Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Finansowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Finansowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 grudnia 2015

Graham N. Webb - człowiek z pałą na koniec roku

Właśnie się dowiedziałem, że zmarła moja ciocia ze Sławatycz (autorka słynnego bon motu „Stawia te oczy jak złodziej”) , więc jadę na pogrzeb do siebie na wieś na Podlasie. Nie będzie mnie dziś, jutro i przez większą część czwartku. Kolejny tekst więc w piątek. A dziś, żebyście mieli co czytać, znów proponuję coś z boku, a więc jeden ze starych tekstów dla „Gazety Finansowej”, który, tak wyszło, nie trafił do książki. Tym razem o pewnym panu Webbie spod Londynu.


Przedstawiając dzisiejszą historię, czuję się dość niekomfortowo z dwóch przyczyn. Pierwsza to taka, że dotychczasowe artykuły, zgodnie zresztą z założoną wcześniejkoncepcją, realizowały temat „Wielkie rody”, skupiając się na historiach życia i kariery ludzi, o których dziś mówi się, że są w posiadaniu połowy całego zgromadzonego na Ziemi majątku, a więc, krótko mówiąc – multi-miliarderów. Rzecz w tym, że człowiek, o którym chciałbym bardzo opowiedzieć, owszem, należy do osób niebywale zamożnych, ale nawet jeśli jest miliarderem, to tego akurat nie wiemy, bo on akurat ze swoim bogactwem nie obnosi, a ujawnia się tylko o tyle, o ile uzna, że wypada. A zatem, można się obawiać, że tego obowiązkowego miliarda akurat się nie dorobił.
Drugi powód owej bardzo niezręcznej sytuacji, w jakiej się znajduję, jest taki, że ja, owszem, miałem okazję owego niezwykłego człowieka poznać osobiście, a nawet spędzić godzinkę w jego angielskiej posiadłości i zjeść z nim skromny – jak najbardziej, wbrew temu co o bogatych ludziach mówią różnego rodzaju plotkarze, na jego koszt – lunch. No a to już jest naprawdę bardzo podejrzane, by „Gazeta Finansowa” publikowała jakieś prywatne historie, w dodatku na stronie, gdzie niżej Kennedy’ego, Onassisa, czy Billa Gatesa się raczej nie schodzi.
Mimo to zdecydowałem się zaryzykować i ów tekst przedstawić, bo przede wszystkim nie jest całkiem wykluczone, że Graham N. Webb – bo o nim tu dziś mowa – coś tam jednak ma. W końcu proszę choćby zwrócić uwagę na bardzo ciekawy fakt, że wielu naprawdę poważnych specjalistów z branży jest przekonanych, że najbogatszym człowiekiem na świecie jest Ingvar Kamprad, założyciel sieci sklepów IKEA, który ani nie jest w jakimkolwiek kontekście wymieniany wśród owych właścicieli świata, ani sam, pytany o swoją fortunę, w żaden sposób się nie przechwala, tylko ciekawskich zbywa wciąż tą samą uwagą, że on przecież nie ma nic, bo właścicielem jest nie on, ale Fundacja. Ale już pomijając te smaczki, i tak musimy przyznać, że historia życia i kariery biznesowej człowieka, o którym dziś chciałbym opowiedzieć, jest tak niezwykła, że szkoda by było, by się tu nam zmarnowała nawet gdyby się miało okazać, że on poza tym głupim milionem, czy dwoma milionami funtów, nie ma nic.
Od razu jednak muszę zrobić pewne bardzo istotne zastrzeżenie. Otóż każdego, kto czytając kolejne przypadki z życia Grahama Webba, przeżywając szok ze względu na drastyczność pewnych opisów, pomyśli sobie, że my się tu zajmujemy jakimiś plotkami, w dodatku dość obrzydliwymi, chciałbym zapewnić, że wszystko, o czym tu zamierzam opowiedzieć, słyszałem osobiście z ust samego Webba, a nawet gdybym nie słyszał, przeczytałbym o tym wszystkim w jego książce, zatytułowanej „Out of the Bottle” – książce do bólu szczerej i uczciwej, książce stanowiącej najbardziej nieprawdopodobną relację z życia człowieka, który, jak wszystko na to wskazywało, skazany był na to, by zostać jeszcze jednym głupkiem, a skończył jako milioner, w dodatku ostatecznie, za swoje zasługi dla Wielkiej Brytanii, odznaczony przez Królową słynnym Orderem Imperium.
Ciekawe jest już samo wprowadzenie do książki Webba, coś na kształt motta. Otóż zanim zanurzymy się w tych niezwykłych opowieściach, znajdujemy dwa porażające wręcz cytaty, a oba z dokumentów wydanych przez jedną i tę samą instytucję, a mianowicie szkołę, do której Webb uczęszczał jako dziecko, i z której został wyrzucony za lenistwo i głupotę. Oto pierwszy z nich, wystawiony w roku 1961 i stwierdzający co następuje:
Nie wykazuje najmniejszego zaangażowania. Jest gnuśny, głupi, przeraźliwie leniwy, w dodatku najwyraźniej bardzo zadowolony z tego co sobą reprezentuje i zdecydowany w tym stanie pozostać”.
Druga, wydana przy okazji wręczania mu dyplomu honorowego w roku 2000, przez tę samą szkolę, głosi:
Grahamowi N. Webbowi, za wybitne osiągnięcia życiowe, w uznaniu dla jego służby na rzecz brytyjskiego rynku, handlu i edukacji”.
To oczywiście już samo w sobie wystarczy do tego, by się zadumać nad niejednym losem i niejedną karierą, czy to spełnioną, czy złamaną, ale my mamy inne zadanie. Chcemy mianowicie przedstawić jeszcze jednego z nich. Tych, którzy w mniejszym lub większym stopniu jednak chyba jakoś rządzą tym światem.
Ów Graham N. Webb urodził się w roku 1947 w Londynie, w zwykłej średnio zamożnej rodzinie, z niezdiagnozowanym rozszczepem kręgosłupa, który sprawiał, że przez większość swojego życia cierpiał on na nietrzymanie moczu. W związku z tym, zarówno dzieciństwie, jak i w młodości, ale też później, jako człowiek już dorosły i odnoszący sukcesy, musiał stale używać specjalnych pieluch. Czy to nieszczęście wpłynęło na jego życie, nie wiemy, ale możemy się domyślać, że jakiś tam wpływ mieć musiało. To co wiemy na pewno, to fakt, że choć w życiu pozaszkolnym był Webb dzieckiem i zaradnym i pracowitym i przede wszystkim grzecznym, od wczesnych lat potrafił zarabiać na swoje potrzeby, imając się przeróżnych, odpowiednich dla londyńskiego dziecka zajęć, jak już to zostało powiedziane wcześniej, w wieku 15 lat, a więc najniższym, kiedy brytyjskie dziecko przestaje już być objęte obowiązkiem edukacyjnym, został wyrzucony ze szkoły z opinią naprawdę nie do pozazdroszczenia. Ponieważ inaczej przede wszystkim nie wypadało, a pod drugie, jemu samemu zależało jednak na tym, by nie pozostawać na utrzymaniu rodziców, zaczął Webb składać kolejne, odpowiednie podania. Jak dziś wspomina, w sumie owych aplikacji było 62 – wszystkie odrzucone bez dyskusji. Wreszcie jego mama znalazła w prasie odpowiednie ogłoszenie i uznała, że najlepiej dla niego będzie objąć pracę pomocnika w jednym z londyńskich zakładów fryzjerskich. Niechętnie bardzo, ale ponieważ był dzieckiem posłusznym, udał się Graham do wspomnianego zakładu i rozpoczął ową pracę.
Jak sam opisuje, pracował chętnie i dużo, do tego stopnia dużo i chętnie, że nawet wtedy, gdy jego salon był zamknięty, a więc w nocy i w niedziele, przyjmował klientów w urządzonym prowizorycznie w mieszkaniu rodziców „salonie”. Chętnych było zawsze dużo, bo raz, że to było jedyne miejsce w Londynie, gdzie można było zrobić sobie odpowiednią fryzurę w nocy z soboty na niedzielę, a dwa, że Webb – i to stanowi tu informację podstawową – osobiście opracował specjalną „rock’n’rollową” fryzurę, która już w krótce stała się prawdziwym hitem wśród ówczesnych Modsów.
Mijały lata, a Webb zgodnie z zasadą, którą swego czasu tak pięknie sformułował: „Jeśli planujesz podpalić świat, musisz mieć pewność, że masz w sobie wystarczająco dużo ognia” swój biznes rozwijał. Najpierw otworzył jeden salon w Greenwich, następnie drugi, a potem zaczął otwierać kolejne, tworząc w całej Wielkiej Brytanii sieć ze swoim imieniem i nazwiskiem w nazwie. Po pewnym czasie zakłady fryzjerskie Webba stały się ogólnokrajowym przebojem.
Jeśli jednak ktoś sądzi, że marzeniem Webba było zostać wybitnym fryzjerem, jest w poważnym błędzie. Nie wiadomo tak naprawdę oczywiście, kiedy mu ta myśl po raz pierwszy przyszła do głowy, ale faktem jest, że od pewnego czasu on wiedział, że owe salony mają być zaledwie wstępem do tego, by jego nazwisko stało sią kosmetyczna marką, oraz częścią całego wielomiliardowego przemysłu kosmetycznego w całej Wielkiej Brytanii. No i wreszcie stało się tak, że obok owych salonów fryzjerskich, pojawiły się też kosmetyki sygnowane jego imieniem, lub po prostu inicjałami GW, i owa marka, podobnie jak wcześniej owe salony, stały się częścią brytyjskiego krajobrazu.
Kiedy kosmetyki GW opanowały Wielką Brytanię, Webb postanowił podbić Stany Zjednoczone i założył potężną organizację pod nazwą Graham Webb International i jego biznes ekspandował na skalę międzynarodową. No i wtedy stało się to, co musiało się stać, i co, jak wiemy z własnych obserwacji, przydarzyło się wielu lokalnym biznesom, takim choćby jak słynnym brytyjskim czekoladom Cadbury, które najpierw przez dziesiątki lat, jako produkt wręcz kultowy, służyły dzieciom i dorosłym nie tylko w Wielkiej Brytanii, a w pewnym momencie, na skutek zwykłej gry interesów w światowym biznesie, zostały wykupione przez światowego giganta w branży, Kraft Foods, a nazwa Cadbury została stopniowo usunięta, i jest niewykluczone, że już za kilka lat o tym, że coś takiego istniało, będą wiedzieli tylko najstarsi Brytyjczycy.
Podobny los spotkał Graham Webb International. Pewnego dnia w roku 2001 ofertę wykupienia marki przedstawiła słynna w branży kosmetycznej, wówczas okupująca w Stanach Zjednoczonych czwarte miejsce, Wella, a już dwa lata później, w roku 2003 ona sama została wchłonięta przez innego słynnego giganta Procter and Gamble, i po skromnych buteleczkach z inicjałami GW słuch zaginął.
Nie wiemy, ile Webbowi za jego markę zapłaciła Wella. Tak jak on w ogóle jest bardzo niechętny, by eksponować siebie, swój biznes, swoje życie i swój wizerunek publicznie, w owej książce, gdzie tak naprawdę jedyny raz w życiu postanowił opowiedzieć o sobie, wspomina o parunastu zerach i to wszystko. O Webbie nie wspomina Forbes, nie ma na jego temat notki w Wikipedii, a kiedy wpiszemy jego nazwisko w wyszukiwarce googla, otrzymujemy wyłącznie szereg informacji na temat czegoś, co się nazywa Graham Webb Academy i robi wrażenie czegoś naprawdę dużego. Jednak ani jego osobiście, ani nawet wyjaśnienia, skąd ta nazwa, nie ma. Poza technicznymi informacjami na temat działalności Akademii, nie ma już nic.
Jak wspomniałem, miałem okazję poznać Webba i spędzić z nim chwilę w domu na wsi pod Londynem, gdzie mieszka wraz ze swoją pierwszą i jedyną żoną. Nie jest to pałac, nie jest to też nawet znana nam ze zdjęć przedstawianych w kolorowej prasie posiadłość, do której dostępu chronią wysokie ogrodzenia i uzbrojeni ochroniarze. Nie jest to miejsce, które można obejrzeć wyłącznie z helikoptera. Jest to z pozoru zwykła wiejska chałupa, o której historii możemy się już tylko dowiedzieć od samego Webba i dopiero wtedy może zrozumiemy, o ile ona zwiększa jego i tak już znaczną fortunę. Kiedy się już tam znajdziemy, może nam się nawet uda spotkać samego Webba, jak wsiada do swojego sportowego Morgana, a jeśli się interesujemy samochodami, to i z tego obrazu coś dla siebie uzyskamy.
Tekst, który mamy przed sobą ukazuje się w serii „Wielkie rody”, a tymczasem z tego co widzimy, mamy do czynienia zaledwie z jednym nieudacznikiem i jego też niespecjalnie wybitnymi rodzicami. Kiedy jednak spojrzymy choćby na dedykację do wspomnianej książki, przeczytamy, co następuje:
Dla Mandy, Rodericka, Charlotte, Hattie i Bradleya. Dla moich zmarłych rodziców Kath i Norma, oraz dla ‘wujka” Lesa. I dla lekarzy, którzy zmienili moje zycie”.
I w tym akurat momencie okazuje się jednak, że sprawy nie są aż tak oczywiste, jak się wydają. Otóż, owszem, rodzice Webba nie byli osobami z tak zwanego „świecznika”, jego matka sama została wyrzucona ze szkoły, a w pewnym momencie wręcz uchodziła za półanalfabetkę, która jedyne, na czym się znała, to drobny handel, a ojciec przez całe życie albo pływał na statkach, albo był skromnym urzędnikiem. Jak mówi o sobie sam Webb, „byłem beznadziejnym uczniem, synem rodziców, którzy nie mieli żadnych podstaw, by mieć do niego o to, że nie lubi się uczyć, jakiekolwiek pretensje”. A mimo to, za swoje zasługi dla Królestwa, o których ani nie ma tu miejsca opowiadać, ani które tak naprawdę wcale nie były jakoś szczególnie fascynujące, podobnie jak zresztą po wielu latach jego syn, stary Webb został odznaczony Orderem Imperium. A mimo to, jego dzieci są dziś już znanymi na całym świecie gwiazdami. Popatrzmy więc na dzieci. Skoro mówimy o rodzinach, popatrzmy też na dzieci.
Otóż obie córki Webba, Hattie i Charlie, są bardzo wybitnymi piosenkarkami i od wielu lat jako Webb Sisters śpiewają z wielkim Leonardem Cohenem, natomiast jego syn, Brad, jest wybitnym perkusistą, który swego czasu grał dla nieżyjącej dziś już Amy Winehouse, a dziś, od wielu już lat występuje jako stały członek zespołu, równie co Cohen popularnego i uznawanego na świecie piosenkarza, Jamiego Culluma.
Ktoś powie, że to tylko pop, no ale jeśli się zastanowimy, to musimy zadać sobie pytanie: co z tego co nas otacza, to nie pop? Bądźmy uczciwi – nawet ta rok w rok publikowana przez Forbesa lista stu najbogatszych ludzi na świecie, to nic, jak tylko pop. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że prawdziwej listy i tak nikt z nas ani nie zna, ani znać nie może, a więc, logicznie rzecz już traktując – nie pozna.



Przypominam niezmiennie, że nasze książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

wtorek, 24 listopada 2015

Michael Bloomberg, czyli po ile informacja?

Ponieważ ostatnio jestem tak zarobiony, że nie mam głowy do tego, by żyć, dziś nie będzie nowej notki, lecz jeden z nowszysch tekstów do "Gazety Finansowej" o sprzedawcy informacji, Michaelu Bloombergu. Swoją drogą, polecam tę gazetę. Ona wprawdzie kosztuje aż 10 zł., ale to przecież zaledwie 4 zł. więcej od całego tego chłamu, z "W Sieci" na czele, a ile wrażeń!

Jeśli przyjrzymy się publikowanej już od wielu lat przez “Forbesa” liście najbogatszych ludzi na świecie, niemal w jednej chwili zauważymy, że sposobów na to, by się tam znaleźć jest niemal tyle, ile uczestników tej zabawy, jednak po tym, jak owe towarzystwo spróbujemy jakoś sklasyfikować, okaże się, że jednak zdecydowana mniejszość z nich zasłużyła się tym, że najpierw coś wymyślili, następnie to coś wyprodukowali, no a w końcu to coś sprzedali za pieniądze na tyle duże, by dzięki temu stać się współwłaścicielami świata. Spójrzmy na pierwszą dwudziestkę tego rankingu. Na pierwszym miejscu jest wprawdzie oczywiście Bill Gates, a więc człowiek, który dał nam komputer. Większość dalszych miejsc jednak zajmują albo zwykli spekulanci, a więc ludzie, których jedyny pomysł na życie sprowadza się do tego, by kupić taniej, a sprzedać drożej, albo – co jeszcze gorsze – tacy, którzy tak naprawdę osobiście nie potrafili wymyślić nic, a swoją fortunę zawdzięczają temu, że ich ojciec, czy dziadek, cały interes wraz z jego obsługą zostawił im w spadku, a oni dziś już tylko uważają, by osoby, które zatrudniają ich nie okradały. Dobrym przykładem jest tu dziś najbogatsza na świecie rodzina Waltonów.

I faktycznie, prawda jest taka, że poza Gatesem, z autentycznych twórców znajdziemy tam już tylko Amancio Ortegę, Larry’ego Ellisona, braci Koch, Bernarda Arnault, Jeffa Bezosa, Marka Zuckerberga, Sheldona Adelsona, no i tych dwóch od Google’a. Reszta, to, jak mówię, albo spekulanci, albo spadkobiercy. No a wśród całej dwudziestki jest ktoś, kto nie jest ani spekulantem, ani spadkobiercą, ani kimś, kto był na tyle sprytny, by wymyślić super produkt i go sprzedać, a mimo to ma te swoje paręnaście miliardów dolarów i nic nie wskazuje na to, by miał je nagle stracić. Mam na myśli Michaela Bloomberga, współtwórcę i właściciela największej na świecie agencji informacyjnej o skromnej nazwie Bloomberg L.P., człowieka przy którym nawet David Thomson ze swoim Reutersem jest taaaaki malutki.

Ktoś odpowiednio uprzedzony powie, że nie jest wielkim osiągnięciem odnieść sukces, nawet tak wielki, jak to obserwujemy w przypadku Bloomberga, jeśli przede wszystkim zauważymy, że człowiek nie ma na nazwisko Thomson, ale Bloomberg właśnie, a jego partnerzy w biznesie, z którymi on cały ów informacyjny interes rozkręcił, również noszą wiele mówiące nazwiska, a więc Secunda, czy może jeszcze bardziej – Zegar. I, owszem, ów tercet w postaci Bloomberga, Secundy i Zegara robi wrażenie, co nie zmienia faktu, że z całą pewnością trzeba im oddać to, co do nich należy. Przyjrzyjmy się więc, jak to wszystko się zaczęło.

Oto mamy dzień 14 lutego 1942 roku, kiedy to w szpitalu w Bostonie urodził się Michael Rubens Bloomberg. Jego rodzice, William Henry Bloomberg oraz Charlotte Rubens, pochodzący z rodzin rosyjskich Żydów, kiedy przyszedł na świat ich wybitny syn, prowadzili dość zamożne życie w miejscowości Allston w stanie Massachusetts. Kiedy chłopiec miał dwa lata, rodzina na kolejne dwa lata przeniosła się do Brookline w stanie Massachusetts, by wreszcie wylądować w Bostonie, gdzie w roku 1964 młody Bloomberg ukończył studia na miejscowym uniwersytecie, uzyskując tytuł inżyniera- elektryka, natomiast już dwa lata później w Szkole Biznesu Harvarda zdobył bardzo prestiżowy tytuł MBA.

W roku 1973 Michael Bloomberg został partnerem generalnym w Salomon Brothers, jednym z wielkich banków inwestycyjnych na Wall Street, gdzie początkowo zajmował się handlem akcjami, a następnie procesami wytwórczymi oprogramowania. I oto nadszedł dla dalszej kariery Bloomebrga kluczowy jak się zdaje rok, kiedy Salomon Brothers zostało wykupione przez Phibro Corporation, a sam Bloomberg został zwolniony z pracy z odprawą w wysokości… 10 milionów dolarów.

Zamiast rzucić się w wir korzystania z życia, Bloomberg postanowił w całości zainwestować otrzymane pieniądze i w roku 1981 wspólnie ze wspomnianymi wcześniej Secundą, Zegarem, oraz pewnym niezwykle zdolnym matematykiem o nazwisku Duncan MacMillan, założył firmę o nazwie Innovative Market Systems. Swój plan biznesowy oparł na założeniu, że Wall Street, podobnie jak zresztą cała branża finansowa, gotowi są płacić ciężkie pieniądze za biznesowe informacje, pod warunkiem, że owe informacje będą gwarantowały najwyższą jakość, będą przekazywane we wszystkich możliwych formach, no i oczywiście dostarczane najszybciej jak to tylko możliwe.

Na pierwsze efekty nie trzeba było długo czekać. Oto już rok później, w roku 1982, do Bloomberga zgłosiła się zarządzająca majątkiem w imieniu Bank of America firma o kultowej wręcz pozycji na rynku, o nazwie Merill Lynch, instalując u siebie 22 oferowane przez Bloomberga terminale, a przy okazji inwestując w rozwój firmy 30 milionów dolarów. Do roku 1984 terminale Bloomberga zostały zakupione prze wszystkich klientów Merill Lynch. W roku 1987 Bloomberg zmienił nazwę firmy na Bloomberg L.P., a do roku 1990 zainstalował 8 tysięcy kolejnych terminali. Dziś firma Bloomberga posiada już ponad 300 tysięcy dostarczających finansowe informację terminali na całym świecie i to one właśnie, mimo że Bloomberg L.P to naprawdę bardzo szeroki wachlarz najróżniejszych przedsięwzięć, stanowią główne źródło dochodów firmy. Kontrolowany komputerowo program informacyjny, dostępny w systemie subskrypcyjnym w cenie 1800 dolarów miesięcznie, pozwala użytkownikom korzystać z pełnego serwisu finansowego w celu monitorowania i analizowania w rzeczywistym czasie wszelkich danych finansowych z całego świata, zdobywania najświeższych informacji, oraz przesyłania wiadomości w stworzonym przez Bloomberga super-bezpiecznym systemie o nazwie Bloomberg Message.

Ale jak już powiedzieliśmy, fortuna Bloomberga to oczywiście nie tylko te terminale. Od chwili swojego debiutu, Bloomberg L.P. przejmuje, przejmuje i przejmuje, a wśród owych przejęć na czoło wysuwają się: stacja radiowa WNEW, którą w roku 1992 Bloomberg kupił za 13,5 miliona dolarów i natychmiast sformatował na radio informacyjne o nazwie Bloomberg Radio. W roku 2009 doszło do przejęcia słynnego magazynu „Business Week” z natychmiastową zmianą tytułu na „Bloomberg Businessweek”. W roku Bloomberg przejął firmę o nazwie Eagle Eye Publishing, zajmującą się publikacją danych związanych z rządowymi zakupami i uczynił ją częścią projektu o nazwie Bloomberg Government, zajmującego się w systemie subskrypcyjnym, w cenie 5700 dolarów rocznie, dostarczaniem narzędzi decyzyjnych, wiadomości, oraz analiz na rzecz stymulowania prac rządu. W roku 2009 Bloomberg kupił New Energy Finance, brytyjską firmę audytorską zajmującą się inwestowaniem w energię oraz w rynki węgla. W roku 2011 Bloomberg L.P. za niemal miliard dolarów stał się właścicielem projektu o nazwie Bureau of National Affairs, zajmującego się publikowaniem wysoko wyspecjalizowanych wiadomości oraz informacji z przeznaczeniem dla przedsiębiorców i rządów. Firma wydaje dziś ponad 350 publikacji na temat prawa spółek, praw pracowniczych, ochrony środowiska, zdrowia i bezpieczeństwa, zatrudnienia, własności intelektualnej, sporów pracowniczych, oraz kwestii podatkowych.

Poza przejmowaniem kolejnych firm i organizacji, Michael Bloomberg tworzy też własne projekty. W roku 1990, wspólnie z Matthew Winklerem, otworzył agencję o nazwie Bloomberg News w celu dostarczania posiadaczom subskrypcji wszelkich wiadomości finansowych. W roku 2010 Bloomberg News zatrudniał ponad 2300 dziennikarzy w 72 krajach na świecie. Informacje przekazywane są na żywo oczywiście przez wspomniane terminale, ale również przez Bloomberg Television, Bloomberg Radio, „Bloomberg Businessweek”, Bloomberg Markets, oraz naturalnie przez portal bloomberg.com.

Przyjrzyjmy się może wspomnianej telewizji, którą większość z nas z pewnością zna ze swoich telewizorów. Kanał ów powstał w roku 1994, jako płatna oferta nadająca przez 13 godzin dziennie siedem dni w tygodniu, jednak już wkrótce sieć weszła na rynek telewizji kablowych i tym sposobem przekształciła się w nadającą na żywo, 24 godziny na dobę stację, odbieraną w 200 milionów gospodarstw domowych na świecie.

Poza telewizją, oraz wspomnianymi wcześniej Bloomberg Markets oraz Bloomberg Government, Michael Bloomberg oferuje subskrypcję serwisu o nazwie Bloomberg Law, dostarczającego, jak sama nazwa wskazuje, wszelkiego rodzaju informacje prawne, ale też zwykłe wiadomości.

Jest również Michael Bloomberg autorem tak zwanego Bloomberg Innovation Index, a więc corocznego rankingu dotyczącego innowacyjności poszczególnych krajów. Ocena oparta jest na sześciu kryteriach, a mianowicie na zaawansowaniu prac badawczo-rozwojowych, produkcji, rozwoju technologicznym, liczby osób z wyższym wykształceniem, liczby instytutów badawczych, oraz liczby uznanych patentów. Przy prowadzeniu klasyfikacji, Bloomberg korzysta z danych uzyskiwanych z Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Światowej Organizacji Własności Intelektualnej, Biura Patentów i Znaków Towarowych USA, Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, oraz UNESCO.

No i można by było opisywać kolejne, niemal nigdy niekończące się projekty Bloomberga, ale raz, że nie ma tu na to miejsca, a poza tym i tak już wiemy, że im głębiej będziemy w to wchodzić tym bardziej czytelne będą nasze wnioski co do tego, że przy tej skali przedsięwzięcia, stoimy już niemal na granicy tego, co już stary Rotshschild planował a propos tak zwanego „rządu światowego”. To bowiem, z czym mamy tu do czynienia, w połączeniu oczywiście z osobistą pozycją samego Bloomberga, jego majątkiem i powiązaniami, tworzy obraz naprawdę bardzo jednoznaczny. A zatem, w jakikolwiek sposób powiększy naszą wiedzę wymienianie takich nazw jak: Bloomberg View, Bloomberg Tradebook, Bloomberg Beta, czy Open Bloomberg, my i tak już wiemy, że na pytanie „Kim jest ten cały Bloomberg”, odpowiedź jest jedna – „Bloomberg to jest wszystko”.

Dziś Michael Bloomberg zajmuje 14 miejsce na forbesowskiej liście najbogatszych ludzi na świecie, z majątkiem 35 miliardów dolarów, jednak biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze w roku 2012 to było zaledwie 22 miliardów i miejsce 20., a w 2009 jeszcze mniej, bo 16 miliardów i pozycja jeszcze niższa, choć i tak ze wzrostem w stosunku do roku poprzedniego o 4,5 miliarda dolarów – w tamtym czasie największy wzrost na świecie – należy podejrzewać, że przed Bloombergiem perspektywy są naprawdę jasne i już niedługo Waltonowie ze swoimi sklepami, gdzie wszystko jest naprawdę tanie, wreszcie zrozumieją, że to nie oni rządzą światem. Fakt, bowiem, że między marcem roku 2007 a marcem roku 2009 Bloomberg przesunął się na liście „Forbesa” z pozycji 142. na 17. mówi wystarczająco dużo każdemu.

Jest jednak w życiu i karierze Michaela Bloomberga coś jeszcze, co pozwala nam z jednej strony odetchnąć nieco od tych wszystkich informacji dotyczących czystego pieniądza, a z drugiej pokazuje jeszcze bardziej jego potęgę. Oto 1 stycznia roku 2002 z nominacji Partii Republikańskiej Michael Bloomberg objął urząd 108. burmistrza Nowego Jorku, a więc miasta historycznie typowo demokratycznego, w roku 2005 został wybrany ponownie, no a w roku 2009 znów dostąpił tego zaszczytu, choć dwa lata wcześniej, z przyczyn, których możemy się zaledwie domyślać, ogłosił niezależność i przez resztę kadencji działał jako polityk niezależny.

Jednak gdy chodzi o poglądy polityczne, można przyjąć, że Bloomberg to typowy przedstawiciel owego szczególnego gatunku właściciele świata, dla których poglądy polityczne, czy moralne były zawsze podporządkowane wyborom stojącym z ich punktu widzenia znacznie wyżej w jakiejkolwiek hierarchii. Kiedy startował w wyborach na stanowiska burmistrza Nowego Jorku, przedstawiał się jako Republikanin, mimo że wcześniej przez wiele lat był członkiem Partii Demokratycznej. Kiedy w roku 2007 ogłaszał swoją niezależność od Republikanów, wprawdzie jeszcze nie składał jakichś bardzo wyraźnych deklaracji, jednak dziś, bez najmniejszych zastrzeżeń, przedstawia się jako zwolennik powszechnego prawa do aborcji, praw homoseksualistów, adopcji dzieci przez homoseksualne małżeństwa, finansowania badań nad komórkami macierzystymi, zakazu posiadania broni, oraz przyznawania obywatelstwa emigrantom, a więc tego wszystkiego czego też oczekuje od tej posłusznej masy współczesny świat. I jest czymś tylko pozornie paradoksalnym, że przy tych wszystkich swoich przekonaniach, gdy chodzi o kwestie gospodarcze i związane ze światowymi finansami, pozostaje Bloomberg zdeklarowanym konserwatystą.

I tak powoli możemy się zbliżać do końca naszej opowieści, uzbrojeni w wiedzę, która zgodnie z zasadą, że w dzisiejszym świecie należy mieć zawsze oczy i uszy szeroko otwarte, na wypadek, gdyby coś nas nagle miało zaskoczyć. Ale powiedzmy może jeszcze, że, pomijając to wszystko, co już wiemy, Michael Bloomberg żyje sobie jak każdy skromny miliarder. A zatem, w roku 1975 Bloomberg poślubił kobietę z Yorkshire nazwiskiem Susan Brown, z którą miał dwie córki, Emmę i Georginę. Małżeństwo rozpadło się w roku 1993, jednak, z tego co oboje twierdzą, pozostają w przyjacielskich stosunkach. Kiedy Bloomberg urzędował, jako burmistrz Nowego Jorku, poznał z kolei kobietę nazwiskiem Diana Taylor, z którą do dziś pozostaje w nieformalnym związku. Jest właścicielem 13 posiadłości na całym świecie, w tym świeżo nabytego historycznego kwartału kamienic na słynnej londyńskiej ulicy Knightsbridge, wcześniej należący do równie słynnej angielskiej pisarki George Eliot.

No i może jeszcze coś, co znakomicie podkreśla jego wybitną pozycję. W październiku 2014 roku królowa Elżbieta II przyznała Bloombergowi honorowy tytuł Rycerza Komandora Najwspanialszego Orderu Brytyjskiego Imperium, a więc najważniejsze wyróżnienie przyznawane przez Imperium osobom dla Imperium zasłużonym za „ogromne biznesowe i filantropijne osiągnięcia, które na wiele różnych sposobów były z korzyścią dla brytyjsko-amerykańskich stosunków”. Wprawdzie Bloomberg, nie będąc brytyjskim obywatelem, nie może używać tytułu „sir”, jednak z całą pewnością, jak wszyscy znakomicie wiemy, owe trzy literki KBE po nazwisku pod pewnymi względami stanowią wartość nie do przecenienia.



Pierwszych 39 tekstów o miliarderach znalazło się w mojej książce o podróżach na dziewiąty krąg. Do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Tych, którzy mają ochotę na dedykację autora, zapraszam do Warszawy na Targi Książki Historycznej. Będę na miejscu w najbliższą sobotę i niedzielę.

sobota, 6 grudnia 2014

O słonecznym mieście i ludziach z cienia

Jak może niektórym z nas wiadomo, od pewnego czasu, w tygodniku Piotra Bachurskiego zatytułowanym „Gazeta Finansowa” publikuję cykl tekstów poświęcony wielkim finansowym sukcesom i porażkom. Szczerze polecam. Nie wiem, gdzie się dokładnie kupuje „Gazetę Finansową”, ale na pewno w EMPiK-ach i w kiosku na peronie Dworca Centralnego. Dla zachęty przedstawiam jeden z poprzednich tekstów.

W.Somerset Maugham, brytyjski pisarz, który większość swego życia spędził na Rivierze, swego czasu opisał Monte Carlo, jako „słoneczne miejsce dla ludzi żyjących w cieniu”. Nie wpadniemy tam ani na drobnych pijaczków, ani żebraków, ani zamieszkujących ulice bezdomnych. Cudownie bezpiecznie mogą się tam czuć zarówno eksponujące swoją niezwykłą elegancję i obwieszone kosztownościami kobiety, jak i równie eleganccy mężczyźni towarzyszący im w nocnych wędrówkach w drodze z domu czy może już do domu. Oto Księstwo Monako, prawdopodobnie najbezpieczniejszy, najbardziej ściśle kontrolowany raj podatkowy na świecie, dla tych już najbardziej zamożnych z zamożnych. Na 30 tys. mieszkańców przypada jeden policjant. Przybywając do Monte Carlo, człowiek nie jest w stanie zrobić jednego kroku tak, by ów krok nie został natychmiast zarejestrowany przez kamery umieszczone na ulicach, w podziemnych przejściach, w sklepach w hotelowych lobby, no i oczywiście w kasynach. A mimo to zabójstwo Edmonda Safry, kazało się wielu zastanowić, do jakiego stopnia ów mit na temat rzekomo najbezpieczniejszego państwa na świecie jest wyłącznie mitem. Wydaje się czymś nieskończenie absurdalnym, że dwie godziny to było zbyt mało, by mimo najpierw wszelkiej możliwej ochrony, a następnie zgromadzonych w jego posiadłości sił policji, Edmond Safra nie został uratowany. Z jednym z najbardziej drastycznych przykładów owej szczególnej pracy policji mieliśmy do czynienia, kiedy wreszcie na miejscu pojawił się szef ochrony żony Edmonda, Lili, Samuel Cohen, z kluczem do łazienki w której zabarykadowali się Safra i Vivian Torrente, i gdzie oboje umierali od zabójczego dymu, a policjanci najzwyczajniej w świecie zaaresztowali Cohena i zakuli go w kajdanki, w wyniku czego zarówno Safra, jak i Torrente zmarli nie doczekawszy się ratunku.
Ale zacznijmy może od początku, czyli od przedstawienia głównych bohaterów naszej dzisiejszej opowieści. Oto Edmond J. Safra i jego żona Lily. Wydaje się, że trudno byłoby we współczesnym świecie znaleźć 200 osób, które żyły w świecie takiego luksusu, jak tych dwoje. Posiadali ogromne mieszkanie w jednym z najbardziej wystawnych budynków na Piątej Alei w Nowym Jorku, podobnie jak zawsze wolny apartament w Pierre Hotel, z pełną obsługą i fantastycznym wyposażeniem z przeznaczeniem dla odwiedzających ich gości, domy w Londynie, Paryżu i Genewie, jak również wielki penthouse z widokiem na morze, oraz – klejnot w koronie – La Leopolda, jedna z dwóch najpiękniejszych rezydencji na Francuskiej Rivierze. La Leopolda została na przełomie XIX i XX wieku zamówiona przez króla Belgii z intencją sprawienia radości kochance, a zaprojektowana przez słynnego brytyjskiego architekta Ogdena Codmana. Przed Safrą dom ów wszedł w posiadanie właściciela Fiata Gianni Agnelliego, który zamieszkał tam ze swoją kochanką Pamelą Digby Churchill Hayward Harriman. Po przejęciu nieruchomości, Safra do owej posiadłości kazał dobudować lądowisko dla helikopterów plus osobne budynki dla chroniących go agentów Mossadu, którzy z kolei, jak głosi wieść, kazali wybudować dla Safry podziemny bunkier, który mógłby mu jako schron na wypadek ataku bombowego.
Najwyższy czas, byśmy jednak wreszcie sobie wyjaśnili, kim tak naprawdę był ów przedziwny człowiek, Edmond J. Safra. Rodzina Safry to mizrachijscy Żydzi pochodzący z Aleppo w Syrii, prowadzący interesy polegające na finansowaniu handlu między Aleppo, Istambułem i Aleksandrią. W roku 1920 ojciec Safry, Jacob, założył bank o nazwie J.E. Safra Bank. Zanim skończył 16 lat, Edmond Safra pracował w banku swojego ojca, mając za zadanie nadzorowanie wszelkich transakcji na rynku cennych metali oraz wymiany międzynarodowej.
W roku 1949, cała rodzina przeniosła się do Włoch, gdzie Edmond podjął pracę w pewnej firmie handlowej w Mediolanie. W roku 1952 rodzina przeprowadziła się ponownie, tym razem do Brazylii, gdzie w roku 1955 Edmond wraz z ojcem otworzyli swoją pierwszą wielką instytucję finansową.
W roku 1956 Edmond Safra osiadł w Genewie i uruchomił prywatny bank pod nazwą Banku Rozwoju Handlu, które to przedsięwzięcie przyniosło Safrze zysk od początkowego miliona dolarów do 5 miliardów dolarów w latach 80. W dalszej kolejności, w roku 1966, założył Safra Republic National Bank of New York, a następnie jego filię w Genewie. Republic Bank stworzył 80 filii na terenie stanu Nowy Jork, uzyskując pozycję trzeciego co do wielkości biznesu w regionie za Citigroup i Chase Manhattan. W roku 1988, Safra otworzył holding finansowy o nazwie Safra Republic Holdings S.A
Na początku lat 90. Fortuna Safry osiągnęła wielkość 2,5 mld dolarów. Jak wielu jego przyjaciół miliarderów, słynął Safra z niezliczonych przedsięwzięć dobroczynnych, a po jego smierci cały majątek przeszedł w ręce fundacji jego imienia, której celem było wspieranie setek projektów w 50 krajach na całym świecie na polu edukacji, nauki, medycyny, religii, kultury i pomocy humanitarnej.
W roku 1996 stał się Safra współzałożycielem instytucji o nazwie Hermitage Capital Management, która stała się jedną z najpotężniejszych grup inwestycyjnych w Rosji, a stąd już się znalazł bardzo blisko tych, którzy właśnie Rosję traktowali jako pole do robienia interesów. To właśnie dla Hermitage Capital Management pracował słynny rosyjski księgowy Siergiej Leonidowicz Magnitski, który w 2009 roku ujawnił szereg afer korupcyjnych na szczytach władzy w Rosji, za co został aresztowany i ku oburzeniu całego cywilizowanego świata zamordowany w więzieniu przez rosyjskie służby.
Dobijając sześćdziesiątki, Safra dzielił swój czas między swoje posiadłości w Monaco, Genewie, w Nowym Jorku, no i oczywiście w Villi Leopolda na Rivierze. Dręczony chorobą Parkinsona, wymagał stałej opieki, nie tylko medycznej.
Safra miał obsesję na punkcie bezpieczeństwa. Było rzeczą powszechnie znaną, że czuł się nieustannie zagrożony i myślał o sobie jak o człowieku, który jest nieustannie ścigany. Jeszcze zanim w latach 1998-1999 podjął współpracę z FBI na rzecz wykrycia międzynarodowych operacji związanych z praniem pieniędzy przez rosyjska mafię, żył w nieustannym poczuciu zagrożenia. Na zapewnienie bezpieczeństwa dla siebie, swojej żony, jej dzieci i wnuków, przeznaczał miliony dolarów rocznie. W każdej ze swoich licznych rezydencji utrzymywał prywatną armię. Penthouse znajdujący się na szczycie jego banku został przebudowany w taki sposób, by zmieścić tam najnowocześniejsze urządzenia podsłuchowe. Zatrudniał 11 członków osobistej ochrony uzbrojonych w karabiny maszynowe, wielu z nich wyszkolonych podczas służby w Mossadzie, którzy pracowali na zmiany i byli zawsze przy nim, często ku niezadowoleniu osób, które go odwiedzały.
I oto 3 grudnia 1999 roku w Monte Carlo multimiliarder Edmond J. Safra poniósł śmierć wraz z jedną ze swoich pielęgniarek na skutek uduszenia w swojej zaprojektowanej jako forteca łazience na luksusowym strychu na szczycie budynku. Początkowo mówiono, że dwóch zakapturzonych napastników wtargnęło do owej fortecy i zaatakowało nożem jednego z ochroniarzy Safry. I oto po trzech dniach Prokurator Generalny Monako Daniel Serdet ogłosił, że ów ochroniarz Safry nazwiskiem Ted Maher przyznał się do podłożenia ognia w biurowcu. Wedle błyskawicznych ustaleń śledztwa, zbyt z jednej strony ambitny, a z drugiej niedopieszczony przez Safrę ochroniarz wymyślił sobie, że jeśli wpędzi Safrę w stan bezpośredniego zagrożenia, a następnie uratuje mu życie, zostanie bohaterem, a jednocześnie zasłuży sobie u swojego szefa na wdzięczność i specjalne traktowanie. Jak pomyślał, tak zrobił, podkładając najpierw ogień w jednym z koszy na śmieci, a kiedy pożar zaczął się rozprzestrzeniać, ruszył Safrze na pomoc, niestety już bezskuteczną. Bojąc się konsekwencji, wymyślił historię z dwoma bandziorami w kapturach, sam zadał sobie rany nożem, no i już tylko czekał na przyjazd służb ratunkowych i policji. Tak to właśnie po trzech dniach wyjaśniono śmierć Edmonda Safry i jego pielęgniarki.
Wersja prokuratury od początku spotkała się z wątpliwościami niemal wszystkich zaangażowanych w sprawę obserwatorów. Przede wszystkim przeczyła jej sama osoba Teda Mahera. Trudno było uwierzyć, by Safra, człowiek niewyobrażalnie bogaty, o nieograniczonych możliwościach, a jednocześnie z równie wielką jak jego majątek obsesją na punkcie własnego bezpieczeństwa, wynajął na członka swojej osobistej ochrony jakiegoś niezrównoważonego amatora, któremu w dodatku uznał za stosowne płacić 600 dolarów dziennie. A tak właśnie Maher zaczął być przedstawiany wkrótce po śmierci Safry: jako osoba psychicznie niezrównoważona i uzależniona od leków. Warta zacytowania jest wypowiedź, jakiej dla tygodnika Time udzielił adwokat pani Safra, Marc Bonnant: „To że Ted Maher był człowiekiem psychicznie niezrównoważonym stanowi rewelację, o której zanim doszło do tragedii nikt nigdy nie słyszał”.
Jeśli jednak komuś czysta logika nie wystarczy, spróbujmy dokładnie przyjrzeć się temu, co się wydarzyło owego fatalnego poranka:
1. O godzinie 4.49 systemy alarmowe w apartamentach Safry wykrywają dym.
2. O godzinie 5.00 pielęgniarka Safry Vivian Torrente dzwoni do głównej pielegniarki Soni Casiano, prosząc ją, by wezwała policję. Informuje ją jednocześnie, że Maher jest ranny.
3. W ciągu kolejnych 90 minut Torrente dzwoni jeszcze pięć razy.
4. O godzinie 5.12 w budynku pojawiają się pierwsi policjanci i zaczynają piętro po piętrze przeszukiwać pomieszczenia.
5. O 5.20 Maher z ranami kłutymi zostaje przewieziony do szpitala.
6. O 5.24 przechodnie i sąsiedzi zaczynają wydzwaniać po odpowiednie służby, informując, że z budynku wydobywa się dym.
7. O 5.30 Torrente po raz czwarty dzwoni do swojej przełożonej. Safra wydaje się być spokojny, jednak prosi o interwencję policji.
8. O 6.15 a więc już niemal godzinę po pierwszych informacjach o pożarze, pojawiają się strażacy.
9. O 6.30 Torrente, zamknięta z Safrą w łazience, tracąc powoli świadomość, dzwoni po raz szósty i ostatni. W tle słychać duszącego się Safrę.
10. O 7.45 strażacy wdzierają się do zamkniętej łazienki, gdzie znajdują ciała Safry i jego pielęgniarki.
A do tego dochodzi jeszcze informacja o aresztowaniu wspomnianego wcześniej Cohena z kluczem do łazienki.
Przepraszam bardzo, ale trudno wyobrazić sobie coś bardziej niedorzecznego. Jak można wymagać od kogokolwiek, by uwierzył w to, że o godzinie 4.49 ochroniarz i osobisty pielęgniarz jednego z najpotężniejszych ludzi w Monako podkłada ogień w jego biurze, policjanci, strażacy i wszelkie możliwe służby ratownicze przez ponad dwie godziny kręcą się po budynku bez ładu, składu i przede wszystkim sensu, czekając aż ten umrze, a kiedy już co do jego śmierci nie mogą mieć wątpliwości, pędzą z ratunkiem, by go ocalić? To już zdecydowanie bardziej prawdopodobne są te wszystkie historie, które zaczęły się pojawiać po tym, jak śledztwo zostało oficjalnie zamknięte, informacja o przyczynach nieszczęścia podana do publicznej wiadomości, jedyny sprawca, czyli Maher skazany na wieloletnie więzienie, a Monako mogło spokojnie odetchnąć, jako kraj mlekiem i miodem płynący. A mam tu na myśli choćby absolutnie fascynującą informację, że w noc tragedii, z przyczyn do dziś niewyjaśnionych, cała zawsze przy nim obecna ochrona Safry została odwołana i jedynymi osobami czuwającymi nad Safrą był Maher i jego pielęgniarka. Z powodów oficjalnie nawet nie dyskutowanych wszyscy oni, w liczbie 11, zostali wezwani do jego willi La Leopolda, tak na marginesie – ale za to marginesie szczególnie smakowitym – rok wcześniej podobno sprzedanej niezidentyfikowanemu rosyjskiemu multimiliarderowi. Kogóż tak ważnego mieli oni tam chronić, że uznano za konieczne na tę jedną noc zdjęć ochronę z jednego z najbogatszych ludzi na Ziemi?
Dlaczego żona ochroniarza i pielęgniarza Safry, Teda Mahera twierdzi, że jej mąż, podtrzymując na początku oryginalną wersję, wedle której do budynku wtargnęli obcy i to oni zamordowali Safrę, po paru dniach przyznał się do podłożenia ognia, tylko dlatego, że policja go w wyjątkowo perfidny sposób zaszantażowała? Spójrzmy na list, który do księcia Reiniera III skierowała członkini Izby Reprezentantów, Sue Kelly:
„… Obawiamy się, że uniwersalnie uznawane prawa człowieka, oraz wolności obywatelskie, w przypadku tego obywatela Stanów Zjednoczonych i jego rodziny zostały w sposób dramatyczny pogwałcone. Ze skutymi rękoma i nogami, podłączony do cewnika, umieszczony w izolatce, przesłuchiwany dzień i noc, pozbawiony snu przez trzy kolejne noce, Ted Maher został zmuszony do podpisania oświadczenia w języku francuskim, którego to języka nie znał. Jego żona Heidi również była przez kilka dni poddana ciężkim przesłuchaniom i nieustannemu policyjnemu nadzorowi. Po przyjeździe do Monte Carlo, została przez trzech nieznanych, ubranych na czarno mężczyzn, porwana z ulicy, wrzucona do samochodu, gdzie dokonano przeszukania, skonfiskowano jej paszport, który został następnie okazany Tedowi z groźbą, że jeśli nie przyzna się do winy, jego żona nie będzie mogła wrócić do Ameryki i do pozostawionej tam trójki dzieci”.
Dlaczego wreszcie wciąż pojawiają się plotki – i to wcale nie plotki z ulicy – że w ciele Edmonda Safry znaleziono rany po dwóch pociskach, a ludzie którzy o tym mówią, wedle relacji dziennikarzy, regularnie ściszają głos i proszą o zachowanie anonimowości?
No i wreszcie rzecz ostatnia: dlaczego wciąż ze wszystkich stron słychać insynuacje, że Edmond Safra został zamordowany przez rosyjską mafię, która miała mu za złe współpracę z amerykańskimi służbami śledczymi na rzecz ujawnienia potężnych machinacji finansowych na najwyższych szczeblach rosyjskiego państwa?
No ale to już by było pewnie zbyt wiele. Lepiej jak zwykle uznać, że zgodnie ze znanym nam aż nazbyt dobrze standardem, wszystko pozostaje w rękach drobnych, ale za to szalenie ambitnych ludzi, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.

Za chwilę jadę do Wrocławia za Targi Dobrej Książki i gwarantuję, że ze swojej strony zrobiłem wszystko, by ta nazwa była naprawdę adekwatna. Zapraszam wszystkich na stoisko nr 86.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...