Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bohaterowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bohaterowie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 marca 2011

O spektakularnym upadku Ady i Piotrka

Blog który już od trzech lat z górą prowadzę ozdobiony jest dwoma zdjęciami. Jedno z nich przedstawia Annę Walentynowicz, a drugie Grzegorza Przemyka. Zdjęcie pani Walentynowicz umieściłem, ponieważ któregoś dnia znalazłem je w Rzeczpospolitej i uznałem, że oto przed mną cała najpiękniejsza historia Polski. W tej jednej drobnej, biednej postaci odbiły się nagle cale najpiękniejsze dzieje mojego narodu. Napisałem w tej sprawie tekst i oczywiście ozdobiłem go tym zdjęciem. A następnie już zostawiłem to zdjęcie po to, by zdobiło ten blog i nadawało mu tę siłę.
Jak idzie o zdjęcie Przemyka natomiast, historia była nieco inna i z pewnością zdecydowanie bardziej, że tak powiem, przyziemna. Otóż zdjęcie to umieściłem na blogu – też zresztą pisząc do niego specjalny tekst – dokładnie tak, jak dzieci ozdabiają swoje plecaki, czy torby szkolne zdjęciami lub nazwami zespołów. Czy choćby jakimś klasycznym liternictwem, jak na przykład dzieje się to w przypadku zespołu Motorhead.A więc nawet nie chodziło mi o to, że uważam Przemyka za dziecko wybitne, lub jakoś szczególnie sympatyczne, bo co do tego nie mam nawet informacji z trzeciej ręki. Jak o to idzie, nie wiem o nim właściwie nic. Poszło wyłącznie o tę twarz. Twarz – jak idzie o, że tak to nazwę, wymiar sceniczny – robiącą niemal takie samo wrażenie jak robi twarz Jima Morrisona, czy Marilyn Monroe. A więc poszło o czysty pop.
Dziś, jak dowiaduję się z blogu Łażącego Łazarza, z okazji kolejnej miesięcznicy smoleńskiej śmierci, pewien chłopiec i pewna dziewczyna organizują dziś wieczorem spotkanie w jakimś pubie obok Hotelu Europejskiego na Krakowskim Przedmieściu i zachęcają uczestników imprezy do tego, by – wtedy właśnie, gdy tuż obok zbiorą się ludzie by opłakiwać śmierć Prezydenta i wielu innych osob poległych w tamtej katastrofie, i jednocześnie błagać o prawdę – zaczęli drzeć mordy tak, by ten płacz zagłuszyć i wyszydzić. Oczywiście, jak należy się domyślać, ten plan po drugiej stronie już wzbudził i oburzenie i rozpacz, a przede wszystkim wywołał nerwowe obawy, co to z tego wszystkiego będzie i co zrobić, żeby jednak nie było.
W komentarzach jakie pojawiły się w reakcji na ten projekt, pojawiają się też naturalnie bardzo ciężkie słowa, które niestety, jak sądzę, dowodzą wyłącznie naszej bezradności wobec czegoś, co przekracza kolejne granice i boli jak cholera. Sam Łazarz pisze: „kolejna prowokacja swołoczy”, „sowiecka mentalność”, „barbarzyńcy ze wschodu”. Dalej czytamy , że „gnoje nakręcają się własną głupotą”. Jeszcze dalej padają propozycje, co zrobić, by organizatorów tej akcji odpowiednio ukarać.
Tymczasem ja patrzę na notkę z Facebooka, którą przekleił Łazarz, informującą zainteresowanych o spotkaniu, i widzę dwa nazwiska: Piotrek Ginalski i Ada Śmigiel. Ponieważ nazwiska są podlinkowane, zaglądam dalej i najpierw widzę ładną dziewczynę o refleksyjnej twarzy – to Ada – a dalej Piotrka – chłopca, którego wielu nauczycieli z pewnością chciałby mieć w swojej klasie. Ładnego chłopca z długimi włosami, który z całą pewnością jest przez swoich kolegów lubiany, a w stosunku do tych, których mija na ulicy jest zapewne wesoły i grzeczny. Chłopca, który w pewien sposób przypomina Grzegorza Przemyka. Który, gdyby jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności stał się bohaterem kultury popularnej, mógłby ładnie wyglądać na koszulkach, zamiast Che Guevary, czy wspomnianego wcześniej Jima Morrisona. Twarz człowieka, który w pewien bardzo szczególny sposób, gdyby przyszło mu żyć w latach, kiedy to Grzegorz Przemyk – warszawski maturzysta – został zatłuczony na śmierć przez warszawską milicję, może by znalazł się tam obok niego na tamtej ulicy, i by do tego obrazu pasował. Mam na mysli ten szczególny typ dziecka, które nawet jeśli dziś jeszcze nie wie więcej niż inni, to kiedyś wiedzieć będzie. Bo i tego chce i mu zależy. Ada i Piotrek – dwoje dzieci, które trzydzieści lat temu z całą pewnością nie spodobaliby się milicjantowi, który ich zatrzymuje i każe im pokazać legitymacje.
I myślę sobie, że nagle, jakimś nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności, albo jakimś jeszcze bardziej niezwykłym podmuchem złego wiatru, i Ada i Piotrek znaleźli się dziś dokładnie po tej stronie, gdzie stali tamci milicjanci. Patrzę na te twarze i aż nie mogę uwierzyć, że oni patrzą nie z Grzegorzem Przemykiem, ale patrzą jemu właśnie prosto w oczy. Patrzą mu w oczy i widzę jak z ich twarzy gdzieś ucieka to zamyślenie, a zamiast niego pojawia się nagle szyderczy uśmiech. Bo tak to już jest, że szyderstwo to cecha bardzo uniwersalna. Nie dotyka ani tylko ich, ani tylko nas. Więc patrzą z tych zdjęć prosto w oczy Grzegorzowi Przemykowi, i nagle widzimy, że oni nie są już ani tacy bardzo weseli, ani nawet sympatyczni. To są wciąż te same dzieci – Ada i Piotrek – tyle że gdzieś, w pewnym momencie stracili tę szlachetność i pozostał im wyłącznie ów pogardliwy uśmiech. I to charakterystyczne łaskotanie w gardle, kiedy człowiek chce zrobić psikusa i już się tego momentu nie może doczekać. Skąd one się wzięły? Ta pogarda i to łaskotanie. Czy może z tej świadomości, że skoro oni znają i rozumieją komiczny wymiar filmów z Chuckiem Morrisem, to już nalezą do tej lepszej, bardziej zaawansowanej cywilizacyjnie części społeczeństwa. Aż nie mogę w to uwierzyć. Czyżby od tych trzydziestu lat aż tak wiele się zmieniło, że coś takiego wystarczy, by zostać bohaterem? Wiedzieć, że Chuck Norris, to amerykański pop? I że z tego wypada się śmiać? Czy to naprawdę już wszystko?
I to jest, moim zdaniem, prawdziwa tragedia. Nie że nadchodzi swołocz, i to w dodatku jeszcze ruska, ale to, że Ada i Piotrek przez te trzydzieści lat tak fatalnie się stoczyli.

piątek, 20 lutego 2009

Jeszcze o historii na T-shirtach

Jeszcze w maju zeszłego roku, jeden ze swoich salonowych wpisów, w całości poświęciłem Grzegorzowi Przemykowi i jego pamięci http://toyah.salon24.pl/77000.html . Pierwszym powodem dla którego zdecydowałem się pisać o Przemyku, było zdjęcie, na które trafiłem w tamtych rocznicowych dniach, a które od tego czasu wisi na moim blogu, tuż obok. Zobaczyłem to zdjęcie i pomyślałem sobie, że ja nie wiem, jaki był Grzegorz Przemyk – warszawski licealista zatłuczony na śmierć przez komunistyczna milicję. Nie wiem, czy on był mądry bardzo, czy ani trochę. Czy on był grzeczny i miły, czy wręcz przeciwnie. Czy był szczególnie wrażliwy i czuły, czy był przeciętnym maturzystą, takim jak wielu jego kolegów. Pomyślałem sobie, że o Przemyku nie wiem zupełnie nic, poza wyrywkowymi wspomnieniami ludzi, którzy go znali, poza jego tragiczną historią i poza tym zdjęciem.
Później jeszcze znalazłem tę dedykacje dla młodszego brata, która mnie wzruszyła i pomyślałem sobie, ze ten Grzegorz Przemyk – polski maturzysta zakatowany na śmierć na komisariacie milicji w Warszawie, był jednak nie byle kim. Pomyślałem sobie, że takich dedykacji nie pisze pierwszy lepszy dzieciak z sąsiedztwa. Uznałem, że jeśli Przemyk potrafił napisać taki tekst, to to zdjęcie nie kłamie. To znaczy, że to jego niezwykłe, jasne spojrzenie, te oczy i ta twarz i to czoło, potwierdzają to nie nowe przecież podejrzenie, że prawdziwi bohaterowie nie zostają bohaterami ot tak sobie. A więc obok zdjęcia wkleiłem tę dedykację i pozostawiłem całość, żeby świadczyła i nie pozwalała zapomnieć.
Sam tekst dotyczył właściwie jednej rzeczy. Chodziło mianowicie o to, by zwrócić uwagę na fakt, że w czasach kompletnie rozbuchanej pop-kultury, tracimy z pola widzenia te obrazy i ten przekaz, które zupełnie uczciwie mogłyby tę, jak najbardziej popularną, kulturę uzupełniać, a przede wszystkim ją uszlachetniać. Pisałem zatem o tak zwanych T-shirtach. Pomyślałem sobie, że z jakiegoś powodu, bardzo wielu ludzi – młodych, ale przecież nie tylko – odczuwa potrzebę demonstrowania swoich emocji przez noszenie tych koszulek-transparentów z najbardziej różnorakim przekazem. Są tam umieszczone albo nic nie znaczące nazwy, albo niby-filozoficzne sekwencje, albo dowcipne cytaty, polityczne manifesty, czy też przeróżne symbole z zakresu kultury pop. Czasem po prostu wizerunki bohaterów.
Patrzyłem na zdjęcie Przemyka i pomyślałem sobie, że jego twarz wyglądałaby idealnie na takim klasycznym T-shircie. I nie chodziło mi ani o osobistą wielkość Przemyka, ani o jego zasługi, ani też o to, żeby w ten sposób oddać cześć komuś, kto dotychczas jakoś był zlekceważony. W ogóle nie chodziło mi o to, żeby te koszulki były dla Przemyka. Ale żebyśmy dzięki Przemykowi wreszcie mogli zrobić coś dla siebie. Chodziło mi o to, że skoro już wokół nas mamy tyle tych koszulek, z których każda wyraża coś mniej lub bardziej ważnego, to nic by nie zaszkodziło, żeby na niektórych z nich pojawiło się coś naprawdę istotnego. I że nie zaszkodziłoby, gdyby był to Przemyk. Dlaczego własnie on? Z bardzo prostego powodu. Bo ładnie wygląda – o wiele ładniej niż Che Guevara, czy nawet Jim Morrison – a poza tym zdecydowanie więcej mówi o nas, o tym kim jesteśmy i o tym co dla nas powinno być ważne, niż ci dwaj herosi razem wzięci.
Przecież nie jest tak że jeśli ktoś umieszcza na swojej koszulce Che Guevarę, to dlatego, że uważa go za wielkiego bohatera, a jeśli na niej wkleja twarz Morrisona, to przez to, że dla niego piosenki Doorsów to życie i tego życia sens. Nie. Chodzi o to, ze Jim Morrison był po prostu ładny, a Che Guevara – na tym jednym jedynym zdjęciu, które kursuje w świadomości publicznej – wygląda jak jakiś gitarzysta, czy piosenkarz. Podobnie jest zresztą z tym cudownym, symbolicznym już, wizerunkiem powstańca Warszawy w za dużym hełmie. Ten obrazek jest taki ładny, bo po prostu to dziecko wygląda w tym hełmie fantastycznie. I jeśli Muzeum Powstania wypuściło koszulki z tym powstańcem, które część młodzież dziś nosi, a po nich najróżniejsze gadżety, które też ludzie kupują, to nie dlatego żebyśmy wszyscy nagle uznali, ze Powstanie Warszawskie to jest taka super bitwa, ale po to, żeby fakt tego Powstania stał się częścią naszej najbardziej codziennej świadomości historycznej. I żeby pozwolił nam się czuć przez to Powstanie lepiej.
Ja sobie bardzo łatwo potrafię wyobrazić sytuację taką, że któryś z nas pokaże się w koszulce z Przemykiem, czy w koszulce z powstańcem gdzieś na świecie i ktoś się nas spyta: „Kto to taki?” A my wtedy powiemy: „To polski maturzysta, bez żadnego powodu zamordowany przez komunistyczną policję.”, albo „To dziecko z Powstania Warszawskiego”. I jestem pewien, że ta sytuacja stworzy i dla nas i dla świata sytuację zupełnie nową. I że nie będziemy mieli tej satysfakcji ani paradując z Che Guevarą, ani z Jimem Morrisonem, ani nawet z okładką pierwszej płyty Led Zeppelin. A już na pewno – że wrzucę sobie kamyk do własnego ogródka – ze sparodiowanym logo Gazety Wyborczej.
Takie więc miałem refleksje, pisząc mój zeszłoroczny tekst o Przemyku i wklejając jego zdjęcie i jego słowa na moim blogu. Reakcje były rożne. Najlepiej niestety zapamiętałem szyderstwa, że niby Przemyk nie ma się co równać z Che Guevarą, albo że z niego żaden bohater. I co na to miałem zrobić? Pisać jeszcze jeden tekst i wyjaśniać, co znaczy być Polakiem i być z tego faktu dumnym? Że jeśli wracając z wakacji w Kuźnicy, przywozimy sobie koszulkę z herbem tej miejscowości i z napisem Kaszebe, i jeśli później z satysfakcją chodzimy po okolicy nosząc tę właśnie koszulkę, to nie dlatego, że uważamy Kuźnicę za szczególnie piękne miejsce, albo że chcemy ją jakoś szczególnie promować, ale po prostu dlatego że ta koszulka nam się podoba, a w Kuźnicy tez nam było miło? Komu miałem to wyjaśniać? Ludziom dla których widok tragicznie zmarłego dziecka – jeśli tylko spod kołnierzyka wystaje medalik z Matką Boską – jest jedynie powodem do złośliwych uwag?
Więc jakoś problem koszulek z Grzegorzem Przemykiem zniknął – zupełnie bezgłośnie i bez większego zainteresowania – i zostało po nim to zdjęcie, ten tekst i link do odpowiedniego wpisu. I pewnie tak by to sobie trwało, gdyby nie dzisiejszy wpis Krzysztofa Wołodźko i kolejna próba zwrócenia uwagi na tę niezwykłą wartość, jaką posiadamy, a z której sobie kompletnie nie zdajemy sprawy. Tekst Krzysztofa przeczytałem z uwagą, satysfakcją i z nadzieją, że może tym razem uda się bardziej poruszyć wrażliwość ludzi, którzy nas czytają. Oczywiście – zgodnie z obawami samego autora – odezwali się i ci, którzy są kompletnie odporni na wszystko co choćby minimalnie przekracza codzienną porcję wrażeń. Ogólnie jednak, mam wiarę, że nasz powrót do tego tematu skłoni paru do choćby zastanowienia się nad tym, że jesteśmy jednak bardzo bogaci. Że i Przemyk i Pyjas i ten żołnierzyk z Powstania, są zaledwie tego bogactwa symbolami. Ale że dzięki nim właśnie warto czuć prawdziwą dumę.

piątek, 5 września 2008

Policja pamięci w okowach miłości

Dziś rano, ponieważ tak się zdarzyło, że nie musiałem się przez jakiś czas nigdzie spieszyć, zrobiłem coś, czego o tej porze nie robię nigdy. Włączyłem telewizor.
Piłem kawę, przerzucałem kanały i zobaczyłem nagle Grzegorza Miecugowa i Henryka Wujca, jak, z pełni refleksji minami, gawędzą sobie na tematy poważne. Ponieważ osoba Grzegorza Miecugowa w ogóle nie działa na mnie inspirująco, a szczególnie już w towarzystwie kogoś tak zużytego, jak Henryk Wujec, po jakiś dwóch minutach wyłączyłem telewizor i popadłem w zadumę. Teraz pozwolę sobie tę moją zadumą się z Wami podzielić.
O czym rozmawiali Miecugow z Wujcem? Nie wiem, jak wyglądała cała rozmowa, ale te dwie minuty były poświęcone na – a jakże by inaczej! – użalanie się nad kondycją debaty publicznej w Polsce. W pewnej chwili Wujec ze smutkiem w głosie stwierdził, że on Świtonia, czy Gwiazdę zawsze bardzo szanował, natomiast teraz doszło do tego, że taki Świtoń czy Gwiazda na Wujca patrzą z pogardą. Miecugow natychmiast podchwycił temat i wyraził żal, że doszło do tego, że niektórzy bohaterowie walki z komuną są mniej ważni od innych. Że się bohaterstwo segreguje i że się bohaterstwo wykorzystuje do walki politycznej.
Później jeszcze Grzegorz Miecugow zwrócił się do Henryka Wujca, czy pan, panie Henryku, myśli, że pozostaje nam te smutne czasy przeczekać, a Wujec odpowiedział, że nie... i dalej już nie wiem, co ci dwaj zadumani Polacy sobie opowiadali. Popadłem we wspomnianą zadumę, bo choć żyję świadomie już baaardzo wiele lat, słyszałem kłamstwa, które naprawdę potrafią zwalić z nóg, spotykałem ludzi, którzy naprawdę potrafią postawić pod znakiem zapytania sens bycia człowiekiem, to te dwie poranne minuty załatwiły mnie na cały pewnie dzień. Henryk Wujec z Grzegorzem Miecugowem ronią łzy nad faktem, że nagle, po tylu latach naszej polskiej świetności, po tylu latach wspólnej walki z komuną i modelowego wręcz braterstwa, pojawili się jacyś nieprzyjemni ludzie, którzy chcą dzielić zasługi. Miecugow i Wujec nie potrafią zrozumieć, jak mogło dojść do tego, że kwestionuje się rolę, jaką w odzyskaniu wolności odegrał ktoś taki, jak Lech Wałęsa, podczas gdy tak było pięknie, gdy w świadomości społecznej i Wałęsa i Anna Walentynowicz i Andrzej Bulc byli takimi samymi bohaterami. Oto zjawisko, dla którego nie ma nawet sposobu, żeby znaleźć określenie.
Zarówno Henryk Wujec, jak i Grzegorz Miecugow, jaki i cała, nieprzebrana gromada fałszerzy pamięci, od 18 z górą lat nie robią nic innego, jak na szachownicy najnowszej polskiej historii rozgrywają swoją brudną grę. Jednych bohaterów zdejmują, innych wstawiają, innych podmieniają. Tu kogoś zniszczą, tam kogoś innego zganią, ktoś zostanie na chwilę bohaterem, kto inny spadnie do roli szubrawca, za chwilę, ktoś jeszcze inny wypłynie, jako zwykła ‘żulia’, jak to sympatycznie określił wczoraj u Moniki Olejnik Stefan Niesiołowski.
Od odzyskania wolności minęło 18 lat, od Sierpnia lat 28, a od czasu, jak Kazimierz Świtoń został najzwyczajniej w świecie sprany przez milicję po wyjściu z kościoła, nie za to, że brzydko mówił na Wałęsę, bo Wałęsa wtedy jeszcze poza ubeckimi papierami nie istniał, ale za to, że zamarzył sobie, że rozwali komunizm. Tyle lat upłynęło, a w świadomości społecznej wcziąż tylko Mazowiecki, Geremek, Lityński, Bujak, Michnik. Tyle lat minęło od czasu, jak oddziały ZOMO rozstrzelały dziewięciu górników strajkujących w kopalni Wujek, a w świadomości społecznej jedynym praktycznie bohaterem tamtego dnia jest reżyser Kazimierz Kutz. Kto pamięta nazwisko choćby jednego z tych górników, którzy stanęli naprzeciwko komunistycznej władzy i zostali najzwyczajniej na świecie zamordowani? Oto pamięć, nad która tak strasznie się umartwiają Wujec z Miecugowem.
Kto zatem doprowadził do tego, że jedni bohaterowie są bohaterami, a drudzy bohaterowie są ‘żulią'. Czy to może Gwiazdowie do spółki z Wyszkowskim pozwolili narodowi zapomnieć o Kornelu Morawieckim na przykład? A może było jeszcze inaczej? Może to Gwiazdowie z Wyszkowskim tak zmanipulowali społeczeństwo, że z powszechnej świadomości nazwiska Tadeusza Mazowieckiego, Lecha Wałesy, Jacka Kuronia, czy Władysława Frasyniuka zostały wytarte?
Wczoraj wieczorem, wspomniany marszałek Niesiołowski u wspomnianej red. Olejnik, na pytanie, czy Walentynowicz, Macierewicz, Gwiazda mają w ogóle jakieś zasługi dla polskiej historii, i czy oni też mają prawo, by czcić zwycięstwo nad komunizmem, odpowiedział, że owszem, oni też mają takie prawo, ale niech sobie gdzieś znajdą jakiś plac, czy jakiś kawałek trawnika i tam sobie obchodzą swoje zwycięstwa. Ktoś powie, że Niesiołowski to taki nasz wybrakowany fragment polityki i że on tak zawsze, i że pewnie Palikot jest gorszy. Ale przecież powyższe słowa Niesiołowskiego stanowią najgłówniejszy nurt antytsolidarnościowej propagandy. Przecież to nie jest tak, że Niesiołowski coś sobie wymyślił i bredzi. On powtarza tezę znaną nam od wielu, wielu lat. Tezę, raz wyrażaną w postaci uwagi, że niektórzy siedzieli w więzieniu, a inni nie, innym razem w postaci przypomnienia, że jedni są sławni, a inni nie, a jeszcze innym razem, że niektórzy po prostu są wielcy, a inni są mali.
Któregoś dnia, w TVN24 – telewizji Grzegorza Miecugowa – Jerzy Borowczak powiedział, że on osobiście nie wie, kto to był Andrzej Bulc, bo, jak Borowczak walczył, to o żadnym Bulcu nie słyszał. Wiadomość ta, że jakiś Bulc uzurpuje sobie prawo do kombatanctwa, została powtórzona chwilę później już u samego Miecugowa, w Szkle Kontaktowym, Bulc został odpowiednio wyszydzony, Borowczak odpowiednio nadmuchany, a dziś Miecugow z Wujcem ze smutnymi nosami rozprawiają na temat niszczenia pamięci. A przecież kiedyś było jeszcze gorzej.
Kiedy Geremek, z Michnikiem i z młodym Kwaśniewskim z jednej strony zbierali fundusze na zorganizowanie sobie codziennej gazety, a z drugiej zakładali Komitety Obywatelskie (ciekawa nazwa, prawda? Ciekawe tylko, jak to będzie po rosyjsku?), plan był jeszcze ciekawszy. Do Panteonu Zwycięstwa mieli być dokooptowani tylko kumple. Nikt nie mówił o latach spędzonych w więzieniu, o pobiciach, o represjach. Nie ważne było, kto co zakładał, kto jak się ukrywał, kto ile oberwał. To co się liczyło to nazwisko i pewna lista. Dzisiejszy Henryk Wujec, zanim z dumą przestał być politykiem, był tam przecież na miejscu. I nie tylko on. Razem z nim byli tam Janusz Onyszkiewicz, Jan Lityński, Jacek Kuroń, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk i całe bandy tych, dziś już podstarzałych, specjalistów od podpinania się pod środowiska, które o czymś decydują. Czy Henryk Wujec, kiedy debatował ze swoim kumplem Lityńskim na temat przyszłości naszego kraju, pięknej przyszłości, w której nie będzie miejsca ani dla Macierewicza, ani dla Gwiazdy, ani – o ironio! – dla Lecha Wałęsy, bardzo się martwił o równy podział pamięci, czy akurat wtedy swój przebiegły mózg miał zajęty czymś zupełnie innym? Co za ohyda!
I dziś właśnie główny przedstawiciel środowisk, dla których wykluczanie było zawsze pierwszym celem i podstawową filozofią działania, w towarzystwie Miecugowa – dziennikarza o przeszłości już legendarnej – mówią nam, że wykluczanie to brzydka rzecz. Jedyne co w tym jest pocieszającego, to przyczyna, dla której akurat w tych dniach ta czarna policja pamięci dostała takiego napędu. Wszyscy tę przyczynę znamy. Jedyne, co warto byłoby jeszcze wiedzieć, to to, czy fakt, że cena dolara rośnie, to wiadomość dla nich dobra, czy raczej nienajlepsza.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...