Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kabarety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kabarety. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 kwietnia 2011

Gdy pop zeżarł ość

Ostatni raz, kiedy z jakimś tam zainteresowaniem śledziłem rozwój polskiego kabaretu, działo się to jeszcze w latach starego Peerelu. Oglądałem na przykład chętnie kabaret Tey, kiedy to artysta Smoleń opowiadał o tym, jak pracuje w fabryce bombek. Również przypominam sobie, jak to w telewizji pokazywano kabaret, którego nazwy nie pamiętam, ale występował tam aktor o nazwisku Lamża, i któryś z nich powiedział dowcip o treści następującej: „Wczoraj ogniwo Leclanchego, dziś patelnia teflonowa”. Śmiałem się z tego żartu bardzo ze względu na ten teflon, który brzmiał jak ruskie nazwisko. To już oczywiście była wyższa szkoła jazdy, ale pamiętam również wierszyk Jana Pietrzaka, z pewnym szczególnym fragmentem: „Ale najgorzej, wierz mi gruby, gdy sam nie wierzysz w to co mówisz”. I to mi się bardzo podobało. Było jeszcze parę grup kabaretowych, które mnie rozśmieszały, a wszystkie łączyło jedno. Średnio starannie ukryte żarty z komuchów. I to mi zawsze wystarczało. Takie czasy, taka nędza.
Teraz oczywiście, po latach, kiedy wspominam tamte emocje z dzisiejszej perspektywy, wszystko to traci swój powab, a co gorsza uderza kompletnym bezsensem i pustką. No bo w końcu, z wielu różnych powodów, właśnie dziś szczególnie widać, jak bardzo tamten mój śmiech pomagał dostarczać alibi tamtemu kłamstwu. Telewizja pokazywała jakiś kabaret, gdzie dwóch wesołków plotło jakieś spisane na poczekaniu farmazony, i wystarczyło, że któryś z nich nagle powiedział „patelnia teflonowa”, bym ja – ale przecież nie tylko ja – poczuł tę moc, ten sens i tę walkę. Właśnie tę walkę. Żadną inną. Taką właśnie walkę.
Naturalnie, nie było też tak, że ja – nawet wtedy – uważałem polskie kabarety za sojuszników w naszej pogardzie dla Systemu. Byłem głupi, to fakt, jednak nie aż tak. A zatem, na przykład, nie umknęła któregoś dnia mojej uwadze osoba Jerzego Urbana, który siedział sobie wesoło wśród publiczności na jednym z występów kabaretu Pod Egidą i zarykiwał się ze śmiechu. Widziałem go tam wtedy i świetnie wiedziałem, że ten występ został zorganizowany również dla niego. A mimo to, cały czas wierzyłem, że ten śmiech, mimo wszystko, nam wszystkim się jakoś przyda. Że z nim będziemy mocniejsi.
Od tego czasu, kabaretów, może tylko z wyjątkiem Mumio – inna sprawa, że jaki to kabaret – nie oglądam, a jeśli niechcąco na któryś z nich trafię, czuję dramatyczne zażenowanie. Czy dlatego, ze one są dziś gorsze od tamtych? Nie sądzę. Kiedy oglądam jakiś materiał wspomnieniowy, widzę wyraźnie, że ta różnica wcale nie jest aż tak duża. A może więc chodzi o to, że dziś kabarety – tak jak kiedyś tamte szydziły z Ruskich – szydzą wyłącznie z PiS-u i z Kaczyńskiego, i mnie to denerwuje? Może – myślałem sobie kiedyś – gdyby ci tandeciarze z Ani Mru Mru zaczęli tłuc ostrzem swojej satyry w Tuska i Komorowskiego, to ja bym rechotał razem z nimi? Dziś już wiem, że i na to nie mogę już liczyć. I wiem, że choćby oni zrobili cały program o tym, jak to głupio wygląda Donald Tusk w peruwiańskiej czapeczce z piłką pod pachą, i jaka to maszkara z naszej Pierwszej Damy, pozostanę dokładnie tak samo ponury i zmartwiony, jak wczoraj i przedwczoraj. Skąd to wiem? Stąd mianowicie, że wczoraj – zachęcony przez naszego kumpla Kozika – obejrzałem w Sieci występ kabaretowego artysty Roberta Górskiego i jeśli się tym czymś przejąłem, to wyłącznie z powodów socjologicznych.
Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, powiem krótko, że ten Górski, razem ze swoją grupą, odstawia kabaret właśnie na temat posiedzeń naszego rządu. Ów projekt obejmuje całą serię skeczy, w czasie których – w sposób najbardziej jednoznaczny i okrutny – wyszydzany jest Donald Tusk i poszczególni jego ministrowie. Gdyby ktoś się zastanawiał, jak daleko oni są w stanie się posunąć, to mogę tylko wspomnieć, że w pewnym momencie któryś z tych odgrywanych ministrów proponuje, żeby poprosić Ruskich o zlikwidowanie Balcerowicza, a oni, przez wzgląd na naszą dzisiejsza przyjaźń, chętnie tę akcję przeprowadzą. A więc, owszem, bywa ostro. Żarty więc lecą, publiczność pokłada się ze śmiechu i wszystko gra jak należy. Przynajmniej z punktu widzenia tych wszystkich, którzy tej władzy mają już serdecznie dość, a więc między innymi nas.
A ja wiem, że to jest dokładnie to samo dziadostwo, z którym mieliśmy do czynienia trzydzieści lat temu, z tą różnicą, że ten dzisiejszy dowcip jest odrobinę bardziej bezpośredni i jednoznaczny. Ale przez to też, być może, mniej intrygujący i znacznie słabiej pozostający w pamięci. Jednak jest, najwidoczniej świetnie sobie radzi i, jak widać, wypełnia jakieś tam społeczne oczekiwanie. I ja dziś chciałem trochę o tym oczekiwaniu.
Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że większość osob pracujących dla tego Górskiego nie dlatego angażuje się w ów festiwal szyderstwa, bo oni bardzo lubią PiS, i bardzo nie lubią Platformy. Możliwe jest też, że i odwrotna sytuacja ich nie dotyczy. Jest całkiem prawdopodobne, że oni politykę mają głęboko w nosie, zarówno jeśli idzie o Kaczyńskiego, jak i o Tuska, tyle że nagle doszli do wniosku, że ten akurat kierunek jest dziś coraz bardziej na fali. Ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdyby oni nie mieli przekonania, że na te żarty z Tuska czeka znaczna część kabaretowej publiczności, o takim ryzyku żaden z nich by nawet nie pomyślał. Bo po co? Żeby być wygwizdanym? Żeby stracić pracę? Żeby koledzy uznali go za jeszcze jednego pisobolszewika? On – ten Górski, a może jeszcze i inni z tego zestawu – musiał się chytrze zorientować, że coś się ewidentnie zmienia, i wystarczy jeszcze miesiąc czy dwa, by któryś z nich stanął przed ludźmi, powiedział ‘kwa, kwa’… i usłyszał ciszę. I wtedy podjął pierwszą, nieśmiałą jeszcze próbę, zobaczył że nie jest źle, spróbował raz jeszcze, trochę bardziej, zobaczył że jest dobrze… no i mamy co mamy.
A co mamy? Siedzi otóż ta banda idiotów, z których jeden nazywa się Tusk, drugi Graś, a trzeci Kopacz, jeden bawi się piłką, drugi patrzy tępo przed siebie, trzeci coś bredzi na temat tego że Ziobro to dureń, Rydzyk jeszcze większy, a publiczność pokłada się ze śmiechu. Jednak już nie na dźwięk nazwiska ‘Ziobro’, ani na wspomnienie Rydzyka, tylko właśnie z powodu tego cymbała z piłką i jego kumpli. Dlaczego oni rżą? Otóż to nie ma najmniejszego znaczenia. Tak samo, jak nie miało znaczenia, kiedy jeszcze parę miesięcy temu ci sami dokładnie ludzie trzymali się za brzuchy, bo „Radio ma ryja”, albo „Lech jest zimny i ma nogę stewardessy”. To co jest dla nas ważne, że dziś się śmieją równie głośno, ale tym razem śmieją się z Tuska i jego piłkarzyków. To jest bardzo, bardzo ważne. Bo skoro oni zaczęli się śmiać w nowym kierunku, to teraz będą się śmiali już tylko głośniej. Bo śmiech jest zaraźliwy, a zwłaszcza ten emitowany przez tak bardzo ważny element kultury popularnej, jak kabaret. I ów śmiech nie skończy się ani za miesiąc, ani za pięć. Jestem pewien, że jeszcze go będziemy mieli okazję usłyszeć.
Bardzo to miłe, widzieć jak banda gangsterów ginie od własnej broni. To jest widok tak sympatyczny, że – z pewnego punktu widzenia – nie mógł nas spotkać lepszy prezent w pierwszą rocznicę smoleńskiej masakry. Podzielę się dziś tym podarunkiem. Spróbujmy go przyjąć tak, jak kiedyś przyjmowaliśmy najgłupszy greps na temat sierpa i młotka. Niby bzdura, ale niech będzie i to. Jak by nie patrzeć, zasłużyliśmy sobie na to, by posłuchać tego śmiechu.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...