Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemysł farmaceutyczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemysł farmaceutyczny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2020

Czy jurne dzięcioły mogą dostać raka trzustki?


      Parę już tu razy wspominałem o telewizyjnych reklamach, gdzie zupełnie bezkarnie zapewnia się Bogu ducha winnych ludzi, że jeśli tylko kupią zestaw odpowiednich tabletek – sprzedawanych oczywiście bez recepty – to w jednej chwili wyleczą się z raka prostaty, raka trzustki, czy wreszcie uchronią się przed skromnym bardzo zawałem serca. Pisałem o tym, niezmiennie głosząc prawdę, że gdy chodzi o proste zwykłe zło, o wiele bardziej uczciwym byłoby, gdyby różne telewizje emitowały reklamy w których tłumaczyłyby nam Polakom, że najlepszym sposobem na to, by żyć długo i zdrowo jest udanie się do tak zwanego monopolowego, kupienia sobie w nim flaszki czegokolwiek i upierdolenia się na śmierć, bacząc tylko by wcześniej zgasić papierosa i nie spalić pozostałych domowników. Przynajmniej nikomu nie można by zarzucić kłamstwa.
      Jednocześnie, niezmiennie ogłaszałem, że to iż owe telewizje biorą udział w tym strasznym procederze, to zbrodnia porównywalna chyba tylko z produkcją i sprzedażą. Pisałem o tym parokrotnie i za każdym razem pozostawałem z poczuciem, że moje uwagi nie mają najmniejszego znaczenia, nie tylko zresztą ze względu na potęgę całego wspomnianego przemysłu farmaceutycznego, ale też przez ową straszną obojętność, o której tu ledwo co wspominałem w odniesieniu do parki prawicowych dziennikarzy.
      Od pewnego czasu jednak widzę, że w telewizji z coraz większą intensywnością pojawiają się reklamy środków na, jak to oni określają,  potencję, choć my wszyscy wiemy bardzo dobrze, że w rzeczywistości chodzi o zwykły, prosty wzwód. Zwróciłem na owe reklamy po raz pierwszy uwagę w przerwie oglądanych przeze mnie meczów angielskiej piłki nożnej, gdy zaprezentowano nam scenę jak z „Ojca Chrzestnego”, gdzie w przyciemnionym świetle widzimy grupę najprawdziwszych klasycznych gangsterów, planujących skok stulecia, i nagle okazuje się, że, pomijając ów skok, największym ich problemem jest to że im w decydujących momentach nie staje. A to stanowi być może problem znacznie większy od tego głupiego koronawirusa.
      Od czasu gdy obejrzałem ową reklamę po raz pierwszy siódmy i dwudziesty, miałem  okazję zauważyć że kwestia owego brakującego wzwodu stanowi naprawdę nielichy problem, a wszytko to mnie doprowadziło do dnia wczorajszego, gdy w TVP Info trafiłem na reklamę, z której dowiedziałem się, że jest środek, który „poprawia erekcję, szybko daje do pięciu godzin gotowości, wydłuża przyjemność i jest bez recepty”, a chwilę potem reklamę kolejną, tym razem zachęcającą do kupowania innego leku, ale z podobną bardzo informacją, że oto ów lek „przywrócił mi wiarę w siebie, czuję jakby ktoś włączył mi prąd, i dziś mam poczucie pełnej kontroli, no a przede wszystkim większej liczby pełnych erekcji”. A na ekranie telewizora pokazano mi mężczyzn, którymi nigdy nie byłem i powiem ze wstydem, że nigdy bym zostać nie chciał i to wcale nie tylko ze względu na ich deficyty erekcyjne.
       Do czego zmierzam? Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że koncerny farmaceutyczne  nie wyrzucają pieniędzy w błoto. Jeśli one za coś płacą, to wyłącznie za to, co może sprawić, że większość światowej klienteli poczuje się bezpiecznie. A więc ich głównym celem są osoby z problemami sercowymi, z niedomaganiami wątroby, z tymi co obawiają się, że dopadnie ich któryś z licznych nowotworów i wreszcie ci biedaczkowie, których męczą hemoroidy. I to każdego z nich oni zupełnie bezkarnie zapewniają, że mają dla nich lekarstwo. Bez recepty oczywiście.
       W czym rzecz? Otóż wbrew pozorom, dziś wcale mi nie chodzi o to kłamstwo. Na nie zresztą nie mamy najmniejszego sposobu, dopóki tę całą bandę nie wysadzi się w powietrze. Interesuje mnie mianowicie interesuje dziś coś znacznie ciekawszego, a mianowicie to, że owe firmy farmaceutyczne nie grają w ciemno, ale mają ów rynek opanowali wręcz doskonale. Oni muszą świetnie wiedzieć – tak jak różnego rodzaju firmy ubezpieczeniowe, zwracające się ze swoimi propozycjami do ludzi w jesieni życia –  że są pewne miejsca z których można wydusić naprawdę dużo. A są to starsi panowie z rozrostem prostaty, nieco młodsze osoby z nadmiarem cholesterolu, panie i panowie z problemami z wątrobą, czy trzustką, ludzie którym żyć nie pozwalają hemoroidy. To tego rodzaju miejsca – a jestem tego pewien – muszą stanowić dla firm farmaceutycznych prawdziwe eldorado.
       Tyle że to jest coś co jest i zawsze było dość oczywiste. Ludzie zapadają na nowotwory, dostają zawałów serca, kiedy zjedzą za dużo to cierpią, niekiedy również w formie tak zwanego „bólu w dupie”, a też kiedy robią się starsi, to bolą ich nogi i plecy. I to oni stanowią target. A to co na mnie od pewnego czasu robi wrażenie, to to, że w owym targecie znaleźli się również do niedawna tak zwani prawdziwi mężczyźni, którym ni stąd ni zowąd nie chce stawać. I to jest coś.
       Jeśli ktoś wciąż nie rozumie, spróbuję się wypowiedzieć bardziej jasno. To że człowieka może dopaść rak, zawał serca, bóle w kościach, czy hemoroidy, nas nie dziwi. To wszystko stanowi jakby część naszego życia i doprawdy nie ma się co dziwić firmom farmaceutycznym, że oni tu własnie dojrzeli swoją szansę. Gdy jednak chodzi o tych wszystkich dżolerów, którzy mają problem ze wzwodem, to stoję autentycznie osłupiały. Ja bym w życiu się nie spodziewał, że przyjdzie czas gdy jedną z najbardziej popularnych reklam opłacanych przez firmy farmaceutyczne będą te zawierające porady dla ludzi z przedwczesnym wytryskiem, albo wręcz bez wzwodu. Bo skoro do tego doszło, to znaczy, że to musi być dziś równie wielka plaga co nadmierny cholesterol, czy rak trzustki.
       Czemu ja się tak tym przejmuję? Otóż odpowiedź na to pytanie leży w mojej dawnej już bardzo obsesji, do której nawiązałem choćby w swojej książce „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, a która sprowadza się do tego, że, gdy chodzi o świat tak zwany „cywilizowany”, chodzi o to, by ludzie, zanim zaczną masowo umierać, sobie odpowiednio podupcyli.
        Po co ten plan? Powiem szczerze, że tego nie rozgryzłem, mam jednak swoje podejrzenia i jeśli je rozwikłam to je tu odpowiednio jasno przedstawię.



środa, 1 maja 2019

Czy wykałaczka inż. Zięby skutecznie zwalcza paradontozę?


       Jak się dowiaduję, inżynier Jerzy Zięba, a więc typ, o którym tu zdarzyło mi się napisać dwukrotnie, najprawdopodobniej doczekał końca swojej kariery uzdrowiciela, a kto wie, czy przy okazji nie pójdzie siedzieć. Gdyby ktoś nie kojarzył, rozmawiamy dziś o człowieku, który przez pewien czas podróżował po świecie i tam, jak sam opowiada, odniósł znaczący sukces na polu tak zwanej medycyny alternatywnej, po czym wrócił do Polski, założył białą koszulę z krawatem do garnituru i zaczął robić autentyczną – naprawdę autentyczną – karierę i jeszcze bardziej autentyczne pieniądze.
       Ponieważ mam wrażenie, że ów zarys jest zbyt powierzchowny, a postać inż. Zięby jest tu elementem podstawowym, przybliżę ją nieco bardziej. Otóż w roku 1982 Zięba wyemigrował do Niemiec, gdzie pracował w saunie, sprzątał restauracje i pracował jako elektryk w masarni, rok później przeniósł się do Australii, gdzie podjął pracę jako kucharz, oraz nurek, zaliczając jednocześnie kursy z zakresu hipnozy klinicznej. Po powrocie do kraju zaczął zamieszczać filmiki w serwisie YouTube na temat medycyny alternatywnej, oraz, idąc za ciosem, zaczął organizować spotkania i prowadzić wykłady.  Założył też firmę pod nazwą Visanto, oferującą m.in. suplementy diety.
      W 2016 książka Zięby „Ukryte terapie. Czego ci lekarz nie powie” znalazła się na 10 miejscu wśród najlepiej sprzedających się pozycji na liście Empiku, po takich rarytasach jak Pilipiuk, Bonda, czy Twardoch.
      Jak mówię, pisałem o Ziębie dwukrotnie, za każdym raz w sposób wyjątkowo złośliwy, jednak dziś, kiedy słyszę, że po tych wszystkich latach polskie państwo postanowiło się za niego wreszcie wziąć, mam uczucia mieszane. Przede wszystkim cieszę się, bo, osobiście znam ludzi, którzy dzięki wierze w cudowne możliwości Ziębi autentycznie cierpią, ale przy tym też się dowiaduję, że to iż on głosił, że gdy zaczyna się grypa należy sobie nalać do ucha wody utlenionej, a człowiek który cierpi na depresję powinien w pierwszej kolejności nażreć się witaminy C i wówczas wszystko minie jak ręką odjął, to była tak zwana bułka z masłem. Otóż okazuje się, że Zięba miał ambicje daleko bardziej dalekosiężne. Jak słyszę, on ostatnio doszedł do punktu, gdzie ogłaszał, że gdy człowieka dopadnie zawał serca, ten przede wszystkim powinien zacząć się kłuć w nos wykałaczką i po kilku chwilach będzie jak nowonarodzony.
      Ktoś w tym momencie powie, że, skoro tak, to Zięba to wariat, na którego nie trzeba było w ogóle zwracać uwagi, jednak to nieprawda. Ja nie wiem dokładnie, ile osób korzystało z jego oferty, natomiast, owszem, wiem, że tego wciąż są setki tysięcy i na nich nie ma innej rady, jak Ziębę zwyczajnie odizolować.
       Czy owa wykałaczka była powodem, dla którego Ziębę postanowiono wziąć za frak, trudno mi powiedzieć, ale moim zdaniem, ona powinna wystarczyć. Jest jednak coś, co sprawia, że mam z tym co się stało pewien problem. Otóż całkiem niedawno obejrzałem sobie w telewizji mecz Liverpoolu, a w przerwie trafiłem na reklamę pasty do zębów, która rzekomo ma to do siebie, że jeśli ktoś z nas cierpi na krwawienie z dziąseł, po jej zastosowaniu będzie uzdrowiony. Reklama ta pojawiła się w przerwie meczu parokrotnie i dopiero za którymś razem zauważyłem, że tam gdzieś na ułamek chwili pokazuje się też gwiazdka, a pod gwiazdką informacja, że przy krwawieniu z dziąseł trzeba się koniecznie udać do dentysty, natomiast reklamowana pasta jest wyłącznie suplementem. Przyznaję, że nie wiem, jak jest w pozostałych przypadkach, czy tam, poza informacją, że należy się skonsultować z lekarzem lub farmaceutą, są jakieś gwiazdki plus praktyczne przyznanie się, że wszystko co słyszymy to bezczelne kłamstwo, wiem natomiast, że każdego dnia, na różnych radiowych i telewizyjnych kanałach poleca się nam setki razy najprzeróżniejsze środki na najprzeróżniejsze dolegliwości, w tym jak najbardziej na raka prostaty, czy trzustki. I choć każdy z tych środków jest równie skuteczny, jak wykałaczka inż. Zięby, tu akurat polskie państwo nie widzi najmniejszego powodu, by naszych braci idiotów brać w obronę.
        W tej sytuacji, dopóki i ten przekręt nie zostanie odpowiednio potraktowany, po dłuższym namyśle trzymam sztamę z inżynierem Ziębą. W ogólnym rozrachunku, tak naprawdę, jedyna szkoda jaka płynie z jego geszeftu to to, że komuś się zatka ucho od wody utlenionej, a grypa, skoro miała już nas dopaść, to i tak nas dopadnie. Co do wykałaczki, to, choć moje zdanie na temat stanu świadomości wyborców Platformy Obywatelskiej jest niezmiennie negatywne, nie wierzę, by nawet oni, kiedy już dostaną takiej cholery na Dobrą Zmianę, że im się serce zadławi, w tej dramatycznej sytuacji zamiast po swojego smartfona, sięgali po wykałaczkę.
      A zatem, apeluję o wolność dla inżyniera Jerzego Zięby.



Każdego, kto życzy sobie otrzymać moją najnowszą książkę o języku angielskim, jako tajnej broni Brytyjskiego Imperium, zachęcam do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 16 czerwca 2017

Ziko i Koko, czyli o życiu na haczyku

             Kto miał okazję czytać książkę z listami od Zyty, zapewne pamięta, że pewna ich część dotyczyła poruszanych na tym blogu wcześniej kwestii związanych z tak zwanym „przemysłem farmaceutycznym” i że przesłanie owej wymiany świadczyło jednoznacznie i bezwzględnie przeciwko owemu przekrętowi. Powiedziałbym nawet, że Pani Profesor w tym temacie utrzymywała się na pozycji znacznie bardziej radykalnej niż ja, a która, co należy podkreslić, zawsze była wysoce krytyczna.
     Każdy kto zna treść książki „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”, czy choćby miał wcześniej okazję czytać ten blog, ten wie, że od wielu już lat, ze względu i na wiek, ale też na różne życiowe zaniedbania, zmuszony jestem dożywać swoich dni, zażywając szereg tabletek, które w ten czy inny sposób podtrzymują mnie przy życiu.  Czy to mi przeszkadza? Nie. W końcu nie do takich rzeczy musimy się stale przyzwyczajać. Stało się jednak ostatnio tak, że mój lekarz, z czystej dbałości o zdrowie swojego pacjenta, zapisał mi kolejny lek, który mam brać codziennie rano, a który nosi dość zabawną nazwą Amlozek. Biorę więc ów Amlozek od kilku miesięcy, a ponieważ od pewnego czasu zaobserwowałem, że niebezpiecznie zaczęły mi puchnąć kostki, pomyślałem sobie, że nie byłoby źle sprawdzić, czy przypadkiem owo puchnięcie kostek nie jest jednym z tak zwanych „niepożądanych działań” stosowania owego leku. Sprawdziłem i proszę sobie wyobrazić, że w obliczu listy, która się przed nami otwiera, owe kostki stają się nagle równie trywialne jak na przykład chroniczne ziewanie. A więc po kolei:
- obrzęk powiek, twarzy, lub warg
- obrzęk języka oraz gardła powodujący znaczne trudności w oddychaniu
- zawał serca (tu producent, trzeba przyznać, stanowczo zaleca wizytę u lekarza)
- zapalenie trzustki
- lęk, depresja, bezsenność
- drżenie, zaburzenia smaku,omdlenie, osłabienie
- zaburzenia widzenia, podwójne widzenie
- wymioty
- utrata włosów
- zaburzenia oddawania moczu
- powiększenie piersi u mężczyzn
      A jeśli ktoś spyta, co o z tymi spuchniętymi kostkami, już odpowiadam: też są, jak najbardziej, wśród wielu innych, niewymienionych tu zdarzeń. Kostki mi spuchły z powodu dbałości o ciśnienie. A więc to już wiemy na sto procent: zażywamy lek pod nazwą Amlozek i musimy być przygotowani na to, że spuchną nam kostki. W tej sytuacji jednak, módlmy się zatem już tylko o to, byśmy z dbałości o nasze serce nie dostali przy okazji owego serca zawału, ani choćby głupiego zapalenia trzustki, bo jak wiemy, z trzustką nie ma żartów jeszcze bardziej, niż z sercem.
      Ponieważ, jak się domyślam, zrobiła nam się tu atmosfera lekko zabawowa, chciałbym ją nieco zepsuć. Rzecz bowiem w tym, że zostaliśmy złapani w sieć i nie wydaje mi się, byśmy dali radę się z niej wyplątać, a to w żaden sposób nie jest powód do śmiechu. Cierpimy na nadciśnienie, idziemy do lekarza, lekarz przepisuje nam lekarstwo o nazwie Amlozek, my je zaczynamy grzecznie zażywać i nagle się okazuje, że umieramy na zawał serca, lub raka trzustki, ewentualnie przeżywamy, tyle że z nieco powiększonymi piersiami. Bo taki mamy klimat.
     Jestem pewien, że czytelnicy tego bloga mają swój rozum i nie potrzebują ani jednego słowa więcej, ja jednak nie mogę się powstrzymać przed odpowiednim zamknięciem tematu. Proszę się zastanowić, co byśmy powiedzieli, gdybyśmy zaszli nie do sieci aptek „Ziko”, by kupić lek na nadciśnienie, ale do sklepu sieci „Media Markt” w celu zakupienia telewizora, i podczas zakupu otrzymalibyśmy informację, że wybrany przez nas telewizor jest wprawdzie naprawdę bardzo dobry, tyle że może się zdarzyć, że podczas oglądania programu „Jaka to melodia” on wybuchnie i nas zabije, albo wcześniej jeszcze spowoduje u nas raka trzustki. Chyba byśmy się zadumali na figlami, jakie nam płata Nowy Wspaniały Świat, czyż nie? Ciekawe, prawda?


Gdyby ktoś był zainteresowany, moje książki są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Szczerze zachęcam. 

czwartek, 18 maja 2017

Jarosław Gowin napada, czyli o handlu żywym towarem

Zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że znęcanie się nad ministrem Gowinem na tym blogu powoli traci sens, jednak są sytuacje, kiedy nawet ktoś tak przewidywalny w swojej nikczemności, jak ten człowiek, nie potrafi powstrzymać zwykłego odruchu moralnego sprzeciwu. Oto proszę sobie wyobrazić, że ów dziwny minister uznał za stosowne zabrać głos w sprawie podpisanej właśnie przez prezydenta Dudę, a wcześniej przyjętej przez rząd, w którym on sam pełni funkcje wicepremiera, nowelizacji prawa farmaceutycznego i w wypowiedzi dla stacji TVN24 ogłosił, że jest decyzją Prezydenta „rozczarowany”, że „nowelizacja uderza w wolność gospodarczą” i że wreszcie samą ustawę uważa za „szkodliwą i pod pewnym względem skandaliczną”. Ja oczywiście rozumiem, że przemysł farmaceutyczny to dziś potwór, który pożarł nie takich mądrali jak Gowin, a więc w sumie nie powinniśmy się temu nieszczęśnikowi dziwić, że w sytuacji gdy rząd Beaty Szydło, przy najpewniej w pełni świadomym poparciu Prezydenta, postanowił wykonać pierwszy krok na drodze, która być może szczęśliwie doprowadzi do tego, że przynajmniej w Polsce owa mafia poczuje, że jednak nie wszystko im wolno, poczuł się zobowiązany do tego, by wystąpić publicznie i zacząć coś pieprzyć na temat wolności gospodarczej. A mimo to, osobiście jestem pod wrażeniem. Mamy ten rząd, który walczy o przetrwanie niemal z całym światem, rząd dla którego każdy, choćby najdrobniejszy kryzys może oznaczać początek końca, a ten cwaniak nagle postanawia publicznie protestować przeciwko czemuś, co i tak jest już przeszłością. Czemu on to robi? Jakie siły zmuszają go do tego, by w sytuacji, gdy od tego co się stało nie ma odwrotu, wyskakiwać z tego typu deklaracjami? Przywiązanie do wartości konserwatywnych? Przepraszam bardzo, ale może już nie żartujmy.
A więc mamy tego Gowina, który dla mnie w sposób zupełnie oczywisty został kupiony przez ów biznes i to kupiony tak, że nie ma już dla niego znaczenia ani funkcja ministra, ani wicepremiera, ani to, że jego polityczna przyszłość – jeśli w ogóle można o jakiejkolwiek mówić – związana jest wyłącznie z Prawem i Sprawiedliwością, bo jest pewien rodzaj zobowiązań, których złamanie grozi śmiercią. Ale z drugiej strony mamy autentyczny problem, a więc wspomniany przemysł i pewne nieśmiałe próby doprowadzenia do tego, by polskie państwo zdołało jednak zachować nad nim jakąś, choćby minimalną, kontrolę. Myślę, że większość z nas doskonale wie, co, mówiąc o problemie, mam na myśli. Niektórym z nas wystarczy choćby rzucić okiem na telewizyjne reklamy, czy te publikowane w popularnej prasie, i zobaczyć jaka z nich część jest finansowana przez koncerny farmaceutyczne. Niektórzy, ci bardziej dociekliwi, powinni być może się skonsultować z tymi biednymi dziewczynami po biotechnologii, zatrudnionymi w licznych aptekach, czy z lekarzami wystawiającymi nam odpowiednie recepty, a oni w przypływie szczerości opowiedzą, jak ów system jest zorganizowany i o co w nim tak naprawdę chodzi.
Broń Boże jednak, jeśli już nam przyjdzie do głowy prosić o konsultacje, nie zwracajmy się o w tej sprawie do właścicieli owych aptek, którzy rzekomo – wedle zapewnień Jarosława Gowina – mają się stać niewinną ofiarą owej nowelizacji. A najbardziej bowiem mamy ucierpieć my, szare, doświadczalne myszki, które już za chwilę będą musiały więcej płacić za lekarstwa, które dotychczas były takie tanie.
Już kończę. Aby jednak owe refleksje zamknąć jakimś mocnym akcentem, przytoczę słowa bohatera dzisiejszej notki, ministra Gowina:
„Ja rozumiem, że apteki nie mogą być traktowane jak normalne sklepy i na całym świecie są regulacje polegające na tym, że apteka musi być prowadzona przez farmaceutę. Zgoda. Ale dlaczego właścicielem apteki może być tylko farmaceuta? To jest tak, jakby właścicielem stacji telewizyjnej mógł być tylko dziennikarz, a politykiem politolog”.
A burdelu kurwa. Prawda, obywatelu ministrze? Burdelu kurwa. Przecież to byłby absurd, prawda?


Zapraszam wszystkich do naszej księgarni, która od niedawna funkcjonuje pod nowym adresem basnjakniedzwiedz.pl, i gdzie tak jak dotychczas są do kupienia moje książki.

sobota, 18 lipca 2015

In vitro, czyli zabójstwo o stuprocentowej skuteczności

Tekst o Węgrzech, który piszę od wczoraj i bardzo mi na nim zależy, będzie dopiero jutro, dziś natomiast proponuję najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”.

Przed kilkoma dniami miałem zaszczyt i przyjemność uczestniczyć w audycji Katolickiego Radia Podlasie, w której głównym zaproszonym gościem był wybitny polski lekarz-ginekolog, a jednocześnie znany obrońca życia poczętego, którego zadaniem było przedstawienie słuchaczom istotnych faktów związanych z niewyobrażalnym wręcz oszustwem znanym pod nazwą „in vitro”. Ponieważ, jak mówię, sam miałem zaszczytną okazję w owej audycji uczestniczyć, poza tym tak się składa, że wspomniany lekarz jest od lat moim konsultantem, a my znaleźliśmy się właśnie na prostej drodze do zalegalizowania w naszym kraju owego wyjątkowo czarnego procederu, chciałbym podzielić się w tym temacie paroma bardzo krótkimi uwagami.
Otóż z informacji, jakie zostały mi przekazane przez dr. Fąka, wiemy, że skuteczność wspomnianej metody, i to realizowanej w najlepszych ośrodkach i przy użyciu najbardziej zaawansowanych medycznych technik, sięga zaledwie 20 do 30 procent. A należy pamiętać, że kiedy mówimy o owych procentach, mamy na myśli zaledwie skuteczną produkcję rokującego jakiekolwiek szanse przeżycia zarodka. Jaki jest tego ostateczny efekt, a więc, czy dziecko w ogóle się urodzi i czy będzie na tyle zdrowe, by przeżyć, wszystko to pozostaje już poza podstawową statystyką i, jak się zdaje, nikogo kompletnie nie interesuje. Pieniądze zostały zaksięgowane, robota wykonana. I to nie jest niczyja opinia, ale nagie, powszechnie rozpoznane fakty. To że realna skuteczność owej metody nie przekracza paru procent, to fakt, którego nikt kompetentny nie kwestionuje. Metoda in vitro stanowi cywilizacyjny eksperyment, który z medycznego punktu widzenia stanowi niemal całkowitą fikcję, a jego jedyną funkcją jest, z jednej strony, walka z tradycyjną moralnością, a z drugiej, generowanie zysków dla biznesu.
Wielu przeciwników stosowania metody in vitro w znanej nam postaci zwraca uwagę na fakt, że ceną jej legalizacji jest śmierć wielu niewinnych ludzkich istnień. I to jest fakt równie niepodważalny, jak wspomniana wcześniej nieskuteczność owego procederu. To jest fakt równie jednoznaczny, jak to, że tak naprawdę to owa śmierć stanowi jedyny, praktyczny sukces owego czarnego przedsięwzięcia. Tak naprawdę, w ostatecznym rozrachunku, jedyne czym mogą się pochwalić wszyscy ci, którzy postanowili się zaangażować w realizację owych procedur, jest to, że skuteczność owych zabójstw jest bliska 100 procent.
Zdając sobie sprawę z powagi owej konstatacji, chciałbym jednak wskazać na fakt, że zabijanie ludzi w imię różnego rodzaju ideologii nie dość, że nie jest wynalazkiem współczesnym, to w dodatku przez wielu komentatorów traktowane jest jako coś do tego stopnia zwykłego, że wręcz niewartego uwagi, a w związku z tym nie sądzę, by podnoszenie tej kwestii miało dziś dla nas szczególną wartość praktyczną. To co natomiast ma znaczenie, to fakt, że po raz kolejny, tylko po to, by zabić i jednocześnie mieć z tego realny zysk, również po raz kolejny, świat wielu z nas najzwyczajniej w świecie wystawił do wiatru, a myśmy nawet nie jęknęli.

Przypominam, że mam u siebie jeszcze kilka egzemplarzy z wyczerpanego już nakładu książki o „siedmiokilogramowym liściu”. Jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę o kontakt mailowy na adres toyah@toyah.pl.

piątek, 3 czerwca 2011

Kto pomaga sobie, komu Pan Bóg, a komu ktoś jeszcze

Jeśli przyjrzeć się rynkowi reklam, można odnieść wrażenie, że jest on zdominowany przez reklamy lekarstw, banków, piwa i samochodów. W tej kolejności. No, ewentualnie samochodów bardziej niż piwa. Te cztery jednak poziomy realizowania się naszego świata – a więc bank, lekarstwo, samochód i piwo – wydają się, z pewnego szczególnego punktu widzenia, stanowić jego formę i sens.
Mam wrażenie, że rozumiem logikę, jaka stoi za tym stanem rzeczy. Mając od wielu już lat, w taki czy inny sposób, kontakt z młodzieżą, mogę potwierdzić autorytatywnie fakt, że poza dość przypadkowym zamiłowaniem, jakie ona czuje do muzyki, polska młodzież jest całkowicie i bezwarunkowo oddana idei żłopania piwa, trzeźwienia po piwie, i liczenia dni do czasu kiedy będzie się mogła tego piwa ponownie napić. Dorośli piją wódkę, lub brandy, lub wino, ewentualnie jakieś inne, bardziej wysmakowane alkohole – młodzież napędza się piwem. A zatem, rozumiem, że koncerny piwowarskie mają w młodzieży klientelę bezcenną, i stąd ta niezliczona liczba reklam.
Co do samochodów, pozostaję w lekkim chaosie poznawczym, bo przede wszystkim niemal wszystkie znane mi osoby posiadają samochód, w dodatku mają w kwestii samochodów dość ściśle określoną opinię, i nie bardzo jestem w stanie zrozumieć, jaki sens jest tłumaczyć komuś, kto uważa Volkswagena za najlepszy samochód świata, że najlepszym samochodem świata jest Volkswagen, lub że lepszym od niego jest Fiat. Z piwem sprawa jest prostsza. Chodzi głownie o to, żeby dzieci to piwo miały cały czas w głowie, żeby je kupowały i żeby nie zapominały, że bez piwa nie ma życia. A to wystarczy, by od czasu do czasu kupiły też i nasze. Co do samochodów – nie bardzo wiem, jak działa ten rynek, ale muszę uznać, że sam fakt iż znaczna liczba Polaków ma kompletnego fioła na punkcie samochodów sprawę w jakiś sposób załatwia.
Doskonale natomiast rozumiem, co się kryje za tak bardzo agresywną polityką koncernów farmaceutycznych. Jak informuje mnie moje życiowe doświadczenie, dla przeciętnego obywatela, często nie ma innego tematu, jakim on gotów jest żyć od rana do wieczora i znów do rana przez nieprzespaną noc, jak zdrowie i sposoby, by o owo zdrowie dbać i je ratować. Czemu tak jest? Nie mam pojęcia. Niektórzy mówią, że taka jest ludzka natura. Ze człowiek jest już tak zbudowany, ze cały czas się musi wsłuchiwać w to, co się w nim dzieje. Czy jest za gruby, czy za chudy; czy śpi dobrze, czy źle; czy go brzuch boli trochę, czy bardzo; często, czy może za rzadko; oddycha za wolno, czy może za szybko. No i przede wszystkim, czy umrze już dziś, czy może jest jakiś sposób, by umarł dopiero w przyszłym roku. Są też jednak i takie głosy, które mówią że nasze zdrowie interesowałoby nas dokładnie tyle, ile wymaga sytuacja, kiedy już zachorujemy, gdyby nie fakt, że koncerny farmaceutyczne już prędzej zaczną przeznaczać połowę swojego utargu na walkę z rakiem, niż zostawią człowieka w świętym spokoju, co do jego samopoczucia. Otóż jest teoria – i ja jestem bardzo chętny, by ją poprzeć – że koncerny farmaceutyczne mają jeden, i tylko jeden interes – żeby każdy człowiek był zawsze i wiecznie przekonany, że z nim jest coś nie tak. A najlepiej – i o to one starają się równie mocno, co o człap resztę – żeby z nim rzeczywiście zawsze było coś nie tak.
A więc ta zupełnie nieprawdopodobna liczba reklam zachęcających do kupowania lekarstw na każdą możliwą – urojoną, czy faktyczną – dolegliwość, mnie nie dziwi. Ale i wreszcie pojawia się bank. I tu sprawa jest jeszcze prostsza, niż to się ma w wypadku lekarstw. Tu nie ma nawet o czym dyskutować. Pomysł jest czysty – chodzi o to, by ludzie pożyczali pieniądze po to, żeby ich było stać na ten samochód, to lekarstwo, no i oczywiście na to piwo.
Powtórzę raz jeszcze – świat w jakim żyjemy, zdaje się rozwijać niemal wyłącznie przez pragnienie samochodu, lekarstwa i piwa. Czy to mnie martwi? Owszem, trochę. Tak jak wiele innych rzeczy. Nie podoba mi się to, że dzieci piją piwo i że dorośli ich do tego zachęcają w tak perfidny sposób. Nie podoba mi się, że współczesny świat stworzył sytuację, gdzie człowiek jest w stanie wydać 50, 60, czy 100, czy czasem nawet 200 tys. żłotych – tak strasznie dużo pieniędzy – po to tylko, by mieć coś, z czego mógłby z niemal identycznym skutkiem korzystać za głupie 5 tys. No i oczywiście nie podoba mi się też to, że tak zwana lichwa została w Polsce usankcjonowana, i że to w gruncie rzeczy ona – lichwa właśnie – jak najbardziej oficjalnie, z pełnym błogosławieństwem państwa, obsługuje nasze życie publiczne.
To jednak, co mi się tu nie podoba najbardziej, to fakt, że w ten cały szalbierczy proceder zostało wplątane ludzkie zdrowie i życie. Jeśli ktoś chce się karmić piwem i w dodatku jeszcze wmawiać sobie, że nie ma nic smaczniejszego pod słońcem – jego sprawa. Jeśli ktoś jest tak głupi, żeby najpierw harować od rana do nocy na te 200 tys. żłotych, a później je wydać na samochód – Bóg z nim. Jeśli nawet ktoś jest tak naiwny, by brać od kogoś pieniądze na 7 lat – w dodatku tylko po to, by sobie kupić duży telewizor i pojechać na wycieczkę do Grecji – licząc na to, że będzie mu musiał oddać zaledwie dodatkowe 5,6 procent – trudno. Jego sprawa, jego nerwy. Natomiast to, że oto powstał system, który jednocześnie człowieka doprowadza do kompletnej psychicznej i fizycznej ruiny, a następnie oferuje mu na ten jego stan zestaw fantastycznych leków, które oczywiście mu nie pomogą, a jeśli nie pomogą, to zwyczajnie, przez brak leczenia – zabiją, uważam za znak czasów. I jeśli ktoś się spodziewał tu jakiegoś mocniejszego określenia, to mu powiem, że ja nie mam nic mocniejszego pod ręką.
Oto system, gdzie najpierw człowieka zapędza się do roboty ponad jego siły, do jedzenia mu się daje szybkie żarcie z torebki, czy bardzo estetycznego pudełka, w ramach rozrywki oferuje mu się darmową pornografię w Internecie, a kiedy już mu nerwy kompletnie wysiądą, serce się odpowiednio otłuści, a w dodatku poczuje zanik popędu seksualnego i żona zacznie go traktować nieuprzejmie, to będzie mógł sobie kupić super telewizor i tam – w pełnym pakiecie – otrzyma informacje o lekarstwie na dobry sen, niski cholesterol i super wzwód. Wszystko z pełną gwarancją. Zupełnie jak w tym niezwykłym dowcipie Larsona: „Gwarantujemy satysfakcję, albo nie zwracamy pieniędzy”.
Ktoś kto jakimś cudem dotrwał do tego momentu, może sobie pomyśleć, że to dziwne, że w tym tekście dotychczas nie pojawił się człowiek. W końcu ja sam wielokrotnie się zaklinałem, że skoro mam już pisać, to przede wszystkim o ludziach, a nie o sprawach. A tu, jak wszystko na to wskazuje, wyłącznie mamy do czynienia z sprawami. Pragnę więc wszystkich uspokoić. Ludzie będą. Będzie wręcz człowiek, ale to za chwilę. Najpierw kilka słów wprowadzenia. Otóż nie wiem, czy pamiętam dobrze, ale pamiętam, że był taki czas, kiedy to dziennikarzom nie wolno było występować w zewnętrznych reklamach. Chodziło o to, że jeśli na przykład Szymonowi Majewskiemu Bank PKO zaproponuje, żeby on za parę baniek parokrotnie zrobił z siebie na rzecz tego banku idiotę, to on niestety musi odmówić, a już na pewno ta reklama nie może być nadawana w telewizji TVN. Wydaje mi się, że tak to kiedyś było, ale kiedy dziś widzę, jak dziennikarze stacji TVN bez jakiejkolwiek żenady dorabiają w reklamach, mam tu pewne wątpliwości. Nieważne. Jest tak, że oni w tych reklamach dziś sobie swobodnie używają i kropka.
Oto od paru dni jeden z głównych tefauenowskich specjalistów od pogody, niejaki Zubilewicz pokazuje się w reklamie lekarstwa, które jak najbardziej oczywiście skutecznie niszczy ludzki cholesterol. Owo cudowne lekarstwo można oczywiście kupić bez recepty, i wedle zapowiedzi Zubelewicza, jeśli człowiek zauważy u siebie podwyższony cholesterol, powinien natychmiast zażyć tabletkę, i problem z głowy. A jak wiemy, cholesterol to nie taka trywialna sprawa. Choroby układu krążenia są dziś główną przyczyną zgonów w Polsce, czego zresztą Zubelewicz nie ukrywa, a więc zwyczajnie trzeba uważać. I w tym momencie jakiś koncern farmaceutyczny, który produkuje to siano, wynajmuje Zubelewicza, płaci mu odpowiednie pieniądze, on je szybciutko zgarnia pod siebie, i ogłasza: „Polecam!”. Ktoś się oczywiście może od razu zapytać, co Zubelewicz wie na temat cholesterolu i skuteczności tego czegoś, co on zachwala, w walce z nim? Jakie on ma w ogóle kompetencje, żeby to lekarstwo polecać? Czyżby ono mu uratowało już parę razy życie? A może on, jako specjalista od pogody, się na takich sprawach zwyczajnie zna? Ale nikt o to nie zapyta, bo każdy wie, że to jest tylko biznes. Ani to lekarstwo nie zmniejsza cholesterolu, ani Zubelewicz na ten temat nie ma bladego pojęcia, i tu tylko chodzi o to, żeby ta reklama dotarła do pary jakichś bałwanów, z których jeden powie drugiemu, że trzeba o siebie dbać, i ten drugi skoczy do apteki i kupi sobie parę paczek tego czegoś. Oczywiście, jeśli przy okazji, wbrew wyraźnej informacji na dole ekranu, nie pojdzie do lekarza, któregoś dnia, skutkiem ciężkiego nadmiaru cholesterolu dostanie zawału serca i umrze, ale kogo to wówczas będzie obchodziło? Zubelewicza może? Nie żartujmy.
Czemu ja się uczepiłem tego Zubilewicza? Otóż chodzi o to, że ja już w kilku miejscach czytałem, że Zubilewicz akurat to bardzo pobożny człowiek. Były pielgrzymkowicz, oazowicz, odnowiciel w Świetle i Życiu, i diabli wiedzą kto jeszcze. A jest tak, że to nie tylko o nim tak się plecie. On sam, jak tylko jest okazja, to pokazuje się w różnych odpowiednich mediach i opowiada tam o wierze i pobożności. Również swojej. Ktoś nie wierzy? Proszę uprzejmie.
I oto ten sam Zubilewicz, mając przed sobą człowieka, który jest zagrożony ciężką chorobą serca i w efekcie być może śmiercią, daje mu jakieś gówno i mówi, żeby on to zjadł, to wyzdrowieje. Dlaczego on to robi? Czy może w szczerym przekonaniu, że niesie pomoc drugiemu człowiekowi? Oczywiście że nie. Może on i jest durny, ale z całą pewnością nie aż tak. A więc dlaczego? Odpowiedź jest taka ja zawsze. Bo płacą. A z samej tefeuenowskiej pensji wyżyć się przecież nie da.
Ktoś powie że to nic takiego, że nie ma o czym gadać. A ja uważam że każdy odpowiada za siebie. Jeśli ktoś uważa to za drobiazg, proszę bardzo. Droga wolna. Natomiast dla mnie, to jest problem. Pod poprzednią notką o księdzu Natanku i świecie Szatana, ktoś mnie spytał, co ja mam przeciwko Szymonowi Hołowni. Odpisałem temu komuś, że mam przeciwko niemu to, że on jest uzurpatorem. Że z niego katolik, jak z koziej dupy trąba. Po obejrzeniu reklamy z Zubelewiczem uważam, że teraz już mam wszystkie argumentu w ręku. To jest właśnie to towarzystwo. Katolicy z różą w zębach. A ja się nie zdziwię, gdy za kilka lat, kiedy będzie wolno już reklamować nie tylko leki na serce, ale również na raka – swoją drogą ciekawe, czemu oni wciąż to uważają za zbyt wielką bezczelność – któryś z tych koncernów wypuści na rynek maść na czerniaka złośliwego, i do reklamowania tego specyfiku zgłosi się właśnie Szymon Hołownia z mniej więcej takim tekstem: „Stwierdziłeś u siebie złośliwego czerniaka? Boisz się? Myślisz o śmierci? Modlisz się? Wyluzuj. Pan Bóg ma ważniejsze sprawy na głowie. Oto maść Melanomictum. Ja posmarowałem i zniknął jak ręką odjął. Polecam!”.
A oni mi mówią o księdzu Natanku!

Większość czytelników tego bloga wie, że oprócz tego, czym on dla mnie jest od samego początku w sposób zupełnie naturalny, skutkiem pewnej fali złych bardzo wydarzeń - nawet minister Sikorski niedawno poświadczył, że obecnie tak zwane CV nie ma znaczenia; pracodawca o wszystkim co chce wiedzieć o swoim ewentualnym pracowniku dowiaduje się z Googla - stał on się też niemal jedynym źródłem utrzymania mojej rodziny. Dlatego nieodmiennie proszę o uprzejme wsparcie finansowe na podany obok numer konta. Każdy tego typu gest będzie dla nas bezcenny, a ja tylko mogę obiecać, że się będę starał jak dotychczas.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...