Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pobożność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pobożność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 kwietnia 2017

Gdy Duch Święty przestaje przemawiać głosami

No i choć tak wyszło, że będziemy ciągnąć temat, którym żyjemy od pewnego czasu, a wiele osób z prawdziwą troską mówi mi, że i to już trwa zdecydowanie za długo, ani mi w głowie czuć z tego powodu wyrzuty sumienia. Powiem więcej. Przy tej całej nędzy, którą nas raczy ostatnio świat, naprawdę można odnieść wrażenie, że jeśli się nie wrócimy do tego co podstawowe, możemy się w ogóle zamknąć.
Rozprawialiśmy tu dość szeroko o Jezusie, o Szatanie, o naszej wierze i szansach, jakie mamy, by nie trafić do piekła, a ja wciąż mam poczucie, że jedyną dla nas drogą, jeśli faktycznie Pan Bóg nie jest ani o milimetr bardziej miłosierny, niż sprawiedliwy, jest ta, która nas trzyma jak najbliżej podstaw. I oto już jakiś czas temu trafiłem na pewne zdjęcie, które, jak na ironię, zamieszczone zostało w sieci, jako jednoznaczne szyderstwo, i w jednej chwili poczułem ten spokój, jaką daje pewność, że oto ujrzało się prawdę w całej swoje urodzie.
I proszę uprzejmie nie udzielać mi nauk na temat Ducha Świętego i tego, co On potrafi zrobić z człowiekiem, który naprawdę szuka Boga, a już szczególnie w językach, których nie rozumiem. Ja Go bowiem ujrzałem na tym zdjęciu w całej okazałości i czuje się z tym bardzo dobrze. I więcej mi nie potrzeba. Zachęcam do skupienia.

czwartek, 9 stycznia 2014

Na co komu ksiądz? Na co księżom my?

Kościół, który mamy tuż za naszym oknem, i przez którego, bijące nam z precyzyjną regularnością, dzwony, nie jestem w stanie ani w spokoju pogadać, ani posłuchać muzyki, ani nawet się jak należy pouczyć z Sebastianem angielskiego, bo z jakiegoś powodu Skype tego dźwięku nie toleruje i zniekształca nasze słowa, jest kościołem garnizonowym, a więc służy nam za miejsce modlitwy niejako obok naszej parafii.
Bardzo dziwny jest jego status. Z jednej strony, przez to, że w Katowicach wojska już nie ma, jego dalsze funkcjonowanie jest z formalnego punktu widzenia bez sensu, a z drugiej, podczas każdej niedzielnej mszy, on jest ściśle wypełniony wiernymi, na dodatek jeszcze, wiernymi w podwójnym rozumieniu tego słowa – a więc ludźmi pobożnymi, ale też ludźmi, którzy są bardzo wierni właśnie temu, a nie żadnemu innemu, miejscu.
I owa wierność jest dla mnie czymś całkowicie zadziwiającym. Tuż obok znajduje się kościół parafialny, nieco dalej, w drugą stronę – też jak najbardziej nasza – katedra, a mimo to jest całe mnóstwo ludzi, którzy nie chcą bywać nigdzie indziej, jak tylko tu właśnie. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, dlaczego tak jest? Co przyciąga tych ludzi, ale przecież też i mnie, do tego właśnie miejsca? Dlaczego my od tylu już lat nie chcemy chodzić na msze nigdzie indziej?
Najprościej by oczywiście na to pytanie można odpowiedzieć, gdyby tak się akurat złożyło, że wojsko przysyła nam tu tak wybitnych księży, najlepiej jakichś wybranych dominikanów, że oni zwyczajnie porywają nasze serca i umysły – tyle że nasi księża nie są w żaden sposób wybitni.
Łatwo by było odpowiedzieć na to pytanie, gdyby się miało okazać, że te nabożeństwa, czy to niedzielne, czy powszednie, przez jakiś nieodgadniony w swojej tajemniczości nastrój tego miejsca, sprawiają, że wszyscy nagle czujemy taką bliskość Boga, że już nie chcemy szukać dalej – co jednak z tego, skoro tu, jeśli w ogóle już czymś wieje, to raczej kompletną przeciętnością, by nie powiedzieć nudą?
Łatwo by wreszcie było wytłumaczyć tę popularność, gdyby chodziło o to, że nasz kościół to i te bardzo patriotyczne tablice poświęcone polskim bohaterom, te białoczerwone flagi, ten nastrój dumnej państwowości, czy wreszcie fakt, że to tu właśnie wisi przepięknie poruszający obraz Matki Boskiej Katyńskiej i to tu są te wszystkie tabliczki z zamordowanymi tam właśnie „na nieludzkiej ziemi”. Tyle że to też nie może być powodem. Ja mniej więcej znam polityczno-społeczny przekrój tej naszej grupy, i bardzo bym się zdziwił, gdyby się miało nagle wydać, że większość z nich tym Katyniem się szczególnie mocno przejmuje. Ja tam choćby każdej niedzieli widzę pewną swoją sąsiadkę, która wygląda jak wręcz karykatura bardzo pobożnej katechetki, a przy okazji babci o gołębim sercu, a do dziś pamiętam, jak kiedyś, w swojej nieszczęsnej nieświadomości, tłumaczyła mi, co by, gdyby tylko mogła, zrobiła tej „kaczystowskiej mordzie”. A więc tu też nie może chodzić o ten najbardziej tradycyjny patriotyzm. Jakiś tam może i tak, ale z całą pewnością nie ten, symbolizowany przez obraz Matki Boskiej Katyńskiej.
Bardziej już może o najbardziej tradycyjny grzech… ale nie przyspieszajmy wypadków.
Ten patriotyzm zresztą nigdy nie mógł być powodem popularności Kościoła Garnizonowego w Katowicach. Ja pamiętam jeszcze z czarnego PRL-u atmosferę, jaką to właśnie miejsce budziło w ludziach takich jak ja. Powszechna bowiem opinia, jaka panowała na jego temat, była taka, że tam nie mam mowy o jakiejkolwiek pobożności. Tam w środku są jacyś wyznaczeni przez władze żołnierze, udający księży, a wśród wiernych połowa to zwyczajni esbecy, mający uważać, czy przypadkiem tam się nagle nie zacznie dziać coś nieprzewidzianego. A więc, jeśli już miałbym się decydować na którąś z tych opcji, to raczej na to, że Kościół Garnizonowy to kościół dla byłych komuchów, którzy kiedyś nie potrafili się jasno określić, a dziś jest im już łatwiej. Tyle że to też nieprawda. Gdyby tak było, to tam już dawno by coś zrobiono z tymi smoleńskimi miesięcznicami. Tymczasem wygląda na to, że większość z nich te comiesięczne uroczystości ma w nosie.
I pewnie bym tam już do końca życia błąkał się wśród tych zagadek, gdyby nie pewna sekwencja wymiany księży w naszym kościele, jaką mogliśmy zaobserwować w ostatnich latach. Zanim jednak przejdę do sedna, jeszcze jedno małe wyjaśnienie. Otóż tu jest tak, że ksiądz jest z reguły jeden, wikary i proboszcz, w jednej osobie. Jest więc ten jeden biedny ksiądz, jedna gospodyni, jeden kościelny… tu nawet, od czasu, jak mój syn wydoroślał, nie ma normalnego ministranta. Do mszy służy, zbiera na ofiarę, zamyka i otwiera drzwi, kościelny. Tu w pewnym momencie doszło do tego, że należało zmniejszyć liczbę niedzielnych mszy z sześciu do pięciu, bo zgodnie z przepisami jeden ksiądz nie może odprawić więcej, niż pięć. Dopiero niedawno nowemu proboszczowi dali do pomocy jakiegoś emeryta, no i nagle jest ich dwóch.
A zatem, ma ten nasz Kościół Garnizonowy najczęściej tego jednego księdza, który, samotny tu jak kołek, nie mając ani z kim pogadać, ani gdzie pójść, ani choćby posiedzieć latem w ogródku, jest tu, jak na klasycznym zesłaniu. Właśnie – zesłaniu. Otóż akurat nie ja, tylko moja wybitnie przenikliwa żona, któregoś dnia, obserwując kolejnych proboszczów, powiedziała, że ona nie ma najmniejszych wątpliwości, że księża, którzy tu do nas są przysyłani, są przysyłani za karę. Albo więc przez swoje pijaństwo, albo tak zwaną „babę”, hazard, czy jakieś inne, tak bardzo pospolite, grzechy. Tak twierdzi moja żona. Ona widzi kolejnego proboszcza, i od razu mówi: „Popatrz na tego. Ten musiał dopiero narozrabiać, że go tu wysłali. Ale to dobrze. Przynajmniej nikt nie będzie człowieka rozpraszał tanimi popisami”.
No i ja na nich patrzę i nagle widzę kolejnych księży, którzy w swojej zdecydowanej większości – bardzo to prawdopodobne – nie zdobyliby najmniejszej popularności wśród ludzi, którzy w Kościele szukają zachęty i inspiracji do wiary. Nagle sobie uświadamiam, że ludziom, którzy przychodzą do naszego kościoła, ci księża potrzebni są wyłącznie do tego, by odprawiać mszę, udzielać komunii, spowiadać i błogosławić, a więc robić dokładnie to wszystko, czego żaden z nas zrobić nie może.
Ludzie, którzy tak bardzo lubią przychodzić do Kościoła Garnizonowego mają w sobie wystarczająco dużo wiary koniecznej do tego, by jakiś, choćby nie wiadomo jak, nieudany, ksiądz ich tu był w stanie czegokolwiek pozbawić, ale też są wystarczająco grzeszni, i tej swojej grzeszności świadomi, by się tym, że ich proboszcz to pijak i dziwkarz, w ogóle przejmować. No i jeszcze coś: wygląda jakby oni w swojej większości woleli, żeby akurat podczas mszy żaden z tych mądrali ich nie rozpraszał.
I to, moim zdaniem, z punktu widzenia nas, ludzi Kościoła, stanowi sytuację wręcz fantastyczną. Nigdzie tak jak tu nie możemy bowiem poczuć, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy równie samotni, a jednocześnie tak niezwykle solidarni, wobec Boga Najwyższego i tego, co On nam obiecał.
Kilka lat temu stało się tak, że ówczesny proboszcz pojawił się za ołtarzem bardzo pijany. Trzymał się więc z trudem tego świętego porządku, kościelny-ministrant zwijał się jak w ukropie, żeby jakoś zapanować nad sytuacją, a ludzie ani się nie śmiali, ani nie szeptali między sobą, ani tym bardziej nie łapali się za głowy w panice, tylko robili to co do nich należy każdej niedzieli – a więc brali, pobożnie, jak tylko potrafią, udział we mszy. A co jeszcze ciekawsze, kiedy już po kilku dniach, ów nieszczęsny ksiądz został stąd zabrany, nawet nie zauważyłem, żeby sprawa była jakkolwiek komentowana. Zapytałem nawet o to pewną znajomą panią, a ona wzruszyła ramionami i powiedziała, że ona tu nie przychodzi dla księży.
W tych dniach, słynny – by nie powiedzieć, że wzorowo kultowy – wśród ambitnej i wykształconej młodzieży, dominikanin ojciec Szustak wygłosił fantastyczne, niemal powalające na kolana, kazanie o Święcie Trzech Króli. Jeśli ktoś nie wie, kim jest ów Szustak, to powiem tylko, że jest to taki ksiądz, który, mając w swoim życiorysie jakieś bardzo ciemne momenty, których być może jedynym już dziś widocznym śladem są tatuaże, jeździ po Polsce i głosi swoje kazania. Młodzież go uwielbia, pewnie w dużym stopniu przez to, że on wciąż używa słów takich, jako „kurde”, czy „koleś” i zawsze dba o to, by powiedzieć coś takiego, by kościół się zaśmiał. To jest pewnie jakiś powód, ale też musi mieć znaczenie i ta jego „dziarana” przeszłość, no i fakt, że on podobno nie ma nic: ani mieszkania, ani pieniędzy, ani nawet rzeczy innych poza ubraniem. No a to musi robić wrażenie.
A zatem wygłosił Szustak to swoje świąteczne kazanie, i wygląda na to, że znaczna część tych, do których on je adresował, kompletnie go nie zrozumiała. Oto na jednym z chrześcijańskich portali ukazała się informacja o słowie ojca Szustaka, utrzymana jednak w formie oskarżającej go faktycznie o bluźnierstwo. Jak słyszę, również już na Facebooku rozpętała się dyskusja na temat rzekomo skandalicznego kazania jednego z księży.
Jak mówię, wspomnianego kazania wysłuchałem i uważam, że to jest jedno z najbardziej pobożnych i interesująco napisanych kazań, jakie słyszałem. Tylko co z tego, jeśli podane w takiej formie, że prawdopodobnie większość go nie pojęła, a jego faktyczny efekt będzie taki, że ci, którzy Szustaka bezkrytycznie kochają, postarają się o tej akurat „wpadce” jak najszybciej zapomnieć, a ci, którzy się właśnie o nim dowiedzieli, i których on zapewne pragnął ewangelizować, uznają go za jakiegoś dziwaka. I tyle wszystkiego.
Nie wiem, czy to co się dzieje wokół niego dziś będzie miało dla niego jakieś konsekwencje – mam nadzieję, że nie – ale jeśli jednak tak, on zawsze może przyjechać tu do nas. Prawdopodobnie, część z nas tego, co on nam powie, nie zrozumie, część nawet nie będzie słuchała, a tych kilku wróci do domu i powie, że ksiądz powiedział ładne kazanie, tyle że trochę trudne. Z całą jednak pewnością, nikt nie będzie z tego powodu, że ten Szustak jakiś nie bardzo, robił sensacji. W końcu myśmy tu nie takie cuda widzieli.

Proszę serdecznie o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, a jak ktoś jeszcze nie ma, to polecam którąś z wystawionych też obok książek. Można je zamawiać u mnie pod adresem toyah@toyah.pl, albo w księgarni u Gabriela coryllus.pl, gdzie można też trafić przy okazji na całą masę innych wartych uwagi rzeczy. Zachęcam i dziękuję.

poniedziałek, 14 lutego 2011

O Naszej Pani Kodeńskiej

Polski krajobraz terenów położonych dalej na zachód od Wisły budzi we mnie niezmiennie stan zbliżony do depresyjnego. Przyznaję, że nie bywam w tamtych okolicach ani często, ani nawet rzadko, ale te kilka razy pozostawiały mnie niezmiennie w nastroju marnym. Pisałem na tym blogu jakieś dwa lata temu o mojej podróży przez tamte tereny i właściwie wszystko co chciałem na ten temat powiedziec, to powiedziałem już wtedy. Dziś tylko może dodam, że jeśli się od tamtej pory coś zmieniło, to być może pojawiło się więcej przydrożnych reklam, świadczących o tym jak desperacko człowiek próbuje zarobić te parę groszy, sprzedając cokolwiek, gdziekolwiek i komukolwiek.
Nasz przyjaciel LEMMING, który jeździ nie tylko po Polsce, ale w ogóle po świecie znacznie więcej ode mnie, opowiadał tu kiedyś o tych polskich krajobrazach właśnie w tym depresyjnym ujęciu. A więc o tej biedzie, o tym przygnębiającym smutku i o tej w gruncie rzeczy beznadziei wynurzającej się z każdego zakątka, a okazjonalnie otaczanej równie jak ona nędznym blichtrem. Nie wiem, czy kiedy LEMMING jeździ swoim samochodem, to piosenek słucha z podręcznego odtwarzacza, czy ma włączone radio. A jeśli radio, to na jakiej stacji. Ja w ciągu ostatnich trzech dni przewiozłem się te ponad tysiąc kilometrów, patrząc na zachodnią Polskę i słuchając wciąż Radia Zet – Czujesz i wiesz! A więc zdaję sobie sprawę z pewnych tu pułapek, ale – było jak było.
Jak mówię, o Polsce ludzi wykształconych, gospodarnych i majętnych pisałem już dwa lata temu i nie mam ochoty się dalej nad nią znęcać. Zwłaszcza że, jak już to zostało powiedziane – czujesz, więc wiesz. Co można więcej dodać? Ja więc, z okazji tej wycieczki, opowiem o czymś całkowicie z innego świata. Trochę innego fizycznie, bo leżącego dokładnie po przeciwnej stronie naszej Polski, ale też trochę z innego, bo zwyczajnie z innego. Ze świata innego. Opowiem o Matce Boskiej Kodeńskiej.
Kiedy papieżem był Grzegorz Wielki, w swojej prywatnej kaplicy trzymał cudowną figurę Matki Bożej. Jak mówi legenda, figurę tę miał wyrzeźbić św. Łukasz Ewangelista i to właśnie z tej okazji prawdopodobnie Łukasz uznawany jest do dziś za najbardziej ‘maryjnego’ Apostoła. Pewnego razu papież postanowił podarować tę figurę swojemu przyjacielowi bp Leandrowi, a biskup z kolei umieścił ją w sanktuarium w miejscowości Guadelupe w Hiszpani. Stąd dwa tytuły 'naszej' Matki Bożej: Matka Boża Gregoriańska oraz Matka Boża z Guadelupy. Ponieważ kaplica została pozbawiona pięknego wizerunku, na podstawie figury Matki Bożej podarowanej bp. Leandrowi, bp.Augustyn z Canterbury namalował obraz, który został umieszczony w papieskiej kaplicy, i znajdował się tam już aż do czasów Urbana VIII, a w Polsce księcia Mikołaja Sapiehy, zwanego Pobożnym.
Mikołaj Sapieha, właściciel podlaskiej wsi o nazwie Kodeń, budowniczy kościołów – jak się domyślamy, człowiek pobożny i głębokiej wiary – mając 42 lata, podczas budowy jednej świątyń, zapadł na nieznaną i według wszelkich danych, nieuleczalną chorobę. Po paru miesiącach postępującej i wyniszczającej księcia choroby, jego żona Anna namówiła go na pielgrzymkę do Rzymu. Książę, który w młodości studiował w Rzymie i dobrze Rzym znał, na wyjazd się zgodził, a więc przygotowano wyprawę konną, i po dwóch miesiącach wszyscy dojechali szczęśliwie na miejsce, gdzie książę Sapieha został przyjęty przez Urbana VIII. W trakcie audiencji papież zaprosił księcia na mszę do swojej prywatnej kaplicy, i tam właśnie, w ołtarzu tej kaplicy, Sapieha po raz pierwszy zobaczył obraz Matki Bożej, i – krótko mówiąc – pięknie się modląc, doznał cudownego uzdrowienia.
Dziękując oczywiście Matce Bożej za cud uzdrowienia, Sapieha postanowił jednak, że musi cudowny obraz za wszelką cenę zabrać ze sobą do Kodnia. Ponieważ, jak się można było spodziewać, Ojciec Święty nie wyraził na to zgody, wówczas Mikołaj Sapieha, zwany, jak już wspomniałem, pobożnym, wpadł na sposób bardzo niepobożny. Obiecując mianowicie zakrystianowi papieskiemu 500 złotych dukatów, przekupił go, a ten jeszcze tej samej nocy wykradł obraz z kaplicy papieskiej i przekazał go księciu, który natychmiast z obrazem uciekł z Rzymu. Brawurowa ucieczka była niezwykle trudna, bo kradzież szybko wykryto i cała Italia została zmobilizowana dla schwytania zbrodniarza i odzyskania obrazu. Sapieha jednak omijał miasta i drogi, prowadząc swoją zbrojną grupę wyłącznie po górskich bezdrożach Italii, a potem koło Zagrzebia i przez Węgry i Lwów do swoich posiadłości, by ostatecznie umieścić obraz w kościele w Kodniu. Na przyjęcie obrazu 8-tysięczny wówczas Kodeń został pięknie przystrojony wszelkimi dekoracjami, orkiestrami i armatami, a sam obraz został uroczyście wprowadzony, wprawdzie nie do kościoła, ponieważ, jak już wspomnieliśmy, kościół był w budowie, ale do kaplicy zamkowej. Miało to miejsce 15 września 1631 roku.
Oczywiście, kara nastąpiła szybko i była niezwykle okrutna. Ojciec św. Urban VIII rzucił na Sapiehę klątwę kościelną w postaci zakazu wstępu do świątyni, zakazu uczestniczenia w nabożeństwach, zakazu przystępowania do spowiedzi i Komunii św. Książę – jako człowiek bardzo religijny i poboczny – naturalnie bardzo boleśnie przeżył tę karę, ale ani obrazu nie oddał, ani też grzechu nie wyznał. Zamiast tego, dokończył budowy kościoła i pięknie go wyposażył. Wówczas to obraz przeniesiono i umieszczony w głównym ołtarzu. Książę jako wyklęty z Kościoła, oczywiście nie mógł wejść do wybudowanej przez siebie świątyni i choćby bliska popatrzeć na swój obraz, więc jedynie prywatnie wchodził do pomieszczeń nad zakrystią i tylko przez okienko spoglądał na obraz Matki Bożej, i w ten sposób przez to okienko się modlił.
Trwało tak trzy lata. I oto w Sejmie rozgorzała dyskusja związana z tym, że król Władysław IV chciał zawrzeć związek małżeński z jakąś protestantką, co według niektórych groziło Polsce zalewem protestantyzmu. W tej sprawie zabrał też głos książę Sapieha, z wielką mocą przekonywał króla, żeby się opamiętał, a by swoje argumenty skutecznie wzmocnić, zagroził zerwaniem Sejmu. Król ustąpił, protestantkę odprawił, i ostatecznie ożenił się z córką cesarza Austrii, Renatą Cecylią. Wówczas to obecny podczas obrad Sejmu nuncjusz papieski postanowił pomóc księciu. Napisał list do Ojca św. Urbana VIII, prosząc go o darowanie kary i pozostawienie obrazu Matki Bożej w Kodniu. Urban VIII przychylił się do prośby, zdjął karę kościelną i podarował obraz Sapiehom i Kodniowi. Zażądał tylko, żeby Książę Sapieha w ramach pokuty odbył podróż do Rzymu. Książę podjął osobistą decyzję i po modlitwie przed obrazem Matki Bożej, pieszo powędrował 2300 km z Kodnia do Rzymu. W Rzymie został znów przyjęty przez Ojca św. Urbana VIII, ale tym razem obdarowany relikwiami świętych męczenników i wyznawców. Według kronik przywiózł ze sobą do Kodnia około 100 relikwii, które umieścił w kościele. Z biegiem czasu część relikwii została rozkradziona, ale około 60 ocalało i są umieszczone w specjalnych relikwiarzach w bocznym ołtarzu. Ponieważ dokumentacje poginęły, w tej chwili nie wiadomo, jakich świętych relikwie się w kodeńskiej bazylice znajdują, i jedyną dokumentacja potwierdzającą autentyczność relikwii jest dokument dotyczący czaszki św. Feliksa – papieża i męczennika.
Obraz Matki Bożej Kodeńskiej był koronowany koronami papieskimi w roku 1723. Była to trzecia koronacja obrazu na terenach dawnej Polski: pierwsza koronacja koronami papieskimi miała miejsce na Jasnej Górze - 1717, potem w Trokach k/Wilna - 1718 i właśnie w Kodniu - 15 sierpnia 1723 r. Papieskie korony z 1723 są zabezpieczone, natomiast na obrazie Matki Bożej, w roku jubileuszowym 2000 umieszczono już nowe korony.
Ale wracamy do historii. Podczas rozbiorów Polski, car ukarał mieszkańców Kodnia za udział w Powstaniu Styczniowym w 1864, pozbawiając Kodeń praw miejskich oraz likwidując parafię rzymsko-katolicką. Wszystko ze świątyni zostało usunięte, wywiezione i to nieraz bardzo daleko: główny ołtarz do Opinogóry na Mazowsze, pięć ołtarzy do Kadzidła na Kurpiach, duży obraz św. Anny z bocznej kaplicy do katedry w Łomży, oraz pozostałe ołtarze, obrazy do pobliskich parafii. Sam cudowny obraz carscy żołnierze zapakowali do skrzyni i końmi przewieźli do Białej Podlaskiej i potem pociągiem do Częstochowy na Jasną Górę. Tam cudowny obraz Matki Bożej Kodeńskiej przebywał 52 lata w Kaplicy Serca Pana Jezusa w Bazylice Jasnogórskiej. Dzisiaj przy kaplicy Serca Pana Jezusa jest pamiątkowa tablica, zaś w Wieczerniku ołtarz z dużym obrazem Matki Bożej Kodeńskiej na pamiątkę tego pobytu na Jasnej Górze.
Rosjanie świątynię zamienili na cerkiew prawosławną, gdzie przez ponad 30 lat modlili się prawosławni, natomiast wierni katolicy gromadzili się w Kaplicy św. Wawrzyńca na cmentarzu. W 1905 roku prawosławni opuścili tę Świątynię i wówczas w Kodniu pojawił się ksiądz rzymsko-katolicki. W roku 1927 ks. bp Przeździecki, ordynariusz siedlecki, sprowadził do Kodnia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Gdy pierwsi ojcowie przybyli do Kodnia, zastali puste mury tej Bazyliki. Udało im się odzyskać ołtarz główny z Opinogóry, natomiast cudowny obraz Matki Boże ks. bp Przeździecki zabrał z Jasnej Góry, przewiózł do Warszawy, gdzie go odnowiono i umieszczono w warszawskiej archikatedrze.
I oto nagle, kiedy biskup chciał zabrać obraz do Kodnia, mieszkańcy Warszawy zażyczyli sobie, żeby obraz został w Warszawie. Wówczas to, żeby nie było wielkiego zamieszania, zdecydowano o przewiezieniu obrazu na zamek królewski w Warszawie, gdzie już wkrótce, właśnie przed tym obrazem, ks. Prymas Hlond odebrał swój biret kardynalski. Jednak po dwóch jednak miesiącach błąkania się obrazu po Warszawie, ks. bp Przeździecki po cichu w nocy przewiózł Matkę Boską do katedry siedleckiej, gdzie najpierw obraz przebywał przez ponad miesiąc, a następnie, już bardzo uroczyście, przez 6 białych koni w specjalnym powozie, i w towarzystwie tysięcy ludzi, 3 września 1927 roku został przewieziony do Kodnia, a po pewnym czasie został ostatecznie umieszczony w bazylice, gdzie sobie jest do dziś.
Taka to fascynująca historia pewnej wioski nad Bugiem, pewnego świętego obrazu, pewnego cudu i wielu bardzo pobożnych ludzi. Skąd znam tę historię? Stąd mianowicie, że niedaleko Kodnia jest moja wieś i kiedy byłem dzieckiem, do Kodnia jeździłem każdego roku w sierpniu. A więc, podobnie jak moja wieś jest moja, to i Kodeń jest mój. I Matka Boska Kodeńska też jest moja. A więc to jest jeden powód. Drugi natomiast jest już bardziej doraźny. Otóż, jak już informowałem, umarł mój ukochany wujek, i przez te trzy ostatnie dni byłem go żegnać. I oto okazało się, ze ktoś – nie do końca wiemy kto – postanowił, że zostanie On pochowany razem z obrazem Matki Boskiej Kodeńskiej. I tak właśnie pochowany został.
Z moim zmarłym wujkiem mam bardzo wiele głównie dobrych i radosnych wspomnień, ale jedno jest szczególnie mocne. Siedzieliśmy sobie kiedyś – dawno jeszcze bardzo – i patrzyliśmy na nocne niebo. I wtedy mój wujek powiedział do mnie w zamyśleniu: „Nie ma nic. Są tylko te gwiazdy. Poza tym nie ma nic”. Ja wiem, że wśród nas jest wielu takich, kotrzy bardzo by chcieli się dowiedzieć, już na koniec tej historii, że to mój wujek zażyczył sobie, by go pochować z Matką Boską Kodeńską. Ale niestety tego potwierdzić nie mogę. Może to On, a może ktoś z rodziny. Nie wiem. Ale też i wiedzieć nie potrzebuję. Bo to co mnie wzrusza, to właśnie sam fakt i ta wiedza – że bez tych wiosek, tych obrazów, tych cudów i tych ludzi, nie ma w ogóle o czym gadać.

Post Scriptum:
Przepraszam, że zmuszony jestem wrócić do spraw może nie podstawowych, ale niezmiennie i niezmiernie dla nas istotnych. Otóż pewnie nie wiecie, ale – Bóg mi świadkiem, że nie wiem, czemu – luty przyniósł nam radykalne i dramatyczne załamanie procesu wspierania tego bloga. Bardzo więc proszę jeszcze o cierpliwość i zrozumienie. To są, jak już kiedyś o tym pisałem, naczynia połączone. Przy okazji, dziękuję tym wszystkim, którzy wciąż trwają. Oni wiedzą, o kim, i o czym, mówię.

niedziela, 15 sierpnia 2010

O Duchu w świecie materii

Jest to historia wprawdzie sprzed wielu już lat, jednak nie na tyle stara, byśmy ją mogli zakwalifikować do wydarzeń opisujących świat, który już dawno przeminął. A zatem jest to echo wciąż naszego świata. Córka znajomych przystępowała do Pierwszej Komunii Świętej. Nic szczególnego. Każdego roku w maju tysiące dzieci obchodzi tę uroczystość i dla większości z nich ta niedziela nie jest niczym bardziej niezwykłym, niż choćby początek roku szkolnego, czy kolejne przyjęcie urodzinowe. Nasi znajomi nie byli wówczas, i, o ile się dobrze orientuję, tym bardziej dziś nie są ludźmi szczególnie pobożnymi. Mimo to jednak, ponieważ ksiądz zażyczył sobie, żeby przez tydzień poprzedzający tę uroczystą niedzielę wszystkie dzieci kończyły dzień modlitwą przy zapalonej świeczce, córka znajomych temu zaleceniu się podporządkowała. W sobotę wieczorem, w wigilię Komunii, jak codzień, leżąc już w łóżku, zapaliła świeczkę i zaczęła się modlić.
Nasza znajoma, mama dziewczynki, opowiadała nam później, że kiedy głęboko w nocy wszyscy już mocno spali, zbudził ją przeraźliwy wrzask. Wstała, podeszła do okna, by zobaczyć, co się stało, ale wokoło była tylko spokojna nocna ulica. Rozejrzała się po mieszkaniu, ale i tu panował spokój. Uznała więc, że to był tylko jeden z tych dziwnych snów, tyle tylko, że zanim wróciła do łóżka, zajrzała jeszcze do pokoju córki… i zobaczyła swoje śpiące dziecko, a tuż obok płonący już od ognia świeczki stolik.
Oczywiście, kiedy rozmawialiśmy, i ona i my mówiliśmy o cudzie, jednak – tak jak to zwykle się w takich razach dzieje – po kilku dniach sprawy wróciły do codziennego, zwykłego stanu, i świat jakim go znamy pochłonął zarówno ów dzień Pierwszej Komunii, jak wszystko co temu świętemu zdarzeniu towarzyszyło, podobnie zresztą jak i to wszystko, co mogło z niego wyniknąć, ale go akurat ominęło.
Ktoś się pewnie będzie zastanawiał, czy to co się zdarzyło w tamtą sobotnią noc to był cud, czy przypadek. Czy może ani cud ani przypadek, tylko coś, co współczesna nauka potrafi świetnie wyjaśnić. Bo może przecież być i tak, że matka dziewczynki przez sen poczuła zapach palonego drewna, lub może obrusu, który leżał na stoliku, na którym z kolei stała świeczka i ten właśnie zapach ją tak dziwnie zbudził. A mogło być też tak – co z całą pewnością potwierdzą specjaliści od parapsychologii – że między matką a dzieckiem zawsze istnieje jakiś tajemniczy związek, którego normalnie wyjaśnić nie potrafimy, a który często tworzy sytuacje, które później ludzie religijni będą naiwnie nazywać cudami. A więc pytanie, czy ten hałas, który wiele lat temu obudził naszą znajomą i być może uratował życie całej jej rodziny, był aż cudem, czy raczej jak najbardziej zwyczajnym, choć dla niektórych ciekawym wypadkiem, tak jak wiele innych tego typu pytań, pozostanie bez odpowiedzi.
Przypomniała mi się ta historia dziś, kiedy obchodzimy rocznicę tak zwanego Cudu nad Wisłą i główne media z wielkim zaangażowaniem informują nas, że tamte zwycięstwo wcale nie było wynikiem jakiejkolwiek interwencji Boga, który jakoby miał zechcieć wysłuchać naszych modlitw – a więc cudu – lecz zwykłym militarnym sukcesem zdolnych dowódców i ich osobistego geniuszu. Oczywiście, jak ktoś chce, może sobie na to co się stało 15 sierpnia 1920 roku mówić, że to był cud, może wspominać i wszystkie tamte modlitwy, włącznie z osobistymi modlitwami Papieża Benedykta XV, może tworzyć wokół tamtego dnia najróżniejsze teorie, jednak fakt pozostanie faktem – nasze zwycięstwa są naszymi zwycięstwami, a Pan Bóg i Jego aniołowie mają tu znaczenie wyłącznie symboliczne. Ale również przypomniała mi się tamta historia właśnie dziś, kiedy religijny wymiar tamtego wydarzenia jest kwestionowany już nie tylko przez świat pogański, ale także przez ludzi dotychczas, wydawałoby się, stanowiących część Kościoła. Przez ludzi, którzy powoli, ale nieubłaganie, niemal na każdym możliwym poziomie, robią tak bardzo wiele, by zacierać różnicę miedzy światem wiary, a światem pogańskim.
Mieliśmy okazję obserwować to zjawisko przez parę ostatnich tygodni, kiedy to znaczna – niektórzy twierdzą, że główna – część naszego Kościoła sprzymierzyła się właśnie ze światem pogańskim przeciwko tej garstce ludzi, którzy zdecydowali się bronić krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Wielu z nas z przerażeniem obserwowała, i wciąż nie może przestać drżeć na widok tego, jak nagle tak wielu ludzi, dotychczas utrzymując w najlepszym wypadku w stosunku do Krzyża stosunek obojętny, by nie powiedzieć wrogi, stanęło na czele krucjaty przeciwko tym, którzy go rzekomo swoim wiernym czuwaniem profanują. Nie ma dnia, żeby ktoś z tamtej strony nie pojawił się publicznie, żeby zaprotestować przeciwko rzekomemu bluźnierstwu, jakiego mają się podobno dopuszczać ludzie czuwający pod prezydenckim krzyżem. Ostatnio doszło już wręcz do tego, że w tym towarzystwie znalazło się dwóch starych peerelowskich działaczy, Wenderlich i Iwiński, i oni również wyrazili swój ból wobec tego, co z rąk polskich katolików spotyka Krzyż. Patrzymy na to i drżymy. Ale również zamierają nam serca, gdy widzimy, jak z czystej próżności, czy może ze strachu przed utratą pozornego szacunku ze strony nowych elit, a może tylko z osobliwie rozumianych względów politycznych, to właśnie polscy biskupi uznali, że nic się nie stanie, jeśli Kościół pozwoli sobie na tę odrobinę nowoczesności i ten uprzejmy gest pod adresem swoich nowych znajomych.
Powoli, ale bardzo konsekwentnie, sytuacja rozwija się w tym kierunku, że lekarzem naszych dusz nie będzie już tylko ta biedna idiotka informująca spod Jasnej Góry telewidzów, że pielgrzymi właśnie dotarli do Częstochowy i „między jedną a drugą mszą kręcą się po mieście”, nie tylko jej redakcyjni szefowie, każący słowo „obrońcy” pisać w cudzysłowie, nie tylko Donald Tusk demonstrujący swój wieczny szacunek do Krzyża, nie tylko prezydent Komorowski klękający i całujący sztandar, a nawet nie szef jego kancelarii zapewniający o swoich modlitwach, ale nawet owa gwiazdka telewizyjnych seriali i jej aktualny sponsor. Oto świat, który tworzy się na naszych oczach, gdzie tradycyjna polska religijność zostanie najpierw brutalnie i ostatecznie wyszydzona, a następnie zamknięta w jakimś odległym rezerwacie, z dala od już nie tylko tego wszystkiego co stanowi naszą wspólną cywilizację, ale nawet tego co zawsze tworzyło tradycyjny Kościół, z jego świątyniami i kapłanami. I Kościół jaki znamy stanie się wyłącznie wspomnieniem. Jego miejsce natomiast zajmie twór, którego pierwsze ślady właśnie mieliśmy okazję parę razy zaobserwować. Czy to w postaci tego nieszczęsnego księdza, kropiącego tablicę na Krakowskim Przedmieściu i godzącego się na zhańbienie najświętszej liturgii towarzystwem jakichś wynajętych, zakłamanych urzędników, czy to arcybiskupa Nycza, uroczyście i z najgłębszą powagą kierującego słowa Jezusa do drzemiącej w kościelnych ławach grupce zaprzańców, czy wreszcie w dzisiejszych słowach Prymasa Polski apelującego do tych, którzy bronią krzyża, by go wreszcie bronić przestali. A wszystko na tle pijanej nienawiścią paczki bezbożnych szyderców, którzy wreszcie wyśpiewali, wytańczyli i wytupali to o co prosili.
Czytałem kiedyś książkę o Kambodży jaka powstała po rewolucji Pol Pota. Nie jestem pewien, czy wszystko dobrze pamiętam, ale jakoś chodzi mi po głowie informacja, że ponieważ rewolucja wymordowała wszystkich nauczycieli, duchowieństwo i w ogóle ludzi wykształconych, obecnie w całym kraju nie ma jednej osoby, która potrafiłaby odpowiednio wyjaśnić symbolikę ukrytą choćby w godle Kambodży. Obawiam się, że sytuacja w Polsce idzie w tym kierunku, że odebranie nam sposobu na odróżnienie słowa księdza czy biskupa od słów kogoś, kto jeszcze kilka lat wcześniej tego samego księdza czy biskupa najchętniej by widział przybitego do tego krzyża, a w który dziś obaj tak chętnie i gorąco wierzą, nie będzie stanowiło problemu choćby nawet i średniego. Gorsze jest to, że oprócz tej linii, która zawsze pomagała odróżniać dzień od nocy, a jasność od ciemności, zniknie również owa prosta i zwykła, pełna prostej i zwykłej wiary pobożność, która na przykład świetnie wie, że nie ma żadnego absolutnie konfliktu między genialną myślą wojskowego dowódcy, a bożym dotknięciem. Lub między tym samym dotknięciem Boga, a jakąś tajemniczą iskrą, ukrytą głęboko w mózgu pogrążonej w głębokim śnie matki.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...