Pisząc ten tekst mam nie lada kłopot, i to kłopot podwójny. Przede wszystkim, nie bardzo mam ochotę, po raz kolejny w ciągu niedługiego bardzo czasu, dokuczać wszystkim tym, którzy, podobnie jak ja, dzielnie się opierają tej nawałnicy kłamstwa i najbardziej brutalnej przemocy, i wspierają Jarosława Kaczyńskiego i Prawo i Sprawiedliwość w ich, tak bardzo nierównej, walce z Systemem. Drugi powód moich rozterek jest taki, że sam temat tych refleksji bardzo niebezpiecznie zahacza o coś, czego osobiście nie znoszę i czego bardzo bym chciał uniknąć, a co wiąże się ze zgłaszaniem do ludzi pretensji o to, że są, mówiąc pospolicie, głupi. Niestety, w ostatnich dniach tego wszystkiego nagromadziło się tak bardzo dużo i pcha się do mnie drzwiami i oknami, że nie bardzo widzę jakiekolwiek z tej sytuacji wyjście.
Jest jednak jeszcze coś, co sprawia, że bardzo mnie coś od pisania tego tekstu odpycha. Chodzi mianowicie o to, że to wszystko, co mi chodzi po głowie, jest materią tak skomplikowaną, że zwyczajnie się boję, że sobie nie poradzę. Bo gdyby to tylko chodziło o to, że uważam znaczną część ludzi deklarujących podobne do moich polityczne emocje uważam za bałwanów, to bym zwyczajnie powiedział, o co mi chodzi, i liczył na to, że oni wszyscy – jeśli tylko przeczytają te słowa – zareagują na to tak, jak reaguje dobry kumpel, gdy się mu zwróci uwagę, że to co robi, jest głupie. A więc przede wszystkim, przynajmniej ze spokojem. Tak jak, powiedzmy, zareagował mój kolega Freeman, gdy mu napisałem, że ta jego fascynacja Bareją, źle o nim świadczy. Niestety tu jest gorzej. Bo przede wszystkim, ja nie do końca mam pewność, czy to co mnie tak irytuje, jest rzeczywiście czymś naprawdę godnym tego oburzenia, a poza tym, zupełnie nie wiem, czy to o czym myślę, nie jest jedynie wynikiem bardzo parszywej propagandy, której sam, jak najgorszy osioł, uległem. Tak czy inaczej, najwyższy czas, żebym powiedział konkretnie, o co mi chodzi.
Na poziomie najbardziej podstawowym, chodzi mi o coś, co właściwie stanowi drobiazg. A że mnie irytuje, to być może tylko wina moja i mojego czepialstwa. Mam na myśli to nieustanne pisanie i mówienie przez wielu i moich kolegów i osoby mi kompletnie nieznajome, a często bardzo obce, o Komorowskim per albo „Komoruski” albo „pRezydent”, lub po prostu „Bul”, a o Platformie Obywatelskiej „POpaprańcy”, lub w jakikolwiek inny sposób, byleby w tym epitecie literki „p” i „o” były pisane dużymi literami. Ja biorę pod uwagę, że za tym nie stoi nic więcej, jak tylko ta zwykła, ludzka potrzeba szydzenia z kogoś, kogo się nie lubi, zwłaszcza gdy te szyderstwa są jedynym, co nam pozostało. Jednak, ponieważ jestem przekonany, że to wszystko, za co i Komorowski i Platforma Obywatelska będą musieli w końcu odpowiedzieć, jest naprawdę wielkie i poważne, uważam też, że to nieustanne sprowadzanie dyskusji na ich temat do wymyślania kolejnych tego typu kpin, lub powtarzania starych grepsów, od których chce się już tylko rzygać, świadczy w tym samym stopniu o bezradności, co o kompletnym niezrozumieniu skali problemu. I sam już nie wiem, co z tych dwóch jest gorsze.
Ktoś mi powie, że nie mam się tak co nadymać, bo sam na przykład o żonie Komorowskiego nie mówię inaczej, niż „Kaszalot”. Uważam jednak, że to jest sytuacja zupełnie inna. Z paru powodów. Przede wszystkim Komorowska nie jest moim problemem w ogóle. Jak szlag wreszcie trafi Komorowskiego, Tuska i cały ten parszywy projekt o nazwie Platforma Obywatelska, po tej nieszczęsnej kobiecie nie zostanie nawet wspomnienie. A więc co ja mam na jej temat do powiedzenia, poza tym jednym epitetem, który i tak świadczy nie tyle o niej, co o jej mężu? Po drugie, kiedy ja już o niej przy jakiejś okazji wspominam, to mówię na nią „Kaszalot” na takiej samej zasadzie, jak kogoś innego nazywam durniem, czy ruskim bucem. Natomiast, jak każdy świetnie widzi, owo słowo „Kaszalot” nie funkcjonuje tu nigdy, jako argument stricte polityczny. W przypadku „POpaprańców”, czy „pRezydenta” – jak najbardziej. I to jest bardzo przykre. A przykre szczególnie wówczas, gdy widzimy, że przez stosowanie tego typu grepsów, zbliżamy się bardzo niebezpiecznie do tych wszystkich baranów, którzy, kiedy chcą nam powiedzieć, dlaczego nie lubią PiS-u, to przerzucają się nawzajem trzema słowami: „Borubar”, „Irasiad” i „Jaruś”. Co ja mówię, zbliżamy się? Stajemy się nimi. I tego faktu nie zmieni to, że Komorowski faktycznie zachowuje się jak rezydent, a nie prezydent, natomiast Lech Kaczyński wcale nie powiedział, że Boruc ma na nazwisko Borubar.
Ale to są wszystko jednak tylko drobiazgi. To co mnie natomiast męczy już od dawna i wszystko wskazuje na to, że będzie już tylko gorzej, to coś, o czym pisałem już kiedyś przy okazji omawiania kącika humoru, jaki swoim czytelnikom dostarcza „Gazeta Polska”, a co nazwałem naszą współczesną, polską i patriotyczną odpowiedzią na ruskiego „Krokodiła”. Nie wiem, czemu kiedyś wierzyłem, że to musi w końcu minąć, i my, dla których Polska i to zaprzaństwo, jakie ją dotknęło, to z jednej strony miłość, a z drugiej ból niewysłowiony, będziemy mogli powiedzieć, że to był tylko taki eksces wynikający z tej naszej tragicznej bezradności. Może to przez to, że nawet Krzysztof Wyszkowski, jak się domyślam, trochę też solidarnie z moją notką, zwrócił uwagę swoim kolegom z „Gazety Polskiej”, że powinni przestać się kompromitować, a ja pomyślałem, że jego akurat posłuchają. Niestety, nic takiego nie nastąpiło, a wręcz przeciwnie – Sakiewicz ze swoimi paniami zaczęli wręcz wydawać te idiotyzmy w postaci osobnego zeszytu zatytułowanego „Pinezki” Że niby nie „Szpilki”. W końcu „Szpilki” to był PRL, a my PRL-u nie lubimy, prawda? I ani im w głowie, że oni dziś, tym, co tu wyprawiają, nawet nie są w stanie niegdysiejszym „Szpilkom” podskoczyć do kostek.
Ponieważ jednak z „Gazetą Polską” mam kontakt ograniczony – nie z jakiś istotnych przyczyn, ot tak, trudno czytać wszystko co ważne – te „Pinezki” też nie sa moim wielkim problemem. Natomiast, jak niektórzy wiedzą, piszę co tydzień dla „Warszawskiej Gazety”, i sytuacja, w której mój tekst musi, w ten czy inny sposób, sąsiadować z czymś, przy czym nawet te „Pinezki” robią wrażenie czegoś nieistotnego, jest bardzo niewygodna. Powiem krótko o co chodzi. O ile – nie mam pewności, ale chyba tak właśnie tam było – w „Gazecie Polskiej” ten kącik patriotycznego humoru miał swoje własne miejsce i się za bardzo nie rozpychał, w „Warszawskiej Gazecie” żarty z Tuska i Komorowskiego i Sikorskiego i Niesiołowskiego wypełniają cały numer, poczynając od okładki, przez osobny dział zatytułowany naturalnie „Donek i Bronek”, a kończąc jako ilustracje do pojedynczych artykułów. Również niemal w całości – w odróżnieniu od „Gazety Polskiej”, którą przynajmniej stać było na zatrudnienie osobnego artysty-rysownika – są to nie rysunki, lecz fotomontaże, lub zdjęcia z „dymkami”. I co tam takiego się dzieje? Otóż widzimy na przykład Stefana Niesiołowskiego przerobionego na małpę i podpis: „Jestem politycznym małpoludem, ale dla Platformy intelektu cudem”. Obok stoi Donald Tusk, w różowych fatałaszkach z jakimś gównianym pekińczykiem na rękach i podpis: „Nie wiem, co dzieje się w Europie i na naszej planecie, bo jestem najgłupszą blondynką na świecie”. Zaglądamy na kolejną stronę, a tam Komorowski i podpis: „Donek, niech Ci się nie wydaje, że od prezydencji Prezydentem się staje. To ja mam żyrandola większego, więc mi nie podskakuj, partyjny kolego”. I tak dalej, zawsze w ten sam sposób, w tym samym stylu i na tym samym poziomie.
Najprościej byłoby teraz pewnie objaśnić wszystkim, dlaczego ten rodzaj żartu, w sytuacji w jakiej znalazła się Polska, jest dla nas – właśnie dla nas – kompromitujący, zwłaszcza że pewnie pojawią się tu głosy tłumaczące, że to jest tak zwany humor ludowy, że nie każdy musi być przecież intelektualistą, że przecież za okupacji też nikt nie silił się na jakieś mądrości, tylko śpiewało się o siekierze i motyce. Jednak nie będę tego robił, bo, w odróżnieniu od redaktorów „Gazety Polskiej” i „Warszawskiej Gazety” mam głębokie przekonanie, że czytelnicy tego bloga – a przy okazji wyborcy Prawa i Sprawiedliwości – mają na tyle choćby rozumu, żeby wiedzieć, jaka jest różnica między niemiecką okupacją, a dzisiejszą walką. Natomiast bardzo chciałbym się zastanowić, co sprawia, że tak potężne środowiska opiniotwórcze, jakimi są „Gazeta Polska” i „Warszawska Gazeta”, uważają nas za idiotów. Bo to, że za publikacją tego rodzaju humoru przez obie gazety musi stać ta właśnie myśl, nie ulega dla mnie wątpliwości. Wydaje się wręcz niemożliwe, by, czy to Tomasz Sakiewicz, czy Piotr Bachurski, próbowali nas rozśmieszyć w ten właśnie sposób w dobrej wierze. Po prostu nie widzę takiej możliwości, żeby którykolwiek z nich – nawet trudno mi jest uwierzyć, żeby ktokolwiek w ogóle – dowcip o tym (przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać), jak to Julia Pitera pyta przebranego za Czerwonego Kapturka Donalda Tuska: „Dlaczego, Czerwony Kapturku, masz takie wybałuszone gały”, a Tusk jej odpowiada: „Bo mnie w dzieciństwie wychowywały pedały”, uważał za ofertę dla ludzi godnych szacunku.
Można oczywiście na to pytanie odpowiedzieć prosto. Oni uważają, że wyborcy PiS-u – a może w ogóle wyborcy, jako masa – to banda idiotów. Oni być może są bardzo typowymi przedstawicielami swoich środowisk, które ludzi mijanych na ulicy od zawsze i niezmiennie traktowały jak hołotę, tyle że czasem bardziej wrażliwą na proste prawdy i kłamstwa i czasem mniej. To wyjaśnienie jednak muszę od razu odrzucić z paru powodów. Przede wszystkim, ja naprawdę spotkałem w swoim życiu ludzi, o których miałem zdanie jak najgorsze, natomiast ani przez moment nie przyszło mi do głowy, żeby oceniać ich w sposób aż tak podły. Wyobraźmy sobie, że ja bym uznał, że wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, to w dużej części ludzie tak prości i tak nieinteligentni, że, jeśli chcę się z nimi skomunikować, to muszę bardzo, ale to bardzo, zaniżyć poziom. Pierwsze więc co bym zrobił, to zacząłbym mówić do nich krótkimi, prostymi zdaniami. Starałbym się przekazywać swój komunikat w sposób bezpośredni i jednoznaczny. Oczywiście, z całą pewnością podparłbym się jakąś ilustracją. Jednak, choćbym niewiadomo jak niską miał o nich opinię, to nie zrezygnowałbym z tego, by jakiś, choćby najbardziej podstawowy komunikat, im jednak przekazać. Komunikat, a nie rymowankę o tym że gały – pedały. A więc, z pewnością musiałbym w tę pracę włożyć odrobinę – a może i całkiem dużo – wysiłku. W końcu, mówić prosto, to nie lada sztuka.
Ja nie wiem, jak wygląda praca intelektualna człowieka, którego pan Piotr Bachurski wynajął do tworzenia tych dowcipów, ale podejrzewam, że on jednak odstawia tu zwykłą fuchę. Otrzymuje polecenie, by zrobić parę obrazków na poziomie takim, by prosty człowiek ich sens łatwo zrozumiał i, zamiast siąść i pomyśleć, odstawia zwykłą parodię esemesów do „Szkła kontaktowego” a rebour. W dodatku, parodię na poziomie Niemieckiej Republiki Demokratycznej. A więc nawet jeśli założyć, że redakcje „Warszawskiej Gazety” i „Gazety Polskiej” uważają, że swoją ofertę kierują głównie do bałwanów bez cienia wrażliwości i smaku, to efekt jest i tak znacznie, ale to znacznie, przesadzony.
Jest jednak drugi trop, który chciałem tu przedstawić. Może być otóż tak, że ludzie, którzy ryzykują własne pieniądze, wydając obie gazety, wiedzą coś, czego ja nie wiem. Może oni otrzymują całą kupę listów od czytelników, z których wynika, że oni ten produkt kupują – bo w tym momencie możemy tu mówić już tylko o produkcie – tak naprawdę tylko dla tych obrazków. I że całe te redakcje nad stanem, w jakim znalazł się człowiek, ubolewają, a może wręcz płaczą, tyle że nie mają innego wyjścia, jak tylko się z nim pogodzić. A człowiek, który przygotowuje te zdjęcia i wpisuje swoje żarty w te dymki, jest równie zrezygnowany i pełen bólu, jak ci, którzy go do tej roboty wynajmują. Tyle że jeśli tak jest, to to kłamstwo jest już najstraszniejsze. Jeśli to co widzimy, to swego rodzaju spirala, gdzie dwa obłędy się wzajemnie nakręcają, i nie ma sposobu, by ten proces zatrzymać, to możemy się właściwie zacząć pakować. Więc tę opcję też odrzucam.
Ale oto przychodzi mi do głowy jeszcze jedna ewentualność. Otóż, może się okazać, że to ze mną jest coś nie w porządku. W końcu, mieliśmy tu kiedyś magazyn o nazwie „Karuzela” i ktoś go przecież czytał. Tego „Krokodiła”, o którym już było i tu i wcześniej, też ktoś swego czasu kupował i nim żył. Weźmy współczesne polskie komedie filmowe, czy kabarety. Przecież ich poziom zaledwie minimalnie przewyższa to, co nam pokazuje Tomasz Sakiewicz i Piotr Bachurski na łamach wydawanych przez siebie gazet. Popatrzmy na – też tu już wspomniane – „Szkło kontaktowe” i wysyłane tam esemesy. Przecież je wysyłają ludzie, którzy z całą pewnością są przynajmniej w stanie wpisać poprawnie numer odbiorcy. A zdania, które się pokazują na ekranie, też są najczęściej raczej zrozumiałe. A więc może to wszystko moja wina? Może zarówno Tomasz Sakiewicz, jak i Piotr Bachurski uważają, że ten rodzaj humoru, któremu poświęciłem dziś cały tekst, to zwykły, porządny humor na miarę czasów? I w tym co oni robią, nie ma ani pogardy, ani jakichkolwiek innych złych intencji? Może jest coś w tym, co mi powiedział mój kolega Michał Dembiński – a on powinien przecież to wiedzieć – wszystkie najlepsze seriale komediowe BBC, w tym „Latający Cyrk Monty Pytona”, były robione dla jakichś 10% społeczeństwa, podczas gdy reszta oglądała jakieś gówna? I może to jest fakt, z którym musimy się pogodzić? A skoro tak, to może jest i tak, że jeśli nagle pojawi się jakiś powszechnie znany komentator i powie, że to co ta „Warszawska Gazeta”, czy „Gazeta Polska” odstawiają na polu satyry politycznej, to wstyd i żenada, to wystarczyłoby, żeby zmienić te obrazki, i zamiast Sikorskiego dać Hofmana, a zamiast Komorowskiego Kaczyńskiego, i nagle by się okazało, że jest bardzo dobrze?
Cały czas patrzę na te obrazki i dumam, dumam i dumam. I tak naprawdę, jestem w tym samym miejscu, w którym byłem na początku. I nadal kompletnie nie wiem, co tu się dzieje. Obawiam się, że to moje ostatnie rozwiązanie jest prawdziwe, ale, kiedy sobie o tym pomyślę, to jeszcze bardziej się boję, że może prawdziwe jest to poprzednie, albo jeszcze wcześniejsze. A tego już bym zupełnie nie zniósł. I w tej sytuacji, żeby nas wszystkich jakoś pocieszyć, myślę, że powinienem opowiedzieć jeszcze pewną historię, co oczywiście przedłuży ten, i tak już okropnie długi, wpis do granic wytrzymałości, ale myślę, że warto.
Otóż, wspominałem tu już, że mam bardzo liczną rodzinę na Podlasiu, która w całości, jak idzie o politykę, popiera w pełni i bezwzględnie Polskę. I jest tak też, że oni wszyscy czytają ten blog. Otóż, ja zdaję sobie sprawę, że pewna część z nich, nie jest w stanie zrozumieć choćby i połowy z tego co tu jest napisane. Przede wszystkim dlatego – o tym już była mowa – że te zdania są za długie, że za dużo tu dygresji, i w ogóle wszystko tu jest, jak najbardziej złośliwie, strasznie niejednoznaczne. A mimo to, oni czytają ten blog bardzo uważnie i z pełnym zaangażowaniem. Popatrzmy na moją ciocię, o której tu już też wspominałem. Ona ma niemal 90 lat, nie ma żadnego poważnego wykształcenia, całe swoje życie przeżyła na swojej wsi i jedyne co dziś wie, to to, że „Donald Tusk patrzy jak złodziej”. Inna sprawa, że jej się pewnie Tusk myli wciąż z Komorowskim, który z kolei – przynajmniej jak idzie o nazwisko – myli jej się z Kaczyńskim. I ona też każe sobie czytać ten blog i robi wszystko, by z niego cokolwiek mieć dla siebie. I teraz jest tak, że ja – teraz już tak – jestem pewien, że gdybym, zamiast słów, które się tu pokazują niemal każdego dnia, zaczął tu publikować dowcipy o tym, że Tusk to pedał, a Niesiołowski to małpolud, im – a na pewno części z nich – by się też to bardzo podobało. Czemu więc tego nie robię? Z bardzo prostej przyczyny. Bo ja od samego początku, od pierwszego dnia, jak zacząłem prowadzić ten blog, byłem szczerze przekonany, że go prowadzę dla ludzi co najmniej tak mądrych i wybitnych jak ja. Co najmniej. I nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby prowadzić jakieś badania, które by mi pozwoliły zweryfikować tę moją socjologiczną jak cholera wiedzę. I tak jak jest, bardzo mi się podoba.
Na sam koniec, może mnie ktoś spytać, dlaczego tego tekstu – skoro jestem taki dzielny – nie opublikuję w swojej „Warszawskiej Gazecie”. Odpowiedź jest prosta. To jest zbyt wszystko skomplikowane, by zwracać się z tym do osób, których tak naprawdę w ogóle nie znam. Zwłaszcza, że kto chce, może mnie bardzo łatwo tu znaleźć, a jeśli mnie już znajdzie i uzna, że to co tu wyżej z siebie wydarłem, warte było uwagi, zechce też mnie i moją rodzinę wesprzeć pod podanym obok numerem konta. O co i tak wciąż wszystkich proszę.