Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konfederacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konfederacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lipca 2020

Krzysztof Bosak, człowiek z zepustym kalkulatorem


      Ja naprawdę nie mam żadnego interesu w tym, by akurat w tych szczególnych dniach walić kijem po kratach za którym siedzą patrioci spod znaku Konfederacji, czy różnego rodzaju stowarzyszeń w rodzaju Marszu Niepodległości, Frondy, czy Polonii Christiana, ale uważam, że zostałem sprowokowany zachowaniem zarówno Rafała Trzaskowskiego, który postanowił wkraść się im wszystkim do ich serc, zapewniając, że kiedy mówił o faszystach, to wcale nie miał ich akurat na myśli, tylko jakąś zbliżoną do PiS-u patologię, która się ich uczepiła podczas jakże słusznych patriotycznych manifestacji, jak i reakcją samego kandydata Krzysztofa Bosaka, który do owych umizgów odwrócił się plecami i oświadczył, że on, jako „trzecia polityczna siła w Kraju”, nie będzie handlował Ojczyzną i Jej przyszłością. Żeby jeszcze doszło do tej wymiany raz, czy dwa i sprawa została skutecznie zagłuszona przez inne, znacznie ciekawsze wydarzenia, to pewnie bym dziś pisał o czymś innym, ponieważ jednak wiele wskazuje na to, że temat będzie żył jeszcze przez kolejne dni, jakie nam pozostaną do drugiej tury wyborów i wszystkie strony politycznego sporu będą z zacięciem godnym lepszej sprawy zachęcały Krzysztofa Bosaka do podjęcia mądrej decyzji, pomyślałem, że na ów idiotyzm muszę zareagować i poinformować tych wszystkich, którzy na to sami jeszcze nie wpadli, że to co zrobi czy powie Krzysztof Bosak dla wyniku wyborów nie ma najmniejszego znaczenia. Podobnie jak nie ma najmniejszego znaczenia, jakie deklaracje będą składać związani z owym narodowo-katolicko-patriotycznym projektem internauci okupujący miejsca takie jak Twitter, Facebook, czy wciąż stosunkowo mi najbliższa Szkoła Nawigatorów. Jeśli bowiem Andrzej Duda zdoła zebrać owe brakujące siedem procent głosów, to z całą pewnością nie przez to, że ktoś poza nim samym owe głosy mu załatwi. Krzysztof Bosak, z tego co mi wiadomo, przez wielu jego wyborców jest traktowany z bardzo mocnym przymrużeniem oka i jeśli oni są w ogóle gotowi oczekiwać jakiejkolwiek pomocy w swoich wyborczych decyzjach, to już zdecydowanie bardziej ze strony Grzegorza Brauna, czy ewentualnie samego Korwina, ale z całą pewnością nie od Bosaka. A tak naprawdę, oni wszelkie tego typu doradztwo mają głęboko w nosie, bo albo już tak zgłupieli w przekonaniu, że Duda tak naprawdę ma na nazwisko Juda, i ich już nic nie uratuje, albo zwyczajnie Polskę kochają i nawet palcem nie kiwną by jej w jakikolwiek sposób zaszkodzić.
       A w tej sytuacji ja bardzo wszystkich tych, którzy boją się o ostateczny wynik wyborów, proszę by zechcieli sobie wziąć do ręki kalkulator i policzyć, że Rafał Trzaskowski ma do wytargania dodatkowych 20 procent, co nawet zakładając że wszyscy wyborcy Hołowni pójdą za nim jak w dym, jest dużo za mało, podczas gdy Andrzejowi Dudzie wystarczy te głupie siedem. Ja wiem, że to też nie musi być aż takie łatwe, ale pomyślmy proszę logicznie. Przed nami jeszcze dziesięć dni kampanii, kampanii z całą pewnością obfitującej w najróżniejsze niespodzianki i nie dajmy sobie wmówić, że druga strona zdoła wymyślić coś ciekawszego niż ten idiotyzm z ułaskawieniem pedofila. Wręcz odwrotnie, ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że sztab Prezydenta, wraz z odpowiednimi służbami prezesa Kurskiego z całą pewnością przyniosą nam wystarczająco dużo nowych zupełnie informacji, które przynajmniej część tego dziwnego towarzystwa zachęcą do rezygnacji z dalszego udziału w tej zabawie. Bo, nie ukrywajmy, dla wielu z nich to jest wyłącznie zabawa.
      Ale ja tu widzę coś jeszcze. Otóż wygląda na to, że po stronie przeciwników Andrzeja Dudy zapanowała histeria, jakiej, mimo naprawdę wielu różnych innych równie dobrych okazji, Polska dotychczas nie doświadczyła. A w związku z tym, ja nie mam też najmniejszych wątpliwości, że przez te kilka dni jakie wciąż są przed nami, oni nie wytrzymają i odstawią coś takiego, że nie tylko Bosak ze swoją gromadką, ale nawet sztab Andrzeja Dudy nie będzie musiał robić już nic. Przyjdzie bowiem dzień, kiedy wszystkie media opublikują sondaże które doprowadzą do autentycznego piekła i pozostała część kampanii upłynie w cieniu kolejnych samopodpaleń... i mam tylko nadzieję że nie morderstw.
       I wówczas wreszcie będziemy się mogli wszyscy skupić na szukaniu dobrego rozwiązania, jak wyjść z twarzą z innego wariactwa, pod nazwą Covid19.




     
   

sobota, 27 czerwca 2020

Konfederacja, czyli o rozgrywaniu tych, którzy się nigdy rozegrać nie pozwolą


       Zwycięstwo Andrzeja Dudy w prezydenckich wyborach roku 2015 zapowiadałem tu na tym blogu jeszcze jesienią roku 2014, kiedy chyba nawet sam Jarosław Kaczyński nie wierzył w to, że owe marzenia mogą się spełnić. Andrzej Duda został więc prezydentem, a ja muszę tu zupełnie szczerze przyznać, że – pomijając oczywistą radość z tego sukcesu – moja pierwsza poważna powyborcza refleksja dotyczyła tego, że w jego najbliższym otoczeniu pojawił się niejaki Kędryna. O tym też zdecydowałem się natychmiast napisać, jednak ponieważ w owej kwestii nie zmieniło się nic ani wówczas, ani też w kolejnych latach, z czasem postanowiłem to dziwadło i całą tajemnicę z nim związaną przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza i skupić się na kwestiach bardziej istotnych. I również dziś, kiedy patrzę na całość prezydentury Andrzeja Dudy, nawet owo najświeższe zupełnie ujęcie, gdzie ów Kędryna, w całym swoim anturażu, prezentuje się Białym Domie w Waszyngtonie, nie zmienia mojej oceny pięciu lat owej prezydentury, i ten dziwny człowiek do dziś pozostaje jedynym, coraz mniej istotnym zgrzytem.
       Kiedy Andrzej Duda obejmował urząd Prezydenta RP i oczywiście w kolejnych latach, mimo różnego rodzaju wątpliwości, wiedziałem, że przede wszystkim nikogo lepszego od niego w najbliższych latach mieć nie będziemy, ale też, że on po zakończeni kadencji, w drugą wejdzie z takim przytupem, że świat się zatrzyma w podziwie. Czemu? No własnie z tego powodu, że on jest w tak oczywisty sposób najlepszy, że tu nie może być jakiejkolwiek dyskusji.
      I oto dziś stoimy przed jutrzejszymi wyborami i wygląda na to, że się pomyliłem. Mało tego. Nie dość że się pomyliłem, to w swoich zupełnie fatalnych przewidywaniach nie uwzględniłem takiej oto możliwości, że na drodze Andrzeja Dudy może stanąć coś równie marnego jak Rafał Trzaskowski. Tymczasem jutro mamy te wybory i jest bardzo prawdopodobne, że potrzebna będzie jeszcze druga tura, a i ona może nie wystarczyć.
       Czemu tak? Myślę o tym od pewnego czasu i przychodzą mi do głowy dwie odpowiedzi. Przede wszystkim oczywiście ta, że kampania nienawiści, z jaką mamy do czynienia nieprzerwanie od roku 2005 nie ustaje i zapewne nie ustanie do momentu, gdy jej pomysłodawcy nie zejdą ostatecznie ze sceny. To owa nienawiść do wszystkiego co jest związane czy to z nazwiskiem „Kaczyński”, czy bardziej już konkretnie z Prawem i Sprawiedliwością, przez te wszystkie lata do tego stopnia spętała umysły wielu, że, tak jak mówię, jedyne z tego wyjście prowadzi przez ostateczne unicestwienie projektu, który za tą nienawiścią stoi. I to jest pierwszy powód, dla którego ktoś taki jak Rafał Trzaskowski ma szanse by zostać Prezydentem RP w starciu z Andrzejem Dudą.
      Jest jednak coś jeszcze, co może stanowi siłę znacznie poważniejszą. W końcu nikt z nas chyba nie liczył, że wspomniana nienawiść tak łatwo wygaśnie. Tego akurat, że oni wszyscy nie odkleją się od owej strasznej obsesji mogliśmy się spodziewać. Mogliśmy się też oczywiście spodziewać, że przez minione pięć lat pojawi się grupa wyborców Andrzeja Dudy rozczarowanych jego prezydenturą, którzy konsekwentnie uznają, że trzeba postawić na kogoś, kto będzie znacznie lepszy. Powiem jednak zupełnie uczciwie, że absolutnie nie spodziewałem się tego, że po stronie przeciwników drugiej kadencji prezydenta Dudy pojawią się ludzie, którzy nie stwierdzą, że on popełnił mnóstwo błędów, czy okazał się wielokrotnie zwyczajnie nieudolny, ale że Andrzej Duda to przedstawiciel tak zwanej „żydokomuny”, a dziś odnoszę wrażenie, że jeśli faktycznie przyszłym Prezydentem RP zostanie Rafał Trzaskowski, to przede wszystkim z powodu zachowania jego wcześniejszych wyborców, którzy dziś uznali, że Duda to w rzeczy samej zdrajca, a kto wie, czy właśnie nie zwyczajny Żyd.
        Czytelnicy tego bloga, którzy przede wszystkim mają mnóstwo innych zajęć niż śledzenie internetowych debat, a poza tym zachowują jasność spojrzenia, mogą uznać, że tym razem to ja chyba jednak przesadziłem. Otóż nie.  Proszę sobie wyobrazić, że ja sam osobiście znam dziesiątki osób, dla których Andrzej Duda jest dziś przedstawicielem nowej żydokomuny i między nim a Trzaskowskim nie ma żadnej różnicy. A to są ludzie, którzy będą w nadchodzących wyborach głosować albo na Krzysztofa Bosaka, albo w ogóle. I to oni ostatecznie mogą sprawić, że Andrzej Duda nie wygra tych wyborów a na jego miejscu pojawi się Rafał Trzaskowski, „taki sam Żyd – bez znaczenia”.
      Zastanawiam się, jak do tego doszło, że tak wielu – a zapewniam, że ich jest naprawdę wielu – tak łatwo dało się uwieść tej propagandzie, zwróćmy uwagę, że propagandzie nie byle jakiej. Otóż mam wrażenie, że choć przez te pięć lat oczywiście wciąż słyszeliśmy głosy, że Duda to dupa, Adrian, długopis i takie tam, to jednak co moim zdaniem mogło mieć znaczenie największe, to owa zupełnie niezwykła informacja, uderzająca prosto w nasze najbardziej wrażliwe emocje, w nasze najbardziej bolesne obawy związane z przyszłością Polski, że prezydent Duda to żydowski agent.
       I znów, ktoś powie, że ja przesadzam, a ja na to mam wciąż tę samą odpowiedź: ja ludzi, którzy są o tym o czym powyżej napisałem święcie przekonani, i którzy wydawałoby się stanowią jądro prawicowego elektoratu, znam naprawdę wielu. I wiem też, że oni na Andrzeja Dudę głosować nie będą. Pozostaje pytanie, skąd oni się o zdradzie Andrzeja Dudy dowiedzieli? Czy wyłącznie z własnych przemyśleń? Czy na podstawie obserwacji jego zachowań? A może z którejś z jego nadzwyczaj istotnych wypowiedzi? Otóż nie. Oni otrzymali tę wiadomość ze szczególnego źródła, którego nie dość że sami nie znają, to co do istnienia którego nie mają nawet świadomości. Oni zostali najzwyczajniej w świecie  wypatrzeni przez tych, którzy z nas nawet na moment nie spuszczają wzroku i uznani za wręcz świetny materiał, który im posłuży do realizacji bieżących zadań.
         Jutro wybory, a ja mam już tylko jeden apel do części z nas: nie dajcie się oszukać, bo są sytuacje, gdzie jeśli okażemy się durniami, nawet Dobry Bóg nam tego nie daruje.



piątek, 20 grudnia 2019

Jak upaść na zbity pysk


           O tym by to wreszcie powiedzieć, myślałem od dawna, ponieważ jednak nigdy nie było do tego dobrej okazji, jakoś to wszystko czekało. I oto wczoraj przyszło mi do głowy, że ponieważ, owszem, okazja się pojawiła, i to wcale nie byle jaka, przyznam się wreszcie, dlaczego szanuję Zbigniewa Ziobro. Otóż powodów było w naszej najświeższej historii parę, jednak to czym on mi zaimponował najbardziej, to jego zachowanie po tym, jak najpierw uznał, że upadający, jak mu się nagle wydało, Jarosław Kaczyński nie jest już mu do niczego potrzebny, następnie postanowił pokazać nam, że to on jest prawdziwym liderem, by w końcu, gdy tylko się zorientował, że zachował się głupio i kompletnie bez sensu, zamiast się nadąć, zacząć na Kaczyńskiego pluć, a następnie przyłączyć się do innych, bardziej od niego w owym pluciu doświadczonych, potrafił publicznie uznać swój błąd i skorzystać z tego, że Prezes – wbrew zresztą popularnej opinii – ani się nie obraża, ani tym bardziej nie jest człowiekiem mściwym. I to jest właśnie to, co mi u niego zaimponowało.
      A przecież, cokolwiek by o nim mówić, jest to polityk znacznie bardziej uzdolniony i o znacznie lepszej publicznej pozycji niż wielu innych, którzy zaczynali tak jak on i dziś się gdzieś tłuką po nakreślonych przez Grzegorza Schetynę i jego ferajnę marginesach. On naprawdę miał wszelkie powody, by się zawziąść, tupnąć nogą i skoczyć w otchłań, w przekonaniu, że tam na niego czeka ostateczne zwycięstwo. Nie zrobił tego, bo miał wystarczająco dużo oleju w głowie – i to zupełnie niezależnie od tego, jak szczere było to jego pokajanie – by zacisnąć zęby i stanąć mocno, na obu nogach tam gdzie jest siła i sukces. Dziś oczywiście, co wszyscy widzimy, podobnie jak Gowin – również człowiek rozsądny, choć akurat o zdecydowanie mniejszym przebicu – coś tam od czasu do czasu kombinuje, by się nie dać już tak kompletnie politycznie ubezwłasnowolnić, jednak absolutnie nie ma mowy o jakiejś znaczącej nielojalności. Bardzo ładnie zresztą opisał ich sytuację Adam Lipiński, mówiąc że PiS bez nich sobie świetnie poradzi, natomiast oni bez PiS- już nie. I Ziobro, jak sądzę, wie to znakomicie.
        Skąd mi dziś przyszedł do głowy ów Ziobro? Proszę sobie wyobrazić, że do tych myśli zainspirowali mnie politycy, że się tak wyrażę, Konfederacji, kiedy już w pierwszych głosowaniach w sprawie ustawy sądowej, postanowili głosować stając ramię w ramię z Lewicą, Koalicją Obywatelską oraz PSL-em. Kiedy się o tym dowiedziałem, pomyślałem sobie, że taki jest właśnie los ludzi, czy ugrupowań, którzy wychodzą z założenia, że ponieważ z ich punktu widzenia, kiedy już udało im się chwycić przysłowiowego Pana Boga za palec, to co dziś jest najważniejsze, to uzyskanie odpowiedniej pozycji i rozbudowa politycznych przyczółków. Im nie chodzi o prezentowanie programu, próby jego realizacji – zwłaszcza gdy wiedzą, że póki co, w ich wykonaniu to nikogo nie interesuje – że już nie wspomnę o czymś tak egzotycznym jak Państwo i Naród. Owszem, oni gdzieś tam z tyłu głowy mają może i jedno i drugie, jednak zawsze z tą myślą, że na realny patriotyzm jeszcze przyjdzie czas; najpierw trzeba zbudować odpowiednią bazę. Czemu zatem oni nie przyłączą się do silniejszych i w ten sposób nie spróbują zadbać o autonomię, którą tak cenią? Otóż tu jest problem: oni są zbyt zarozumiali, a więc, krótko mówiąc – zbyt głupi. Są głęboko przekonani, że wszyscy razem mają tak nieprawdopodobny spryt i inteligencję, że kropla za kroplą ostatecznie dojdą do miejsca, gdzie to oni będą decydować.
       No ale w tej sytuacji ktoś zapyta, czemu oni uznali za stosowne przyłączyć się do wspomnianych „plwaczy”? Otóż dlatego właśnie, że to jest część ich nadzwyczaj inteligentnie przemyślanego planu. Oni w tej egzotycznej kupie zaatakują przeciwnika dziś najpoważniejszego, a ponieważ ich argumenty będą na tyle dźwięczne, by porwać znaczną część prawicowej opinii, ostatecznie na polu bitwy zostaną tylko oni, no a cała ta nieudaczna opozycja, wraz z pisowskim żydostwem, wyląduje na marginesie.
       I znów wraca pytanie: gdzie w tym wszystkim Polska? Czy oni nie widzą, o co toczy się gra i jak bardzo jest ona zażarta? Już to wspomniałem: Polska jest oczywiście ważna, ale jeszcze nie dziś. Dziś chodzi o to, by zrobić ten jeden krok i pokazać wszystkim, gdzie raki zimują. Wtedy dopiero przyjdzie czas na Polskę. A co do gry, to owszem, gra jest i jest zażarta, tylko to jest zupełnie inna gra, niż ta o której myślą ludzie słabi i mali.
        I taki to jest los ugrupowań takich jak Konfederacja. Pamiętamy rok 2005 i kolejne dwa lata, kiedy Prawo i Sprawiedliwość postanowiło rządzić w koalicji z Samoobroną i LPR-em, a ja tu tylko jeszcze zaznaczę, że i jedni i drudzy oficjalnie uchodzili za  ugrupowania nadzwyczaj patriotyczne i polskie. I proszę sobie może przy tej okazji przypomnieć, że zarówno Lepper, jak i Giertych, od pierwszej niemal chwili przede wszystkim dbali o to, by pokazać wyborcom, że to oni, a nie Kaczyński, chcą dobrze dla Polski; że to oni w kolejnych wyborach powinni uzyskać władzę; bo to oni nie będą się bać tej bezbożnej i antyludzkiej Europy; oni, w odróżnieniu od PiS-u, nie będa służyć silnym. Wszystkim nam się wydawało, że kiedy udało się polskiej prawicy wygrać jedne i drugie wybory, kiedy Lech Kaczyński został prezydentem i kiedy ze strony Systemu w stronę Polski został skierowany tak straszny atak, oni – przecież w gruncie rzeczy politycy, którym ta szansa spadła jak manna z nieba – powinni uznać, że sukces Prawa i Sprawiedliwości to również ich sukces, zarówno osobisty, jak i polityczny, i że trzeba się tej szansy trzymać zębami i pazurami. A tymczasem oni uznali, że to nie im, ale PiS-owi powinno teraz bardziej zależeć... i skończyli jak skończyli. Leppera skrytobójczo zamordowano, a Giertych jest już dziś wyłącznie chłopcem na posyłki grupy ITI, jak nie przymierzając Ryszard Kalisz, czy Andrzej Olechowski, strasznie z siebie dumni, że jeszcze nigdy nie mieli tak dużo pieniędzy.
         No a teraz mamy tych głupców skupionych wokół Korwina i Brauna, a to co w tym pewnie najzabawniejsze, to jak sądzę fakt, że przez tę swoją bezmyślną ambicję, oni z takim samym zaangażowaniem uprawiają politykę zewnętrzną, jak i wewnętrzną. W końcu, jak to jest żeby taki Bosak był trzecim po Braunie i Korwinie? Czyż my nie jesteśmy lepsi i bardziej zasłużeni? Już tylko więc patrzeć, jak oni sami się wezmą za łby. Jesień roku 2007 tym razem się nie powtórzy, natomiast, owszem, to wczorajsze głosowanie, w ich przekonaniu, tak bardzo przenikliwie zaplanowane, zaprowadzi ich tam, gdzie trafili ich poprzednicy. Niewykluczone, że do samego TVN-u.




poniedziałek, 18 listopada 2019

Generał Wilecki kontra Kaja Godek - nokaut w pierwszej.


      Ponieważ kontakt z tak zwanym „Szarym Człowiekiem” siłą rzeczy mam ograniczony do tych parunastu znajomych, no i do osób, które, jak to w życiu bywa, pojawiają się w okolicy i znikają, a wszystko co poza tym, to propaganda, której staram się przeciwstawiać jak tylko potrafię, muszę przyznać, że tak naprawdę jedyna realna socjologiczna wiedza, jaką posiadam, to ta wynikająca z wyników kolejnych wyborów i moich bieżących i odpowiednich analiz. Tak też zresztą było zawsze. Nawet w głębokim PRL-u, mimo że moje życie towarzyskie było wówczas znacznie bogatsze niż dzisiaj, to i tak na temat tego, co sądzi w tej czy innej kwestii ów „Szary Człowiek”, miałem pojęcie wręcz żadne. A jak bardzo żadne, mogłem się skutecznie przekonać wtedy, gdy się dowiedziałem, że wyborami w czerwcu roku 1989 zainteresowanie wykazało zaledwie 62,70% obywateli w pierwszej turze, natomiast w drugiej już tylko 25,31%. Co oczywiście nie zmienia faktu, że żadne mądre analizy mądrych ludzi nie dały mi tyle, co własnie owa sucha informacja odnośnie frekwencji.
Co zatem takiego wiem, że czuję się mimo wszystko w potrzebie jakoś na to co widzę i słyszę reagować i to reagować publicznie? Otóż przede wszystkim naprawdę dużo pamiętam i z tych nielicznych w rzeczy samej informacji potrafię, jak sądzę, wyciągać wnioski. Co takiego interesującego zatem dostrzegłem ostatnio i jakie wnioski z owej obserwacji wyciągnąłem, już wyjaśniam. Oto śledząc to co się dzieje w Internecie, nie mogłem nie zauważyć, że w sposób nadzwyczaj energiczny zaktywizowała się ta część opinii, która rozczarowana bardzo tym wszystkim, co nam proponuje dzisiejsza polityka, ze szczególnym uwzględnieniem oferty Prawa i Sprawiedliwości, głosi powstanie nowej siły, która najpierw rozkurzy w drobny pył całe to oszukańcze towarzystwo, a chwilę potem pokaże całej Polsce, czym jest autentyczna prawica – prawica wierna Bogu i Ojczyźnie i Honorowi – i z sukcesem poprowadzi Polskę ku dumnej światłości. Do jakiego stopnia owa internetowa aktywność przekłada się na emocje wspomnianego „Zwykłego Polaka”, nie mam naturalnie pojęcia; nie wiem nawet, czy „Szary Człowiek” w ogóle wie, co to za dziwadło... no może z wyjątkiem Janusza Korwina Mikke, który odniósł przynajmniej ten jeden realny sukces, że nawet moja świętej pamięci ciocia ze wsi wiedziała, kim jest ten wariat. No ale faktem jest, że przynajmniej gdy chodzi o Internet, to owi patrioci radzą sobie nadzwyczaj dobrze i jest całkiem prawdopodobne, że gdyby tak wybory parlamentarne były przeprowadzane wyłącznie na Twitterze, to oni by mieli większość konstytucyjną. Jakiej zatem wiedzy dostarcza ów fakt nam, czyli, jak mówię, ludziom, którzy wiedzą bardzo mało, natomiast mają dobrą pamięć i potrafią jakoś tam analizować wszystko to co z owej wiedzy i pamięci wynika?
      Otóż ja bardzo dobrze pamiętam, że już na samym początku wspomnianego marszu ku wolności, rozpoczętego wyborami roku 1989, obok oczywistego i pewnie że bardzo umownego podziału na Solidarność i Komunę, a więc Polskę i Bolszewię, w jednej chwili ujawniła się też trzecia siła, czyli tak zwani „Patrioci”. Z początku trzymali się oni oczywiście Solidarności, jednak już po krótkim czasie zaczęli coraz częściej demonstrować swoją autonomię, do tego stopnia, że pojawiły się również i odpowiednie etykiety. Kto tam się wyróżniał szczególnie mocno? No przede wszystkim oczywiście Konfederacja Polski Niepodległej oraz ZChN, a w tym takie postaci, jak – wymieniam ich zupełnie z tak zwanej „czapy” – Jan Łopuszański, Marek Jurek, Stefan Niesiołowski, Henryk Goryszewski, Leszek Moczulski, Michał Kamiński, Krzysztof Król, Adam Słomka, Jerzy Kropiwnicki, Marian Piłka, czy – tak, tak – Kazimierz Marcinkiewicz. I ja również bardzo dobrze pamiętam, że kiedy oni tylko zdecydowali się usamodzielnić, to ich głównym wrogiem nie stała się Bolszewia, lecz właśnie Polska. Oni, gdy tylko poczuli się odpowiednio mocno, natychmiast zaczęli demonstrować swoje nadzwyczajne wręcz kompetencje patriotyczno-kościelne, a przez nie naturalnie – państwowotwórcze. Dziś po owych dwóch organizacjach oczywiście, jeśli w ogóle pozostał jakikolwiek ślad, to w osobach Marcinkiewicza, Niesiołowskiego, Kamińskiego, Króla, no i być może jeszcze Słomki, choć tego ostatniego zaledwie lokalnie. Lata mijały, jedni znikali, inni się z mroków polityki wyłaniali, zawsze z tym samym hasłem na sztandarach: „Bóg, Honor, Ojczyzna”, zawsze z zapewnieniem, że tylko oni są prawdziwą prawicą, no i za każdym razem nieco inna nazwą, a więc jako Młodzież Wszechpolska, Liga Polskich Rodzin, Ruch Odbudowy Polski, Ruch dla Rzeczpospolitej, Ruch Katolicko-Narodowy... można wymieniać.
      I oto w tym momencie chciałbym zwrócić uwagę Czytelników na pewną niezwykle fascynująca prawidłowość. Otóż wszystkie te partie aktywizowały się zawsze wtedy, gdy pojawiała się realna szansa na to, by władzę w Polsce uzyskała owa symboliczna Polska. Pierwszy raz na to zwróciłem uwagę przy okazji wyborów w roku 1991, kiedy to obok Porozumienia Centrum startowały takie partie jak KPN, UPR, Wyborcza Akcja Katolicka, czy Partia Wolności z jej ówczesnym szefem, dziś już świętej pamięci Kornelem Morawieckim. Niedługo potem to wszystko się odtworzyło, kiedy pojawił się plan, by z jednej strony uniemożliwić Wałęsie drugą kadencję, a z drugiej, nie dopuścić do władzy Kwaśniewskiego. Myślę, że każdy może sobie dokładnie sprawdzić listę kandydatów, jaka pojawiła się przy tamtej okazji, a przy okazji zwrócić uwagę na fakt, że to wtedy właśnie, widząc aktywność prawdziwych patriotów, z Janem Olszewskim, Hanną Gronkiewicz-Waltz, oraz Januszem Korwinem-Mikke wycofał się z udziału w wyborach zgłoszony przez Porozumienie Centrum Lech Kaczyński.  
      Przy tej okazji, pragnę zwrócić uwagę, jakie to partie popierały kandydatury Jana Olszewskiego i Hanny Gronkiewicz Waltz, wówczas jeszcze bardzo pobożnej patriotki: Stronnictwo Ludowo-ChrześcijańskieZjednoczenie PolskiePartia KonserwatywnaKoalicja Konserwatywna, Ruch Chrześcijańsko-Narodowy Akcja PolskaRuch Trzeciej RzeczypospolitejPolskie Stronnictwo Ludowe MikołajczykowskiePolskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie „Ojcowizna”Stronnictwo Wierności Rzeczypospolitej, oraz, last but not least, Polskie Forum Patriotyczne. To tam też zaczynał się kręcić być może największy patriota z nich wszystkich, gen. Tadeusz Wilecki, dziś, jak głoszą okoliczne ptaki, związany mocno środowiskowo z Konfederacją. Daję słowo, że nie zmyślam.
     I tak też dokładnie samo było w latach kolejnych: ile razy panował spokój, a więc rządziła Unia Wolności, PSL, komuna, czy nawet ten nieszczęsny AWS, a po latach Platforma, Polska Katolicka i Narodowa siedziały cicho jak mysz pod miotłą. Podnosili oni natomiast głowę natychmiast jak tylko pojawiała się szansa, że – cóż ja zrobię, skoro nigdy nie chciało być inaczej – Jarosław Kaczyński ze swoim projektem spróbuje zdobyć, odzyskać, czy wreszcie, tak jak dziś, utrzymać władzę. I oczywiście wcale nie po to, by wspólnie z nim wywalić w kosmos ludzi złych, głupich i występnych. Cel był niezmiennie taki, by zachęcić wyborców czy to Porozumienia Centrum kiedyś, czy później Prawa i Sprawiedliwości do głosowania na prawicę „prawdziwą”. Powtarzam, tak było zawsze i owa regularność mnie zastanawia bardzo.
      I dziś jest nie inaczej, a kto wie, czy nie jeszcze bardziej radykalnie. Niekiedy odnoszę wrażenie, że  owi „patrioci” nie mają już żadnego wroga poza Prawem i Sprawiedliwością, no a już z całą pewnością nikt tak jak PiS nie jest z ich punktu widzenia bardziej odrażający i godny zniszczenia. Takie to mam dziś myśli, jak sądzę głęboko słuszne, a co więcej gotów się jestem założyć – a mam nadzieję, że ten zakład nigdy nie zostanie rozstrzygnięty – że jeśli jakimś cudem Prawo i Sprawiedliwość utraci władzę i obejmie ją jakiś dziwny sojusz Platformy, Kukiza, PSL-u i komunistów, nikt nie będzie bardziej szczęśliwy, jak chłopaki z Konfederacji i ich wierni zwolennicy z Twittera. No i oczywiście sam generał Tadeusz Wilecki.
      I tylko w tym wszystkim żal tej biednej, głupiutkiej Kai Godek.


       

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Konfederacja, czyli o grze w trzy karty


Owszem, przyznaję, że trochę późno, ale nie zaszkodzi nam odrobina końcowych refleksji na temat "prawdziwej prawicy". Zapraszam do czytania mojego najnowszego felietonu z "Warszawskiej Gazety".     

      Kiedy w telewizorze zaprezentowano pierwsze sondażowe wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego, polityk Konfederacji, Krzysztof Bosak, zamieścił na Twitterze następujący komentarz:
Właśnie ukształtował się w Polsce system czteropartyjny, w którym Konfederacja jest głównym punktem odniesienia na ideowej prawicy”.
      Kiedy chwilę później okazało się, że jednak nie, Bosak swoją wątpliwą mądrość usunął, myśmy natomiast, owszem, pozostali z całą kupą refleksji. Przede wszystkim, wyjaśnijmy sobie, dlaczego uważam mądrość Bosaka za wątpliwą. Rzecz w tym, że nawet gdyby Konfederacja w ciągu tej jednej nocy nie straciła całego swojego pozornego dobytku, ale nawet przegoniłaby Wiosnę, wprowadzając do Europarlamentu samego Korwina, to i tak refleksja Bosaka byłaby warta ledwo splunięcia. Jak bowiem człowiek przecież inteligentny i pewnie wykształcony mógł pomyśleć, że oto w Polsce powstał system czteropartyjny, jeśli jedną z głównych jego cześci jest twór grupujący 27 przeróżnych organizacji, połączonych jedynie nienawiścią do Polski oraz agresywnym pragnieniem władzy?
        Mało tego. Jak człowiek pewnie dość przytomny mógł pomyśleć, że na scenie kompletnie zdominowanej przez jedną wielką, choćby i uzurpującą sobie prawo do prawicowości partię, grupka działaczy pod przewodnictwem jednego cwaniaka, jednego żula, oraz jednego kompletnie zdemoralizowanego staruszka, może stanowić punkt odniesienia do czegokolwiek poza zwykłą kupką smutku?
        No ale chciałem o czymś nieco bardziej konkretnym, a mianowicie o wspomnianym staruszku. Otóż z tego co do mnie dociera, kiedy obserwuję powyborcze smutki zwolenników Konfederacji, widzę, że oni są naprawdę głęboko przekonani, że oto po raz kolejny w Polsce wygrał niejaki POPiS, a tym samym na polityczną scenę wylano kolejną porcję socjalistycznego betonu. I to jest coś, czego zwyczajnie nie pojmuję. Oto człowiek który w całym swoim życiu nie odniósł najmniejszego politycznego sukcesu, poza stałą obecnością we wszelkich mediach od lewa do prawa, która od ponad 30 lat umożliwia mu trzymanie w garści całego pokolenia ambitnych, prawicowo zorientowanych 20-latków, oraz zatruwanie ich umysłów niekończącą się serią paradoksów, na które mogą się faktycznie nabrać wyłącznie świeżo upieczeni, znudzeni szkolną gnuśnością maturzyści. Proszę zwrócić uwagę, co się dzieje. Zrozpaczeni wyborcy Konfederacji załamują ręce, że oto znów wygrywa stary układ, i żadnemu z nich nawet do głowy nie przyjdzie, że nieodłącznym, a wręcz jednym z podstawowych elementów wspomnianego układu jest ów bezczelny satyr. Jak można się dać tak fatalnie oszukiwać? I to przez tyle lat!
      Już niemal od 30 lat próbujemy wspólnymi siłami dbać o tę naszą Polskę tak, by ona się szczęśliwie rozwijała i żeby źli ludzie jej nie dali rady zepsuć. Ale od tych samych 30 lat pojawia się wciąż ta sama, tyle że różnie skonfigurowana grupa rzekomych przyjaciół, która proponuje, by to co jest rozpieprzyć, a na tym co zostanie, zbudować coś, czego współczesny świat dotychczas nie poznał, ale jak pozna, to się zadławi z wrażenia.
      Przepraszam bardzo, ale zdecydowanie zachęcam do opamiętania.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...