jakaś wojna? Czy może starły się jakieś dwie myśli? Ależ skąd! Tak się prostu zdarzyło, że z jednej strony mamy miłość, a z drugiej nienawiść. Z jednej strony ciężką pracę dla dobra wspólnego, a z drugiej destrukcję. Przypatrzmy się tylko. Z jednej strony ludzie otwarci, umiarkowani, skłonni do zgody i kompromisu, a drugiej dewocja, nietolerancja, zarozumialstwo, ideologia (przede wszystkim ideologia!).
Chcesz być po tamtej stronie? Chcesz być tak jak oni? Chcesz używać tego języka? Przecież nie. Chodź do nas. Pokaż, że nie jesteś taki jak oni. Pokaż, że rozumiesz nowe czasy. No i wielu to przyjmuje. Bo jak to można być takim zawziętym? Takim bezdusznym? Takim zarozumiałym?
Więc odchodzą. Oczywiście dalej maja swoje poglądy, swoje rację; dalej uważają, że najprawdopodobniej to, w co zawsze wierzyli, jest słuszne. Ale czy tak stuprocentowo? Czy na pewno? Więc odchodzą. Bo po co te spory, po co ten niepokój? A na dodatek, jeszcze ktoś ci powie, że jesteś nieobiektywny. Więc odchodzą. A co zostaje w tym świecie miłości, zrozumienia, tolerancji, zgody? Więc - i jest mi bardzo przykro, ze to mówię, ale taka jest przykra prawda - jedyną realną i prawdziwą i niepokonaną wartością, nagle okazuje się być nienawiść. Bo na nienawiść nie ma rady. Nienawiść jest niezniszczalna, bo idzie z samej głębi serca i nie ma takiej siły, która by jej wytłumaczyła, że dziś już nie wypada.
Więc wracamy do dnia dzisiejszego. Samo żywe polityczne mięso. Żadnego mądrzenia się. Żadnego filozofowania. Z jednej strony mamy nienawiść zanurzoną w oceanie miłości. Mamy posła Niesiołowskiego, posła Palikota, marszałka Komorowskiego. Wczoraj Monika Olejnik w Kropce nad i przedstawiła najbardziej żywy przegląd wypowiedzi Janusza Palikota. Tylko Palikota. Niesiołowskiego oszczędziła. Oszczędziła wszystkich innych. Był tylko Palikot. Powiem szczerze, ze nawet ja byłem pod wrażeniem. Oto czysta nienawiść w morzu najczystszej miłości. Z drugiej strony natomiast, mamy Jarosława Kaczyńskiego, który prosi zaledwie, żeby nie odwracać się od prawdy, żeby nie zapominać o rzeczach najważniejszych, żeby nie zapominać o tym, co jest bohaterstwem, a co jest tchórzostwem. Żeby nie zagadywać rzeczywistości. Żeby szanować pamięć.
I na to przychodzą Rybitzky z Gruchą, stają w uroczystym wyproście i deklarują. Jesteśmy z wami. Zrozumieliśmy. Prawda jest niejasna. Prawda jest niepewna. Niech będzie miłość. Niech będzie miłość. Z nienawiścią sobie poradzimy.
Więc nie. Tu już przegraliście.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...