Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bangladesz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bangladesz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2014

Czy Donald Tusk dostał pismo z Urzędu Skarbowego?

Jak pewnie wszyscy, mniej lub bardziej, jesteśmy tego świadomi, przekaz medialny w Polsce (a pewnie nie tylko w Polsce) dzieli się na trzy rodzaje wiadomości. Pierwszy z nich, ten najbardziej szeroki, to wiadomości, które pojawiają się w popularnym obiegu na jeden lub dwa dni, a następnie zostają wyparte przez inne, nowsze, a więc ciekawsze. A więc, jest to historia ugotowanego w samochodzie dziecka, głosowania w sprawie uchylenia immunitetu Mariuszowi Kamińskiemu, czy informacja o tym, że prokuratura nie chce postawić zarzutów jakiemuś gangsterowi.
Drugi typ wiadomości, to te, które żyją całymi tygodniami i nawet na moment nie schodzą z czołówek gazet i telewizyjnych programów informacyjnych. To są rewelacje związane z tym, że posłanka Pawłowicz nazwała Władysława Bartoszewskiego pastuchem, że kolejny ksiądz okazał się pedofilem, czy ewentualnie, że mieszkańcy Jasienicy wciąż nie mogą się pogodzić z decyzją o odwołaniu swojego proboszcza. To jest ten rodzaj newsa, który będzie wklejany w popularną świadomość tak długo, aż ludzie zaczną tą informacją zwyczajnie wymiotować – wtedy poszuka się czegoś nowego.
No i jest oczywiście jeszcze ten rodzaj informacji, gdzie o zdarzeniu słyszymy raz… i już nigdy więcej. Kiedy już zostanie stworzone owo alibi, sprawa zostaje natychmiast zamknięta i nie ma na całym świecie jednego dziennikarza, który uznałby za stosowne temat pociągnąć. Wbrew pozorom, w dzisiejszym bardzo otwartym świecie, gdzie różnego rodzaju idee krążą praktycznie bez przeszkód, tego typu news praktycznie nie istnieje. Tak naprawdę, jeśli się zastanowić, chyba nie ma takiej możliwości, by gdziekolwiek, kiedykolwiek i cokolwiek zdołało się ukryć przed dociekliwym społeczeństwem. Pamiętamy, jak w zeszłym roku w Bangladeszu runął wielki budynek, w którym lokalni niewolnicy produkowali odzież dla największych światowych sieci i zginęły tysiące ludzie. Oczywiście, dzięki gwałtownej interwencji Systemu, mimo że z dnia na dzień liczba ofiar rosła w tempie zastraszającym, światowe media tematu posłusznie nie ruszały, no ale już zarówno Wikipedia, jak i znany nam portal boston.com zareagowały w jednej chwili, a więc kto miał oczy i uszy odpowiednio otwarte, o tym co się stało gdzieś w dalekim i egzotycznym Bangladeszu, usłyszał. A to akurat, co z tą informacją zrobił, to już inna historia. W każdym razie, efekt tego nieszczęścia był taki, że takie marki, jak na przykład polski Reserved zdecydował na swoich produktach nie umieszczać informacji o tym, gdzie ich towar jest produkowany. Więc nawet to, nawet coś na tym poziomie czarnego biznesu, też się nie dało rady ukryć.
Ale popatrzmy na poziom bardziej nam bliski i prosty, tak niemal bliski i prosty, jak szczere spojrzenie Henryka Wujca. Oto kilka miesięcy temu wspomniany Wujec jechał samochodem, potrącił na przejściu człowieka, podobno go ciężko poturbował… i w tym momencie sprawa została skutecznie wyciszona. A nie da się ukryć, że było o czym dyskutować. Rzecz w tym, że Wujec, skutkiem wcześniejszego wypadku, miał tylko jedno oko, a więc kiedy spowodował ów tajemniczy wypadek, jak się zdaje, w ogóle nie powinien był kierować. Rzecz też w tym, że z jednej strony, jako ważna postać współczesnej polskiej historii, a także pracownik Kancelarii prezydenta RP i – co tu dużo mówić – autorytet pełna gębą, on powinien być to w znacznie trudniejszej sytuacji, niż jakiś choćby i głupi licealista, który ukradł rodzicom auto i spowodował nieszczęście. Nic z tego. Po tym, jak w pierwszym dniu sprawa dostała się do ogólnopolskich mediów, nastąpiła cisza, która trwa do dziś. O tym, co z Wujcem, co z tym przechodzącym po pasach człowiekiem, nie powie nam nikt: ani „Newsweek”, ani „Polityka”, ani „Wprost”, ani portal wpolityce.pl, ani Telewizja Republika, ani „Gość Niedzielny”. W całym kraju nie znajdzie się jeden dziennikarz, jednak redakcja, jedne środowisko, które zainteresuje się losem tych dwojga ludzi i tego jednego wypadku. Nie muszę tu oczywiście dodawać, że gdyby za kierownicą tego samochodu nie siedział Henryk Wujec, a dajmy na to poseł Suski, nawet Mistrzostwa Świata w Brazylii zeszłyby na drugi plan.
No ale mamy tu z jednej strony ten Bangladesz, a więc wymiar globalny, a z drugiej jakieś resztki po tak zwanej „solidarnościowej rewolucji”, która z pewnych nieistotnych dla tego akurat tematu przyczyn wciąż jest reżimowi przydatna. Jest jednak coś idealnie po środku, a więc wydarzenie o rozmiarze, owszem, lokalnym, ale jednak obejmujące przestrzeń znacznie bardziej szeroką od Henryka Wujca i jego zaledwie odrobinę ważniejszych od niego protektorów. Mam tu na myśli kwestię tak zwanego „podatku telewizyjnego”.
Szczerze powiedziawszy nie wiem, czy zeszłoroczny jeszcze news dotyczący urzędowej decyzji, że abonament radiowo-telewizyjny zostaje zachowany, a wszyscy ci, którzy za podpuszczeniem Premiera przestali go płacić, mają swoje zobowiązania uregulować pod groźbą egzekucji skarbowej, oraz decyzji owej praktycznych implikacji, wykroczyły poza przestrzenie wyznaczane przez domowe gospodarstwa. Domyślam się, że coś tam i gdzieś tam na ten temat w publicznej przestrzeni się ukazało, jeśli jednak idzie o mnie, to ja o wszystkim dowiedziałem się od mojego teścia, który któregoś dnia mnie poinformował, że on właśnie dostał polecenie zapłaty zaległego abonamentu za radio i telewizor za minione pięć lat, no i że właśnie bardzo grzecznie poszedł z tymi pieniędzmi na pocztę.
Opowiem może trochę o moim teściu. Otóż jest to przede wszystkim człowiek, który nigdy w życiu nie miał żadnych długów, który zawsze wszystkie swoje rachunki płacił w terminie, krótko mówiąc, jest to ten typ obywatela, który, jeśli idzie o relacje z Państwem, prowadzi specjalną księgowość, do której nie może się wkraść choćby jedna nieścisłość. To jest ktoś taki, kto, gdyby specjalnie dla niego szukać odpowiednika w popularnej kulturze, stanowi wręcz parodię ojca z klasycznego dziś już serialu „Wojna domowa”. To po pierwsze. Druga rzecz jest taka, że politycznie on jest w takim miejscu, gdzie jeśli premier Tusk, a za nim telewizja TVN24, mówią mu, że telewizyjnego abonamentu płacić nie należy, bo to są pieniądze wydane na najbliższą wyborczą kampanie Kaczyńsssssssskiego, on, choćby nie wiadomo jak wbrew swojemu wrodzonemu charakterowi, informacje tę przyjmuje z całym dobrodziejstwem inwentarza i posłusznie nie płaci.
No i stało się tak, że któregoś dnia mój teść otrzymał wezwanie do natychmiastowego, pod groźbą egzekucji skarbowej, uregulowania zaległości wobec pisssssssssowskiej telewizji, i ją w jednej chwili uregulował. Nie przez Internet, bo akurat nie korzysta, nie przez jakieś bankowe przelewy, ale normalnie, udając się na pocztę i przynosząc im te pieniądze w przysłowiowych zębach.
A co u mnie? Otóż ja, owszem, przez minione lata również nie płaciłem abonamentu radiowo-telewizyjnego, tyle że moje argumenty były zupełnie inne od tych, podawanych przez mojego teścia. Ja przestałem płacić abonament dlatego, że przede wszystkim nie miałem pieniędzy, pod drugie nie miałem głowy, by wobec znacznie poważniejszych długów zajmować się takim głupstwem, jak te 15, czy 30 złotych co miesiąc, czy dwa, no i wreszcie po trzecie, jeśli idzie o to na co mam wydawać swoje ciężko zarobione grosze, to jeśli ktoś tak dobrze poinformowany jak Donald Tusk mi choćby sugeruje, że tu czy tam mogę sobie odpuścić, to ja oczywiście sobie odpuszczam. W mojej dramatycznie nędznej sytuacji ekonomicznej, jeśli premier polskiego rządu informuje mnie najwyraźniej, jak tylko na to pozwala mu zajmowane przez siebie stanowisko, że nadszedł czas obywatelskiego nieposłuszeństwa, ja – nie ze względu na niego i moje dla niego oddanie, ale przez zwykły finansowy rozsądek – płacić przestaję.
Ja, podobnie jak mój teść nieco wcześniej, również dostałem nakaz zwrócenia Państwu tych około 1500 złotych za minione pięć lat. Różnica była tylko taka, że ja ze swoim długiem nigdzie nie pobiegłem. Ja pismo z Poczty Polskiej ostrzegające mnie przed tym, co się może stać, jeśli się będę stawiał, wyrzuciłem do śmieci. Dlaczego? Z dwóch z kolei względów. Przede wszystkim, mimo że wiedziałem, że ów protest mogę sobie wsadzić w dowolną dziurę, postanowiłem, że w sytuacji, jaką mamy, ja im dobrowolnie tych pieniędzy nie dam. Skoro sam premier Tusk zapewniał mnie, że on osobiście dopilnuje, by ten abonament został zlikwidowany, ja w sposób zupełnie naturalny mogłem uznać, że każdy grosz, jaki zaniosę na pocztę, będzie groszem wyrzuconym w błoto. Ja musiałem tę informacje zrozumieć w ten sposób, że jeśli, mimo zapowiedzi premiera, będę płacił bez sensu ten abonament, kiedy już Trybunał Konstytucyjny i wszystkie inne autorytety prawne ogłoszą, że ten akurat podatek od początku był bezprawny, nikt mi nigdy tego co zapłaciłem nie odda. A więc protest.
Drugi powód, dla którego pismo z Poczty Polskiej zlekceważyłem, był już bardziej praktyczny. Ja zwyczajnie nie miałem fizycznej możliwości, poza oczywiście wzięciem tak zwanej „chwilówki”, by te 1500 złotych skądś wytrzasnąć. Moje życie w ostatnich latach jest tak ułożone, że jeśli ja gdzieś trafię 1500 złotych, to ja z nimi idę do tych co przy moim gardle trzymają pięknie naostrzony nóż, a nie na pocztę, bo okazało się, że polityczni doradcy Donalda Tuska coś tam przekombinowali.
A zatem zaległości wobec KRRiT nie uregulowałem i spokojnie czekałem na rozwój wypadków. W zeszłym tygodniu otrzymałem pismo z mojego Urzędu Skarbowego. Grube jak jasna cholera, albo, że się tak wyrażę, jak owe pięć lat, kiedy to polski rząd prowadził swoją grę, a w środku informacja, że oni zajmują mi konto, żeby ściągnąć te telewizyjne pieniądze. A ja w tej sytuacji mogę tylko powtórzyć za artystą, że „wiedziałem, że tak będzie”. Bo taka jest prawda. Ja wiedziałem, że przyjdzie nowy rok, że któregoś dnia oni będą mi chcieli z konta zabrać te pieniądze, że ja oczywiście na tym koncie akurat nie będę miał ani grosza, a jeśli nagle jakimś cudem pojawi się tam coś większego i oni to zajmą, to przynajmniej nikt mi nie powie, że się przestraszyłem, albo że uznałem swoją winę i się ukorzyłem.
Jest więc tak jak jest. Oni mi blokują konto do czasu aż uda im się stamtąd zabrać 1500 złotych, a ja się zastanawiam już tylko nad jednym: czy Donald Tusk, albo jego żona przez ubiegłe pięć lat płacili ten abonament? Czy istnieje taka możliwość, że on z jednej strony namawiał nas, żebyśmy się nie zachowywali jak ciemna pisowska masa i żebyśmy jednego grosza nie dali na tę rzekomo publiczną telewizję, a z drugiej regularnie, co dwa miesiące chodzili, on albo ona, na pocztę i regulowali to co wiedzieli, że regulować trzeba teraz i z pewnością będzie trzeba w przyszłości? I nie chodzi mi o to, że ja się czuję pokrzywdzony, że twierdzę, że polska władza mnie oszukała; gdyby moja sytuacja finansowa była lepsza, ja bym ten abonament nawet wbrew reżimowej propagandzie płacił. Chcę natomiast tylko wiedzieć, czy Donald Tusk, podobnie jak mój teść, pewnego dnia zeszłego roku otrzymał owo wezwanie do zapłaty zaległych opłat.
No i jeszcze jedno. Ja nawet nie działam w imieniu mojego teścia i innych, jemu podobnych starszych panów, którzy przez swoja nienawiść do PiS-u musieli się nagle któregoś dnia dodatkowo wykosztować. Ich sprawa – ich problem. Te jakieś 1500 złotych to jest mój dług, który muszę spłacić, i który jest wynikiem mojej własnej beztroski, niezaradności, czy jak to tam nazwiemy, taki sam, jak te wszystkie kredyty, zusowskie składki, czy zaległości w prostych comiesięcznych rachunkach i szkoda na to wszystko słów.
Tylko to jedno mnie dręczy: czy Donald Tusk dostał to wezwanie? No i jeszcze coś. Skąd ta cholerna cisza? Czyżby to ona była tu prawdziwym problemem.

Wszystkich tych z nas, których powyższy tekst zainteresował i mieliby ochotę na więcej, zachęcam do kupowania moich książek, które są wciąż do nabycia w księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl. Przypominam też, że ten blog stanowi główne źródło mojego utrzymania i bez pomocy czytelników długo nie pociągnie. A z nim i my.

czwartek, 22 sierpnia 2013

I jak się panu podobają pańscy błękitnoocy chłopcy, Panie Śmierć?

Pewnego styczniowego przedpołudnia w Chicago, do prowadzonego przez koreańskie małżeństwo Kim lokalnego sklepiku z odzieżą, weszli dwaj czarni gówniarze z bronią, bez ostrzeżenia i bez choćby śladu powodu, zastrzelili kobietę, zabrali sto dolarów, parę dżinsowych kurtek i ruszyli w dalszą drogę. Krótko potem obaj zostali zidentyfikowani, dostali takie sobie wyroki i zostali posadzeni.
Rok po owej katastrofie, wspominany tu już parokrotnie, Bob Greene napisał tekst, który otwierało zdanie, że najstraszniejszą wiadomością jest ta, która nigdy nie trafia do gazet, bo dotyczy już tylko tego, co się dzieje „po”, i w którym przedstawił losy osieroconych przez panią Kim męża i dzieci.
Bardzo zapadł mi w pamięć tamten tekst, głównie przez to pierwsze zdanie, o owym najstraszniejszym rodzaju wiadomości – najstraszniejszym, bo dotyczącym tego, co jeszcze nie nastąpiło, i dopiero się zdarzy. Przypomniał mi się on natomiast dziś, kiedy na jednej z moich ulubionych internetowych stron http://www.boston.com/bigpicture/ znalazłem kolejną serię zdjęć, nawiązującą do kwietniowej katastrofy budowlanej w Bangladeszu. Po raz kolejny okazuje się, że boston.com to już jedno z bardzo nielicznych miejsc, gdzie nic nie przejdzie niezauważone, gdzie wszystko to, o czym świat wolałby nie wiedzieć, a o czym wiedzieć powinniśmy, zostanie pokazane, i najskuteczniej jak tylko to sobie można wyobrazić, bo w formie dużego zdjęcia i celnego komentarza, wręcz nam podsunięte pod nos.
Boston.com, jako jedno z ostatnich już chyba mediów, opowiedziało dokładnie światu o smoleńskiej katastrofie, boston.com – podczas gdy niemal wszystkie mainstreamowe media posłusznie milczały – przedstawiło nam niemal natychmiast, a więc kiedy to ofiar było zaledwie 300, a liczba 1000 miała dopiero zostać przekroczona, relacje z tego co się stało w stolicy Bangladeszu; boston.com wreszcie, to portal, na którym dziś oglądam historię tych biednych ludzi, o których System dopiero w przyszłości zgodzi się zapomnieć – ludzi, którzy albo wyszli z tamtej tragedii ciężko poturbowani, albo to wszystko mają dopiero przed sobą.
Seria zdjęć, o których mówię, nosi tytuł „Ofiary przemysłu Bangladeszu”, i zaledwie w pewnej części mówi nam, jak się wiedzie tym ludziom, którzy uszli z życiem spod gruzów Rana Plaza, a więc tym chłopcu czekającym na operację kręgosłupa, o pewnej zapłakanej dwudziestoletniej Rebece z amputowaną nogą, pocieszanej przez swojego męża, o tej 25-letniej kobiecie bez ręki, tak strasznie cierpiącej. Większość prezentowanych przez boston.com zdjęć pokazuje nam tych, którzy cudem uniknęli śmierci w wypadkach w innych miejscach Bangladeszu, czy to przy produkcji taniej odzieży, czy tylko tanich papierosów, ale też tych, którzy to wszystko mają dopiero przed sobą. Widzimy więc te dziewczyny, te kobiety, te dzieci przy pracy i już po pracy, często ledwo żywych, i czytamy jak to Bangladesz stoi przemysłem opartym na taniej sile roboczej, z, jak idzie na przykład o szmaty dla takiego choćby Primarka, rocznym eksportem w wysokości 21 mld dolarów i ponad 4 mln zatrudnionych.
Fantastyczny jest ten reportaż, raz że w ogóle dotyczy spraw ważnych i traktuje je niezwykle poważnie, a dwa, że, przepraszam bardzo, ale kogo z nas obchodzą w ogóle tego typu rzeczy? Kogo obchodzi los tych ludzi pracujących przy produkcji tłucznia krzemowego, gdzie praktycznie każdy z nich zapada na rodzaj nieuleczalnej rozedmy płuc, tych dzieci produkujących tanie papierosy dla tych, których los wynagrodził tym, że są od nich nieco bardziej zamożni, tych wreszcie ludzi pracujących w stoczniach złomowych, gdzie, jeśli wierzyć w to, co pisze boston.com, liczba ofiar wypadków, jest najwyższa w całym regionie.
Oglądam sobie te zdjęcia, dumam, dumam i dumam, i nagle sobie myślę, że każdy solidny liberał może mnie dziś bardzo łatwo skopać za dostarczanie tanich post-marksistowskich emocji. W tej sytuacji, chciałbym prosić o przeniesienie się na moment do londyńskiego City, o którym, kiedy ja się byczyłem dokładnie w tamtych okolicach, tak pięknie w swojej notce w Salonie24 napisał Coryllus. Otóż, jak słyszę, w tych dniach w owym City gruchnęła wieść, że przyjęty na tygodniowy staż w Bank of America 21-letni Niemiec Moritz Erhardt, pracując dzień i noc, trzy dni bez przerwy, najzwyczajniej w świecie wziął i zmarł. Nie obcięło mu ręki ani nogi, nie nawdychał się krzemu i nie rozsadziło mu płuc, nawet nie dostał w łeb kawałkiem liny holowniczej w porcie, ale zwyczajnie wrócił do hotelu, żeby się zdrzemnąć na godzinkę, czy dwie… no i umarł.
Z relacji, jakie są – swoją drogą, wygląda na to, że tu rodziny ofiar są bardziej zawzięte od tych Bengalczyków – dość powszechnie dostępne, wynika, że ten Moritz musiał być jakiś gorszy, i to, co go spotkało, to zaledwie zwykły proces naturalnej selekcji. Londyńskie City wręcz stoi na tych zdesperowanych japiszonach z całego świata, którzy zrobią wszystko, żeby się tam znaleźć. Z nimi jest trochę tak jak z niedawno opisywanymi kandydatami do służby w brytyjskim SAS, którym tego lata tak bardzo zależało, by się dać polubić, że machnęli ręką na owe, wyjątkowe tego lata, upały i się zwyczajnie zatrenowali na śmierć.
A więc ryzyko, jak widać, jest i tu i tam. A ja się cieszę tylko, że pod rządami Donalda Tuska jesteśmy bezpieczni. Świat się tak bardzo rozpędził, że jest bardzo możliwe, iż już niedługo bezpieczni będą tylko ci, co mieszkają w jaskiniach i mają wszystko w nosie. A przecież było już bardzo niebezpiecznie. Pamiętam jak może 15, a nawet 20 lat temu, kiedy to Polska miała jeszcze jakieś ambicje, był sobie pewien lubelski bank z oddziałami w całym kraju. Pewien mój znajomy pracował w jego katowickim oddziale i opowiadał mi, jak to pewnego dnia przyjechało tu do nas paru młodych informatyków z samego Lublina, żeby coś tam zbudować, czy może naprawić. Oni wprawdzie byli zameldowani w hotelu, ale ze względu na zawodowe napięcie, czas spędzali głównie w banku. Po kilku dniach i nocach wytężonej pracy jeden z nich zaginął. Kompletnie. Niby poszedł do hotelu, jednak tam nigdy nie dotarł, i ślad po nim zaginął. Ponieważ jednak nasza policja już wtedy tworzyła ogólnopolską, w miarę sprawnie działającą, sieć, po paru dniach okazało się, że ów młody, wykształcony i z wielkiego miasta, znalazł się, nie wiedząc, kim jest, i co tam w ogóle robi, w samych majtkach na dworcu kolejowym w Przemyślu.
Inna sprawa, że to i tak nienajgorzej, prawda? W Bangladeszu by nawet nie miał na piwo. A gdzie tu jeszcze wspominać już o takim City, gdzie niewykluczone, że by zwyczajnie wykitował!
Wprawdzie dziś płaczemy głównie nad tymi ślicznymi dziewczynami z Bangladeszu, ale może lepiej będzie, gdy ten tekst zostanie zilustrowany zdjęciem owego Moritza, którego wchłonął ów tak fantastycznie opisywany przez Gabriela Falus Siwy. Swego czasu William Carlos Williams napisał prześliczny wiersz o Buffalo Billu, kończący się pytaniem: „Jak się panu podobają ci błękitnoocy chłopcy, Panie Śmierć?” Popatrzmy na tego Moritza i, jako porządni katolicy, pomódlmy się czasem za niego. Może mu się to przydać.

Wszystkich, którym powyższy tekst się spodobał, lub choćby zainspirował do dalszych przemyśleń, proszę o wsparcie dla tego bloga. Jeszcze zostało parę dni do września, i musimy to jakoś przeżyć, a, jak wspominałem, tym razem, jak idzie o pracę, jestem na poziomie zerowym. Przepraszam za obcesowość i oczywiście dziękuję.

środa, 5 czerwca 2013

O tym co niesie światło i człowieku z batem

Dotychczas nie bardzo miałem ochotę na uczestniczenie w rozmowie na temat tego, czy należy zmuszać ludzi do pracy w niedziele, czy odwrotnie – pracy w niedzielę im zabraniać. I wbrew pozorom, moja mała aktywność w tej kwestii nie wynikała ani z tego, że nie mam na ten temat zdania, lub że z jakiegoś powodu wole się z moim zdaniem nie wychylać, ale jest spowodowana tym, co ostatnio przeżywam niemal codziennie, a więc okropną niechęcią do formułowania, a następnie dowodzenia oczywistości.
Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, jak okropnie brzmi powyższe zdanie, ale daje słowo, że nie umiem tego, co ostatnio przeżywam, wyrazić inaczej. Niemal wszystko, co się wokół mnie ostatnio dzieje, zrobiło się tak dramatycznie jednoznaczne, oczywiste i proste, że przy moim wręcz chorobliwym unikaniu zajmowania się sprawami, które przecież – w co chcę głęboko wierzę – nie wydają się być dla mnie akurat znacznie bardziej przystępne, niż dla kogokolwiek z nas, mam mocne wrażenie, że jeśli nagle stanę tu i zacznę głosić owe banały, przynajmniej niektórzy się zniecierpliwią. A tego bym bardzo nie chciał.
No i mamy te pracujące niedziele, o których, podobnie jak o tak wielu innych rzeczach eksploatowanych przez wszystkie te lata, nie chciało mi się nawet myśleć, i o których pewnie i dziś bym się nawet nie zająknął, gdyby nie sam mistrz Łukasz Warzecha. O co chodzi z tym Warzechą? Otóż z nim problem jest taki, moim zdaniem, że kiedy problem społeczny, czy jakikolwiek zresztą inny, który jakoś nadaje się do skomentowania, robi się już tak delikatny, że wokół niego kręci się już tylko cała zgraja obłudników, z których każdy patrzy tylko na to, by z jednej strony oczywiście zabrać głos, ale żeby broń Boże nie powiedzieć za dużo, pojawia się Warzecha właśnie i wali co mu leży na sercu. On tu jest trochę jak ta paniusia, która, podczas gdy całe pokolenia politycznych kłamców pracowały nad tym, by zalegalizować aborcję pod jakimś szczytnym pretekstem, przychodzi i wali prosto między oczy, że trzeba rżnąć gówniarzy, bo na świecie i tak jest ich za dużo.
Oczywiście Warzecha jest nasz, więc, przynajmniej jak idzie o aborcję, i przynajmniej na razie, ma poglądy takie jak trzeba, no ale już jeśli idzie o to, by człowieka nie traktować jak bydło, sprawy maja się nieco inaczej. W najnowszym wydaniu tygodnika „Sieci”, w tekście pod znamiennym tytułem: „Zostawcie w spokoju moje zwyczaje”, zabiera Warzecha głos na temat tych supermarketów i zaczyna standardowo. On akurat lubi chodzić do sklepu w niedzielę, i prosi posłów, by zechcieli mu się ze swoją głupią legislacją w jego upodobania nie wtarabaniać. Jest wolność? Jest? Człowiek może wybierać? Może. Czy komuś co do tego? Nie. Więc sprawa jest jasna. I wszystko byłoby się zachowało w ramach zwykłego liberalnego bałwaństwa, do któregośmy się zdążyli przyzwyczaić, gdyby nie to, że Warzecha na tym nie kończy. Najwidoczniej w zakamarkach jego zakutej pały drzemało coś, co go tak uwierało, że musiał to z siebie wyrzucić. Pozwolę sobie zacytować:
„Co do odwiecznego argumentu, że pracownicy wielkich sieci też powinni mieć dzień wolny – przypomina mi to jako żywo biadania organizacji obrony praw człowieka nad wyzyskiem ludzi w Chinach, czy biednych krajach Azji przez zachodnie koncerny. Gdy pod naciskiem taki koncern zamyka swoją fabrykę, miejscowi już nie są wyzyskiwani i niedostają swoich skandalicznie niskich wynagrodzeń. Pozostaje im wówczas umrzeć pod płotem. A umierając, na pewno są przepełnieni wdzięcznością wobec dobrych, białych ludzi, którzy spowodowali zamknięcie wyzyskującej ich fabryki”.
Ktoś powie, że ja na Warzechę ostrzę sobie zęby przez to niedawne ludobójstwo, do jakiego, w wyniku działania wspomnianych „zachodnich koncernów”, doszło w Bangladeszu, na które cywilizowany świat się zwyczajnie wypiął. I owszem, to rzeczywiście jest ciekawe, jak można mieć pretensję do nazywania się człowiekiem, a jednocześnie ledwie parę tygodni po tym, jak ponad tysiąc osób zginęło w tej masakrze, wyjaśniać ich rodzinom, że powinni się cieszyć, że nie zdechli pod płotem. Bo co? Bo przynajmniej nie zasmradzali okolicy, ale dostali kamieniem w łeb i spokój? A więc tak. Tu Warzecha, owszem, wrażenie robi.
Jednak nie o to mi chodzi najbardziej. To co mnie w tym fragmencie poruszyło najbardziej, to może nie brak tej wrażliwości, ale pewien rodzaj zgłupienia, który część z nas doprowadził najwyraźniej do stanu, gdzie nic już dla nas ani nie ma przyczyny, ani skutku. To jest stan, w jakim znajdują się te tysiące osób, odwiedzające bronione tak przez Warzechę centra handlowe, gdzie już tylko się chodzi w kółko i wytrzeszcza oczy na to oślepiające światło, prosząc o więcej, więcej i więcej.
System, jaki nam zorganizowano doprowadził do sytuacji – może jeszcze nie do końca, ale z całą pewnością jesteśmy na dobrej drodze – gdzie mniejszość mająca władzę, zagania konsumencką większość do kieratu, która na zmianę albo haruje, albo żre to siano, a sama, przy pomocy najróżniejszych bardzo przemyślanych manipulacji, sprawia, że ten kierat staje się dla nich jedynym sensem życia i tak naprawdę jedynym rozwiązaniem. Gdzie każdy doskonale wie, że jest tylko albo ten kierat, albo zdychanie pod płotem, i gdzie nagrodą za przyjęcie tej wiedzy bez pyskowania jest owa codzienna porcja siana, plus taki kolorowy pióropusz na łeb od święta.
I na to pojawia się Łukasz Warzecha, bohater naszej najświeższej rewolucji, i tłumaczy nam, że gdyby tak się miało zdarzyć, że ktoś nas od tego kierata zechce odsunąć, nie powinniśmy ani protestować, ani tym bardziej namawiać innych do protestu, bo w ten sposób tylko wszystko zepsujemy i sprawimy, że nie tylko my, ale i inni, Bogu ducha winni, ludzie, wszystko stracą i zostaną jak ten zewłok porzucony pod płotem.
W tej sytuacji muszę jednak zabrać głos i zacząć wykrzyczeć te oczywistości, nawet nie ze względu na nas, bo my akurat tej wiedzy nie potrzebujemy, ale choćby z uwagi na samego Warzechę, który nie dość, że sam tonie, to jeszcze gotów pociągnąć za sobą innych. A więc słuchaj Pan. Ja wiem, że Panu już pewnie nic nie pomoże, ale rzecz się ma tak, że gdyby tym biednym ludziom zabronić chodzenia do pracy w niedzielę i zmusić ich do tego, by zaoszczędzony czas spędzili na integrowaniu się z przyjaciółmi, rodziną, lub choćby z Panem Bogiem, staliby się oni przez to ludźmi i lepszymi, i mądrzejszymi i bardziej świadomymi swojego człowieczeństwa. A jeśli człowieczeństwa, to i obywatelstwa. A jeśli obywatelstwa, to z korzyścią nie tylko dla siebie, ale dla Polski i dla tych wartości, o które sam Warzecha tak starannie ostatnio udaje, że walczy. To jest tak oczywiste, że – podkreślam raz jeszcze – aż wstyd o tym mówić. Ale mówię, bo mam bardzo mocne przeświadczenie, że tego rodzaju zbaranienia tak zostawić nie wolno.
To zatem było do Warzechy. Teraz dość przypadkowy bonus dla stałych czytelników tego bloga. Otóż, jak część z nas wie, mam parę lekcji w pewnej korporacji, gdzie wciąż się przemieszczam piękną, srebrną windą. I w tej windzie panuje taki zwyczaj, że wszyscy do wszystkich mówią „dzień dobry”, „do widzenia”, a często też „miłego dnia”. Niby normalnie, jednak intensywność tych zachowań budzi podejrzenia, że za tym stoi pewien rodzaj korporacyjnego wyćwiczenia, w tym wypadku jak najbardziej sympatycznego i godnego szacunku. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś kto z Warzechą pracował, kiedy pragnął mi jak najkrócej opowiedzieć, co to za typ, opowiedział mi kiedyś, jak to on, Warzecha, ani nie sam mówi, ani nie odpowiada na „dzień dobry” w windzie. Taki jest. Człowiek, który wsiada i wysiada z windy bez słowa. I ja sobie myślę, że to jest coś szalenie charakterystycznego i przy tym fascynującego. Nie zdziwię się, jeśli się okaże, że kiedy w końcu obejmiemy tę władzę, to na nas będą wołać „lemingi”.

Bardzo proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Już prawie leżymy. Dziękuję.

niedziela, 5 maja 2013

Gdy mainstream powoli zdycha

Od wielkiej, wstrząsającej i tak dramatycznie symbolicznej budowlanej katastrofy w Bangladeszu minął już dziesiąty dzień, i wygląda na to, że najważniejsze polskie media znalazły wreszcie powód, by zacząć o sprawie wspominać. Czy przyczyną owego gwałtownego wzrostu zainteresowania tym niewyobrażalnym wręcz nieszczęściem było to, że liczba śmiertelnych ofiar przekroczyła 500, a, jak wiemy, istnieje pewien typ skretynienia, który pozwala człowiekowi reagować wyłącznie na przekaz najprostszy, i tu liczba 500 wydaje się być czymś równie niemal fantastycznym, co zdjęcie zakrwawionego ciała uzupełnione o fotografie zapłakanych twarzy tych, co przeżyli, czy może poszło o coś innego – nie wiem. Wiem natomiast, że sytuacja, w której organizacje tak potężne, jak „Gazeta Wyborcza”, Onet, TVN24, czy „Gazeta Polska”, bez śladu zawstydzenia, 10 dni po zdarzeniu, mówią nam: „A czy państwo słyszeli, że w zeszłą środę w Bangladeszu zginęło ponad 500 osób?”, to jest naprawdę nie byle co.
Trochę po to, by przypomnieć, w czym rzecz, ale też przez tę prostą prawdę, że są rzeczy, o których należy mówić za każdym razem, gdy tylko nadarzy się okazja, powiem raz jeszcze, o co chodzi. Otóż 24 kwietnia, w stolicy Bangladeszu Dhace, zawalił się ośmiopiętrowy budynek, w którym szyto ubrania z przeznaczeniem dla międzynarodowych sieci sklepów odzieżowych, takich jak Primark, czy Benetton. Rzecz w tym, że kiedy dzień wcześniej stwierdzono zagrożenie, ewakuowano obsługę mieszczących się w budynku sklepów i banku, natomiast szwaczkom kazano przyjść do pracy, jak co dzień. No i one akurat pracowały, kiedy wszystko runęło.
To jest jedno. Druga rzecz jest taka, że przez niemal tydzień po tragedii, główne polskie media, jeśli w ogóle informowały o tym, co się stało, to akurat tyle, by z jednej strony nikt broń Boże nie wpadł w zły nastrój, a jednocześnie, by zawsze można się było zasłonić tym, że jakaś tam informacja przecież była. Światowe agencje dzień po dniu donosiły o coraz wyższej liczbie zabitych, wiadomo już było, że ta liczba przekroczyła 400, a w Onet, TVN24 i TVP – niemal idealna cisza. Trochę mi żal, że nie czytam już „Rzeczpospolitej”. Mógłbym powiedzieć, na której stronie oni to podali.
Kiedy piszę ten swój dzisiejszy tekst, czytam, że bengalscy ratownicy doliczyli się już niemal 600 ofiar, i proszę sobie wyobrazić, że tę informację znalazłem na Onecie. Kiedy jednak pisałem o tym u siebie na blogu, a było to i tak już pięć dni po, wszystko co na ten temat wiedziałem, przeczytałem w angielskiej Wikipedii. Jak idzie o polskie strony, jedyne, co na ten temat znalazłem, to była notka na jakimś maleńkim lewicowym portalu o nazwie lewica24.pl. Dziś, jak mówię, wystarczy wpisać hasło „Bangladesz”, a na samej górze mamy dzisiejszy Onet. Wreszcie. 10 dni po 24 kwietnia!
A więc, co się stało? Za jaką przyczyną 10 dni od dnia, kiedy ten przesiąknięty ludzką krwią, potem i udręką budynek zamienił się w zbiorowy grób, nasi specjaliści od budowania idealnego społeczeństwa konsumenckiego, postanowili zmienić front? Otóż mam wrażenie, że wszystko jednak zaczęło się od tego bloga, a jeśli ktoś myśli, że mi się za dużo wydaje, jeśli sądzę, że ci mądrale z Onetu, czy TVN24 nie mają nic lepszego do roboty, jak śledzić to, co ja tu piszę, to go od razu spieszę uspokoić. Ja aż tak pewny swego nie jestem. Pojawił się tu natomiast pośrednik w postaci „Gazety Polskiej Codziennie”. Otóż, w czwartek 2 maja otrzymałem informację od jednego z czytelników, że o tym, co się wydarzyło w Bangladeszu, poinformowali „nasi”, a jak idzie o nich, to ja jednak biorę pod uwagę to, że jeden z drugim tu bywają. Ponieważ przy tym, przy całym moim szacunku dla Tomasza Sakiewicza i jego niezawisłości, niezależności i, że tak powiem, „offowości”, ten projekt to jak najbardziej poważna część mainstreamu, mam podejrzenie, że szefostwo TVN24, a za nim cała reszta tej bandy uznali, że nie da się dłużej udawać, że jest okay… no i mamy, to co mamy. Inaczej widzieć tego nie potrafię.
Na koniec, mam już tylko jedną refleksję. Jeśli niedługo nadejdą czasy, kiedy to każda kolejna informacja podana przez „Newsweek”, „Politykę”, TVP, czy Onet, lub TVN24, będzie się zaczynała od słów: „Jak się dowiadujemy z blogów…”, będzie to oznaczało, że jesteśmy już prawie w domu. A oni – i tu akurat mam na myśli jednych i drugich – w dupie. Już się nie mogę doczekać.

Jeśli ktoś znalazł w tym tekście źródło dobrych refleksji i zwykłej codziennej satysfakcji, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję i proszę nie odchodzić.

środa, 1 maja 2013

Nie wszyscy jesteśmy Bengalczykami

Do dwóch najświeższych tekstów, jakie opublikowałem i tu i w Salonie24, mam stosunek szczególny, w tym sensie, że nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej potrafił za jednym zamachem powiedzieć tyle naprawdę istotnych rzeczy. Oczywiście, od samego początku bardzo się staram, by te teksty – tu znów muszę się odwołać do młodego Wojciecha Młynarskiego – to była „taka piosenka, taka ballada, co byle czego nie opowiada”, niemniej zawsze jest coś, co wydaje mi się można było powiedzieć lepiej, dobitniej, czy uzupełnić tym jednym słowem, które by pozwoliło sprawę zamknąć. Tym razem, a więc w przypadku tego naszego tekstu o kolczyku w języku i niezapłaconych rachunkach, oraz tamtego, o owym strasznym, zaledwie sprzed tygodnia, tak okrutnie przemilczanym przez System, nieszczęściu w Bangladeszu, miałem pewność, że wszystko zostało powiedziane, i to tak, że lepiej bym już nie potrafił.
No i stało się tak, jak to się dzieje o wiele zbyt często, a mianowicie okazało się, że to tylko mnie się tak wydawało. Z punktu widzenia wielu z tych, do których te moje słowa były skierowane, nie stało się nic szczególnego. A już z całą pewnością nic choćby w przybliżeniu tak szczególnego, jak… ja wiem? Powiedzmy, kolejna wypowiedź któregoś z „palikotowców” na temat religii w szkołach i poza nią…
Akurat jak idzie o ten blog, to zawsze zakładam, że nawet jeśli czasem odnoszę wrażenie, że trafiłem przysłowiową kulą w płot, to tak naprawdę jest to tylko błędne wrażenie, i wszystko, co zamierzałem powiedzieć, trafiło tam gdzie trafić miało, i w taki dokładnie sposób, jak to sobie zamierzyłem. A więc ta kobieta idąca ze swoim synkiem zapłacić rachunki i wymienić kolczyk w języku, może z wyjątkiem komentatora podpisującego się Steve Steven, zrobiła na wszystkich odpowiednio silne wrażenie i wzbudziła odpowiednio ponure refleksje. Gorzej – zdecydowanie gorzej – jeśli idzie o tekst o Bangladeszu. Tam rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że z anonsowanych w tytule tekstu Bangladeszu i pisarza Rudnickiego, niemal cały show przypadł w udziale Rudnickiemu. A ja już tylko się zastanawiam, co by się działo, gdybym ja tam wspomniał jeszcze o Tusku.
Przepraszam bardzo za ten ton, ale od chwili, gdy się dowiedziałem, że w zeszłym tygodniu w Bangladeszu zginęło ponad 400 biednych kobiet i dzieci, a to przez politykę kilku wielkich, międzynarodowych koncernów odzieżowych, wynajętych do tego, by za jakieś grosze szyć ciuchy, i to nieszczęście spłynęło po tak zwanej opinii publicznej, jak woda po kaczce, jestem w takim nastroju, że nie bardzo widzę możliwość, bym miał pisać, przynajmniej na razie, o czymkolwiek innym.
A zatem, zanim się być może wreszcie uspokoję, przez wzgląd na naszą starą znajomość, proszę, darujmy sobie kolejny tekst, i skupmy się na następującej wiadomości:
24 kwietnia, w jednej z dzielnic stolicy Bangladeszu Dhaki, Savarze, zawalił się ośmiopiętrowy budynek o nazwie Rana Plaza, w którym, oprócz banku i eleganckich sklepów, mieściła się fabryka odzieżowa, produkująca na zamówienie międzynarodowych sieci handlowych, takich jak Primark, Benetton, czy Walmart. Do katastrofy doszło po tym, jak lokalny nadzór budowlany wykrył pęknięcia w konstrukcji i zarządził ewakuację budynku. Ewakuowano jednak wyłącznie obsługę sklepu i banków, natomiast, ponieważ właściciel fabryki nakazał pracownicom kontynuować pracę, w wyniku zwalenia się konstrukcji, zginęło ponad czterysta osób, a ponad tysiąc zostało rannych. Polskie media o katastrofie praktycznie nie poinformowały, a przynajmniej nie na tyle, by wiadomość o niej dotarła do osób w miarę systematycznie śledzących codzienne wiadomości.
Wśród niewielu merytorycznych komentarzy, jakie zdarzyło mi się znaleźć pod notką w Salonie24, pojawiły się sugestie, że Bangladesz to dzicz, i to wszystko przez to.
Próbowałem dowiedzieć się czegoś na ten temat i oto znalazłem taka informację:
„Przemysł odzieżowy Bangladeszu wart jest 20 mld dolarów rocznie i zaopatruje sklepy na całym świecie. Eksport ubrań to ponad trzy czwarte całego krajowego eksportu. W Bangladeszu znajduje się około 4,5 tys. zakładów odzieżowych. Według Światowej Organizacji Handlu, Bangladesz jest obecnie czwartym największym eksporterem odzieży na świecie, a przemysł związany z produkcją ubrań zatrudnia ponad 3 mln robotników”.
Próbowałem też znaleźć jakieś zdjęcia z Bangladeszu, ale większość to relacje z katastrofy. Najwyraźniej, zapis na temat obowiązuje tylko u nas. U nas natomiast można obejrzeć coś, czego świat dziś akurat pokazywać się już wstydzi, choćby coś takiego. Proszę powiedzieć, czyż to nie piękne miejsce? A może by tak na wakacje do Dhaki?


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...