Kiedy czytam komentarze na temat ostatecznego ogłoszenia przez Instytut
Pamięci Narodowej faktu współpracy Lecha Wałęsy z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa,
odnoszę wrażenie, że główny ich nastrój jest taki, że co z tego? Czy myśmy o
tym całym Bolku nie słyszeli przypadkiem wielokrotnie wcześniej? Czy dla nas
fakt, że Bolek to Wałęsa jest jakąś sensacją? Oczywiście że nie. Myśmy to
wszystko wiedzieli oczywiście już od dawna, natomiast ja mam wrażenie, że chyba
nigdy wcześniej owa prawda nie uzyskała aż tak oficjalnego potwierdzenia.
Ja oczywiście nie mam złudzeń. To, że
fakt owej współpracy nabrał kształtu aż tak oficjalnego, nie sprawi, że z dnia
na dzień cała ta straszna propaganda nagle umilknie, a następnie się bez
pamięci rozpierzchnie. Dopóki z tego strasznego nieszczęścia da się wysysać
całe to kłamstwo, oni nie ustąpią i będą tego durnia wyciągać za to co zostało
z jego słynnego wąsa. Jeszcze wczoraj wieczorem w telewizji TVP Info wystąpili
Janusz Onyszkiewicz i Jan Rulewski i wspólnie i w porozumieniu ogłosili, że
wprawdzie Wałęsa faktycznie sprzedawał kolegów, ale on to robił po to, byśmy
dziś mieli tę wolność, którą mamy, no a poza tym, jeśli ktoś zgłasza
jakiekolwiek pretensje, nich się z nimi uda do Lecha i Jarosława Kaczyńskich.
No ale my nie musimy się dziś jakoś
szczególnie zadręczać, w związku z czym nie zaszkodziłoby strzelić choćby
jednym korkiem. Myślałem zatem o tym, co by tu napisać i, tak jak to już
bywało, pomyślałem, że przypomnę tekst sprzed lat. Ja o Wałęsie pisałem
wielokrotnie, jednak wydaje mi się, że jeden z nich na okoliczność, którą dziś
przeżywamy, robi wrażenie szczególne. Proszę więc, powspominajmy czasy
szczęśliwie minione.
Gdyby ktoś mnie poprosił, bym jak
najkrócej opisał swoje najbardziej istotne wspomnienie jak idzie o prezydenturę
Lecha Wałęsy, prawdopodobnie powiedziałbym, że wciąż mi chodzi po głowie ów
obraz, kiedy to widzę prezydencką kaplicę, za ołtarzem stoi ksiądz Franciszek
Cybula, w pierwszym rzędzie siedzą Wałęsa i Wachowski, gdzieś trochę dalej
Drzycimski, a obok Drzycimskiego któryś z wezwanych na poranne przesłuchanie
ministrów.
Ktoś kto jest zbyt młody, by te czasy
pamiętać – dziś pytałem o to Coryllusa, i on przyznał, że nie bardzo wie, o
czym ja w ogóle mówię – prawdopodobnie czyta te słowa jak jakąś abstrakcję,
natomiast dla mnie jest to wciąż bardzo żywe wspomnienie. Spróbuję bardzo krótko
opowiedzieć, o co chodziło. Otóż prezydent Wałęsa miał tego swojego kapelana, księdza
Franciszka Cybulę, najważniejszego ministra, Mieczysława Wachowskiego, oraz rzecznika
prasowego, Andrzeja Drzycimskiego. O ile sytuacja nie wymagała tego, by Wałęsie
towarzyszył tylko Wachowski, cała ta czwórka wszędzie poruszała się razem.
Wałęsa, tych dwóch, no i ksiądz. Skąd ja wiem, jak wyglądało w tej kaplicy?
Otóż zwyczaj był taki, że każdego dnia, z samego rana, Wałęsa wzywał do siebie
któregoś z ministrów, czy szefów którejś z państwowych instytucji, opieprzał go
za to, że źle pracuje, a wszystko to nagrywała specjalna ekipa, zatrudniona
przez Wałęsę po to, by rejestrować każdy jego krok. Następnie materiał był
puszczany w wieczornych wiadomościach.
Zanim jednak dochodziło do bezpośredniego
spotkania z ministrem, wszyscy schodzili na dół do kaplicy i uczestniczyli w
porannej Mszy Świętej. To o tych właśnie nabożeństwach swego czasu wspominał
Mieczysław Wachowski, opowiadając, jak to on je bardzo lubi, bo może wtedy
sobie „pojeść komunię”. Wspomniane Msze również były filmowane, a następnie,
choćby w drobnym fragmencie, pokazywane w telewizji. Tak by każdy wiedział, że
Lech Wałęsa, to człowiek bardzo religijny.
Powiem szczerze, że dla mnie zawsze
największą zagadką z tej grupy był ksiądz Cybula – oficjalny kapelan Lecha
Wałęsy. Przede wszystkim dlatego, że ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jak to
się stało, że on był przy Wałęsie zawsze. Wałęsa spotykał się w jakiejś bardzo
oficjalnej sytuacji z kimś równie oficjalnym, a obok Wałęsy już był ksiądz
Cybula i go nie opuszczał nawet na krok. Ale było coś jeszcze. Ksiądz Cybula
nigdy chyba się nie odezwał. Z nim nigdy nie ukazał się żaden wywiad, żadna
choćby króciutka rozmowa. Ja przez te wszystkie lata chyba nawet nie zdążyłem
się zorientować, jaki ten ksiądz ma w ogóle głos. To jedno. Druga rzecz była
taka, że on robił wrażenie osoby wręcz karykaturalnie niesympatycznej. Nigdy
się nie uśmiechał, nigdy nie spojrzał z jakimś weselszym błyskiem w oku. Był
wiecznie ponury i zimny jak skała. A przez to, że siłą rzeczy kojarzył się
bardziej z urzędem niż z kościołem, robił wrażenie przebranego za księdza
urzędnika. I ja, powiem szczerze, zawsze się go bałem.
Oczywiście, była jeszcze cała ta
polityczna część prezydentury Wałęsy, a więc prześladowanie opozycji, kwestie
związków Wałęsy ze służbami, ten nieszczęsny Wachowski, o którym powstawały
wręcz legendy. A na tym tle postać księdza Cybuli robiła wrażenie jeszcze
bardziej złowieszcze.
Ponieważ
właśnie jestem w trakcie pisanie tej nowej książki, potrzebowałem w pewnym
momencie poszukać czegoś na temat dzisiejszych losów księdza Franciszka Cybuli,
byłego kapelana prezydenta Wałęsy. Niestety tu akurat panuje dość jednoznaczna
nędza. Co dziś robi ksiądz Cybula – nie wiadomo. Najbliżej jak udało mi się
sięgnąć, to wywiad, jakiego on udzielił portalowi Opoka jeszcze w roku 2009,
zatytułowany „Jestem zwykłym księdzem”, w którym opowiada on, że pracuje gdzieś
na jakiejś parafii w Sopocie no i że dla niego wzorem księdza jest ksiądz
Wojtyła. Ale są też i wspomnienia. I oto, ksiądz Cybula poproszony o
wyjaśnienie, czemu on stał się w praktyce kolejnym prezydenckim urzędnikiem,
odpowiada w ten oto sposób:
„Prezydent chciał, abym był z nim
wszędzie, nawet na konferencjach prasowych. Buntowałem się, nie chciałem w nich
uczestniczyć. – Szefie, to jest źle odbierane – przekonywałem. A on: chcę mieć
zawsze duchowe wsparcie.
Przed jednym z prestiżowych spotkań
powiedział mi: nie mam dziś weny. Ja na to: włączam więc turbodoładowanie
niebieskie. Zacząłem się modlić. Przerwałem modlitwę, gdy otrzymywał owacje na
stojąco. Połączenie sił duchowych z jego intuicją, oryginalnym podejściem do
wielu spaw, dawało efekty zaskakujące. Gdy rozmawiałem o tym z prof.
Franciszkiem Gruczą, językoznawcą, germanistą, mówił o nim, on i jego koledzy
po fachu: Das ist eine politische Tier – to jest polityczne zwierzę”.
Trochę przydługi ten cytat i wcale nie
wiem, czy w całości potrzebny. Bo tak naprawdę chodzi mi tylko o jeden
fragment. Mianowicie o tego „Szefa”. Dla mnie świadomość, że kapelan prezydenta
Wałęsy zwracał się do niego per „Szefie” jest autentycznie porażająca. Proszę
zrozumieć, o co mi chodzi. Ksiądz Cybula prosi Wałęsy, by ten go ze sobą
wszędzie nie ciągał, bo to jest publicznie źle odbierane, na co Wałęsa mu
tłumaczy, że mowy nie ma, bez dyskusji, ksiądz ma być i kropka! Na co Cybula –
jakoś tym razem, słowo „ksiądz” mi nie przeszło przez gardło – prosi, „Ale,
Szefie!”, na co Wałęsa: „A co z niebieskim tubodoładowaniem?” No i sprawa
załatwiona.
Franciszek Cybula w wywiadzie dla Opoki
nie wspomina, jak się do niego zwracał Wałęsa. W ogóle, mało już mówi. Tym
bardziej też nie opowiada, jak wyglądała na przykład taka spowiedź i czy, kiedy
on karmił Wachowskiego opłatkami, to Wachowski był wyspowiadany, czy mówił
Księdzu, żeby dawał tę komunię i nie robił cyrku. No i może nie mniej ważne –
czy on do Wachowskiego też się zwracał per „Szefie”?
Myślę o tej całej przedziwnej sytuacji, i
nie mogę przestać myśleć, że oto mamy za sobą 2000 lat Kościoła, a ksiądz
Franciszek Cybula jest jednym z tego Kościoła kapłanów; że być może, teraz,
kiedy piszę ten tekst, on tam siedzi na tej swojej sopockiej parafii i
wspomina, jak to miał kiedyś swego szefa. Nie jakiegoś proboszcza, biskupa, czy
papieża, a może nawet i bezpośrednio Jezusa Zmartwychwstałego, ale samego Lecha
Wałęsę.
I nagle przychodzi mi do głowy myśl taka
oto, że, jak nam wiadomo, minister Wachowski to był z pewnością wesoły
człowiek. I czy w tej sytuacji nie jest przypadkiem możliwe, że ta spowiedź,
nad którą przez chwilę się tak zadumałem, nie wyglądała tak, że to Cybula
przychodził do Wachowskiego, który – już najedzony tymi komuniami – siedział
sobie w konfesjonale, a Cybula klękał i mówił „Ostatni raz spowiadałem się
wczoraj rano”?
Na co Wałęsa
odwracał się od telewizora i krzyczał do swojego duchowego przewodnika: „Ciszej
tam, bo za cholerę nic nie słychać!”
Zachęcam do odwiedzania księgarni
pod adresem www.coryllus.pl
i kupowania moich książek. Naprawdę warto.