Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piłka nożna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piłka nożna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Czy my przypadkiem nie jesteśmy idiotami?


Skoro przez kilka kolejne dni zajmowaliśmy się sprawami poważnymi, myślę, że nadszedł czas na chwilę zabawy, a skoro tak, to proponuję swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Powinno być dobrze.

      Przyznaję, że meczu piłkarskiego Polska – Izrael, nie oglądałem, a co gorsza, kiedy on się akurat toczył, ostatnią rzeczą, jaka mi chodziła po głowie, to był jego aktualny wynik. Czemu tak? Z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że ja bardzo lubię piłkę nożną, a w związku z tym nie mam przyjemności w oglądaniu meczów rozgrywanych przez drużyny trzeciorzędne, drugi natomiast związany był z faktem, że kiedy nasi chłopcy walczyli z Izraelem, to ja brałem udział w konsekracji pewnego kościoła i nawet gdybym chciał, to i tak bym o jakichkolwiek sportowych wydarzeniach nie pamiętał.
      Nie zmienia to jednak faktu, że zdarzyło mi się w miniony poniedziałek spędzić nieco czasu w Internecie, a tam życie się toczyło  jak zawsze. A przy tej okazji musiałem naturalnie zauważyć, jak to sam Internet przygotowywał się do wspomnianego meczu. I tu muszę uciec się do dygresji. Otóż gdy chodzi o bardzo popularnego na całym świecie Twittera, tam system sprowadza się do tego, że każdy użytkownik wybiera sobie pewną grupę użytkowników, z którą życzy sobie mieć kontakt i dalej porusza się już po ścieżkach, które sobie sam wybrał. Proszę sobie więc wyobrazić, że tam gdzie mój wzrok sięgał – a tu mam na myśli jednak lepszą część naszej sceny prawicowej – doszło do wydarzeń wręcz szokujących. Można było bowiem odnieść wrażenie, że podstawowa emocja, jaka się tam ujawniła, sprowadzała się do komentowania nadchodzącej wojny polsko-żydowskiej i to w sposób tak głupi i nie do zniesienia, że w pewnym momencie poczułem autentyczny wstyd, że to jest towarzystwo, które sam sobie wybrałem.
       W czym rzecz? Rzecz w tym, że ci wszyscy durnie stanęli wręcz na głowie, żeby przy okazji czegoś tak niepoważnego jak trzeciorzędny mecz piłkarski, dokumentnie zepsuć reputację, jaką z naprawdę wielkim trudem udało się Prawu i Sprawiedliwości, jako projektowi poważnemu, zdobyć w czasach naprawdę niełatwych. Jak słyszę, Polacy Izraelowi wlali  i to się oczywiście zdarza. Ktoś wygrywa, ktoś przegrywa. My natomiast dziś mamy już tylko jeden temat sprowadzający się z jednej strony do tego, że Pereira wystąpił w koszulce z liczbą 88, a tym samym oddał cześć Adolfowi Hitlerowi, a z drugiej, że Żydzi dostali od nas po nosie i co to będzie, gdy Polska teraz będzie musiała im wypłacić nie jakieś głupie 300 miliardów, ale dwa razy więcej.
      Pozostaje pytanie, skąd to wszystko się wzięło. Ktoś mógłby pomyśleć, że wszystko przez Pereirę i jakiś wpis PZPN-u na temat pogromu. Nieprawda. Moim zdaniem tego wszystkiego by nie było, gdyby nie kompletna histeria, nakręcona przez polską internetową prawicę w obliczu zbliżającego się meczu z Izraelem.
      Ja bym tylko miał na koniec jedną bardzo poważną uwagę. Otóż nie wierzę, by Samuel Pereira, przez wiele lat  gwiazda społecznościowych mediów, nie wiedział, z czym się kojarzą dwie ósemki.



Jak zawsze serdecznie wszystkich zachęcam do kupowania moich książek. Te które jeszcze są w ofercie można znaleźć w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Choćby klikając w okładki znajdujące się tuż obok.

       

poniedziałek, 2 lipca 2018

Nasi przegrywają, a Polska zwycięża


Z pewną taką nieśmiałością – ci co mają wiedzieć, wiedzą – z lekkim opóźnieniem, zapraszam do czytania swojego najnowszego felietonu z „Warszawskiej Gazety”. Nadzwyczaj optymistycznie.    


       Tak się składa, że spędzam czas nad polskim morzem, w przepięknej Kuźnicy na Półwyspie Helskim, i mimo, że kiedy piszę ten tekst, pogoda jest bylejaka, a więc jest dość zimno i od czasu do czasu pada deszcz, jestem zachwycony. Powiem wręcz, że po raz pierwszy w życiu uświadomiłem sobie, że jeśli komuś zależy, by dojrzeć prawdziwą urodę polskiego morza, planując wakacje, powinien szukać terminów, kiedy będzie zimno, wietrznie i deszczowo. No, może niekoniecznie bardzo deszczowo, ale i tak to jest czas najlepszy.
        Przede wszystkim oczywiście, tylko taka pogoda gwarantuje, że gdy zapragniemy powędrować plażą z Kuźnic do Chałup, czy ewentualnie do Jastarni, będziemy mogli to zrobić, nie ryzykując, że przyjdzie się nam potykać o obnażonych starców, i przez to stracimy to, co nad naszym morzem najcenniejsze. Jest jednak coś, co, w moim przekonaniu, zasługuje na szczególną uwagę. Otóż przyglądam się ludziom, których tu spotykam i muszę powiedzieć, że chyba nigdy dotąd tak mocno nie czułem, że jestem wśród swoich. I znów, nie chodzi mi o to, że oni wszyscy noszą koszulki z wizerunkami Żołnierzy Wyklętych, czy z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny”. Nic podobnego. Praktycznie jedyny przejaw polskiego patriotyzmu, z jakim mam tu do czynienia, to małe dzieci w biało-czerwonych koszulkach, bezskutecznie sławiące polską piłkę w Rosji. Poza tym, widzę zwyczajnych ludzi, dokładnie takich samych jak każdy z nas, z rodzinami, z mniejszymi lub większymi dziećmi, nawet jeśli nie robiących wrażenia szczególnie zamożnych, to z pewnością takich, którzy tu sobie jako tako radzą, podczas gdy powszechnie wiadomo, że ostatnio chyba nawet Włochy wypadają taniej.
       No więc, chodzi mi dziś o ten widok, który daje nadzieje, że jest dobrze i gorzej już nie będzie. Mam nadzieję, że wiemy, o co mi chodzi, jednak dla uściślenia powiem, że choć mija właśnie drugi dzień mojego tu pobytu, nie zdarzyło mi się spotkać jednej osoby, która byłaby oznaczona tak bardzo ostatnio popularnymi tatuażami. Daję słowo, że przez te dwa dni – a mimo brzydkiej pogody, na brak towarzystwa narzekać nie możemy, w dodatku byliśmy dziś w Helu, gdzie jednak ruch zawsze jest – widziałem tylko jednego wytatuowanego durnia. Cała reszta, to absolutnie zwykli, piękni Polacy, spędzający wraz ze swoimi rodzinami czas nad polskim morzem.
      I w tej sytuacji przypomina mi się pewien, już chyba sprzed roku tekst z „Newsweeka”, w którym niemieccy redaktorzy zasugerowali, że od czasu wprowadzenia programu 500+, na takim Półwysepie Helskim nie ma już sposobu, by nie wdepnąć w typową polską kupę. I to niekoniecznie na wydmach. Otóż nic z tego. Przez notoryczny brak wakacji nie wiem, jak było wtedy, ale jeśli idzie o ten rok, to, jak mówię – nic z tego. Zaświadczam uroczyście, że widzę to, czym kiedyś miała być tak zwana Europa, ale jej nie wyszło.

Zapraszam do kupowania moich książek. Najprościej będzie napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com, ale jeśli ktoś ma w głowie większe zamówienie, to zachęcam do korzystania z oferty naszego sklepu www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie, jeśli ktoś mieszka w Warszawie, do odwiedzenia sklepu Foto-Mag. 

niedziela, 24 czerwca 2018

Gdy Orwell myli się z festiwalem w Opolu


Za chwilę wsiadam z żoną w pendolino i jedziemy na pięć dni nad morze. Że ma być zimno i deszcz? Nic nie szkodzi. Ludzie dorośli radzą sobie w każdych okolicznościach. Ponieważ zabieram ze sobą sprzęt, jest szansa, że parę razy coś napiszę, no ale, jak to mówią, się zobaczy.  Dziś, obiecany parę dni temu tekst o piłce nożnej, który oryginalnie ukazał się w najnowszym wydaniu „Warszawskiej Gazety”. Powinno być dobrze.



Mam kolegę, który od lat kibicuje przeciwko polskiej drużynie piłkarskiej. Jak sięgam pamięcią, a owa pamięć wraca do wczesnych lat 70-tych, mój kumpel marzy tylko o tym, by polscy piłkarze dostali w skórę od kogokolwiek, Niemców, Ruskich, czy nawet jakiegoś Senegalu. Czemu on zdecydował się na tego rodzaju podejście do sprawy, było nie było, narodowej? Otóż, z tego co rozumiem, jego problem polega na tym, że on bardzo żle znosi sytuację, gdy reżimowa propaganda wykorzystuje nasz prosty patriotyzm do tego, by w ten sposób karmić swoją podłość i występność. Tak było w dawnych latach PRL-u i tak, z jego punktu widzenia, sprawy się mają dziś. I w związku z tym, nie marzy on o niczym innym, by „Polskie Orły” nie wyszły  z grupy i w ten sposób będzie on mógł wreszcie zobaczyć na twarzy red. Holeckiej ów krzywy uśmiech refleksji.
Kiedy piszę ten tekst, wiemy już wszyscy, że polscy piłkarze, po bardzo złym występie, przegrali z drużyną Senegalu i, jak się domyślam, mój wspaniały kolega odczuwa wielką satysfakcję, natomiast ja zasypiam bardzo, ale to bardzo zmartwiony. Rozumiem oczywiście jego emocje, rozumiem jego moralny odruch protestu przeciw tej strasznej, tak strasznie perfidnej propagandzie, jednak dla mnie sukces polskiej druzyny to sukces Polski, a ja o niczym innym nie marzę, jak właśnie o sukcesie Polski. Dlatego martwię się dzisiejszą postawą polskich piłkarzy i liczę na ich dobry występ w kolejnych dwóch spotkaniach, i tu nagle przychodzi mi do głowy pewna refleksja, którą bardzo bym się chciał podzielić.
Otóż, jak podają niektóre media, znana nam skądinąd Krystyna Janda wygłosiła jak najbardziej publicznie i jednoznacznie opinię, że dla dobra nas wszystkich byłoby bardzo dobrze, gdyby polsska reprezentacja piłkarska poniosła na mistrzostwach w Rosji jednoznaczną i możliwie ciężką porażkę. Dlaczego? A to dlatego, że Jandzie bardzo nie podoba się obecny rząd i ona uważa, że dopóki władzy w Polsce nie obejmą ci, których ona popiera, Polska równie dobrze może zdechnąć.
Jednocześnie, jak słyszę, w tak zwanej „Little League” w Ameryce, rozpoczynający wielką sportową karierę dzieci, przed jednym z kolejnych meczów, podczas odgrywania hymnu, zamiast, jak nakazuje zwyczaj, stanąć na baczność, przykęknęły i odwróciły się plecami do amerykańskiej flagi. To były dzieci zaledwie ośmioletnie, a więc, jak się można domyślać, owa demonstracja nie była ich pomysłem, ale ich rodziców, czy trenerów, którzy pozostają bardzo rozaczarowni tym, że prezydentem Stanów Zjednoczonych został Donald Trump. I to jest, moim zdaniem, znak czasów taki sam, jak gest aktorki Jandy.
W książce Orwella „Rok 1984”, Winston w pewnym momencie wyraża pragnienie, by otaczający go świat dostąpił kompletnego moralnego upadku i wtedy wszystko będzie można zacząć od początku. Wygląda na to, że ci durnie, nawet jeśli czytali Orwella, to nie zrozumieli z niego ani słowa.

Jak zawsze, zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Są tu dwie drogi. Przede wszystkim można zajrzeć do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i tam się obkupić, ewentualnie napisać do mnie na mailowy adres k.osiejuk@gmail.com i powiedzieć, czego dusza pragnie. Bardzo polecam. No i coś, o czym regularnie zapominam. Jeśli ktoś mieszka w Warszawie, to w sklepie Foto-Mag jest również bardzo szeroki wybór naszych książek. Nie wiem, gdzie to jest, ale jak kto chce, to znajdzie.


środa, 20 czerwca 2018

Piłka, piłeczka, a na końcu my


      Właściwy tekst o piłce nożnej pojawi się tu dopiero w trakcie weekendu, dziś natomiast chciałbym przedstawić wspomnienie, które nas do własciwej refleksji powinno właściwie wprowadzić. Jednak zanim do tego dojdzie,  jedna bardzo ważna refleksja. Otóż wczoraj Polska przegrała z Senegalem w kompromitujący sposób, a ja, z jednej strony ową porażkę przeżywam, zastanawiając się dlaczego oni poprzedniej nocy najwyraźniej nie zmrużyli oka, jednoczesnie oczywiście bardzo im życząc, by jak najszybciej się pozbierali, wpieprzyli Kolumbii i Japonii i awansowali do ćwierćfinałów, z drugiej natomiast, myślę o tym, jak bardzo reżim – którykolwiek zresztą reżim – staje na głowie, by nasz tak szczery i serdeczny patriotyzm przetransformować w taki sposób, by każde zwycięstwo polskich sportowców choćby najbardziej podłe zachowania rządzących. Jak mówię, główny tekst na ten temat ukaże się tu najprawdopodobniej w sobotę, jeszcze przed meczem z Kolumbią, dziś natomiast przedstawiam notkę – zaledwie nieco przeredagowaną –  wcale nie tak dawną, bo zaledwie z 2014 roku, gdy my wciąż tkwiliśmy w śmiertelnym uścisku Ewy Kopacz, a piłka królowała jak zawsze. Zachęcam do refleksji.

      Siadając do pisania dzisiejszej notki, jestem w sytuacji bardzo niezgrabnej. A wszystko zaczęło się częściowo od tego, że nędza jaka nas ostatnio dopadła, mocno mnie przybiła w sensie intelektualnym, a więc i w twórczym, a trochę też od tego, że mimo weekendu, a w tym świętego dnia, który nam Dobry Bóg kazał święcić, zdecydowałem się wziąć za różnego rodzaju prace zarobkowe i to mi zjadło znaczną część soboty i niedzieli, no i nawet nie miałem chwili, by siąść i podzielić się jakimiś mniej lub bardziej interesującymi refleksjami. W dodatku jeszcze przyjechał do Katowic z dawna zapowiadaną wizytą pewien mój dawno nie widziany kumpel, co jak wiadomo z przyczyn zasadniczych załatwia cały boży wieczór, i pewnie bym tak bardzo nie narzekał, gdyby nie fakt, że zamiast normalnie, tak jak to zwykle bywa, udać się do knajpy i spędzić w niej miło czas jedząc, pijąc i gawędząc o tym, że świat się kończy i to tym razem już chyba na pewno i na dobre, kumpel pierwsze co zrobił, to zapytał, gdzie tu mają telewizor, bo jest mecz i tego przegapić nie można.
      Dlaczego już na samym początku tej notki zaznaczyłem, że mam z tym dzisiejszym tekstem kłopot? Otóż przeczytałem właśnie tekst o tym, że oto nastał czas, byśmy wszyscy, choćbyśmy dotychczas nie znali różnicy między spalonym a hat-trickiem zechcieli się emocjonować meczem Polska- Niemcy, odbywającym się oczywiście na Stadionie Narodowym i naszych kupionych na raty plazmach. I pewnie ja bym już o tym nie pisał, zostawiając to tym wszystkim, którzy się w to oszustwo zaangażowali, jednak ponieważ mam wrażenie, że są rzeczy, które pozwinny zostać powiedziane, a ja je w głowie wciąż mam, i wierzę, że one są warte uwagi, spróbuję się w tę dyskusję wbić na swój sposób.
      Najpierw może powiem, dlaczego polska piłka nożna mnie od wielu, wielu lat nie zajmuje, a polska siatkówka na przykład już tak. Otóż chodzi o to, że nasi tak zwani kiedyś „chłopcy”, są dziś tak beznadziejni, jako projekt, idea i wreszcie jako drużyna, że tu w ogóle nie ma o czym mówić. Tak jak to już parokrotnie tu i ówdzie zostało powiedziane, nie da się bowiem stworzyć drużyny z grupy kompletnie obcych sobie piłkarzy, z których każdy swoje życie sportowca, karierę i powodzenie wiąże z czymś, co jeśli słowo „Polska” w ogóle bierze pod uwagę, to wyłącznie na zasadzie wspomnień z dzieciństwa. Słyszymy przecież tu i ówdzie, że każdy z nich jest tak zaaferowany swoim obecnym życiem, lub karierą, czy to gdzieś w Rosji, Anglii, Holandii, czy Niemczech, że kiedy przyjeżdża na zgrupowanie kadry, jeśli zdejmuje z uszu słuchawki, to wyłącznie podczas treningów, a jeśli się do któregoś z kolegów odzywa, to wyłącznie po to, by wrzasnąć: „Zostaw!”, „Do mnie!”, albo „Strzelaj!”. A zatem, faktem jest, że Polska dziś nie ma piłkarskiej drużyny i nic nie wskazuje, by ją miała w najbliższym czasie mieć. A zatem, ja nie widzę też powodu, by polskiej piłce poświęcać swoje emocje. Owszem, bardzo kibicuję Lewandowskiemu, by został najlepszym piłkarzem Bundesligi, Szczęsnemu, by Anglicy uznali go za najlepszego bramkarza Premier League i żeby go na przykład kupił Liverppol, i bardzo się też cieszę, kiedy słyszę, że piłkarz Milik jest podporą Ajaxu Amsterdam, natomiast, kiedy słyszę, że Polacy mają grać z Niemcami, czy Szkocją i bardzo liczą na to, że jakimś cudem po tych meczach awansują z 75 miejsca na 74, i z tej okazji premier Kopacz przyjmie ich u siebie w kancelarii, to, przepraszam bardzo, ale co mnie ta ich zabawa obchodzi? Dokładnie tyle samo, co wiadomość, że zespół Kombi ma podobno szansę na karierę w Ameryce.
       No i wczoraj, zupełnie nieoczekiwanie, wbrew moim najgłębszym pragnieniom i nadziejom, udałem się do pubu „Spencer” w Katowicach, gdzie w towarzystwie bandy w większości już częściowo nawalonych kibiców i przy akompaniamencie nieustającego wrzasku, który uniemożliwiał choćby najbardziej podstawową rozmowę, zostałem zmuszony do oglądania tej żenady, a więc z jednej strony Niemców, którzy najwidoczniej w głębokim przekonaniu, że z palcem w nosie wlepią Polsce 10-0, grali tak głupio i chaotycznie, że już niemal od dziesiątej minuty widać było, że jeśli oni strzelą gola, to wyłącznie samobójczego, a z drugiej Polaków, którzy prawdopodobnie niesieni owym ogłuszającym gwizdem zebranych na Stadionie Narodowym i nieprzytomnych w tym swoim szaleństwie kibiców, jedyne co potrafili przez cały mecz zrobić, to wyprowadzić te dwie kontry i bezczelnemu szwabstwu pokazać, dokąd prowadzi głupia pewność siebie.
       Siedziałem więc przez te dwie godziny w owym „Spencerze”, udając, że jestem bardzo podekscytowany tym co się dzieje i z każdą kolejna minutą ogarniał mnie coraz większy smutek. I to wcale nie dlatego, że Niemcy nie potrafili Polsce strzelić gola, czy dziesięć – co akurat miałoby w sobie przynajmniej tyle dobrego, że może byśmy wreszcie zobaczyli, że naród, który systematycznie, planowo i z gorejącym sercem, rezygnuje z poczucia dumy, nie zasługuje na nic lepszego, niż upokorzenie ze strony wrogów – ale ze względu na reakcję zgromadzonych polskich piłkarskich patriotów. I tu znów, nie chodzi o to, że oni przez ponad dwie godziny bez sensu darli mordy i cieszyli się z tego, że Niemcy nie potrafią Polsce strzelić bramki, ale że kiedy te trzy strzały przez cały mecz dały nam zwycięstwo, jeden z nich wrzasnął: „Mamy nową panią premier i proszę! Ale z nazwiskiem Kopacz musimy wygrywać!” I cała reszta zaczęła bić brawo. To nie jest zart. Tak było.
      I to jest dziś moja jedyna refleksja. Oto stan, w jakim się znaleźliśmy: z jednej strony świadomość, że jesteśmy w sposób oczywisty nie dość że do dupy, to wręcz najgorsi, a z drugiej od czasu do czasu udaje nam się pokazać, że ta nasza dupowatość potrafi czynić niespodzianki i to nas bardzo, ale to bardzo satysfakcjonuje.
       Przepraszam bardzo, ale skoro Niemcy nie dali rady, to ja bardzo proszę, żeby nam tę tępotę z głowy wybili Szkoci, którzy nas już za chwile wezmą w obroty. Może być nawet 0-5.

Zapraszam jak zawsze do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania książek najlepszych. W tym, oczywiście, moich.


wtorek, 20 marca 2018

O tym jak Żydzi chcą wprowadzić w Polsce stan wyjątkowy

      Ja oczywiście mam świadomość, że, przynajmniej z punktu widzenia niektórych z nas, komentowanie notek blogera Fedorowicza nie przysparza mi chwały, jednak muszę przyznać, że wobec dziś już dla mnie niemal jednoznacznych zadań, jakie on tu realizuje, a które są najwidoczniej mocno lekceważone, stoję bezradny i uważam, że powinienem znów zabrać głos. Otóż ów Fedorowicz, tak jak to zresztą robi niemal dzień w dzień od wielu już miesięcy, postanowił na portalu Szkoła Nawigatorów ponownie zaatakować rząd Prawa i Sprawiedliwości wyłącznie w oparciu o zwykłe pomówienia i plotki i jak najbardziej pod pozorem ultra patriotycznych motywacji. Ponownie też atak został poprowadzony w sposób całkowicie anonimowy, w tym sensie, że Fedorowicz bardzo starannie chroni swoje polityczne wybory i to jest, moim zdaniem, coś zupełnie skandalicznego. Gdyby bowiem tam postanowił nagle pisać Tomasz Lis, czy Jacek Żakowski, sprawa byłaby zupełnie czytelna i pewnie nawet nie można by było do któregokolwiek z nich kierować większych pretensji, gdyby oni, widząc, że ich głos nie jest tu odpowiednio słuchany, wzorem Bosona trollowali swoje notki ciągłymi komentarzami off topic. Z Fedorowiczem jest jednak tak, że jedyne co o nim wiemy, to to, że on nienawidzi PiS-u, życzy mu wszystkiego najgorszego, natomiast, czy to jest jakiś korwinista, czy ktoś od Kukiza, czy któryś z najbardziej zradykalizowanych działaczy ONR-u, lub wreszcie kumpel samego Leszka Bubla – tego nam powiedzieć nie chce. Co więc pozostaje? Wyłącznie zimna i bezczelnie oszukana propaganda.
      Zajrzałem wczoraj na jego blog, zainteresowawszy się tytułem infomującym, że polskie władze planują zbojkotowanie mistrzostw świata w piłce nożnej w Moskwie, i co wynika z samego tekstu, jeśli pomijemy mocno emocjonalny komentarz z wciąż pojawiającym się okrzykiem „prowokacja”? To mianowicie, że szef BBN-u Paweł Soloch, w odpowiedzi na pojawiające się tu i tam propozycje zorganizowania powszechnego bojkotu rosyjskich mistrzostw, odpowiedział, że „taką możliwość można rozpatrzyć”, no i że, znów w odpowiedzi na pytanie dziennikarza, szef Kancelarii Premiera, Michał Dworczyk, odpowiedział, że on osobiście uważa, że bojkot mistrzostw nie jest najlepszym pomysłem, a jeśli już, to „w przypadku uzyskania konsensusu”, można by było się zastanowić nad zorganizowaniem imprezy w innym miejscu.
     Popatrzmy więc teraz na komentarz Fedorowicza. Otóż on wie, jakie plany ma polski rząd, nawołując rzekomo do bojkotu mistrzostw. Otóż chodzi o to, by najpierw wycofać naszą reprezentację z udziału w rosyjskiej imprezie i tym samym wywołać w kraju „demonstracje czy rozruchy”, które następnie przy pomocy policyjnych prowokatorów przedstawi się, jako działania antysemickie, użyje siły do ich stłumienia, po czym minister Brudziński wprowadzi stan wyjątkowy i pod jego osłoną, polskie władze będą wreszcie mogły grzecznie spełnić wszelkie żydowskie – bo tak naprawdę to Żydzi są sprężyna, która stoi na początku tego planu – działania. Daje słowo, że ja nic nie zmyślam. To jest dokładnie treść politycznej analizy przedstawionej wczoraj przez blogera Ewerysta Fedorowicza, a ja się już tylko zastanawiam, czy nie jest tak, że z tego Fedorowicza prowokator, jak z koziej dupy trąba, a my mamy do czynienia zaledwie z jednym z tych wariatów, których wokół kręci się całkiem niemało, a którym naprawdę jest wszystko jedno poza tym, że trzeba bić Żyda. Jeśli jednak tak to jest, to tym bardziej mi wstyd, że w ogóle postanowiłem się za sprawę dziś wziąć.
     Kończmy więc już z tym dziwnym człowiekiem, którego rola tu, mam nadzieję, zostanie w końcu rozpoznana i Administracja podejmie wobec niego odpowiednie kroki, i popatrzmy na sytuację, z jaką mamy do czynienia dziś wokół Rosji właśnie, bo niezależnie od tego, jak widzimy, problem jest. Otóż, jak wiemy, najprawdopodobniej na polecenie Putina rosyjskie służby wwiozły na teren Wielkiej Brytanii broń chemiczną – co, jak się zdaje, stanowi pierwszy po wojnie udokumentowany przypadek tego typu działania – i użyły jej do próby zamordowania obywatela będącego pod brytyjską ochroną. W tej sytuacji wywołana została dyskusja, w jaki sposób można by było się zachować tak, by Rosja naprawdę poczuła, że nie jest łatwo, i wśród wielu różnych propozycji pojawiła się propozycja, że gdyby udało się uzyskać odpowiednio szerokie porozumienie co do zbojkotowania mistrzostw i przeniesienia ich organizacji na przyszły rok do innego kraju, to może warto się w to zaangażować. Kiedy dziennikarze zapytali polskich ministrów o zdanie na ten temat, ci zareagowali w sposób jedynie możliwy, czyli obiecując, że Polska, jeśli tylko uzyskany zostanie konsensus, jest gotowa działać solidarnie z resztą. I wydaje się,  że każdy w miarę przytomny obserwator wie doskonale, że gdyby faktycznie udało się doprowadzić do tego, że tego lata do Moskwy nie poleci ani Anglia, ani Niemcy, ani Francja, ani Hiszpania, ani Szwecja, ani Belgia, czy Dania, najgorsze co moglibyśmy zrobić, to wysłać nasze Orły, by te się tam tłukły z Maroko, Koreą, Tunezją, no i naturalnie Rosją. To byłby dramat zupełnie niewyobrażalny.
      Podkreślam: ja mówię o sytuacji zaledwie hipotetycznej, praktycznie niemożliwej do zrealizowania. Może kiedyś to nastąpi, jednak obawiam się, że dziś jeszcze świat nie jest w najmniejszym stopniu gotowy do tego rodzaju gestu, a zatem, nie ma o czym gadać i to koniec już tej ponurej historii. Pozostają jeszcze ci, którzy nie przepuszczą żadnej okazji, by próbować podejść do nas czy to z tej, czy też z innej strony, choćby i więc oskarżając władze, że pod pozorem obrony jakiegoś ruskiego szpiega, który dostał za swoje, chcą wyprzedać Żydom narodowy majątek.
      Jak mówię, ja nie wiem, kim oni dokładnie są, kto ich przysłał i po co konkretnie, natomiast z całą pewnością widziałem ich już w ciągu tych niemal już 30 lat parokrotnie i mimo pewnych często dość radylalnych różnic, jest coś co ich łączy. Oni zawsze mają czapki mocno naciągnięte na oczy i kiedy do nas mówią, to przysłaniają usta mówią przez, czegoś, cholera, zaciśnięte zęby.


Zapraszam wszystkich do kontaktu pod adresem toyah@toyah.pl i zamawiania w ten sposób moich książek. Jednocześnie informuję, że dosłownie wszystko, co każdemu z nas może być przydatne, jest dostępne w naszej księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl.  

piątek, 27 lutego 2015

Dlaczego nie jesteśmy Bohdanem Tomaszewskim?

Jeśli ktoś ten blog czyta w miarę regularnie, wie, że od czasu do czasu pojawia się tu temat sportu i że ja mam do niego stosunek bardzo emocjonalny. I wcale nie chodzi o to, że jestem kibicem którejś z piłkarskich drużyn, czy uważam się za specjalistę w skokach narciarskich, czy w tenisie. Nie chodzi nawet o to, że moje życie w zauważalnym stopniu wokół sportu się kręci. Nic podobnego. Moje zainteresowanie sportem sprowadza się zaledwie – ale może i aż – do bardzo intensywnego przeżywania tego, czym jest tak zwany wyczyn. W związku z tym, jeśli ktoś się spodziewa, że ja się nagle zacznę angażować czy to w spory między kibicami, czy choćby w pojedynki eksperckie dotyczące poszczególnych wydarzeń, może natychmiast przełączyć przysłowiowy kanał. Tu nikt nie ma na co liczyć. To co mnie pasjonuje w sporcie, i powiem szczerze, że stanowi dla mnie niemal największą zagadkę, to jest fakt, że wielu wybitnych kibiców i komentatorów sportowych wydaje się nie zauważać, jak to wspomniany wcześniej wyczyn roztacza przed nami krajobraz, który dla większości z nas jest i fizycznie i intelektualnie wręcz nie do pojęcia. Powtórzę tu coś, o czym wspominałem już jakiś czas temu, ale jak to jest możliwe, że normalny człowiek skacze w dal 9 metrów? Jak to możliwe, że drużyna, która w zeszłym sezonie zdobyła tytuł mistrza kraju, po stracie jednego zawodnika nie jest w stanie wygrać żadnego meczu? Jak to jest wreszcie możliwe, że piłkarz, którego całe życie jest skoncentrowane na dążeniu do tego, by być najlepszym na świecie, nagle nie potrafi strzelić z jedenastu metrów w światło bramki? To są, dla mnie, a więc tak naprawdę kompletnego dyletanta, pytania nie mniej fascynujące, jak te, które zaprzątają ostatnio naszą uwagę, a więc, jak to się dzieje, że w niedawnych wyborach w Katowicach większość wyborców zdecydowała się głosować na jakiegoś Krupę, a nie na Sośnierza, który od Krupy był w sposób oczywisty, obiektywny i bez porównania lepszy?
Dziś dowiedzieliśmy się, że zmarł Bohdan Tomaszewski, człowiek, który dla mnie, zupełnie niezależnie od wszystkiego innego, w tym środowisku od zawsze był dla mnie kimś, kto sport autentycznie kochał i doskonale czuł jego niezwykłą zupełnie naturę. Zmarł ten nasz Tomaszewski, a ja sobie pomyślałem, że skoro tak, to ja opowiem coś, co gdy idzie o wrażenia sportowe przeżyłem ledwo co wczoraj wieczorem.
Oto ze względu na autentyczną pasję mojej starszej córki, oglądaliśmy mecz między Liverpoolem i turecką drużyną o nazwie Besiktas Stambuł, który „nasi” przegrali. Nie będę tu opisywał całego kontekstu meczu, a tym bardziej jego przebiegu, rzecz jednak w tym, że Liverpool spotkanie przegrał w tak zwanych karnych, a tym, który decydującego karnego nie strzelił był piłkarz nazwiskiem Lovren. I tu bym chciał wrócić do tego, o czym pisałem wcześniej. Bramka ma szerokość ponad siedem metrów i wysokość niemal 2,5 metra, przed nią w odległości 11 metrów stoi człowiek, którego nie dość, że całe życie obraca się wokół kopania piłki, to jeszcze, tak się składa, jest jednym z czołowych piłkarzy na świecie, i w decydującym momencie on nie dość, że nie potrafi kopnąć piłki na tyle mocno i sprytnie, by zdobyć gola, to jeszcze nawet nie jest w stanie skierować jej w światło bramki. W tej sytuacji, ja się już tylko zastanawiam, z jak strasznymi napięciami mamy tu do czynienia i to niekoniecznie związanymi z tą jedną chwilą, ale i z całą psychiczną konstrukcją zawodnika i z innymi uwarunkowaniami, o których my tutaj nawet nie mamy pojęcia, że on w tym jednym momencie zachowuje się, jak amator. Powtórzę to bardzo chętnie: dla mnie kwestia ta jest prawdziwie fascynująca.
Ale to co mnie być może fascynuje jeszcze bardziej, to fakt, że autentyczni kibice sportowi, ludzie, wydawało by się, nie dość, że znacznie bardziej ode mnie zaangażowani w te pojedynki, to jeszcze bez porównania bardziej ode mnie fachowi, ni stąd ni z owąd zaczynają się zachowywać, jak nie przymierzając moja ciocia ze wsi, której gdyby pokazać, jak Lovren nie trafia do bramki, zawołałaby: „Co za patałach! Nawet ja bym tę piłkę kopnęła jak trzeba”.
Tu w Salonie24 mamy blogera Karlina, który przedstawia się nam, jako miłośnik sportu, ze szczególnym uwzględnieniem tenisa, a który znaczną część swoich refleksji poświęca na pouczanie czy to Agnieszki Radwańskiej, czy Jerzego Janowicza, co oni powinni robić, żeby osiągać lepsze wyniki. Radwańska i Janowicz należą do najlepszych tenisistów na świecie, ich trenerzy należą do najlepszych trenerów na świecie, do najlepszych na świecie, jak podpowiada czysta logika, zapewne należą ich fizjoterapeuci i psychologowie. Jeśli wszystko się układa pomyślnie, mówimy, że cały ten układ zadziałał, kiedy natomiast coś nie wyjdzie – a nie wyjść może z setek różnych przyczyn – mówimy, że trzeba było to, tamto albo ewentualnie jeszcze coś innego zrobić inaczej. I przyznam szczerze, że ja wobec tego typu zachowań jestem bezradny. A skąd my do ciężkiej cholery możemy wiedzieć, co trzeba było zrobić, skoro nie wiedzieli tego nawet oni? Skąd my tak naprawdę możemy wiedzieć cokolwiek, gdy gra się toczy na poziomie, który dla nas jest zwyczajnie niedostępny?
Wczoraj oglądaliśmy ten mecz Liverpoolu z Turkami i przyszedł moment, kiedy wiadomo było, że o wszystkim rozstrzygną rzuty karne. Pamiętam, że jeszcze kiedy byłem dzieckiem, ktoś mi powiedział, że kiedy jest rzut karny, bramkarz nie ma żadnych szans i ja te naukę pamiętam do dziś, również wtedy, gdy oglądam mecz między dwiema największymi drużynami na świecie i każdy kolejny zawodnik podchodzący do piłki pudłuje. I wtedy zawsze wpadam w ten mój szczególny sportowy nastrój i zaczynam się zastanawiać, co się musi dziać w głowie takiego Messiego, Gerrarda, czy Lewandowskiego, kiedy oni nagle muszą spudłować.
Nie wiem, ilu z nas interesuje się piłką nożną na tyle, by wiedzieć tego typu rzeczy, ale zanim rozpocznie się strzelanie karnych, obie drużyny przez jakieś pięć, czy więcej minut naradzają się co do tego, kto, w jakiej kolejności i jak, będzie te karne strzelał. A ja się zastanawiam, czemu do jasnej cholery, oni nie mogą normalnie stanąć jeden za drugim przed bramką i pakować piłkę tu, tam, albo jeszcze gdzie indziej. Wedle uznania. Sam przecież widziałem, jak niektórzy z nich z trybun stadionu potrafią trafić piłką do ustawionego na boisku kosza. A jednak, gdy przychodzi ten moment, okazuje się, że to jest zwyczajnie za trudne. Mimo że oni się do tego szykowali przez całe pięć minut.
Wczoraj zawodnik Liverpoolu Lovren w decydującym momencie spudłował. Kopnięta przez niego piłka poleciała parę metrów nad bramką i ja mam wrażenie, że świetnie wiem, co się stało, i tę wiedzę przeżywam niezwykle mocno. To czego jednak nie rozumiem, to to, dlaczego tego nie wiedzą ludzie, którzy się nam przedstawiają, jako fani sportu, kibice piłkarscy, specjaliści i pasjonaci, i to do tego stopnia, że to oni dziś zapełniają najróżniejsze fora dyskusyjne obrzucając tego idiotę Lovrena najgorszymi wyzwiskami, a razem z nim, drugiego idiotę, trenera Liverpoolu, i tych durniów, jego kolegów, którzy zgodzili się, by to on decydował o wszystkim w sytuacji tak dramatycznej? I krzyczą: „Czemu nie strzelał Sterling?” I ani im do głowy nie przyjdzie, że Sterling być może nie strzelał, bo się bał i prosił, by go tym razem z tego obowiązku zwolnić. I znów pojawia się pytanie: dlaczego nie wiedzą tego oni, a wiem ja?
Moja córka, jak już wspomniałem, kibic FC Liverpool, martwi się tym Lovrenem, że czemu akurat on i że oni teraz go będą jeszcze bardziej nienawidzić, wciąż siedzi na internetowej stronie polskich fanów Liverpoolu, gdzie jak się domyślam gromadzą się ludzie, dla których sport jest dokładnie taką samą fascynacją, jak dla nas polityka, media, społeczeństwo, religia i co tam jeszcze, ludzie, którzy na sporcie znają się, jak mało kto, co więcej, ludzie, którzy są zagorzałymi kibicami Liverpoolu, czyta te wszystkie komentarze i w pewnym momencie, widząc, jak któryś z tych specjalistów zaczyna wymyślać Lovrenowi od durniów, którzy nie są w stanie trafić piłką do bramki, zwróciła mu uwagę na to, że parę dni temu karnego nie strzelił sam Messi. I na to natychmiast otrzymuje odpowiedź: „Jak śmiesz porównywać Lovrena do Messiego?”, a niemal w tym samym momencie kolejny jej odpisuje: „Gdyby w firmie, gdzie jestem kierownikiem, ktoś tak zawalił, to bym go tak opieprzył, że by się posrał”.
Mam dobrą wiadomość dla tych czytelników, którzy nie rozumieją, czemu ja się postanowiłem dziś zająć czymś tak błahym, jak piłka nożna, a dotrwali do tego momentu. Otóż my jak zawsze staramy się maksymalnie poszerzać pole rozmowy. I tu akurat ja mam wrażenie, że w tym wypadku, jak na dłoni, mamy pokaz tego, co nas dręczy już nie tylko w sporcie, ale w ogóle w życiu. Otóż z każdej strony jesteśmy odtoczeni przez ludzi gnuśnych, leniwych i tak naprawdę podłych. I przepraszam bardzo, ale to nieszczęście wymyka się wszelkim, tak przez nas ulubionym, podziałom. Tu się świetnie poczuć może każdy z nas. Nawet bloger Karlin. On tak jak my będzie głosował na Dudę. Podobnie jak tamten nieznajomy, który się oburzył na moje dziecko, że ono ma czelność porównywać Lovrena do Messiego. No i jak wielu z tych, co uważają, że ja tu się nagle zacząłem emocjonować nie swoimi sprawami, bo albo ktoś mnie wczoraj zdenerwował, albo umarł Bohdan Tomaszewski, a ja postanowiłem, że to jest okazja, by napisać coś o sporcie.

Zapraszam wszystkich na stronę www.coryllus.pl, gdzie sprzedajemy nasze książki, w tym moją najnowszą kolekcję felietonów z tego bloga pod tytułem „Palimy licho…”. Szczerze zachęcam.

poniedziałek, 13 października 2014

Czego Kacprzak bał się powiedzieć, a dla mnie to pikuś

Siadając do pisania dzisiejszej notki, jestem w sytuacji bardzo niezgrabnej. A wszystko zaczęło się częściowo od tego, że nędza jaka nas ostatnio dopadła, mocno mnie przybiła w sensie intelektualnym, a więc i w twórczym, a trochę też od tego, że mimo weekendu, a w tym świętego dnia, który nam Dobry Bóg kazał święcić, zdecydowałem się wziąć za różnego rodzaju prace zarobkowe i to mi zjadło znaczną część soboty i niedzieli, no i nawet nie miałem chwili, by siąść i podzielić się jakimiś mniej lub bardziej interesującymi refleksjami. W dodatku jeszcze przyjechał do Katowic z dawna zapowiadaną wizytą pewien mój dawno nie widziany kumpel, co jak wiadomo z przyczyn zasadniczych załatwia cały boży wieczór, i pewnie bym tak bardzo nie narzekał, gdyby nie fakt, że zamiast normalnie, tak jak to zwykle bywa, udać się do knajpy i spędzić w niej miło czas jedząc, pijąc i gawędząc o tym, że świat się kończy i to tym razem już chyba na pewno i na dobre, kumpel pierwsze co zrobił, to zapytał, gdzie tu mają telewizor, bo jest mecz i tego przegapić nie można.
Dlaczego już na samym początku tej notki zaznaczyłem, że mam z tym dzisiejszym tekstem kłopot? Otóż mam go z tego powodu, że dokładnie to, co sam planowałem po tych dwóch dniach przerwy napisać – na szczęście nie jak napisać, ale zaledwie co – napisał bloger Marcin Kacprzak, a Administracja wrzuciła mu ten tekst na sam czubek pudła. Tekst o czym? O tym, że Marcin od kilku lat polską piłką nożną interesuje się w stopniu w najlepszym wypadku umiarkowanym, a wczoraj został zmuszony do tego, by z bandą idiotów emocjonować się meczem Polska – Niemcy, odbywającym się oczywiście na Stadionie Narodowym i naszych z trudem zdobytych plazmach.
I pewnie więc, ja bym już o tym nie pisał, zostawiając wszystko Kacprzakowi, ale ponieważ mam wrażenie, że są rzeczy, których Kacprzak nie napisał, a ja je w głowie wciąż mam, i wierzę, że one są warte uwagi, spróbuję się w tę dyskusję wbić na swój sposób.
Najpierw może powiem, dlaczego polska piłka nożna mnie od wielu, wielu lat nie zajmuje, a polska siatkówka na przykład już tak. Otóż chodzi o to, że nasi tak zwani kiedyś „chłopcy”, są dziś tak beznadziejni, jako projekt, idea i wreszcie jako drużyna, że tu w ogóle nie ma o czym mówić. Tak jak to już parokrotnie tu i ówdzie zostało powiedziane, nie da się bowiem stworzyć drużyny z grupy kompletnie obcych sobie piłkarzy, z których każdy swoje życie sportowca, karierę i powodzenie wiąże z czymś, co jeśli słowo „Polska” w ogóle bierze pod uwagę, to wyłącznie na zasadzie wspomnień z dzieciństwa. Słyszymy przecież tu i ówdzie, że każdy z nich jest tak zaaferowany swoim obecnym życiem, lub karierą, czy to gdzieś w Rosji, Anglii, Holandii, czy Niemczech, że kiedy przyjeżdża na zgrupowanie kadry, jeśli zdejmuje z uszu słuchawki, to wyłącznie podczas treningów, a jeśli się do któregoś z kolegów odzywa, to wyłącznie po to, by wrzasnąć: „Do mnie!”, albo „Strzelaj!”. A zatem, faktem jest, że Polska dziś nie ma piłkarskiej drużyny i nic nie wskazuje, by ją miała w najbliższym czasie mieć. A zatem, ja nie widzę też powodu, by polskiej piłce poświęcać swoje emocje. Owszem, bardzo kibicuję Lewandowskiemu, by został najlepszym piłkarzem Bundesligi, Szczęsnemu, by Anglicy uznali go za najlepszego bramkarza Premier League i żeby go na przykład kupił Liverppol, i bardzo się cieszę, kiedy słyszę, że piłkarz Milik jest podporą Ajaxu Amsterdam, natomiast, kiedy słyszę, że Polacy mają grać z Niemcami, czy Szkocją i bardzo liczą na to, że jakimś cudem po tych meczach awansują z 75 miejsca na 74, i z tej okazji premier Kopacz przyjmie ich u siebie w kancelarii, to, przepraszam bardzo, ale co mnie ta ich zabawa obchodzi? Dokładnie tyle samo, co wiadomość, że zespół Kombi ma podobno szansę na karierę w Ameryce.
No i wczoraj, zupełnie nieoczekiwanie, wbrew moim najgłębszym pragnieniom i nadziejom, udałem się do pubu Spencer w Katowicach, gdzie w towarzystwie bandy w większości już częściowo nawalonych kibiców i przy akompaniamencie nieustającego wrzasku, który uniemożliwiał choćby najbardziej podstawową rozmowę, zostałem zmuszony do oglądania tej żenady, a więc z jednej strony Niemców, którzy najwidoczniej w głębokim przekonaniu, że z palcem w nosie wlepią Polsce 10-0, grali tak głupio i chaotycznie, że już niemal od dziesiątej minuty widać było, że jeśli oni strzelą gola, to wyłącznie samobójczego, a z drugiej Polaków, którzy prawdopodobnie niesieni owym ogłuszającym gwizdem zebranych na Stadionie Narodowym i nieprzytomnych w tym swoim szaleństwie kibiców, jedyne co potrafili przez cały mecz zrobić, to wyprowadzić te dwie kontry i bezczelnemu szwabstwu pokazać, dokąd prowadzi głupia pewność siebie.
Siedziałem więc przez te dwie godziny w owym Spencerze, udając, że jestem bardzo podekscytowany tym co się dzieje i z każdą kolejna minutą ogarniał mnie coraz większy smutek. I to wcale nie dlatego, że Niemcy nie potrafili Polsce strzelić gola, czy dziesięć – co akurat miałoby w sobie przynajmniej tyle dobrego, że może byśmy wreszcie zobaczyli, że naród, który systematycznie, planowo i z gorejącym sercem, rezygnuje z poczucia dumy, nie zasługuje na nic lepszego, niż upokorzenie ze strony wrogów – ale ze względu na reakcję zgromadzonych polskich piłkarskich patriotów. I tu znów, nie chodzi o to, że oni przez ponad dwie godziny bez sensu darli mordy i cieszyli się z tego, że Niemcy nie potrafią Polsce strzelić bramki, ale że kiedy te trzy strzały przez cały mecz dały nam zwycięstwo, jeden z nich wrzasnął: „Mamy nową panią premier i proszę! Ale z nazwiskiem Kopacz musimy wygrywać!” I cała reszta zaczęła bić brawo.
I to jest dziś moja jedyna refleksja. Oto stan, w jakim się znaleźliśmy: z jednej strony świadomość, że jesteśmy w sposób oczywisty nie dość, że do dupy, to wręcz najgorsi, a z drugiej od czasu do czasu udaje nam się pokazać, że ta nasza dupowatość potrafi czynić niespodzianki i to nas bardzo, ale to bardzo satysfakcjonuje.
Przepraszam bardzo, ale skoro Niemcy nie dali rady, to ja bardzo proszę, żeby nam tę tępotę z głowy wybili Szkoci. Może być nawet 0-5.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są wciąż jeszcze dostępne wszystkie moje książki, w tym kończący się nakład obu „toyahów” i chyba też już „listonosza”. Oczywiście stale też proszę o wspieranie tego bloga. Dziękuję.

sobota, 17 września 2011

Wspomnienie, czyli o człowieku, któremu zabrano piłkę

Wystąpienie Donalda Tuska sprzed tygodnia na przedwyborczej konwencji Platformy Obywatelskiej w Warszawie, spotkało się z pewnym zainteresowaniem mediów i po krótkiej chwili rozpłynęło w niebycie. Uważam tę sytuację za zupełnie niezwykłą z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że taki sposób potraktowania pana Premiera przez System oznaczać musi bardzo poważną zmianę w ogólnym podejściu Prawdziwej Władzy do swojego emisariusza, a to z kolei musi też świadczyć o tym, że w ogóle zmienia się więcej niż można się było wcześniej spodziewać. Drugi natomiast powód mojego zainteresowania sprawą sprowadza się do tego, że wedle powszechnej opinii, a także przy mojej pełnej tu zgodzie, wystąpienie Premiera było najlepsze z dotychczasowych. Wydaje mi się, że medialne otoczenie Donalda Tuska wykonało tak zwany rzut na taśmę i to z niezwykłym powodzeniem. Premier nie dość, że wyglądał tak dobrze, że lepiej nie wyglądał nawet w drugi dzień po sławetnym powrocie z wojaży w Peru, został ubrany tak elegancko, że bardziej elegancko wyglądać już nigdy nie będzie, a w dodatku specjalistom od wizerunku udało się osiągnąć absolutne mistrzostwo w czystym połączeniu idealnego pustosłowia z wrażeniem historyczności chwili. I kiedy mogło się już tylko wydawać, że oto doszło w Polsce do wydarzenia na miarę epoki, okazało się, że tym wszystkim pies z kulawą nogą się nie zainteresował. I Donald Tusk pozostał na tej scenie samotny, z tą rozmazaną tuszem i szminką buzią, jak nie przymierzając Dirk Bogarde w finałowej scenie „Śmierci w Wenecji”.
Uważam, że powinniśmy zapamiętać ten dzień i ten moment upadku. Bo to już nawet nie jest moment upadku pojedynczego człowieka, ale moment upadku całego projektu. Ktoś powie, że nic takiego się nie stało. Takich wystąpień i mniej więcej takich reakcji, było już całe mnóstwo, i, jak widzimy, nikomu to nawet za bardzo nie zaszkodziło. Otóż owszem – cały plan polityczny Donalda Tuska i jego ekipy sprowadzał się zawsze do tego, by robić wrażenie na najmniej wymagającej publiczności, i jego skuteczność przestała być podziwiana już dość dawno temu. Jednak w moim odczuciu, to co się stało w minioną sobotę w Warszawie było zdecydowanie rodzajem wizerunkowego come backu, i w normalnej sytuacji powinno było wywołać – przynajmniej u bardziej zatrutej części elektoratu – euforię. Tymczasem nie stało się nic. A to może świadczyć tylko o jednym. Że koniec jest już za progiem. A ja się zastanawiam, co takiego się stało, że ten etap dobiegł końca? Czy to zmęczenie aktora, czy może publiczności? A może jeszcze coś innego. Może to poszło o to, że ktoś zabrał piłkę?
Już tłumaczę, o co chodzi, ale najpierw pewne dłuższe wprowadzenie. Oglądałem więc najpierw premiera Tuska, umieszczonego w tej niezwykłej harmonii i wręcz kosmicznej symetrii między dwoma błękitnymi telebimami, następnie słuchałem zaszokowany wystąpień wynajętych przez TVN24 ekspertów, którzy – potężnie zażenowani – coś tam mruczeli, że, owszem, bardzo ładnie, ale… i tak dalej i tak dalej, i przypomniały mi się zamierzchłe czasy tryumfu tego zła, kiedy to któregoś dnia ujrzałem pana premiera Tuska, jak wspólnie z ministrem Drzewieckim, tym razem już po, a nie przed dzienną porcją ogórków, otwierali boisko piłkarskie, które, miało rozpocząć nową erę w historii tego umęczonego brakiem boisk do nogi kraju. Ponieważ akurat przemówienia Donald Tusk wygłaszać lubił zawsze, również wówczas stanął i przemówił. Poszło o to, że zdaniem Premiera, wszyscy mamy grać w piłkę i mamy to robić z sercem. Mało tego. Nie dość, że mamy grać w piłkę z sercem, to mamy też uczyć grać w piłkę nasze dzieci i mamy to robić najlepiej od rana do nocy. On nam załatwił stadion, i załatwił też na tym stadionie światło, więc nic nie stoi już na przeszkodzie, byśmy siedzieli na boisku nocą i kopali się na oświetlonej trawie.
Przypomniałem sobie dziś tamto wystąpienie, bo mam wrażenie, że, choć oczywiście sobotniego nie przebije nic, to tamto było bardzo blisko. Patrzyłem tamtego dnia, jak Donald Tusk stoi przy linii bocznej i z każdą minutą popada w taką egzaltację, że bałem się, że jeszcze chwila i zacznie wrzeszczeć, a później wpadnie na tę zieloną murawę i zacznie odbierać piłkę bawiącym się dzieciom. Całego tekstu tamtego wystąpienia nigdy nie udało mi się odnaleźć, ale gdzieś trafiłem na fragment z następującym przekazem: "prawdziwy sport wymaga poświęcenia i traktowania tego zajęcia bardzo serio". Ja oczywiście kompletnie nie wiedziałem, o co premierowi chodziło. Nawet dziś nie mam pojęcia, o co chodzi w "prawdziwym sporcie", to znaczy, czym się różni sport "prawdziwy" od "nieprawdziwego", a tym bardziej nie wiem, dlaczego dla tego sportu należy się "poświęcać" i dlaczego należy go traktować "bardzo serio". Z moich doświadczeń, jak idzie o premiera Tuska i jego ferajny, wnioskuję, że prawdziwy sport to piłka nożna, a to, że piłkę nożną należy traktować serio, to się rozumie samo przez się. Zresztą wystarczyło uważnie słuchać tamtego przemówienia Donalda Tuska i jednocześnie obserwować jego uroczyście postawione w słup oczy, żeby wiedzieć, że tu żartów nie ma.
Dziś już nie pamiętam, jak to szło dokładnie, ale była mowa o walce do upadłego, o grze tak długiej i zaciętej, że widok rozpalonej wściekłością prawdziwie męskiej przygody, w świetle reflektorów osiągnie wymiar prawdziwej sztuki. Była mowa o miłości, której początek utworzyło właśnie boisko, była mowa o przyjaźni i o rywalizacji. I wreszcie była mowa o komputerach. Bo otóż nie tylko będziemy wszyscy grać do upadłego w piłkę. Wszyscy również będziemy siedzieli przed komputerami i patrzyli, jak w piłkę grają inni, we wszystkich miastach i miasteczkach Polski i Świata, a nawet – nie bardzo tu akurat wiem, jak – sami też będziemy grali w piłkę przez te komputery. Wszystkie boiska będą monitorowane. Na boiskach nasze dzieci będą grać w nogę, a my będziemy patrzeć w ekran komputera, który nam oczywiście załatwi Donald Tusk, i będzie git.
I wtedy po raz pierwszy w życiu pomyślałem sobie, że premier oszalał. Zwyczajnie zwariował z jakiejś choroby. I nawet nie chodziło mi o to, że to wszystko brzmiało, jak jakaś kompletnie chora obsesja. Że ten widok nocnych boisk, po których, jakieś stado opętanych szaleństwem osobników biega za piłką, jest kompletnie nierzeczywisty. Że te tysiące komputerów, na których dorośli obserwują tysiące boisk do wyboru, do koloru na całym świecie, jest raczej przerażający, niż choćby zabawny. Problem był w tym, że premier mojego rządu, z tego nadmiaru stresu, czy jedynie pracy, nie jest w stanie się uspokoić, o ile raz na jakiś czas nie kopnie sobie porządnie piłki.
Ja, przyznam, że znam tego typu ludzi dość dobrze. Miałem okazję w swoim życiu obcować z tego rodzaju osobnikami, najczęściej cholerycznie usposobionymi mężczyznami na kierowniczych stanowiskach, którzy kiedy idą do pracy są już odpowiednio naładowani złymi emocjami, w pracy są nieustannie wściekli, na wszystkich wrzeszczą, a na biurku trzymają zdjęcie żony i dzieci, bo wierzą – złudnie, jak się okazuje – że to zdjęcie ich uspokaja. No a potem złoszczą się jeszcze bardziej i już nie marzą o niczym innym, jak o tym, żeby pójść pograć w cokolwiek: ping ponga, kosza, siatę, albo po prostu w piłkę nożną. Oni nie biegają, nie jeżdżą na rowerze, nie chodzą na siłownię. Oni muszą walczyć, kopać się po kostkach, wrzeszczeć, pluć złością, kląć – tak, kląć przede wszystkim – muszą mieć poczucie, że są lwem, tygrysem, mordercą, czystą nieposkromioną energią. I wtedy, gdy już się umordują, jak należy, kiedy już wyplują z siebie całą tę złą energię, która im towarzyszyła od rana, mogą spokojnie wrócić do domu i położyć się spać. Tak wygląda ich życie, i – co najgorsze – tak wygląda ich recepta na życie. Tacy właśnie są, i uważają, że inni też są dokładnie tacy sami, ale ponieważ ci inni właśnie nie uprawiają sportu, to ta zła energia ich trawi. I przez to oczywiście są gorsi.
Ci obsesyjni sportowcy nienawidzą ludzi. Uważają, że każdy napotkany człowiek jest zły, głupi i niesympatyczny. Są przekonani, że tylko oni potrafią sensownie zagadać, uprzejmie się odezwać, ciekawie wypowiedzieć, bo tylko oni tak naprawdę potrafią kochać. A miłość tę mają, bo wiedzą, że "prawdziwy sport wymaga traktowania tego zajęcia bardzo serio". Oto obsesja, oto autentyczna fiksacja, niestety dziś również na poziomie władzy.
I oto dziś, po latach, z jednej strony widzę premiera Tuska, jak na konwencji Platformy Obywatelskiej wygłasza to niezwykłe wystąpienie, które od tamtego różni się już nie tylko tym, że jest zdecydowanie lepsze i gładsze i poruszające, ale również jeszcze bardziej puste i o niczym, i myślę sobie, że pan Premier już nawet nie może zostać nazwany szaleńcem. Nie można na niego powiedziec, że jest durniem, pajacem, czy choćby potworem. On jest już tylko idealnie odpicowanym manekinem czegoś, co kiedyś przynajmniej chodziło po swoim gabinecie i kopało piłkę.
Jak słyszę, Janusz Palikot w swojej najświeższej książce ujawnia to wszystko co myśmy lata temu podejrzewali, a więc i to tuskowe chamstwo, tę jego nieustanną wściekłość, mściwość, pamiętliwość i ten ciągły, nieprzerwany pęd do piłki. Wygląda na to, że ostatnio ktoś Tuskowi ostatecznie tę piłkę odebrał. Domyślam się, że zrobił to – no bo któż inny – System, uznając, że tak dalej być nie może. I nagle okazało się, że kiedy zabrakło piłki, nie zostało już nic. Tylko ta maska i ta szminka.
Właśnie Naród został poinformowany że już więcej konwencji nie będzie. To co miało być, zostało odwołane, kolejnych się nie przewiduje. Nie będzie więc najbliższej konwencji w Poznaniu, nie będzie konwencji w Krakowie, nie będzie konwencji nigdzie. Wygląda na to, że miałem rację. Igor Stachowicz zdecydowanie przedobrzył. A bez piłki – wiadomo. Jak bez kluczyka. I bez bateryjki. No i dobrze. Wystarczy.

Nie bardzo wiem, czy te moje apele przypadkiem nie wywołują ostatnio już głównie wzruszenia ramion, no ale próbować warto. Zwłaszcza, że póki co, nie bardzo widzę, co mógłbym robić zamiast tego. A więc proszę o kupowanie książki i wspieranie tego bloga finansowo pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 2 sierpnia 2008

O wyższości Salonu24 nad mediami mainstreamowymi

Okazuje się, że nawet zwykłe pytanie, czy red. Młodkowski, bez narażania się na kpiny, będzie mógł któregoś dnia w TVN24, przedstawić wyliczenia dotyczące tego, ile trzeba wyłożyć na założenie skromnej firmy charytatywnej, powoduje wzrost napięcia do poziomu rozmów o Bogu, o życiu i o śmierci. W tej sytuacji, zdecydowałem się na temat bardzo lekki.
Jest lato, weekend, pogoda nienajgorsza, więc porozmawiajmy o piłeczce nożnej. A jeśli o piłeczce, to oczywiście o panu premierze.
Od dłuższego czasu, gdy myślę o Donaldzie Tusku, nie potrafię absolutnie wyobrazić sobie, ani zapracowanego urzędnika, ani magistra historii, ani ojca rodziny, ani miłego pana z sąsiedztwa. Nie umiem, widząc, lub jedynie myśląc o Donaldzie Tusku, spojrzeć na niego, jak na zwykłego - czy choćby nawet niezwykłego - człowieka.
Donald Tusk był dla mnie zawsze przede wszystkim piłkarzem, czy może lepiej, człowiekiem o piłkarskiej umysłowości, który jakimś dziwnym zrządzeniem losu, znalazł się na stanowisku kierowniczym. Nigdy nie widziałem Donalda Tuska na żywo, nigdy nie miałem o nim innych informacji, niż te dostępne dla przeciętnego widza, czy czytelnika. Nie mam pojęcia, czy w życiu prywatnym Donald Tusk jest miły, czy raczej trudny; czy jest osobą współczującą, czy raczej zimną; nie mam pojęcia, czy Donald Tusk jest inteligentny, czy raczej przeciętnie inteligentny.
Jeśli idzie o Donalda Tuska, nie mam nawet pojęcia, czy jest wysoki, czy niski. Nie wiem o nim dosłownie nic, poza tym, co stanowi zwykłą propagandę, lub moje własne przypuszczenia.
Jedną rzecz wiem o Tusku na pewno. Wiem, kim jest Donald Tusk, jeśli idzie o to, co nazywam "umysłowością piłkarską". W moich wypowiedziach, tu w Salonie, kilka razy wracałem do tematu Donalda Tuska, jako piłkarza, ostatnio niedawno bardzo, w tekście Panie Premierze, niech Pan zabierze tę piłkę i zejdzie mi z oczu.
Ktoś mógłby mnie spytać, skąd ja wiem, jakim typem jest Donald Tusk, skoro go w ogóle nie znam. Nie znam go, nie jestem jasnowidzem, nawet nie jestem zwykłym psychologiem.
Powiem zupełnie szczerze, że nie wiem. Widzę Tuska w telewizji, widzę jego oczy, jego grymasy, słyszę jego głos i wiem, że mam przed sobą zjawisko, z którym konfrontowano mnie w moim życiu parokrotnie. Stąd, kiedy pisałem tekst z 30 lipca, byłem maksymalnie uczciwy i pewny tego, że pisze prawdę. Proszę mi wybaczyć autocytat:
"Problem w tym, że premier mojego rządu - wszystko na to wskazuje - zwariował i z tego nadmiaru stresu, czy jedynie pracy, nie jest w stanie się uspokoić, o ile raz na jakiś czas - ostatnio, obawiam się częściej, niż rzadziej - nie kopnie sobie porządnie piłki.
Ja, przyznam, że znam tego typu ludzi dość dobrze. Miałem okazję w swoim życiu obcować z tego rodzaju osobnikami, najczęściej cholerycznie usposobionymi osobami na kierowniczych stanowiskach, którzy kiedy idą do pracy są już odpowiednio naładowani złymi emocjami, w pracy są nieustannie wściekli, na wszystkich wrzeszczą, na biurku trzymają zdjęcie żony i dzieci, bo wierzą - złudnie, jak się okazuje - że to zdjęcie ich uspokaja, więc następnie złoszczą się jeszcze bardziej i już nie marzą o niczym innym, jak o tym, żeby pójść pograć w cokolwiek: ping-ponga, kosza, siatę, albo po prostu w piłkę nożną.
ni nie biegają, nie jeżdżą na rowerze, nie chodzą na siłownię. Oni muszą walczyć, kopać się po kostkach, wrzeszczeć, pluć złością, kląć - tak, kląć przede wszystkim - muszą mieć poczucie, że są lwem, tygrysem, mordercą, czystą nieposkromioną energią.
I wtedy, gdy już się umordują, jak należy, kiedy już wyplują z siebie całą tę złą energię, która im towarzyszyła od rana, mogą spokojnie wrócić do domu i położyć się spać. Tak wygląda ich życie, i - co najgorsze - tak wygląda ich recepta na życie. Są tacy i uważają, że inni też są dokładnie tacy sami, ale ponieważ ci inni właśnie nie uprawiają sportu, to ta zła energia ich trawi i dlatego oni osobiście nie mogą ich znieść.
Ci obsesyjni sportowcy nienawidzą ludzi. Uważają, że każdy napotkany człowiek jest zły, głupi i niesympatyczny. Są przekonani, że tylko oni potrafią sensownie zagadać, uprzejmie się odezwać, ciekawie wypowiedzieć, bo tylko oni tak naprawdę potrafią kochać. A miłość tę mają, bo wiedzą, że ‘prawdziwy sport wymaga traktowania tego zajęcia bardzo serio'".
Dziś w Dzienniku, dwaj śledczy tej gazety poszli na boisko, na którym trzy razy w tygodniu (jak się okazuje) biega za piłką pan premier, popatrzyli, popytali, napisali, a redakcja Dziennika postanowiła zapoznać z wynikami dziennikarskiego dochodzenia swoich czytelników.
I czegóż się dowiadujemy?
"Liczy się walka i zwycięstwo. Jeśli nie wychodzisz na boisko, by wygrać, to nie zawracaj ludziom głowy. Idź uprawiać jogging" (Donald Tusk)
"Ludzie niechętnie występują w jego drużynie, bo się wydziera i ma ciągle pretensje. Wprowadza nerwową atmosferę" (poseł Platformy)
"Bywa, że jest naprawdę nieprzyjemnie[...] Tusk zaczął tak krzyczeć, że Fiedorowicz miał prawie łzy w oczach" (polityk PO)
"Premier jest na boisku impulsywny. Byłem przez niego opieprzany, czasem niesłusznie...". (były poseł Fiedorowicz)
To są relacje ludzi, którzy wiedzą, jak jest. Sami dziennikarze, ukryci za płotem, obserwują mecz i relacja jest właściwie jedna. Donald Tusk nieustannie wrzeszczy, obraża, macha rękami, jest przez cały czas w stanie najwyższego wzburzenia. Koledzy z drużyny albo robią wrażenie przerażonych ("Arabski jest jak sparaliżowany i taki zostaje do końca meczu"), że za chwilę oberwą, albo starają się zrobić coś, lub coś powiedzieć w taki sposób, żeby Donald Tusk wiedział, że są z nim ("Ładna bramka, Czarek, ale najpiękniejsze było otwierające podanie").
Reszka z Majewskim relacjonują ten jeden mecz, opisują zachowanie samego Donalda Tuska, jak i jego kolegów i podają wystarczająco dużo informacji, byśmy mogli zorientować się, w czym leży problem. Oczywiście, nie byli by sobą, by nie skupiać się na zwykłym, tępym plotkarstwie, czyli na tym, że Tusk jest w gruncie rzeczy słabym piłkarzem, że jedyny piłkarz, który się Tuska nie boi i w stosunku do którego Tusk też bywa ostrożny, to Grzegorz Schetyna, że cała gra jest podporządkowana zawsze temu, żeby Tusk mógł strzelić gola, czy wreszcie, że właściwie tylko Tuskowi i Schetynie wolno podejść pod bramkę i znaleźć się w sytuacji strzeleckiej.
Majewski i Reszka nie piszą o tym, że na najwyższych poziomach władzy został umieszczony zwykły kibol z całym swoim kibolskim charakterem, kibolskim temperamentem i z kibolskim duchem. Człowiek, który jest taki, jakim go widzimy nie dlatego, że coś się akurat stało i tak przypadkowo się w tej jego głowie ułożyło. On jest taki, bo właśnie taki jest. Każda sekunda jego pobytu na boisku piłkarskim, każdy jego wrzask, każda kropla potu, każdy jego wybuch wściekłości, gest rozczarowania, każde jego sfrustrowane pragnienie, jest tylko zewnętrznym wyrazem tego, jakim człowiekiem jest Donald Tusk poza boiskiem.
My, tu zgromadzeni w Salonie, możemy powiedzieć dziennikarzom śledczym Dziennika, że to, o czym oni dziś piszą, myśmy wiedzieli już dużo wcześniej. A kiedyśmy to zauważyli, to dodatkowo zobaczyliśmy coś więcej. Coś, co zwykła prasa zauważy może dopiero za jakiś czas.
Salon górą! Zobaczycie to wyraźnie za jakieś dwa lata.

środa, 30 lipca 2008

Panie Premierze - niech pan zabierze tę piłkę i zejdzie mi z oczu

Kiedy władza nasza, pod czujnym okiem premiera i pani minister Pitery, stworzyła już odpowiednie warunki prawno-karne, żeby posadzić za kratkami dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego i w ten sposób ochronić Ojczyznę przed zagrożeniem ze strony sił szpiegostwa i destrukcji, poczułem się autentycznie zrelaksowany i pomyślałem, że mogę choć na chwilę oderwać od spraw poważnych i zająć się czymś bardziej ogórkowym.
Przychodzi mi to z tym większą łatwością, że dziś w telewizorze, na własne oczy ujrzałem pana premiera Tuska, jak współnie z ministrem Drzewieckim, tym razem już po, a nie przed dzienną porcją ogórków, otwierają boisko piłkarskie, które, już absolutnie na poważnie, ma otworzyć nową erę w historii tego umęczonego brakiem boisk do nogi kraju.
Pozwolę sobie tu na małą dygresję. Ponieważ chciałem się porządnie przygotować do tego tekstu, pomyślałem sobie, że wpadnę na onet, i sprawdzę, czy przypadkiem nie dają tam jakiś bardziej mięsistych fragmentów tuskowego Przemówienia na Boisku. Nie dawali, natomiast była informacja o tym, że prezydent Karnowski chce już bardzo do pracy. Coś mnie podkusiło, żeby dać jakiś komentarz, normalny, troszeczkę kąśliwy, ale generalnie takie tam byle co, jednak mimo wielokrotnych prób, onet dawał mi do zrozumienia, żebym ich w d... pocałował.
Przeprowadziłem więc eksperyment. Po odpowiedniej uwiarygodniającej edycji, napisałem następujący tekst: Widzicie, wy pisowskie gnidy! Prezydent wraca do pracy, żebyście mogli w naszym pięknym Sopocie wasze mordy sobie opalać i chodzić na pice. A premier Tusk otworzył piersze boisko, A to tylko jest piersze, a będą jeszcze następne. I będziecie się wstydzić.
Podpisałem sopot i proszę, co za niespodzianka! Na koncie mam kolejną publikację, a wolne i niezależne media mogą się popisać żywą dyskusją na odpowiednim poziomie.
No, ale, jak mówię, to tylko dygresja. Natomiast faktem pozostaje to, że sprawa tego boiska w Konstantynowie Łódzkim wymaga osobnego potraktowania. I nawet nie chodzi mi o to, że jest to tylko jedno boisko, a premier zachowuje się, jakby właśnie strzelił bramę Hiszpanom. Bo w sumie, po tych szarych miesiącach, ma to swoje boisko, więc niech się już cieszy.
Chodzi mi o co innego. Otóż Donald Tusk, po raz kolejny mówi mi i innym obywatelom, że mamy grać w piłkę i mamy to robić z sercem. Mało tego. Nie dość, że mamy grać w piłkę z sercem, to mamy też uczyć grać w piłkę nasze dzieci i mamy to robić najlepiej od rana do nocy. On nam załatwił stadion, załatwił na tym stadionie światło, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy siedzieli na boisku nocą i kopali się na oświetlonej trawie.
Niestety nigdzie nie znalazłem tekstu tego wystąpienia, ale sam widziałem, jak Donald Tusk stał przy linii bocznej i z każdą minutą popadał w taką egzaltację, że bałem się, że jeszcze chwila i zacznie wrzeszczeć, a później wpadnie na tę zieloną murawę i zacznie odbierać piłeczkę bawiącym się dzieciom.
Nie znalazłem wystąpienia, ale na jednej ze stron trafiłem fragment z następującym przekazem: "prawdziwy sport wymaga poświęcenia i traktowania tego zajęcia bardzo serio". Ja oczywiście kompletnie nie wiem, o co premierowi chodziło. Nie mam pojęcia, o co chodzi w "prawdziwym sporcie", to znaczy, czym się różni sport "prawdziwy" od "nieprawdziwego", a tym bardziej nie wiem, dlaczego dla tego sportu należy się "poświęcać" i dlaczego należy go traktować "bardzo serio".
To znaczy nie do końca tak jest. Z moich dotychczasowych doświadczeń na poziomie premiera Tuska i jego kompanii, wnioskuję, że prawdziwy sport to piłka nożna, a to, że piłkę nożną należy traktować serio, to się rozumie samo przez się. Zresztą wystarczyło uważnie słuchać wystąpienia Donalda Tuska i jednocześnie obserwować jego uroczyście postawione w słup oczy, żeby wiedzieć, że tu żartów nie ma.
Nie pamiętam, jak to szło dokładnie, ale była mowa o walce do upadłego, o grze tak długiej i zaciętej, że widok rozpalonej wściekłością prawdziwie męskiej przygody, w świetle reflektorów osiągnie wymiar prawdziwej sztuki. Była mowa o miłości, której początek utworzyło właśnie boisko, była mowa o przyjaźni i o rywalizacji.
I wreszcie była mowa o komputerach. Otóż nie tylko będziemy wszyscy grać do upadłego w piłkę. Wszyscy również będziemy siedzieli przed komputerami i patrzyli, jak w piłkę grają inni, we wszystkich miastach i miasteczkach Polski i Świata, a nawet (nie bardzo tu akurat wiem, jak) sami też będziemy grali w piłkę przez te komputery.
Wszystkie boiska będą monitorowane. Na boiskach nasze dzieci będą grać w nogę, a my będziemy patrzeć w ekran komputera, który nam oczywiście załatwi Donald Tusk, i będzie git.
O co mi chodzi? Nie o to, że to wszystko brzmi, jak jakaś kompletnie chora obsesja. Że ten widok nocnych boisk, po których, jakieś stado opętanych szaleństwem osobników biega za piłką, jest kompletnie nierzeczywisty. Że te tysiące komputerów, na których dorośli obserwują tysiące boisk do wyboru, do koloru na całym świecie, jest raczej przerażający, niż choćby zabawny.
Problem w tym, że premier mojego rządu - wszystko na to wskazuje - zwariował i z tego nadmiaru stresu, czy jedynie pracy, nie jest w stanie się uspokoić, o ile raz na jakiś czas - ostatnio, obawiam się częściej, niż rzadziej - nie kopnie sobie porządnie piłki.
Ja, przyznam, że znam tego typu ludzi dość dobrze. Miałem okazję w swoim życiu obcować z tego rodzaju osobnikami, najczęściej cholerycznie usposobionymi osobami na kierowniczych stanowiskach, którzy kiedy idą do pracy są już odpowiednio naładowani złymi emocjami, w pracy są nieustannie wściekli, na wszystkich wrzeszczą, na biurku trzymają zdjęcie żony i dzieci, bo wierzą - złudnie, jak się okazuje - że to zdjęcie ich uspokaja, więc następnie złoszczą się jeszcze bardziej i już nie marzą o niczym innym, jak o tym, żeby pójść pograć w cokolwiek: ping ponga, kosza, siatę, albo po prostu w piłkę nożną.
Oni nie biegają, nie jeżdżą na rowerze, nie chodzą na siłownię. Oni muszą walczyć, kopać się po kostkach, wrzeszczeć, pluć złością, kląć - tak, kląć przede wszystkim - muszą mieć poczucie, że są lwem, tygrysem, mordercą, czystą nieposkromioną energią.
I wtedy, gdy już się umordują, jak należy, kiedy już wyplują z siebie całą tę złą energię, która im towarzyszyła od rana, mogą spokojnie wrócić do domu i położyć się spać. Tak wygląda ich życie, i - co najgorsze - tak wygląda ich recepta na życie. Są tacy i uważają, że inni też są dokładnie tacy sami, ale ponieważ ci inni właśnie nie uprawiają sportu, to ta zła energia ich trawi i dlatego oni osobiście nie mogą ich znieść.
Ci obsesyjni sportowcy nienawidzą ludzi. Uważają, że każdy napotkany człowiek jest zły, głupi i niesympatyczny. Są przekonani, że tylko oni potrafią sensownie zagadać, uprzejmie się odezwać, ciekawie wypowiedzieć, bo tylko oni tak naprawdę potrafią kochać. A miłość tę mają, bo wiedzą, że "prawdziwy sport wymaga traktowania tego zajęcia bardzo serio".
Oto obsesja, oto autentyczna fiksacja, niestety dziś na poziomie władzy. Pamiętam - wspominam o tym zresztą nie o raz pierwszy - jak któryś z tych piłkarzyków powiedział, że oni zamiast do kościoła, w niedzielę walą prosto na boisko.
A ja tymczasem, ciekawy jestem, co by było, gdyby na czele rządu, któregoś dnia stanął człowiek, który oznajmiłby wszem i wobec, że jego zdaniem, tylko prawdziwa pobożność potrafi zapewnić osobisty sukces. Człowiek, który, opierając się na własnym doświadczeniu, zaapelowałby do budowania wszędzie kaplic i kapliczek, do stawiania przydrożnych ołtarzyków, a wszystkich ludzi zacząłby wzywać do codziennej modlitwy.
Co by się stało, gdyby któryś premier nagle powiedział, że "prawdziwa wiara wymaga poświęcenia i traktowania tego przeżycia bardzo serio". Osobiście wcale nie uważam, żeby tego typu deklaracja była głupsza od tego, co dziś powiedział premier Tusk. Wręcz przeciwnie, moim zdaniem, jak komuś jest źle, jeśli ktoś jest zmęczony, jeśli w życiu mu się nie układa, modlitwa działa o wiele lepiej, niż kopanie piłki.
Ale nigdy bym nie odważył się zaproponować obywatelom takiego rozwiązania z premierowskiego stołka. A gdyby któryś premier, czy minister, z czymś takim wyskoczył, to bym mu powiedział, żeby się puknął w czoło.
Tym bardziej więc dziś mogę z absolutnie czystym sumieniem ten apel skierować pod adresem premiera Donalda Tuska.

wtorek, 15 lipca 2008

Piłkarzyki, czyli Luv Rulez!

W dzisiejszej Rzepie - nie wiem, jak w pozostałej części kraju, ale u mnie na prowincji, na 4 stronie - znajduje się przepiękne, kolorowe zdjęcie premiera Donalda, jak w piłkarskich gatkach przemierza piłkarskie boisko. Patrzę na twarz premiera i widzę piłkarza. Piłkarza nie byle jakiego. Piłkarza z krwi i kości. Piłkarza napastnika, piłkarza, obrońcę, piłkarza pomocnika. Piłkarza kapitana. Piłkarza premiera z którego jestem dumny. Premiera, który został piłkarzem, bo kocha piłkę. Ale i premiera piłkarza, który został premierem, bo kocha ludzi.
Od czasu, gdy zobaczyłem Donalda Tuska w peruwiańskiej czapeczce, nie miałem okazji go widzieć w tak wielkiej chwale.
Dlaczego Rzeczpospolita publikuje to piękne zdjęcie? Chodzi o to, że kiedy jeden z platformowatych biznesmenów zaszedł do zaprzyjaźnionego platformowatego prezydenta, platformowatego Sopotu, to wielmożny pan prezydent, korzystając z wizyty, poprosił kolegę o kasę na dwa mieszkania - dla kolegi i dla mamusi.
Po co platformowaty biznesmen szedł do sopockiego ratusza? Dokładnie nie wiadomo, ale miał sprawę, no a wiadomo, że jak się ma sprawę, to się idzie tam, gdzie się ze sprawami normalnie chodzi.
Ja na przykład, jak coś potrzebuję, to od razu walę do prezydenta mojego miasta.
No więc platformowaci panowie się spotkali, pogadali i chyba jednak coś nie wypaliło, bo biznesmen na drugi dzień pobiegł do platformowatego premiera na skargę.
Właściwie, nawet gdyby ta historia się kończyła w tym miejscu, można by było ją uznać za hit wakacji, a tu okazuje się, że to dopiero początek. W tym miejscu pojawiają się tytułowe piłkarzyki. Oto zagadka: jeśli człowiek szuka uszka premiera Tuska, to gdzie ma się podziać? Odpowiedź: w takiej sytuacji powinien się dowiedzieć, na którym boisku przebywa pan premier i pędzić tak, żeby zdążyć zanim pan premier będzie albo szczęśliwie umordowany, albo umordowany i wściekły.
Biznesmen trafił do premiera i w tym momencie informacja podana przez Rzeczpospolitą jest tak wzruszająca, że muszę ją tu przytoczyć w wiernym brzmieniu:
"Julke [to nazwisko platformowatego przedsiębiorcy]o sprawie poinformował Donalda Tuska. Wszystko odbyło się na boisku piłkarskim, gdzie politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę."
Do tej uroczej chwili wrócę za chwilę. Na razie dalszy ciąg story (ulubione słowo specjalisty od oszukiwania ciemnego ludu, Eryka Mistewicza). Pan premier z przedsiębiorcą coś tam poszeptali, a na drugi dzień biznesmen Julke udał się do prokuratury i powiedział, że platformowaty prezydent jest trefny, jak dziewięciozłotowy banknot.
Mamy więc maleńką aferę. Nawet nie aferę, lecz aferkę z piłeczką w tle. Duże afery, z kaczką w tle, już były i miejmy nadzieje, że dopóki miłość trzyma wszystko za pysk, nie wrócą.
W każdym razie, stąd to zdjęcie w Rzepie.
Co będzie dalej, trudno powiedzieć. Nawet człowiek w końcu mądry, oblatany jak mało kto w zawiłościach polityki i tego, co wokół polityki, Marek Migalski, w tej samej Rzeczpospolitej próbuje odpowiedzieć na to pytanie i bezradnie rozkłada ręce. Jak mówią mądrzy Rosjanie, pożyjemy zobaczymy.
Ja natomiast proponuje wrócić do zdjęcia i tej króciutkiej informacji: "Wszystko odbyło się na boisku piłkarskim, gdzie politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę."
Jak ja bym chciał tam wtedy być! Uważam, że dla człowieka, którego pewnego rodzaju pasją jest obserwowanie i analizowanie wydarzeń politycznych, a już szczególnie w czasach tak ciekawych, jak nasze, trudno o większe marzenie, jak to. Być tam i wtedy. Tam, gdzie dzieje się historia.
Wyobrażam sobie ten dreszcz. Niedzielne, późne przedpołudnie. Pan premier wychodzi z żoną kościoła, pod kościołem czekają już na niego premier Schetyna, minister Nowak, minister Drzewiecki, minister Arabski, minister Grupiński, minister Grad, a może nawet ten minister z piosenki Kazika, Derdziuk. Wszyscy już przebrani w piłkarskie buciki i koszulki, przebierają nogami. Premier Schetyna w jednym ręku trzyma siatkę z dwiema piłkami, a w drugim torbę z gatkami dla Donalda.
Donald Tusk, premier, rzuca porozumiewawcze spojrzenie pani Małgosi i mówi krótko: "To nahazie. Idę z kolegami na piłe."
I cała grupa wsiada do aut i śmigają na boisko.
A tam... ależ tam się musi dziać. Słów brakuje, żeby opisać ten festiwal prawdziwej męskiej przyjaźni i prawdziwych męskich pasji. Potrafię sobie wyobrazić każdą minutę tego wydarzenia. Donald z numerem 11 na koszulce, najpewniej kapitan drużyny, krzyczy, rozstawia kolegów, czasem zaklnie siarczyście, jak przystało na prawdziwego mężczyznę. Pot wszystkim spływa z umęczonych szczęściem czół. A ja widzę każdą chwilę tego pięknego zdarzenia.
Nie wiem jednego. Czy na stadionie są tylko Donald z ministrami, czy może jeszcze wokół boiska zabrali się widzowie. A jeżeli się zebrali, to kto jest wśród nich? Czy tylko zwykli platformowaci mieszkańcy Sopotu, którzy przyszli popatrzeć na swoich władców? Czy może jacyś inni, już nie tak wybitni politycy, aspirujący jedynie do tego, żeby kiedyś się wybić, zostać choćby vice-ministrem i też móc którejś niedzieli czekać na premiera Tuska pod kościołem?
Wyobrażam sobie jednak, że tak. Że stoją też inni panowie. Niektórzy w garniturach, niektórzy w dresach i biją brawo ile razy premier Schetyna, albo sam Donald Tusk ładnie zagra.
I nagle na linii bocznej, w momencie gdy "politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę", pojawia się pan biznesmen Julke i gwiżdże w stronę premiera (wyobrażam sobie, że w takich okolicznościach prawdziwi mężczyźni nawołują się tylko gwizdnięciami).
Donald patrzy w stronę linii bocznej i krzyczy: "Co jest, kuhwa? Nie widzisz, że ghamy?"
No ale moment, widać, jest ważny, więc premier, piłkarskim truchtem biegnie do swojego kolegi ze sfer gospodarczych i tu się zaczyna sprawa...
Oj tak! Jakaż to musiała być piękna chwila. Zobaczyć premiera w akcji. Premiera, który nie tylko potrafi kochać, ale również grać w piłkę nożną, a jak trzeba, to i znaleźć czas na sprawy państwa. I że do tego wszystkiego nie musi być w Warszawie! Premier pokazuje, że rządzić naprawdę można z każdego miejsca na świecie.
I nawet nie musi to być jakże piękne i egzotyczne Machu Picchu.
Dbać o ludzi, których się kocha, można nawet ze skromnego boiska w małym, nadmorskim mieście Sopocie.

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Polityczne kibolstwo, czyli z piłką po równi pochyłej

Według informacji, którą przeczytałem na pasku w trzecim programie TVP, wielmożny Pan Premier Tusk oświadczył:
“Zwracam się jako ojciec do wszystkich ojców: prawdziwi Polacy uczą swoich synów i córki grać w piłkę. Lepiej grać z dzieciakami w piłkę, niż się bić. Lepiej wychowywać przez sport i miłość, niż przez przemoc”.
Może się oczywiście okazać, że Donald Tusk tak nie powiedział, że powiedział inaczej, a dziennikarze, szczególnie tak zwani dziennikarze postreżimowi, zmanipulowali. I to oczywiście by Premiera ratowało. Jak znam jednak życie i samego Donka z towarzystwem, to podejrzewam się, że cytat był dosłowny.
O co chodzi? Otóż, ja osobiście lubię Prawo i Sprawiedliwość. Kaczyńskich uwielbiam od samego początku niezmiennie i jeśli kiedyś mnie zawiodą, to się bardzo poważnie zdziwię.
Jeśli ktoś mnie spyta, jak mógłby mnie zawieść Jarosław Kaczyński, odpowiem bez wahania, że na przykład mówiąc coś takiego, jak powyżej.
Gdyby z jakiegoś absolutnie dla mnie dziś niezrozumiałego i egzotycznego powodu, Jarosław Kaczyński wypowiedział słowa, które zacytowałem parę linijek wyżej, chyba zwariowałbym ze wstydu.
Powyższy cytat budzi bowiem we mnie tak nieprawdopodobnie jednoznaczne, a jednak przy tym wielobarwne reakcje, że przy całym moim narracyjnym talencie, czuję kompletną, niczym nieograniczoną bezradność.
Mógłbym oczywiście napisać, że premier Tusk okazał się po raz osiemdziesiąty drugi idiotą. I to idiotą nie takim zwyczajnym, powszechnym, codziennym. Okazał się idiotą szczególnym i absolutnie wyjątkowym.
No ale to nieładnie, a poza tym zbyt prosto.
Jednak potrzeba skomentowania tej tuskowej wypowiedzi jawi mi się i jako potrzeba, ale też jako mój historyczny obowiązek. No bo mam swoje lata, przeżyłem w pełnej świadomości i schyłkowego Gomułkę i Gierka i Jaruzelskiego i wszystkich tych komunistycznych, a później już i niekomunistycznych, pajaców, ze wszystkimi ich słowami i –niestety również – czynami, ale czegoś tak debilnego, jak te trzy zdania premiera Tuska, to sobie nie przypominam.
Przychodzi mianowicie facet, obecnie aż na stanowisku premiera państwa, i zaczyna: “Zwracam się, jako ojciec do wszystkich ojców...”
Myślę, że gdyby tak zaczął swoje wystąpienie jakiś, cholera, Kim Ir Sen, albo Idi Amin, to i tak byłoby dość śmiesznie. Ale to mówi premier rządu III RP.
A dalej jest jeszcze gorzej i straszniej. No bo to już nie jest nawet Kim Ir Sen. To co słyszymy, to bełkot jakiegoś zaćpanego gimnazjalisty.
I wcale nie chodzi o ten fragment z “prawdziwymi Polakami”. Choć i tak wygląda na to, że tuskowi piarowcy mocno zaspali.
Chodzi o coś dalece bardziej zabawnego, a ja mogę tu chętnie podać kilka przykładów zdań równie intelektualnie inspirujących, które rozjaśnią nam horyzont:
Lepiej wypisywać z dzieciakami faktury, niż się bić. Lepiej wychowywać przez księgowość i miłość, niż przez przemoc.
Albo:
Lepiej puszczać dzieciakom piosenki Jimiego Hendriksa, niż się bić. Lepiej wychowywać przez prawdziwego bluesa i miłość, niż przez przemoc.
Albo:
Lepiej oglądać z dzieciakami najnowsze osiągnięcia światowego kina, niż się bić. Lepiej wychowywać przez film i miłość, niż przez przemoc.
Jak ktoś chce więcej, to proszę bardzo:
Lepiej chodzić z dzieciakami na dziwki, niż się bić. Lepiej wychowywać przez seks i miłość, niż przez przemoc.
Jeszcze mało? Proszę uprzejmie:
Lepiej chodzić z dzieciakami na piwko do knajpy, niż się bić. Lepiej wychowywać przez Żuberka i miłość, niż przez przemoc.
Jeszcze? Nie mam nic przeciwko temu:
Lepiej łowić ryby na wędkę, niż się bić. Lepiej wychowywać przez wędkarstwo i miłość, niż przez przemoc”.
Mogę tak ciągnąc do końca tej strony, ale i tak to nic nie zmieni, a już na pewno nie zmieni faktu, że, jak widać bez najmniejszego pudła, Donald Tusk jest gorszy od samego siebie.
Kiedy w ostatnich dniach oglądam premiera Tuska, to, owszem, widzę człowieka na skraju nerwowego załamania. I go rozumiem. Pojechał z żoną do Peru, było tak pięknie, było tak ładnie i tak pięknie. A on był premierem i wszyscy to wiedzieli i było przy tym tak pięknie. I nikt nic od niego nie chciał i wszyscy byli tacy mili. I pogoda tak ładnie dopisała. I było, jak w bajce. A on był po prostu premierem.
Wrócił do kraju i się nagle okazuje, że jest niemiło, a na dodatek jeszcze nie będzie można pojechać na piłeczkę do Austrii.
Więc, jak mówię, jestem w stanie wiele zrozumieć. Ale mimo to, gdy na tym nieszczęsnym pasku TVP3 czytam ten idiotyzm o byciu ojcem i o miłości i o graniu w piłkę i o walce z przemocą, to jedyne, co mi pozostaje, to uznać, że stało się – nasz pan Premier najzwyczajniej na świecie stracił przytomność.
A zatem, co dalej? Nie wiem.
Myślę sobie, że owszem, pozostaje jeszcze minister Schetyna, który, jak mówią, kuty jest na cztery nogi i coś może wymyśli. Jest oczywiście ta mafia, która zaciągnęła naszego pana Premiera tam gdzie obecnie sterczy. Są też oczywiście media.
No ale jednocześnie jest też tak, że Schetyna za Tuska umierać nie będzie, bo podobno do umierania to on mało chętny.
Masoni też w sumie jakoś tam kalkulować muszą.
A dziennikarze? Przecież to już zdecydowanie jest banda bezideowych, a co najgorsze bezmyślnych, stworzeń, którzy przede wszystkim potrafią działać dopiero wtedy, jak ktoś już wsadzi ten kluczyk i parę razy przekręci.
Więc, co będzie, trudno zgadnąć.
Pozostaje jednak to jedno, podstawowe, pytanie. Cóż to się stało, że pan Premier Donald Tusk upadł tak fatalnie nisko i osiągnął tak nieprawdopodobny stan zgłupienia? Czy to ta zbyt ciężka praca, krótki sen, czy może za mało wolnego czasu, czy może jakieś kłopoty rodzinne?
A może faktycznie jest to ten słynny efekt motyla? Peru, czapeczka, mistrzostwa... no i dziękujemy państwu za uwagę.
Jestem, owszem, badaczem, więc próbuję grzebać.
Jednak bez przesady.
W końcu, jakby nie patrzeć, to jednak nie mój problem.
No i sprawa podstawowa. Ja jestem Polak. Typowy, tępy, wieśniacki, antysemicki, antyniemiecki, antypostępowy, antyeuropejski Polak.
Ja mam swoje cele i swoje emocje.
Dla mnie więc, tak jak jest, może zostać.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...