Pokazywanie postów oznaczonych etykietą list. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą list. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 listopada 2011

O fizyce i o czarach słów parę

Jarosław Kaczyński skierował do mnie list, więc wypadałoby na niego odpowiedzieć. Niestety, sytuacja jest taka, że ja nie bardzo mam do kogo tę moją ewentualną odpowiedź adresować. Z jednej bowiem strony, Prezes nie po to ten list pisał, żeby się dowiedzieć, jakie jest moje zdanie na różne tematy, ale by poinformować mnie jakie zdanie na owe tematy ma on, a z drugiej, ze względów zupełnie oczywistych, tej odpowiedzi on i tak by nie przeczytał. A więc, sytuacja, w której ja bym dziś siadł i zaczął ten wpis od słów ”Szanowny Panie Prezesie”, byłaby w wysokim stopniu żenująca.
Oczywiście, mógłbym też, z zachowaniem właściwej hierarchii, skierować te moje refleksje do kogoś stojącego niżej od Prezesa, a więc na przykład do posła Błaszczaka, lub do pani poseł Szczygło, lub ewentualnie – po starych partyjnych związkach – do samego pana posła Adama Lipińskiego, który do Porozumienia Centrum wstąpił zaledwie parę miesięcy przede mną, no ale, jak idzie o nich trzech, jestem przekonany, że tu jednak już zdecydowanie bardziej mógłbym liczyć na Prezesa. A więc może powinienem jeszcze bardziej spuścić z tonu i zaadresować tę moją odpowiedź do kogoś w rejonie, a więc powiedzmy do pani poseł Marii Nowak, która jest moim szefem tu na miejscu, lub któregoś z jej sekretarzy, no ale aż tak tępy, by zakładać, że skoro nie chce Lipiński, to zechce jakiś Damian, czy Dominik, to ja jednak nie jestem. Oczywiście, możliwości jest tyle – włączając w to list otwarty do Koleżanek i Kolegów z Prawa i Sprawiedliwości – że ja mógłbym tak jeszcze żartować przez kolejne parę stron, tyle że tu niestety żartów nie ma. Bo sprawa jest jak najbardziej poważna. A głównym problemem, jaki ona niesie, jest to, że dziś już w ogóle nie ma z kim gadać. Pozostaje tylko ten blog i ci, którzy go przychodzą czytać. A więc my. Pozostajemy już tylko my. A więc, to jest tylko do Was.
Dlaczego uważam, że nie ma z kim gadać? Z jednego bardzo prostego i bardzo podstawowego powodu. Otóż jestem szczerze przekonany, że, pomijając naturalnie Jarosława Kaczyńskiego, żadna z wyżej wymienionych osób – ale też cała masa tych, których tu wymieniać ani się nie dało, ani też by mi się nie chciało – nie zrozumiała by nawet słowa z tego, co ja tu opowiadam. A nawet gdyby któraś z nich miała choćby teoretyczną możliwość owego zrozumienia, nawet by nie spróbowała tego sprawdzić. Ale też nie ma z kim gadać, ponieważ moje zmartwienia i ich zmartwienia nie są w najmniejszym stopniu zmartwieniami podobnymi. Tak samo, jak nie są podobnymi moje i ich marzenia, czy moje i ich nadzieje. Problem polega na tym, że oni i ja znajdujemy się dziś w całkowicie odmiennych sytuacjach i w kompletnie innych miejscach, a to, że i oni i ja jesteśmy w taki czy inny sposób związani z Prawem i Sprawiedliwością, jest już przede wszystkim czystym przypadkiem, ale też i marnym detalem.
Po przegranych wyborach – wbrew pozorom, mnie osobiście wcale nie wzrusza to, że po raz szósty – kiedy to System zażądał od PiS-u natychmiastowej zmiany prezesa, Jarosław Kaczyński oświadczył, że on nie może zrezygnować, choćby przez wzgląd na tych ludzi, którzy co miesiąc przychodzą na Krakowskie Przedmieścia i krzyczą w jego kierunku słowa „Jarosławie ratuj!”. Ja osobiście, przez ten cały czas, jaki minął od Smoleńskiej Katastrofy, ani razu nie przyszedłem pod Pałac Prezydencki, by razem z innymi wykrzykiwać te słowa, jednak jeśli nie wsiadłem w ten pociąg i nie pojechałem do Warszawy, to wcale nie dlatego, że nie potrzebuję od Jarosława Kaczyńskiego żadnego ratunku. Wręcz przeciwnie. Ja tego ratunku od niego potrzebuję jak najbardziej, ale moje zmartwienie polega na tym, że dziś w Prawie i Sprawiedliwości – w jego władzach i w jego aparacie – zostaliśmy już tylko on i my, którzy uważają, że w ogóle jakikolwiek ratunek by się nam wszystkim przydał. Jestem głęboko pewien, że dziś wszyscy ci, którzy tworzą Prawo i Sprawiedliwość na poziomie centralnego, czy lokalnego przywództwa, są już tylko zwykłymi urzędnikami, którzy mają jakąś pracę do zrobienia, wykonują ją lepiej lub gorzej, i dbają tylko o to, by tej pracy nie stracić, a jeśli się da – by ona nie nakładała na nich zbyt wiele nowych obowiązków.
Przepraszam bardzo, ale mam bardzo poważne podejrzenie, że kiedy w niedzielę 9 października ukazały się pierwsze prognozy wyborcze, płakała moja córka i płakali oczywiście ci wszyscy, dla których Jarosław Kaczyński czuje się w obowiązku – wbrew wszystkiemu, wbrew wszystkiemu – trwać na posterunku. I znów przepraszam bardzo, ale mam bardzo poważne podejrzenie, że Tomasz Poręba nie płakał. Mam bardzo poważne podejrzenie, że Tomasz Poręba tamtej nocy spał bardzo spokojnie. Powiem więcej. Ja jestem bardzo mocno w podejrzeniach, że również posłowie Kurski i Ziobro spali spokojnie. I to jest dziś mój problem.
Jarosław Kaczyński wysłał do mnie list, w którym wyjaśnia, dlaczego Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory i co trzeba zrobić, by kolejne już jednak wygrało. Z tym co Prezes pisze, częściowo się zgadzam, a częściowo zgodzić się nie chcę. Uważam na przykład, że istotnie billboard z Palikotem był kompletnie idiotyczny, a na domiar złego, estetycznie wyjątkowo ohydny, ale też uważam, że fakt iż on jeszcze przez całe tygodnie po wyborach zaśmiecał moje miasto i kompromitował moją partię w oczach ludzi, jest czyjąś winą. Uważam, że faktycznie uwaga na temat Angeli Merkel załatwiła tę kampanię w sposób ostateczny, co więcej, nie mam najmniejszych wątpliwości, że wszyscy ci, którym w ogóle chciało się przeczytać książkę „Lider” i obejrzeć dołączony do niej film, a którzy dotychczas byli zafascynowani nie wielkością Jarosława Kaczyńskiego, lecz urodą i światłem galerii handlowych, nie zobaczyli żadnego lidera, ale staruszka, który nie dość, że wygląda, jakby dla niego życie się skończyło, to jeszcze to zupełnie otwarcie przyznaje. Mało tego. Ja jestem w stanie wymienić całe mnóstwo kolejnych powodów, dla których te wybory zostały przegrane, jak choćby to, że po niezwykle udanym dla nas, i dramatycznie złym dla Platformy, czwartku, wbrew zapowiedziom Prezesa, że jeszcze został jeden dzień, i że walczyć należy do końca, piątek został oddany w stu procentach. W stu procentach.
Jarosław Kaczyński w liście do mnie pisze, że to wszystko w dużej mierze przez Ziobrę i Kurskiego. Otóż z tym akurat się już nie zgadzam. To nie Ziobro i Kurski załatwili PiS-owi tę porażkę. Tę porażkę PiS-owi jak najbardziej załatwiły media – co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości – ale też tę porażkę PiS-owi załatwili ci, którzy wzięli na siebie obowiązek prowadzenia tej kampanii na poziomie centralnym. Tę porażkę PiS-owi załatwili ci, o których – co z tego, że nie bezpośrednio – Prezes wspomina, a więc ci, którzy wpadli na pomysł tego billboardu z Palikotem i ci, którzy przygotowali do druku książkę „Lider”, ale też ci, którzy wcześniej całą kampanię oparli na dwóch kompletnie pustych i bezbarwnych telewizyjnych spotach, ale też i ci – a mam bardzo poważne podejrzenie, że to są wciąż ci sami – którzy rok wcześniej, przy okazji wyborów samorządowych, przygotowaną przez Ewę Stankiewicz kampanię „Myśl samodzielnie” skazali na całkowity niebyt.
A zatem, z moim Prezesem zgadzam się i się nie zgadzam. To jednak, co moim zdaniem tu jest najważniejsze, to to, że to wszystko możnaby zakwalifikować jako zwykłe błędy, lub pospolite amatorstwo, które się przecież zdarza wszędzie, i to ostatnio niemal nagminnie, gdyby nie problem największy. Na tym zwycięstwie tak naprawdę zależało tylko Jarosławowi Kaczyńskiemu, mojej córce i tym wszystkim ludziom spod krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Tylko im. Cała reszta kombinowała wyłącznie, jak to będzie fatalnie, jeśli PiS wygra i trzeba się będzie wziąć do najbardziej morderczej pracy, która być może zagwarantuje im tylko to, że, jeśli coś nie daj Boże nie wyjdzie, to wszyscy skończą na politycznym wysypisku. I skończy się „Kawa na ławę”, „Kropka nad i”, „Śniadanie w Radio Zet, „Uważam Rze”, blogi w Salonie24, a przede wszystkim skończy się to piękne poczucie, że jest się zarówno twórcą, jak i bohaterem tych jakże ciekawych czasów.
Niedawno dowiedzieliśmy się, że kardynał Dziwisz skierował swojego sekretarza Rasia do pracy w charakterze proboszcza w Bazylice Mariackiej. Powszechna reakcja, o ile się nie mylę, była taka, że Dziwisz go w ten sposób wyróżnił za jego pełną oddania służbę krakowskiemu Kościołowi i Platformie Obywatelskiej. Pani Toyahowa jednak zasugerowała, że wcale nie koniecznie. Że jest bardzo prawdopodobne, że on księdza Rasia zrobił tym proboszczem, żeby ten wreszcie przestał się lansować na parkietach krakowskiej Kurii, ale wziął się do naprawdę ciężkiej pracy. Wczoraj był u nas z wizytą nasz bardzo bliski kolega, który posiada wszelkie dane, by się na tych sprawach znać lepiej od innych, i on, poproszony przez mnie o ocenę tego awansu, powiedział, że w sposób oczywisty, on miał na celu tylko jedno. Żeby ksiądz Raś sobie zarobił. Że praca w Kurii to tak naprawdę marny grosz. Natomiast Bazylika Mariacka – to coś zupełnie innego. A zatem, nie poszło ani o dyscyplinę, ani o zaszczyty, lecz zaledwie o pieniądze. Aż o pieniądze.
To nie jest tekst skierowany do prezesa Kaczyńskiego. Nie jest to tekst skierowany do Jacka Kurskiego i Adama Hofmana. Nie jest to nawet tekst, który miałby stanowić głos w dyskusji na temat tego, co dalej z PiS-em i Polską. To jest zwykły wpis na blogu, który ma na celu przede wszystkim wzruszyć, a oprócz tego dać nadzieję. A nadzieja jest jasna i jednoznaczna. Prawo i Sprawiedliwość wygra następne wybory, a Jarosław Kaczyński zostanie premierem. Nie dlatego, że Solidarna Polska odniesie sukces i pomoże PiS-owi stworzyć wielką koalicję, ale też nie dlatego, że Tomasz Poręba zacznie myśleć propaństwowo i tym razem poprowadzi wręcz modelową kampanię, która zachwyci większość społeczeństwa. Prawo i Sprawiedliwość wygra następne wybory dokładnie tak samo – dokładnie tak samo – jak przed rokiem na Węgrzech wygrał Orban, a wczoraj w Hiszpanii Rajoy. Bo nie będzie miało wyjścia. I my wygramy te wybory, bo to my akurat mamy tego jedynego przywódcę, który jest w stanie to zrobić, i zrobi to, choćby cały świat modlił się o to, by to zwycięstwo zatrzymać. Za tym bowiem stoi już tylko czysta fizyka.
A ja ze swojej strony namawiam do kupowania mojej książki, w której można znaleźć, wcale nie doraźne, ale najbardziej uniwersalne w przesłaniu teksty jeszcze sprzed Smoleńskiej Katastrofy, no ale też do wspierania tego bloga finansowo. Bez tej pomocy, nie dam rady. Dziękuję.

wtorek, 24 czerwca 2008

Redaktor Kasia myje ręce w bardzo czerwonej wodzie

Przyznaję ze wstydem, że dopiero dziś wpadła mi w ręce Gazeta Wyborcza z minionej soboty. Wpadła mi w ręce, bo chciałem popatrzeć sobie, jak wygląda coś, co w dzisiejszej Rzepie prof. Paweł Wieczorkiewicz nazwał reinkarnacją Walki Młodych z roku 1968.
Popatrzyłem, ale krótko, bo nagle w biuletynie Adama Michnika znalazłem tekst zatytułowany List do Agaty, podpisany przez Kasię. No i to jakoś odwróciło moją uwagę od tekstów chłopaków z Wyborczej, a przynajmniej od tych tekstów i tych chłopaków, którzy mnie oryginalnie w to szare miejsce przyciągnęły.
Wrażenie było oczywiście absolutnie nokautujące. Przez ostatnie kilka lat, jedyny kontakt, jaki z Gazetą Wyborczą miałem, sprowadzał się do znalezienia w Internecie tego śmiesznego rysunku, który macie tu obok prawej stronie.
Nokautujące... i dalej brak mi słów. Po prostu nokautujące.
Mógłbym może zaryzykować pewną refleksję na temat Jarosława Kurskiego, ale nie wypada mi wtrącać się w rodzinne sprawy państwa Kurskich, zwłaszcza, że, jak tu już kiedyś wspomniałem, znam ten ból.
Więc teraz już wracam do listu redaktora Kasi.
Dziwna sprawa, bo zupełnie niedawno, jak schodziłem do sklepu na dół po ogórki na obiad, podeszła do mnie młoda kobieta o imieniu Zosia i dała mi liścik, z prośbą, żebym go opublikował tu w Salonie.
Powiedziała, że jest to list, który napisała do Agaty, ale nie wie, jak go rozpowszechnić, a ja akurat przechodziłem, więc pomyślała, że może spróbuje przeze mnie.
Niniejszym publikuję list Zosi do Agaty, zwłaszcza, że mam wrażenie, że coś tu nie gra. List, który ja dostałem jest prawie identyczny, jak ten napisany przez redaktora Kasię.
Powiem szczerze, że nie za bardzo rozumiem.
Przeczytajcie. Z fragmentów różniących się od listu Kasi zdjąłem kursywę.
Agato, mam Ci tak wiele do powiedzenia, choć wcale Cię nie znam.
Żyję na tym świecie ponaddwukrotnie dłużej niż Ty i trudno mi uwierzyć w ogrom podłości, jaki Cię spotkał.
To, co ostatnio przeżyłaś, powoduje, że ogromnie mi wstyd za tych wszystkich "dorosłych", z którymi miałaś do czynienia. Dziewczyno, miałaś i masz prawo do
posiadania dziecka, do bycia matką, do miłości. Masz prawo do najprostszego ludzkiego odruchu. Prawo do ochrony swojego dziecka.
Ciąża to bardzo piękny stan, nawet gdy jest niechciana. Nie bez powodu tradycja używa nazwy “stan błogosławiony”. W tak młodym wieku powinnaś otrzymać troskliwą opiekę, pomoc i mieć zapewnioną dyskrecję, bez względu na Twoją decyzję. Myślę, że to, co Cię spotkało, to łamanie praw człowieka, bo nawet jeśli jesteś jeszcze faktycznie dzieckiem to w sposób oczywisty jesteś człowiekiem. Atak grup proaborcyjnych, radykalnych, bezwzględnych feministek, no i media. A przecież w tak trudnej chwili powinnaś być przede wszystkim ze swoim nienarodzonym dzieckiem, a z zewnątrz otrzymać jedynie dodatkowe wsparcie. To, co Ci zrobili, to jest normalne świństwo. Nie powinno Cię to spotkać. Przykro mi ogromnie, że zostałaś potraktowana jak element walki światopoglądowej, jak przedmiot sporu, że w tym wszystkim zapomniano, że jesteś czternastoletnim człowiekiem, dziewczyną, która czuje, myśli, przeżywa. Boi się, złości, ma swoje plany i uczucia, swoje lęki i pragnienia, ma wątpliwości, ale jednocześnie wystarczająco dużo serca, by dokonywać nawet tak trudnych i dorosłych wyborów. Że zamiast pomocy i wsparcia podcięto Ci nogi, zaciągnięto do gabinetu aborcyjnego i to wielkie Twoje nieszczęście wystawiono na widok publiczny.
Agato, jesteś młoda, przejdziesz przez to. Życzę Ci, żebyś była silna, żeby nosić głowę wysoko i bez wstydu patrzeć wszystkim w oczy. Byś zachowała wrażliwość, dalej
poznawała świat z młodzieńczą ciekawością. A jednocześnie pamiętała, że źli ludzie, jeśli wygrają, to tylko na krótko. Życzę Ci prawdziwych przyjaciół i, dopóki jesteś młoda, jak najwięcej dni wypełnionych dobrą, ale odpowiedzialną zabawą. Odpowiedzialności uczymy się z wiekiem. Każdy z nas był młody, nie wiedział, nie wierzył, każdy musiał dotknąć i doświadczyć na własnej skórze. Każdy poniósł jakieś konsekwencje, mniej lub bardziej dotkliwe. Niektórzy mieli więcej szczęścia, inni mniej. Naprawdę nieliczni mieli więcej rozumu.
Agato, kimkolwiek jesteś, chcę całą swoją sympatię, doświadczenie i siłę przekazać Ci w tym liście.
Zośka
Ciekawa sprawa, ale wygląda mi na to, że redaktor Kasia dopuścił się dużego nadużycia.
Kończąc już, teraz, już absolutnie i strasznie poważnie, chciałem zacytować jeden fragment jeszcze raz, tym razem autorstwa redaktora Kasi:
Życzę Ci prawdziwych przyjaciół i dobrej, beztroskiej zabawy, bo to prawo młodości.
Gdyby któraś z młodych dziewcząt, potencjalnych następczyń Agaty, miała jakiekolwiek wątpliwości, a nie daj Boże lęki, specjaliści od mokrej roboty z Gazety, mają dla niej jakże ważną informację: Zabawa ma być i ma być beztroska!!!
W tej sytuacji, ja też mam coś dla nich: Spalcie się w piekle!

środa, 21 maja 2008

Witamy w domu, Panie Premierze! Nasze myśli czyste a serca otwarte

Trójka moich dzieci jest niesłychanie dumna z faktu, że sam Igor Janke zechciał skomentować mój ostatni wpis a Salonie.
Ponieważ sytuacja jest taka, że człowiek, któremu uczciwie zależy na tym, żeby ciemność zajmowała mniej miejsca niż światło, szuka sojuszników wszędzie, gdzie pojawi się cień szansy, z początku więc i ja uznałem, że fakt iż sam Igor Janke zechciał potraktować moje zmartwienia poważnie, jest godny zauważenia. Niestety, wygląda na to, że, podobnie jak większość z nas, i ja jestem tylko obserwatorem.
Musiało się więc przy tym pojawić pytanie, o co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego sojusze, standardy, idee – dlaczego to wszystko jest tak fatalnie zmienne?
No i odpowiedź była jedna: czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają, a Ty i ja jesteśmy tu tylko po to, żeby dopełnić całości, a do powiedzenia nie mamy dokładnie nic.
Oczywiście reakcja pana Igora Janke mnie zaniepokoiła, ale to co mnie naprawdę przestraszyło, to nawet nie to, że nie mam nic do powiedzenia, bo opinia jest kreowana zupełnie gdzie indziej. Po przeczytaniu odpowiedzi pana Igora, bardziej się przejąłem podejrzeniem, że tak naprawdę to wszystko, co nas tak okropnie męczy, to zwykła gra, a my jesteśmy po to, żeby albo płacić abonament, albo zostawić w budce Ruchu tę przysłowiową złotówkę.
Bo czasy się zmieniają. Tak dużo się zdarzyło od dnia, gdy Bracia (gdyby ktoś nie wiedział, nie chodzi o Kaczorów) postanowili, że “Miller is finished”, każdy dzień przynosił nowe nadzieje, nowe rozczarowania, a przede wszystkim przekonanie, że w tej grze jesteśmy tylko pionkami.
Wczoraj premier Tusk wrócił ze swojej wyprawy w Andy. Tusk Vision Network desperacko próbuje odzyskać opinię stacji poważnej, a ja wracam pamięcią do dnia wyborczego zwycięstwa PiSu, tryumfu prezydenta Kaczynskiego, do jakże ciężkiej walki o stworzenie jakiejś w miarę skutecznej koalicji, no i do tych wszystkich dni, które nastąpiły później. Do tej strasznej, z niczym nie porównywalnej kampanii nienawiści. A przy tym myślę o głównych autorach tej niemal trzyletniej historii.
Kiedy Bractwo organizowało strategię i zbierało siły do ostatecznego usunięcia Kaczorów ze sceny, a wszyscy dookoła dreptali w niepewności, co będzie dalej... no i podejmowali decyzję co do dalszych posunięć, napisałem list do Dziennika, który redaktor Michalski, z jakiegoś zupełnie egzotycznego powodu postanowił opublikować.
W czasach, gdy wokół jest tak dużo zamieszania, a jednocześnie, jak już wspomniałem, wrócił z zagranicznych wojaży, ze swojej podróży życia, nasz pan Premier z Panią Małgosią, chciałem wszystkim Salonowiczom przypomnieć ten tekst. Bo chciałbym, żeby jednak ten minorowy nastrój, którym zacząłem ten tekst okazał się tylko retorycznym wstępem do czegoś znacznie radośniejszego. Ale również dlatego, że wierzę, że w tym całym chaosie, list ten pozwala zauważyć sprawy podstawowe.
Oto on. Mój list do Dziennika, opublikowany dnia 17 sierpnia zeszłego roku, czyli wtedy, gdy red. Krasowski już pewnie wiedział, ale na razie zaledwie tylko on, jaki jest plan.
Tak się składa, że w odróżnieniu od wielu obserwatorów tego, co się dzieje w polskiej polityce, do dziś bardzo dobrze pamiętam telewizyjny wieczór wyborczy tuż po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości.
Kiedy z niecierpliwością czekałem na gratulacje ze strony Platformy Obywatelskiej, jako oczywistego przyszłego koalicjanta PiS, i pierwszych konkretnych słów o powstaniu wspólnego rządu, na który tak wielu czekało, nastąpiła wypowiedź Bronisława Komorowskiego: “Niech sobie teraz PiS robi koalicję z Lepperem”.
Słowa te pamiętam tak dobrze, bo odczułem je jako wielką przykrość i jako pierwszy powyborczy szok. Pamiętam też bardzo dobrze pierwsze po wyborach wydanie tygodnika “Wprost” z okładkowym apelem, żeby Platforma pod żadnym pozorem nie wchodziła w koalicję z PiS.
Wszystko, co stało się potem, było już tylko pokłosiem tych pierwszych komentarzy. Cała propaganda, czy to ze strony opozycji, czy też ze strony mediów, była prowadzona właśnie pod hasłem po raz pierwszy sformułowanym przez pana Komorowskiego: “Niech sobie teraz PiS robi koalicję z Lepperem”. Wtedy wydawało mi się to następstwem pełnego emocji rozczarowania wynikiem wyborów. Obecnie wiem, że nad emocjami niewątpliwie panowała jakaś metoda.
Myślę, że kalkulacje przeciwników PiS były następujące: bez względu na to, co Kaczyńscy teraz zrobią, i tak przegrają. Poprze ich Lepper - wstyd i nasze zwycięstwo; przyjmą nasze warunki - znowu nasz sukces; pójdą na kolejne wybory - ich bezradność będzie również naszą wygraną. Z perspektywy czasu twierdzę najuczciwiej jak tylko potrafię, że wybór, którego dokonali Kaczyńscy, był najlepszy ze złych. A innych nie było.
Jeśli więc teraz czytam komentarze wyśmiewające Jarosława Kaczyńskiego za to, że przez dwa lata zadawał się z hołotą, to widzę w tym głęboki fałsz. Ale też przy okazji, kiedy czytam komentarze sugerujące, że przez dwa lata ten rząd nie osiągnął nic, to czuję już nie tylko fałsz, ale i wielką niesprawiedliwość.
Wiem, jak ciężko jest polemizować z redaktorem naczelnym “Dziennika”, niemniej pozwolę sobie zauważyć, że jeśli pan Robert Krasowski pisze: “Gdyby CBA odniosło choćby jeden sukces”, to ja taki jeden sukces widzę. Tylko jeden i aż jeden. Dziś wziąć łapówkę jest o wiele trudniej niż przed rokiem i jeszcze trudniej niż przed dwoma laty. Po to było to biuro. Po to był ten rząd. I to jest oczywiste. Niewykształceni, naiwni i ja mogliby jeszcze wspomnieć choćby o gospodarce. Ale to już wiemy. To nie dzięki nim. To wbrew nim. Więc o tym sza! Nikt nie chce klakierów. Natomiast trochę sprawiedliwości nie zaszkodziłoby. Trochę.
Taki to list czytelnika ukazał się w Dzienniku 17 sierpnia 2007 roku.
Jak strasznie się dużo zmieniło od tego czasu. Ile emocji, ile radości, ile rozpaczy przepłynęło przez nasze życie. Ile kłamstw i jak wiele bezwzględnej, niewzruszonej agresji sprawiło, że troszkę się postarzeliśmy. Ciemność zwyciężyła, sojusze się przesunęły, ale i oto, wreszcie, zapaliło się malutkie światełko. Premier wrócił z Ameryki Południowej i wreszcie zaczął się bać. I zaczyna się nowa era.
Bądźmy zdrowi!

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...