Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leszek Miller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leszek Miller. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 listopada 2016

Czy Leszek Miller ma jeszcze szansę dostać robotę w Kancelarii Prezydenta?

  Dziwnie się czuję zabierając się do tej notki, a to z tego mianowicie powodu, że niemal wszystko, o czym tu mam zamiar pisać, jest oparte z jednej strony na zasłyszanych plotkach, a z drugiej, na mojej intuicji. Zostaliśmy jednak w tych dniach postawieni w takiej sytuacji, że nie widzę innej możliwości, jak tylko zdać się na to, co albo podejrzewam, albo ktoś, komu wierzę, mi opowiedział.
Otóż jakiś czas temu miałem okazję rozmawiać z pewnym niższej rangi działaczem Prawa i Sprawiedliwości, który dostąpił tego zaszczytu, że od czasu do czasu ma okazję przebywać w najbliższym towarzystwie Prezesa. Przy którejś z okazji zapytałem mojego znajomego, czy Prezes go na co dzień rozpoznaje, na co „mój” działacz opowiedział mi, że co do tego on nie ma pewności, ale faktycznie raz się zdarzyło, że ten w przelocie wykonał w stosunku do niego gest, świadczący o tym, że może jednak tak. Przy okazji, znajomy mój opowiedział mi, jak to zdarzyło mu się brać udział w tak zwanym „grillu z prezesem Kaczyńskim” zorganizowanym przez Kluby „Gazety Polskiej” i układ był taki, że przy samym grillu siedział Prezes z Tomaszem Sakiewiczem i z paroma najważniejszymi członkami Redakcji, natomiast wokół organizowały się odpowiednio większe lub mniejsze kręgi złożone z tych, co mieli nadzieję na to, że przyjdzie taki moment, że uda się do prezesa podejść i zagadać. Najczęściej bez rezultatu.
Zapytałem więc znajomego, czy to znaczy, że Sakiewicz należy do najbardziej zaufanych znajomych Prezesa i na to usłyszałem odpowiedź, której się w sumie spodziewałem, a mianowicie, że Prezes nie ufa nikomu. Nikomu. Jest dla wszystkich uprzejmy, z każdym jest gotów pogadać, a nawet współpracować, natomiast nikt nie może liczyć na to, że potrafi go sobie na zawsze zdobyć. Włącznie z Sakiewiczem, który, jeśli nawet przeżywa aktualnie swój dobry okres, to wcale nie ze względu na swoje osobiste walory, lecz na polityczny interes, który Jarosław Kaczyński zawsze znakomicie rozpoznaje.
Ponieważ znam jeszcze parę osób, które są zdecydowanie lepiej poinformowane od każdego z nas, przy innej okazji dowiedziałem się, że Jarosław Kaczyński jest odgrodzony od świata przy pomocy pewnej pani, która jeszcze w głębokim PRL-u była sekretarką u samego Przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego, a dziś pozostaje w stosunku do Prezesa osobą bezgranicznie oddaną i lojalną. Jeśli ktokolwiek z nas zapragnie kontaktu z Prezesem, nie może nie przejść wcześniej przez barierę w osobie tej kobiety. To ona bowiem i nikt inny decyduje o tym, kto dostanie upragniony karnet. Ona, podobnie jak Prezes, jest osobą niezwykle uprzejmą, kontaktową, inteligentną, jednak przez to, że ten ją obdarzył pełnymi kompetencjami odnośnie organizacji jego spotkań, dzierżącą władzę całkowitą.
      Słuchałem owej historii i jednocześnie myślałem sobie, że przede mną wiadomość wręcz fantastyczna. Oto, z jednej strony, Jarosław Kaczyński, a więc człowiek, który w swoim ręku trzyma wszystkie klucze do przyszłości Polski, na osobę sobie najbliższą wybrał nie któregoś z bohaterów tak zwanej „rewolucji Solidarności”, a więc z towarzystwa wręcz przesiąkniętego różnorakimi zobowiązaniami, a tym samym niemal z automatu agenturą, lecz kogoś, kto poza lojalnością wobec swojego szefa nie ma nic, a na tym, jak działa System zna się, jak nikt inny. I to jest coś niezwykle pięknego. Z drugiej natomiast strony, owa historia potwierdziła moje podejrzenia i nadzieje, że nawet jeśli System przejrzy na wylot wszystkie nasze przedsięwzięcia, to do Jarosława Kaczyńskiego nie zbliży się nawet na centymetr. Z tego powodu, że on, jak już wspomnieliśmy, nie jest niczyim przyjacielem, a w ten sposób całą odpowiedzialność za wynik swojej misji bierze na siebie i tylko na siebie. A to, jak oni szydzą choćby z jego kota, słuszność mojej tezy jedynie potwierdza.
      Skoro już plotkujemy, to chciałbym wspomnieć rozmowę z człowiekiem, który od wielu lat mieszka poza Polską, ale swego czasu miał okazję znać wszystkich bardziej wyróżniających się członków trójmiejskiej socjety i wedle jego relacji śp. Lech Kaczyński od pierwszego dnia, jak stał się postacią wystarczająco publiczną, by budzić zainteresowanie Systemu, został objęty pełną inwigilacją w postaci całej sieci towarzyskich relacji, z których przyjaźń ze znanym nam aż nazbyt dobrze Januszem Kaczmarkiem była zaledwie drobnym elementem. Z opowieści, jaką usłyszałem od mojego znajomego, wynika, że ponieważ Lech Kaczyński, w odróżnieniu od swego brata, był osobą bardzo towarzyską, miał do ludzi większe zaufanie, znacznie łatwiej przechodził z ludźmi na ty, no i oczywiście miał też znacznie więcej przyjaciół, System nie miał najmniejszego problemu, by zbliżyć się do niego na wyciągnięcie choćby i noża. To wszystko są oczywiście niepotwierdzone plotki, ale ja osobiście jestem bardzo chętny, by je traktować poważnie, pamiętając choćby czas, kiedy to w różnych latach jednymi z najważniejszych ludzi przy Lechu Kaczyńskim były tak fantastyczne osoby, jak Michał Kamiński, Elżbieta Jakubiak, Joanna Kluzik-Rostkowska, Piotr Kownacki, czy Ewa Ziomecka.
      Dziś Lech Kaczyński, przygnieciony smoleńską mgłą, oczywiście już nie żyje, natomiast my znów mamy swojego prezydenta, cudownego wręcz Andrzeja Dudę i, jak niestety wiele na to wskazuje, stoimy wobec dokładnie tego samego problemu, co przed laty. A ja go mogę opisać tylko w jeden sposób. Otóż od paru dni mam bardzo silne wrażenie, że pierwszy błąd, jaki Prezydent popełnił kompletując swój gabinet, był taki, że, skoro już tak trudno było mu zawieść przyjaciół i musiał im dać im po stanowisku, osobą sobie najbliższą nie uczynił Leszka Millera. Jestem pewien, że Miller, jako aktualnie na bezrobociu, byłby po pierwsze lojalny, po drugie wybitnie kompetentny, no a przede wszystkim zadbałby o to, by do jego szefa nie miała dostępu post-solidarnościowa agentura. I jeśli ktoś myśli, że to żart, niech się puknie w czoło.


Jutro jadę do Warszawy, gdzie od wczoraj trwają targi książki Historycznej. Od godziny 10 rano będę obecny na stoisku nr 11, podpisując książki i służąc rozmową na każdy temat, może z wyjątkiem ponadczasowych wartości współczesnej polskiej powieści. Jeśli ktoś nie jest w stanie przjść, zapraszam na mój blog www.toyah.pl, gdzie znajdują się linki do moich wszystkich książek. Dziękuję.

wtorek, 5 stycznia 2016

W tym kraju, czyli o nieposkromionej potrzebie przynależności

Wczoraj na Twitterze znana nam skądinąd Aleksandra Jakubowska, reagując na „ćwierknięcie”, również znanej nam skądinąd Dominiki Wielowieyskiej, w której ta użyła znanego nam skądinąd zwrotu „ten kraj” w stosunku do naszego kraju, czyli Polski, napisała co następuje: „’Nasz kraj’ dalej przez usta nie przechodzi?”
I to moim zdaniem jest wydarzenie, choć wcale nie o takim wymiarze, jakby się mogło wydawać. Od pewnego czasu bowiem zauważam, że jeśli oczekujemy, że w dzisiejszej przestrzeni medialnej pojawi się głos, może nawet nie rozsądku, ale niosący podstawowy sens, to powinniśmy się skoncentrować na wypowiedziach takich byłych gwiazd politycznej sceny, jak Leszek Miller, Włodzimierz Czarzasty, czy właśnie Jakubowska. To stamtąd dziś – odkładając oczywiście na bok ową podstawową smugę ideologiczną i historyczne zaszłości – można oczekiwać refleksji głębszych i zwyczajnie bardziej interesujących. To nie kto inny też, jak Leszek Miller, ledwo co wczoraj w telewizji TVN24 powiedział, że całe to gadanie o „pisowskim zamachu stanu” to absurd, bo nie można zrobić zamachu stanu przeciwko opozycji. I to tyle na ten temat.
Dziś jednak chciałbym się skupić na wspomnianym „tym kraju” i zwrócić uwagę na pewien fakt lingwistyczny, którego, mam wrażenie, wielu z nas sobie najzwyczajniej nie uświadamia. Otóż nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że ów epitet – bo, owszem, dziś już mamy do czynienia z epitetem – powstał w wyniku bardzo ciężkiego językowego nieporozumienia, które z kolei jest konsekwencją okropnego wręcz nawyku przenoszenia do języka polskiego zwrotów bezpośrednio skopiowanych z języka angielskiego. Takich choćby, jak owo nieszczęsne „dokładnie”, „dzieciaki”, „witam”, czy „dzięki bardzo”.
O co chodzi z wspomnianym „tym krajem”? Otóż proszę zwrócić uwagę, że kiedy taki prezydent Obama wygłasza przemówienie dotyczące spraw lokalnych, zwrotu „this country” używa nieustannie. On, ile razy mówi o Ameryce, używa zamiennie dwóch form: „America” lub „this country” właśnie. On nigdy nie mówi „our country”, ani „the country”, ani tym bardziej „country”. Obama, mówiąc o swoim ukochanym kraju używa formy „this country”, wcale nie po to, by się od Ameryki zdystansować, ale dlatego, że zaimek wskazujący „this” oznacza w języku angielskim coś zdecydowanie innego od polskiego „ten” z tego prostego powodu, że oni mają zarówno zaimki wskazujące, jak i przedimki, a my nie. Kiedy więc Brytyjczyk, Amerykanin, czy Australijczyk, chce powiedzieć, że w kraju wszystko jest na swoim miejscu, nie powie „in the country”, ani nawet „in our country”, lecz „in this country”, i ta forma nie ma nic wspólnego z owym okropnym „tym krajem”, który nas tak irytuje w naszej debacie.
No ale mamy to co mamy i z każdej strony słyszymy, jak ta najbardziej „inteligentna” część społeczeństwa, patrzy na Polskę i z pogardą określa ją epitetem „ten kraj”. W tej sytuacji, jako doświadczony i kompetentny anglista, pragnę wszystkich czytelników poinformować, że ci durnie nawet na tak niskim poziomie nie byli w stanie wymyślić nic oryginalnego. Nawet tu nie udało im się wyjść z czymś nośnym, a jednocześnie swoim. To co z siebie wypluli to zaledwie prosty błąd, gdzie zamiast mówić o „Polsce”, albo „naszym kraju”, postanowili korzystać z angielskiego „this country”, bo to im dało poczucie przynależności.
To już znacznie lepiej byłoby, gdyby się trzymali nowego, lansowanego przez radio RMF zwyczaju, by podając godzinę, zamiast „za dziesięć druga”, używać tak jak dotychczas formy „dziesięć do drugiej”.

Więcej na temat języka angielskiego i przeróżnych związanym z nim pułapek można znaleźć w mojej książce o angielskim listonoszu. Do kupienia tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=kto-sie-boi-angielskiego-listonosza-2



środa, 30 września 2015

Donoszę na samego siebie

Jak doniosły media, panowie Leszek Miller i Janusz Palikot zostali właśnie uznani winnymi przez sąd w Warszawie tego, że podczas którejś z konferencji prasowych wspólnie i w porozumieniu określili Ryszarda Petru mianem człowieka „wynajętego przez banki”. Wprawdzie wygląda na to, że ani jeden ani drugi za ów występek nie pójdą do więzienia, a co więcej, nie będą nawet musieli we wspomnianych bankach brać milionowych kredytów na publikowanie ogłoszeń w „Wyborczej” i w „Rzeczpospolitej” z oświadczeniem, że „Ryszard Petru „nie jest człowiekiem wynajętym przez banki”, niemniej jednak wyrok jest i przeprosić trzeba będzie.
Ktoś mnie spyta, co mnie obchodzą relacje między Millerem, Palikotem i Petru, a ja przyznaję, że one w przeważającej swojej części faktycznie mało mnie obchodzą, natomiast tu akurat czuję, że ich sprawa bardzo wyjątkowo jest również moją sprawą. Otóż stało się tak, że choćbym nie wiem jak się wykręcał, faktem jest, że to ja obu panów, czyli Leszka Millera i Janusza Palikota podjudziłem do popełnienia owego przestępstwa. Oto pragnę donieść, że w dniu 31 maja 2015 roku, na swoim blogu, w komentarzu pod tekstem zatytułowanym „Ruch umarł, niech żyje ruch, czyli kto kogo rucha”, napisałem, że „Ryszard Petru to kandydat banków”. Jakby tego było mało, niespełna miesiąc później, również na swoim blogu, w tekście pod tytułem „Kto się boi PiS-u i czy jest na to jakaś maść?” już bardzo bezpośrednio pisałem o Ryszardzie Petru i „wynajmujących go bankach”. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że zarówno pan Leszek Miller jak i Janusz Palikot są dorosłymi ludźmi i odpowiadają za siebie, niemniej jednak, mając przekonanie, że bez mojego bloga im by nawet do głowy nie przyszło, by się tak fatalnie wplątać w było nie było działalność przestępczą, chciałbym prosić Wysoki Sąd o darowanie winy panom Millerowi i Palikotowi, To wszystko moja wina, a oni postąpili jak postąpili z własnej głupoty i jestem pewien, że już więcej nie będą.
Pozostaje mi już tylko wyjaśnić, jak to się stało, że tu na tym blogu pojawiło się to straszne oskarżenie, że Ryszard Petru to człowiek wynajęty przez banki? Otóż tu odpowiedź jest prosta. Jak niedawno zauważył dziennikarz Piotr Skwieciński, my blogerzy stanowimy zaledwie nicnieznaczący odprysk tego co w istocie rzeczy tworzy w Polsce głos opinii publicznej. To co sobie myślimy i to co piszemy, nie ma jakiegokolwiek znaczenia, raz z tego względu, że nie mamy realnego sposobu, by odpowiednio głęboko oceniać bieżące wydarzenia, a dwa, że nasz głos i tak nie jest słuchany. W konsekwencji, to co my tu sobie piszemy, to wyłącznie jakieś pozbawione sensu wytwory naszych wybujałych ambicji, na które nawet nie warto zwracać uwagi. Tym bardziej więc uważam, że Wysoki Sąd powinien uznać, że panowie Miller i Palikot powiedzieli co powiedzieli ze zwykłej głupoty, a więc nie należy ich czynu traktować poważnie. A ja z mojej strony oczywiście bardzo chętnie pana Ryszarda Petru przeproszę: Wielmożny Panie, niech się Pan już nie gniewa. Przecież to jasne, że Pan z bankami nie ma nic wspólnego. Sam nie wiem, co mi strzeliło do tego mojego hejterskiego łba.

Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.




czwartek, 11 grudnia 2014

Kryzys przywództwa, czyli Leszek Miller na prezesa PiS

Przez ostatnich parę tygodni, z powodu niezapłaconego abonamentu, nie mieliśmy w domu telewizji. I pewnie tak by jeszcze przez jakiś czas pozostało, gdyby nie piłka nożna, którą moja starsza córka żyje z prawdziwym oddaniem, a więc zapłaciłem połowę zaległości i, jak się okazało, to wystarczyło. Włączyli nam więc telewizję, a ja natychmiast trafiłem na konferencję prasową posłów Hofmana i Kamińskiego, a kiedy ta się skończyła, na kolejną, tym razem Millera i Kwaśniewskiego. Później zrobiłem sobie przerwę do wieczora i wtedy obejrzałem fragment programu „Czarno na białym”, poświęconego ojcu Rydzykowi i Jarosławowi Kaczyńskiemu, a żeby żaden idiota nic nie przegapił, zrealizowanego w taki mniej więcej sposób, jak się realizuje programy o mafii narkotykowej, czy o handlu dziećmi na pedofilskim rynku, z migającym obrazem i muzyką jak z horroru.
I proszę sobie wyobrazić, że refleksje, jakie mnie po całodziennych wrażeniach ogarnęły, są jak najbardziej ponure. Otóż odnoszę bardzo silne wrażenie, że z całego tego zestawu publicznej oferty, z jaką mamy dziś do czynienia, a która została nam przedstawiona w tak obrazowy sposób, jedynym towarem wartym uwagi są Kwaśniewski z Millerem. Oglądałem tę parkę i z przerażeniem zrozumiałem, że od czasu gdy jeden był prezydentem, a drugi premierem, wszystko, z czym mamy do czynienia, to zabawa w politykę, zabawa w media, zabawa w problemy. Przepraszam wszystkich bardzo, ale kiedy z jednej strony widzę Hofmana i Kamińskiego, z drugiej tę paniusię z TVN-u, która do spółki z jakimś gówniarzem z „Tygodnika Powszechnego” próbują opowiedzieć nam, jak to pisowska sekta wraz z Radiem Maryja zniewalają kardynała Dziwisza, ja nagle sobie uświadamiam, że wybór, przed jakim mnie postawiono jest naprawdę perfidny.
Oglądałem obie te konferencje prasowe, przyglądałem się, jak najwybitniejsi polscy dziennikarze, czy politycy, próbują sobie radzić z jednej strony z zanikającym światem PRL-u, a z drugiej z najlepszą ofertą III RP i znów z autentyczną zgrozą doszedłem do wniosku, że dla nich PRL jest zwyczajnie niedostępny. To jest świat, których ich pokonuje walkowerem 3 - 0. Czy to będzie Hofman, czy Monika Olejnik, czy Andrzej Morozowski, że już nie wspomnę o tych dzieciach, co dopiero wchodzą w świat mediów i polityki, oni stając naprzeciwko Millera, czy Kwaśniewskiego nie mają jakichkolwiek szans z tego prostego powodu, że jedni i drudzy startują w zupełnie innych konkurencjach i w zupełnie innych wagach.
Patrzyłem na Kwaśniewskiego i Millera, jak stoją naprzeciwko tej bandy bezczelnych amatorów i patrzą na nich z jednej strony ze starannie ukrytą pogardą, a z drugiej z ową siłą, którą daje im wieloletnie doświadczenie i wszystkie te rany, które skrywają pod eleganckimi garnoiturami, i po raz nie wiem już który zrozumiałem, że jedynym poza nimi autentycznym politykiem, jakiego III RP nie dała rady unicestwić jest Jarosław Kaczyński. Jedynym politykiem, jaki jest w stanie skonfrontować się z III RP i z tej konfrontacji wyjść zwycięsko, jest właśnie on. Kiedy dziś nagle, po tylu latach skutecznej wstrzemięźliwości, patrzę na Kwaśniewskiego i Millera, nagle sobie uświadamiam, że ja chyba jednak bardzo dobrze rozumiem, dlaczego lata 2000-2005 to był czas, kiedy System postanowił tych dwóch zniszczyć raz na zawsze i zrobił to w sposób wręcz mistrzowski. Ale też rozumiem, dlaczego dziś System jest już nastawiony tylko na Jarosława Kaczyńskiego – ostatniego prawdziwego polityka, który zachował jeszcze jakieś wpływy. On już jako ostatni przedstawiciel odchodzącego świata najzwyczajniej w świecie przeszkadzają w budowaniu Nowej Kultury.
Pamiętam, jak przy okazji afery taśmowej, tygodnik „Wprost” opublikował rozmowę z Leszkiem Millerem, w której ten, wspominając Lecha Kaczyńskiego, zasugerował, że Kaczyński to był człowiek tak wybitny, że gdyby nie owa straszna propaganda, on by wygrywał wszystkie kolejne wybory z palcem w nosie. Nie pamiętam dziś dokładnie tych słów, ale taki był ów przekaz. Przypominam sobie też spotkanie w Kancelarii Premiera sprzed może pół roku, na którym z jakiegoś powodu nagle spotkali się wszyscy najważniejsi politycy, i pamiętam tę scenę, kiedy to Jarosław Kaczyński podchodzi do grupki polityków, wśród których jest Cimoszewicz, Miller i Palikot, z dwoma pierwszymi wita się ze spokojnym uśmiechem, który oni mu z równym spokojem odwzajemniają, natomiast wyciągniętej przez Palikota ręki demonstracyjnie nie zauważa. Wtedy oczywiście myślałem sobie, że to chodziło tylko o ten Smoleńsk i te szyderstwa z zamordowanego brata. Dziś jednak sądzę, że gdyby Palikot prezentował poziom profesjonalizmu, jaką prezentują Miller, Kwaśniewski, czy nawet Cimoszewicz, on by mu tę rękę może i podał. A tak, z kim się tu witać? Z jakimś amatorem wyprodukowanym przez III RP, w dodatku z rękoma umaczanymi we krwi?
Wczoraj też zajrzałem oczywiście na główną stronę Salonu i trafiłem na kolejną notkę Janusza Korwina Mike. Jest to wyłącznie – tam nie ma choćby jednego zdania tekstu – informacja, że w telewizji wieczorem będzie program z udziałem Korwina, oraz lista książek jego autorstwa, które w jego internetowym sklepie można kupić wraz ze specjalną partyjną muszką. Moim zdaniem – z tym zastrzeżeniem oczywiście, że ja mam świadomość, że Korwin to dziś już wyłącznie medialny gadżet – owa notka stanowi wręcz symbol tego, czym się stała polska polityka i polskie media dzisiejszych czasach. To jest już tylko walka o przetrwanie w wykonaniu tych, którzy, po wyeliminowaniu ze sceny postaci prawdziwie historycznych, zostali podstawieni przez System, żeby dostarczać alibi dla prowadzonych przez System interesów, tym razem w skali, której my nawet nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
Autentycznym przebojem Salonu24 dziś zapewne stanie się notka Integratora, w której on po raz kolejny wzywa do zmiany przywództwa w PiS-ie. Ponieważ Integrator to mój bliski przyjaciel, chciałem mu tą drogą powiedzieć, że niech się przestanie wygłupiać. W końcu na Millera, czy Kwaśniewskiego Naród się nie zgodzi.

Idą Święta, a zatem, wszystkich czytelników tego bloga zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić cała kupę naprawdę wartościowych książek, w tym tych, które przez ostatnie lata napisałem ja sam. Szczerze polecam.

czwartek, 14 marca 2013

Za co lubię Leszka Millera

Zakończone wczoraj konklawe, oraz wskazanie przez kardynałów argentyńskiego jezuity, jako głowy naszego Kościoła, niejako automatycznie zmusiło mnie do ponownego uczestnictwa w przekazywanym codziennie na żywo festiwalu zidiocenia, którego obsługą w ostatnich latach zajmuje się telewizja i w ogóle media. Jak więc wszyscy z nas, czekaliśmy już od paru już dni, aż poznamy imię nowego papieża, a kiedy wczoraj w pewnym momencie na owym watykańskim kominie usiadła biała mewa i przez chyba z godzinę nie chciała odlecieć, wszyscy odczytaliśmy to jako dobry znak, że to się stanie właśnie dziś, za chwilę, i już naprawdę nie było sposobu, by ten telewizor wyłączyć, i przestać choć na chwilę słuchać tych głosów.
Nie wiem, czy to dlatego, że dawno telewizji w takim natężeniu nie oglądałem, czy może przez to, że owo bałwaństwo w zderzeniu z uroczystością i powagą chwili stało się jeszcze bardziej dojmujące niż zwykle, czy wreszcie skutkiem tego, że ostatnio w ogóle gorzej znoszę wszelki, fizyczny i intelektualny, chaos, ale muszę powiedzieć, że w pewnym już momencie, z tego zdenerwowania, nie byłem w stanie się skupić na tym, czego ten dzień tak naprawdę dotyczył, rozglądałem się za czymś, czym można by było rzucić w któryś z tych łbów.
Są jednak w tym całym nieszczęściu rzeczy, które pozwalają zachować dobry nastrój. Pierwsza z nich, to oczywiście sama osoba nowego papieża i popłoch, jaki w sposób ewidentny ten akurat wybór wywołał w szeregach tych, którzy to zło definiują. Ja naprawdę nie pamiętam, kiedy to miałem więcej tej zimnej, grzesznej satysfakcji, niż wczoraj właśnie, kiedy oni się powoli zsuwali z tej swojej nicnieznaczącej paplaniny o tym, jaki to równy facet z tego nowego papieża, jaki to liberał, jak to on jeździ metrem do roboty, i jak to on teraz oczyści Kościół z tego bagna, to fantastycznie wręcz symbolizującego ową panikę wystąpienie polskiego ambasadora w Argentynie, który poproszony o komentarz i może jakąś relacje z tego, co się dzieje na ulicach Buenos Aires, zaczął coś nieporadnie bąkać o tym, że on akurat nie może wiele powiedzieć, bo jeszcze akurat nie miał okazji wyjrzeć przez okno, samego papieża zna o tyle o ile, i może tylko powiedzieć, że to czarny konserwatysta, no i by do niego może zadzwonić jutro, to on do tego czasu się zorientuje.
Jednak dziś właśnie dotarła do mnie pewna informacja, która może na pierwszy rzut oka wcale nie może być bardzo pocieszająca, a kto wie, czy wręcz przeciwnie, nie powinna być przez nas odbierana jako coś wręcz bolesnego, a mimo to, mój niemal wrodzony minimalizm, jak idzie o oczekiwania, jakie ja mam w stosunku do świata, każe mi czuć pewną nadzieję. Otóż proszę sobie wyobrazić, że nie u nas w TVN24, nie u nas w TVP Info, ani nawet nie u nas w Polsacie, ale w dalekiej Wielkiej Brytanii, to słynne ich BBC akurat transmitowało pierwsze wystąpienie papieża Franciszka, kiedy nagle papież zaczął się modlić, najpierw słowami „Ojcze Nasz”, a następnie „Zdrowaś Maryjo”, a zatrudniony przez nich tłumacz kompletnie zgłupiał, i zaczął jedną i drugą modlitwę przekładać literalnie, na tyle dokładnie, na ile pozwalała mu znajomość języka włoskiego. W rezultacie, otrzymaliśmy coś w rodzaju: „Ojcze nas, który jesteś w niebie… eee… niech będzie święte Twoje imię… eee… niech Twoje królestwo przyjdzie… niech będzie tak jak sobie życzysz” i tak do końca, w tym samym stylu charakterystycznym dla kogoś, kto tę modlitwę słyszy pierwszy raz w życiu.
Ktoś powie, że skoro nasz świat doszedł do tego punktu, w tym nie ma nic pocieszającego, lecz wręcz przeciwnie, powinniśmy bić na alarm. I, owszem, ja się zgadzam, że sytuacja, w której się nagle okazuje, że w samym środku cywilizowanego świata, słowa „Ojcze Nasz” są tak samo mniej więcej rozpoznawane, jak tekst pierwszego lepszego popowego hitu, a więc na takiej zasadzie, że kto lubi, ten zna, nie jest zbyt interesująca. Natomiast uważam, że już znacznie ciekawsza jest reakcja, jaką ten wczorajszy przypadek wywołał w Wielkiej Brytanii. Z tego, co czytam w Internecie, wynika, że z tego co narobili, BBC musi się dziś tłumaczyć znacznie gęściej, niż z kolejnej próby zrzucenia odpowiedzialności za Holocaust na Polaków. I to nie przed jakimś Watykanem, czy obcą ambasada, ale znacznie gorzej – przed własną publicznością. W dodatku jeszcze w reakcji na tę cholerę, jaka ogarnęła wielu Brytyjczyków, taki Daily Mail na przykład poczuł się w obowiązku przytoczyć w całości i w wersji podstawowej słowa „Ojcze Nasz”. A to jest, uważam, znak dobry.
Ale jest jeszcze coś, co mnie wprawia w lepszy nastrój. Cokolwiek by nie powiedzieć o tych kretynach z TVN-u czy TVP Info, jednego możemy być pewni – póki co, u nas coś takiego by się nie zdarzyło. U nas, nawet gdyby w roli tego tłumacza wystąpił sam prezydent Komorowski, ze swoimi powszechnie znanymi możliwościami, on by słowa tej modlitwy wyrecytował od początku do końca tak by nawet jego osobisty kumpel kardynał Nycz nie miał się do czego przyczepić. Co ja mówię, Komorowski? Nawet Leszek Miller by sobie poradził.
Minimalizm? Zgoda. Niech będzie minimalizm. Sam przecież już się do tego przyznałem. Muszę jednak powiedzieć, że z mojego punktu widzenia, jest już tak do dupy, że można się cieszyć nawet tym, że w czerwcu w Krakowie zagra Portishead, a co tu dopiero mówić o takich przyjemnościach jak świadomość, że nawet Millera, nawet Komorowskiego stać na wiele, ale jednemu rady nie dadzą – potędze Sakramentu.

Proszę się na mnie nie gniewać, ale, jak większość z nas wie, ja, mimo że staram się jak mogę, wciąż bez Waszej pomocy nie daję rady. Bardzo więc proszę o wsparcie dla tego bloga, który jeszcze przez jakiś czas będzie musiał stanowić główne źródło mojego utrzymania. Dziękuję. A na koniec BBC. Kto da radę, niech się wsłucha.

środa, 8 października 2008

Zapraszam na chwilkę horroru

Przyszedł do mnie mój syn, oburzony jak nie wiem co, z informacją z Rzepy, że w Kanadzie mieszka jakiś młodzieniaszek, który od pewnego czasu umieszcza na youtubie filmy, na których osobiście bezcześci hostię. On najpierw tę hostię bierze na rękę w kościele, potem przynosi ją do domu, włącza kamerę i robi z nią najróżniejsze dziwne rzeczy. Albo ją przybija do kawałka deski, albo ją kroi skalpelem, albo na nią rzyga - wszystko jedno. Cel jest jeden. Żeby pokazać całemu światu, co on sądzi o Chrześcijaństwie.
Jednak nie to, co wyczynia ten człowiek, było dla mojego syna najbardziej oburzające. W końcu wariaci są wszędzie i na to sposobu nie ma. Gorszą rzeczą okazało się to, że - jak podaje Rzeczpospolita - youtube, mimo szerokiej akcji protestacyjnej, nie chce usuwać tych filmików z sieci, a pewien naukowiec z pewnego amerykańskiego uniwersytetu, stwierdził nawet, że to, co robi młody Kanadyjczyk jest okay, bo to całe Chrześcijaństwo, ze swoją agresywną naturą na nic lepszego nie zasługuje. Poza tym, wreszcie, żyjemy w wolnym świecie i każdy robi to, co chce.
Oczywiście, sprawa jest poważna i zdecydowanie poruszająca. Raz, że tego rodzaju bluźnierstwo jest ciężkie do akceptowania, a przy okazji ta niezwykła głupota - głupota agresywna i bardzo nonszalancka - zawsze irytuje. Na dodatek, jeśli się słyszy człowieka wykształconego, o jakimś tam, pozornym choćby, potencjale, tłumaczącego, że Chrześcijaństwo jest agresywne, a jednocześnie twierdzącego to z pełnym - i słusznym jak najbardziej - poczuciem bezkarności, to faktycznie można poczuć lekki zawrót głowy.
Ja jednak myślę sobie, że to właściwie nie jest do końca taka zła rzecz, te filmy z chłopaczkiem niszczącym hostię. Popatrzmy na to, co się dzieje wokół na świecie. Popatrzmy na przykład, jak się uczy w szkołach nasze dzieci historii. Jest tyle interpretacji tego, co za nami, że właściwie nie sposób ustalić, co jest prawdą, a co jest fikcją. Taki Wałęsa. Dla jednych kapuś, dla innych bohater. Sama Solidarność - dla jednych wielki ruch obywatelski, a dla innych z kolei związek, od początku całkowicie infiltrowany przez służby.
Ale również zdarzenia starsze, wydawałoby się, dawno już opisane i zdiagnozowane, takie jak Powstanie Warszawskie. Od czasu, gdy Gazeta Wyborcza napisała, że powstańcy mordowali Żydów, właściwie nie mieliśmy do czynienia z jakimiś drastycznymi wybrykami, a tu nagle Leszek Miller na swoim blogu informuje, że Żołnierze Powstania to tchórze i dupki. I co ma z tego wiedzieć młody człowiek?
To historia. Ale spójrzmy na teraźniejszość zupełnie nie-historyczną. Oglądamy film w telewizji i nie wiemy, czy te dinozaury są naprawdę, czy to tylko tak zwana wirtualna rzeczywistość. Do licha z dinozaurami! Nie wiemy nawet, czy aktorzy są naprawdę, czy to już tylko obrazek wytworzony przez utalentowanych speców od grafiki komputerowej. Czy gitara, którą słyszymy to jeszcze instrument strunowy i muzyk, który te struny porusza, czy może to jest tylko syntetyczny dźwięk, stworzony w studio.
Czytałem kiedyś, że w Niemczech, dubbing w filmach został doprowadzony do takiej perfekcji, że wielu młodych Niemców jest przekonanych, że w Ameryce się mówi po niemiecku. Poza tym, w związku z tym, że branża ‘dubbingowa' jest tak silna, że panuje tam pełny monopol, to i jest na przykład tak, że Marilin Monroe jest obsługiwana przez jedną, i tylko jedną niemiecką aktorkę. W efekcie, wielu Niemców, nie dość, że jest przekonanych, że Marilin Monroe mówiła po niemiecku, to na dodatek sądzi, że w jej głosie nie było nic nadzwyczajnego.
Żyjemy więc w świecie, gdzie człowiek absolutnie nie może mieć pewności, czy to co widzi, to rzeczywiście jest naprawdę, czy to tylko złudzenie. Czy to, co mu mówią to prawda, czy już tylko propaganda? Czy te piosenki wymyślił człowiek, czy maszyna?
A do tego dochodzi jeszcze świat informacji. Świat mediów. I tu jest dokładnie to samo. Czy to, co nam mówi pan w telewizorze, to prawda, czy może ktoś nas tylko chce nabrać? Czy rzeczywiście mamy kryzys finansowy, czy może to tylko jakieś interesy, o których nie mamy pojęcia?
Można naprawdę oszaleć. Świat bez stałych punktów, na których jakoś się można oprzeć, jest absolutnie nie do wytrzymania. Można oczywiście iść do Kościoła. Ale i tam może się niespodziewanie okazać, że zamiast normalnego księdza, pojawi się jakiś kaznodzieja z towarzystwa, który będzie nam tłumaczył, że Jezus to jest prawdziwie 'wypasiony kolo'. I co młody człowiek ma z tym zrobić? Przejść na Islam?
A tu proszę. Nagle przed nami coś, co stanowi stuprocentową prawdę. Widzimy opętanego dwudziestolatka, który przypala hostię papierosem i wiemy, że tu nie ma żadnych efektów specjalnych. To jest naprawdę,. To się dzieje! Nikt nam nie powie, że to specjaliści od postprodukcji stworzyli takie złudzenie. TO IDZIE LIVE! Dzień w dzień, mamy do czynienia z historią. Historią nie opowiedziana przez zakłamanych polityków i głupich nauczycieli. Historią autentyczną. I to jest wartość. Wartość, bo prawda.
Na tej samej stronie, w Rzeczpospolitej, czytam artykuł o jakimś telewizyjnym show, w Wielkiej Brytanii, gdzie się torturuje się ludzi, publiczność może to oglądać i mieć frajdę. I tu, sytuacja jest bardzo podobna. To, co widzimy, to nie fikcja. To najprawdziwsza prawda. Ci ludzie wrzeszczą naprawdę i naprawdę robią pod siebie ze strachu. Co byśmy powiedzieli, gdyby się okazało, że oni są wszyscy podstawieni? Przecież ja osobiście bym protestował. Jak można mnie traktować tak niepoważnie? Ja, podobnie jak inni, jestem szczerze spragniony prawdy.
Oglądałem kiedyś film zatytułowany 8 mm, z Nicolasem Cagem. Ogólnie chodzi o to, że Nicolas Cage jest detektywem wynajętym przez pewną wdowę, która po śmierci męża, odkrywa w jego sejfie film pornograficzny z zarejestrowanym brutalnym morderstwem. Ponieważ nie wie, czy dziewczyna na filmie została zamordowana naprawde, czy to tylko taka zabawa, prosi Cage'a, żeby to zbadał. Wchodzi więc nasz detektyw w branżę pornograficzną i spotyka się ze światem czystego zła, na którego krańcach - jak się okazuje - jest oczywiście oferta w postaci prawdziwego morderstwa. Oczywiście nie za drobne pieniądze. Chcesz mieć prawdę, musisz za nią zapłacić. Zapłacić słono.
A my, tu - zupełnie za darmo - dostajemy tego artystę z Kanady, wymyślającego w ramach swojego projektu, kilkadziesiąt sposobów na to, co można zrobić z Ciałem Chrystusa. I mamy youtube, który nam zagwarantuje, że wszystko co on robi, otrzymamy w dobrej jakości, o dowolnej porze dnia i nocy. I mamy naukowca, który w wypowiedzi dla Rzeczpospolitej mówi „Zachęcam wszystkich, żeby brali z niego przykład."
Miałem ochotę jeszcze Wam coś powiedzieć na temat prawdy, która wyzwala, ale już nie mogę tu dłużej sterczeć. Nagrałem sobie z telewizji fajny program i muszę sobie go obejrzeć. Chodzi o to, że jest czterech kolesi, którzy robią najbardziej ohydne rzeczy i robiąc je, nie mogą ani się śmiać, ani gadać, ani przestać robić to, co robią. Mogą tylko rzygać. Inaczej tracą punkty. Więc jeden pije sok ze śmierdzących, obsranych skarpetek, ma to robić z kamienną twarzą, a reszta może się śmiać, ale bezgłośnie. I jest fun. To wprawdzie nie idzie live, ale wiem, że tu nie ma picu. To jest fakt. Tu się dzieje historia.
A więc, na razie. Miłego dnia.
PS Z szacunkiem dla Rusha Limbaugh za inspirację.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...