Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Braun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Braun. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2015

Telewizja Republika, czyli krótko z przodu, z tyłu długo i wąsik na przedzie

Nie wiem, ilu z nas, podczas politycznych sporów, jakie prowadzimy już od niemal dziesięciu lat, czy to ze znajomymi, czy też wcale nie rzadziej wewnątrz rodzin, zdarzyło się spotkać z zarzutem, że ta część polskiej prawicy, z którą się identyfikujemy, czy jesteśmy identyfikowani, budzi powszechną niechęć ze względów czysto estetycznych. Rzecz w tym, że choć oczywiście nasze poglądy są im niemiłe, nie one tu decydują, gdy chodzi o wspomnianą niechęć. To co sprawia, że oni nas tak nienawidzą, to w znacznej mierze przekonanie, że my w swojej masie jesteśmy brzydcy, nieokrzesani, dzicy i chamscy.
Z tą opinią zresztą bardzo wyraźnie współgra ów mit, tak bardzo popularny w środowiskach tak zwanych „inteligenckich”, czy określanych inaczej epitetem „młodzi, wykształceni z dużych miast”, że typowy wyborca Prawa i Sprawiedliwości, to jakiś „Janusz spod Rzeszowa” bez zębów i bez pracy, ale za to z grzywką i wąsem, który po powrocie z kościoła włącza Telewizję Trwam, by posłuchać informacji odnośnie tego, kto się właśnie okazał Żydem.
Otóż ja z tego typu ocenami wielokrotnie się spotykałem, i to zarówno w przedstawionej wyżej wersji turbo, jak i też w bardziej wyważonej, sprowadzającej się do tego, że ktoś mnie nagle informuje, że to ciekawe, że ktoś tam w telewizji powiedział coś w obronie PiS-u, mimo że na pisowca akurat nie wyglądał. Ja wiem, że to zabrzmi jak żart, ale znam też osobę, która nie mogła się nadziwić, ze zmarły w Smoleńsku minister Stasiak był z PiS-u „bo absolutnie nie wyglądał”.
A zatem mamy pewne zjawisko socjologiczne, polegające na tym, że polityczne poglądy w sposób całkowicie realny zmieniają nasz ogląd rzeczywistości, co jest jednak czymś absolutnie nowym. Ja sobie bowiem nie przypominam, żebym ja, albo którakolwiek z bliskich mi osób – kiedykolwiek, choćby w najczarniejszych latach pierwszej połowy lat 90-tych – twierdziła, że Henryk Wujec, czy Andrzej Celiński, czy nawet Adam Michnik wyglądali jakoś inaczej, albo jakoś inaczej od zwykłych ludzi się zachowywali. Wszystko zawsze kończyło się na poglądach, osobistej kulturze, ewentualnie na zwykłej podłości. Nie muszę oczywiście zapewniać nikogo, że mając świadomość, że tu dochodzi do jakiegoś szaleństwa, zawsze z tego typu opiniami walczyłem, tłumacząc komu tylko mogłem, że przede wszystkim ja znam całą kupę ludzi głosujących na Prawo i Sprawiedliwość, którzy mimo że chodzą do kościoła, są i inteligentni i grzeczni i weseli i sympatyczni i wedle wszelkich znanych mi kryteriów zwyczajnie ładni – dokładnie tak samo, jak ci, co PiS-u nie znoszą – no a poza tym, patrząc na to wszystko zupełnie z boku, jest czymś zupełnie absurdalnym przekonanie, że poglądy polityczne zmieniają ludzi fizycznie, czy odwrotnie – że ludzie ładni i mądrzy głosują na inny program polityczny, niż ludzie brzydcy i głupi.
Walczyłem więc z tymi poglądami, a jednocześnie zawsze miałem bardzo przykre wrażenie, że tak naprawdę świetnie wiem, o co tam chodzi. Wysłuchiwałem szyderstw na temat tych buraków o ciężkich powiekach, o tych wiecznie z siebie zadowolonych gębach, pewnych siebie durniów, wiedziałem, że oni są w całkowitym błędzie, a z drugiej strony nie mogłem przestać się bać, że jest coś, o czym nie wiem, a wiedzieć powinienem.
I oto wczoraj Coryllus wspomniał u siebie TV Republika, a dokładnie jeden z niej malutki fragment, kiedy to dwóch redaktorów szydzi z Grzegorza Brauna. Ja Brauna nie lubię, uważam, że jest on kimś, kto marnując szereg niezwykłych wręcz talentów, popełnia grzech największy. Braun mnie dziś nie interesuje, a jego los jest mi idealnie obojętny. Stało się jednak tak, że wspomniani redaktorzy TV Republika nie dość, że wyszydzili wypowiedź Brauna, która na szyderstwo absolutnie nie zasługiwała, to jeszcze poważyli się na manipulację na takim poziomie kompromitacji, że ja już zwyczajnie nie mam słów. Ale mało tego. Oglądam ów zalinkowany przez Coryllusa film, gdzie tych dwóch kosmitów – bo to są kosmici! – rży z Brauna i nagle sobie uświadamiam, że to jest właśnie to, co ja w swojej naiwności przegapiłem, a co ci wszyscy, którzy przez te wszystkie lata tłumaczyli mi, że ja trzymam z absolutnie najgorszym elementem, mieli nieustannie w swojej świadomości. Patrzę na tych dwóch durniów i nagle widzę, jacy oni są brzydcy, jacy żałośni, jacy beznadziejni. I już wiem, co miała na myśli owa moja znajoma, kiedy mówiła, że Stasiak nie wyglądał na PiS-owca. Ona jakimś niezwykłym cudem, zanim to wszystko się objawiło tak bardzo publicznie, wiedziała, że PiS to ten tępy idiota z bezczelnym uśmiechem na twarzy, który nawet jeśli mu się udowodni, że jest bezczelnym idiotą, jest dokładnie tak samo zadowolony z siebie jak zawsze.
Dziś, kiedy tak już o tym myślę, nagle sobie uświadamiam, że ja ich już widziałem parokrotnie tu, na tych blogach, tyle że w swojej naiwności chciałem wierzyć, że to tylko Internet. Niestety, jak się okazuje, byłem w błędzie. Takiego gnoju tu na blogach nie ma nawet w chwilach najgorszego kryzysu. Żeby to ujrzeć w pełnej okazałości, trzeba sobie dopiero puścić TV Republika i modlić się, by za parę miesięcy nie okazało się, że nie będzie już nic innego. Bo zatęsknimy za Dziennikiem Telewizyjnym.






Wszystkich miłych, wrażliwych, mądrych i otwartych wyborców Andrzeja Dudy zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki.

środa, 22 kwietnia 2015

Myszy i ludzie, czyli czy Andrzej Duda to przypadkiem nie Żyd?

Ponieważ paru naszych znajomych postanowiło w ostatnich dniach ujawnić swoje zamiary wobec zbliżających się nieubłagalnie majowych wyborów i owe deklaracje zrobiły nie tylko na mnie pewne wrażenie, pomyślałem, że tym razem nie napiszę zwykłej notki, w której będę im wszystkim po raz setny tłumaczył jak sztachecie w płocie, że pycha to grzech, ale opowiem im dowcip. Posłuchajcie:
Do dyrektora cyrku przyszedł skromny pan ze skromną walizeczką i zaproponował swoje usługi. Kiedy dyrektor poprosił go, żeby pokazał, co potrafi, ten otworzył walizeczkę, z której natychmiast wyskoczyły myszy we frakach, wyciągnęły muzyczne instrumenty, rozłożyły pulpity z nutami, usiadły na specjalnie przygotowanych krzesełkach, jedna z nich zajęła miejsce dla dyrygenta, inna stanęła ze skrzypcami obok i wszystkie zaczęły najpiękniej na świecie grać „Cztery pory roku” Vivaldiego. Gdy występ dobiegł końca, myszy się grzecznie ukłoniły, złożyły sprzęt, wskoczyły z powrotem do walizki, człowiek w garniturze walizkę zamknął i spojrzał wyczekująco na dyrektora. Dyrektor chwilę pomyślał i odpowiedział: „No wie pan, nie będę ukrywał, że jestem pod wielkim wrażeniem. Czegoś podobnego w życiu nie widziałem. Jest jednak pewien kłopot. Czy ta trzecia od lewej w drugim rzędzie to przypadkiem nie Żyd?”
A teraz, durnie, możecie się zacząć śmiać. Albo pluć ze złości. Dla mnie to i tak bez znaczenia.

Całą resztę zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Polecam serdecznie.

środa, 11 marca 2015

Grzegorz Braun, czyli o pasażerach na gapę

We wczorajszej notce, komentując wydanie przez Jana Pińskiego (gdyby ktoś nie pamiętał, chodzi o naczelnego tygodnika pod tytułem „Wręcz przeciwnie”) tak zwanego „wywiadu rzeki” z Grzegorzem Braunem, Coryllus przyznał, że on tę informację znosi z najwyższym trudem, bo był taki czas, kiedy to on właśnie zaproponował Braunowi wspólne wydanie książki, tyle że wówczas Braun go najpierw zwodził, następnie powiedział, że nie może, bo jest już umówiony z Polonią Christiana, no i ostatecznie sprzedał się Pińskiemu. Naturalnie, ja emocje Coryllusa świetnie rozumiem, bo w tym, by normalny człowiek, w dodatku zgłaszający pretensje do bycia traktowania z szacunkiem, potrzebował się nagle zadawać z kimś takim, jak Jan Piński jest kosmos, od wpatrywania się w który, zwyczajnie boli głowa, jednak mój stosunek do Grzegorza Brauna definiowany jest przez sprawy zupełnie inne. Otóż ja bardzo dobrze pamiętam, jak przez naprawdę wiele miesięcy, kiedy Coryllus jeszcze liczył na jakąś współpracę z Braunem, na moim blogu od czasu do czasu pojawiały się komentarze, w których czytelnicy wymieniali nazwisko owego Brauna w taki sposób, jakby sądzili, że ja, Coryllus i Braun to swego rodzaju całość i że i ja zacznę o Braunie pisać, używając zaimka „my”. Tymczasem ja nie dość, że robić tego nie miałem zamiaru, to jeszcze owo nieustanne przywoływanie jego nazwiska działało mi na nerwy i tylko kwestie taktyczne nie pozwalały mi na to, by jednemu czy drugiemu odpisać, by się ode mnie z tym Braunem odpieprzył, bo Braun to dla mnie nie jest nawet ktoś, o kim mógłbym choćby powiedzieć, że jest czytelnikiem mojego bloga.
Jest tu kilka osób, które są dla mnie ważne i z którymi, jak dziś z Gabrielem, czy kiedyś jeszcze z Kamiuszkiem, czuję pewną więź. Jeśli chodzi o Brauna, on najpierw przez jakiś czas był dla mnie zaledwie jednym z polskich dokumentalistów, który podobno jest „nasz”, a potem, kiedy się okazało, że on i Coryllus się znają, to jeszcze dołączyło do tego określenie „kumpel Coryllusa”. Osobiście z Braunem nie miałem nigdy nic wspólnego, z wyjątkiem tego jednego wieczoru, kiedy to gadaliśmy z jednej sceny w Klubie Ronina i przez to musiałem się wozić do Warszawy na rozmowę z prokuratorem, i jednego maila od niego, w którym mnie poprosił, abym mu przesłał tekst o ojcu Antoniewiczu. Po co? Nawet nie pytałem, ale domyślam się, że z prostej ciekawości. To wszystko. Poza tym, ja z Braunem nigdy nie zamieniłem jednego słowa, nigdy nie obejrzałem ani jednego jego filmu i nigdy nawet nie wysłuchałem z uwagą któregokolwiek z jego wystąpień, poza naturalnie wspomnianymi popisami w Roninie. Nawet numeru telefonu do niego nigdy nie miałem.
Przyznaje natomiast, że zawsze o Braunie myślałem dokładnie w taki sam sposób, w jaki myślę o Janie Pińskim, Tadeuszu Płużańskim, Jerzym Targalskim, Witoldzie Gadowskim, Leszku Żebrowskim, czy różnych innych, mniejszych hiperprawicowych dziennikarzach, którzy do czasu, gdy zostaną przygarnięci przez któryś z tych kilku prawicowych tygodników opinii, aby tam pisać felietony, będą albo pyskować na blogach, jak Gadowski, albo – jeśli im się za darmo pisać nie chce – szarpać się z policją podczas kolejnych demonstracji, jak Braun właśnie, no i od czasu do czasu, przy którejś z okazji, nagle postanowią kandydować na prezydenta.
Tymczasem Coryllus jeździł na te swoje spotkania z udziałem Brauna, po każdym z nich pytałem go, jak było, a on za każdym razem odpowiadał mi, że do dupy, bo praktycznie przez cały czas Braun nie dopuszczał ani jego, ani nikogo innego do głosu, a więc w końcu postanowiłem, że powiem mojemu kumplowi Gabrielowi, żeby machnął ręką na tego całego Brauna i przestał sobie wmawiać, że to on jedzie na Braunie, a nie Braun na nim, bo jest dokładnie odwrotnie i to Braun korzysta z tego, że jest kumplem Coryllusa, a nie Coryllus z tego, że jest kumplem Brauna. Na nic. Owa słynna już wśród ludzi, którzy go znają, skromność wciąż kazała Gabrielowi wierzyć, że jeśli on z Braunem się jeszcze trochę poprowadzają, to sprzedaż znacząco wzrośnie, no a kto wie, czy oni wspólnie nie nakręcą jakiegoś filmu.
Tymczasem było tak, że Braun, moim zdaniem kuty na cztery nogi cwaniak, od początku traktował Coryllusa, jako tego, który go wprowadzi w przestrzeń określaną nazwą „blogosfery”, gdzie sam Braun zwyczajnie nie istniał. Braun od pierwszej chwili zdawał sobie sprawę z tego, że pozycja, jaką blog Coryllusa zajmuje w świadomości tej części opinii, do której i on się zamierza apelować, a więc najbardziej inteligentnej i ambitnej prawicowej części społeczeństwa, jest tak poważna, że jemu wystarczy się Coryllusa uczepić, a reszta pójdzie jak po maśle. I dziś akurat, kiedy Grzegorz Braun postanowił zostać prezydentem, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że znaczna większość osób, które mają ochotę głosować na Brauna w wyborach prezydenckich, to ci, którzy go identyfikują z Coryllusem właśnie. Nie jest bowiem tak, że dla nich Coryllus to ten, któremu Braun zgodził się przeczytać pierwszą Baśń, ale odwrotnie – Braun to ten, któremu Coryllus zaproponował to nagranie.
Ktoś powie, że przesadzam i zdecydowanie deprecjonuje pozycję Brauna w tym układzie. Proponuję więc, byśmy zadali sobie pytanie najprostsze. Skoro nie chodziło o ty, by się przy Coryllusie podlansować, jaki cel miał Braun, by się z Coryllusem w ogóle zadawać? Czy może on to robił z czystego zachwytu nad jego twórczością? Chodziło może o to, że Braun uznał, że Coryllus, to jest takie zjawisko, że on go zwyczajnie będzie prowadził do sukcesu? No ale w takim razie, czemu, kiedy przyszło co do czego, to on pomysł Gabriela na ów „wywiad rzekę” natychmiast sprzedał Pińskiemu, a na niego samego się wypiął? Otóż ja mam na to odpowiedź. Braun od początku do Coryllusa miał stosunek taki, jaki mają do niego oni wszyscy: z jednej strony go podziwiają i mu zazdroszczą sukcesu, a z drugiej nigdy się nie zgodzą na to, by się przyznać do tego, że są mu równi, a kto wie, czy nie gorsi. Rzecz w tym, że Grzegorz Braun może się nie wiadomo jak zaklinać, jaki to jest niezależny i alternatywny, może jeszcze dziesięć razy być na zmianę zatrzymywany przez policję, a następnie przez sądy skazywany na tydzień aresztu i wypuszczany, fakt pozostaje faktem, że on jest dokładnie taką samą częścią Systemu, jak oni wszyscy i jak oni wszyscy znakomicie wypełnia swoje zadanie. I ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby oni tylko się nie bali reakcji środowiska i tych wszystkich ironicznych komentarzy, że się zadają z plebsem, to by zarówno tu i tam siedzieli od rana do wieczora i pokazywali, jacy są fajni i otwarci. Ale tego nie robią, bo, jak już wspomniałem, środowisko im tego nie wybaczy, a dwa, że oni zwyczajnie nie są ani fajni, ani otwarci, a udawać też nawet nie potrafią. Wygląda więc na to, że gdy chodzi o Brauna, on był jedynie nieco bardziej od nich zdesperowany. I stąd się tu nagle na chwilę pojawił.

Kilka dni temu, bez zbędnych fajerwerków, minęło 7 lat, jak się tu na tym blogu spotykamy. Wedle pobieżnych ocen nazbierało się tego w sumie około 2 tysięcy tekstów. To co pozwala zachowywać dobry nastrój to fakt, że miniony rok był zdecydowanie najpłodniejszy, a to świadczy, że sił nam nie brakuje. Przypominam, że dotychczas ukazały się dwa zbiory felietonów z tego bloga, jeden jeszcze pisany pod imieniem Toyah, drugi już sygnowany imieniem i nazwiskiem. Podobnie jak inne moje książki, oba tytuły dostępne są w księgarni na stronie www.coryllus.pl. „O siedmiokilogramowym liściu” w cenie zaledwie 15 złotych, „Palimy licho” jeszcze pachnące drukarnią, w więc bez żadnych ulg. Polecam obie. Jak lubi mawiać Coryllus, to jest produkt najwyższej jakości.

czwartek, 31 lipca 2014

O flaszkę dla Grzegorza Brauna

W trakcie przesłuchania w warszawskiej prokuraturze, jakiemu zostałem swego czasu poddany w związku ze swoim udziałem w debacie w Klubie Ronina, gdzie Grzegorz Braun zapowiedział wieszanie zdrajców, pani prokurator zapytała mnie, dlaczego, kiedy Braun wygłaszał te swoje groźby, ja i Gabriel Maciejewski, zamiast zapłonąć świętym oburzeniem, śmialiśmy się. Na to ja odpowiedziałem – jak najszczerzej oczywiście – że nie wiem, jak Gabriel, ale ja się śmiałem, bo mnie tyrada Brauna najzwyczajniej w świecie rozśmieszyła. Powiedziałem, skądinąd niezwykle sympatycznej i bystrej, pani prokurator, że Grzegorz Braun ma to do siebie, że kiedy on mówi, cały świat zamiera w skupieniu. Grzegorz Braun ma ten rodzaj talentu oratorskiego, że, jeśli ktoś planuje spędzić noc w dobrym towarzystwie i miłej atmosferze, powinien złożyć się na parę flaszek, zaprosić Grzegorza Brauna i już tylko chłonąć, chłonąć, chłonąć. A zatem, kiedy Grzegorz Braun opowiadał o tej „gwieździe śmierci”, o tych strzelnicach, o tych dzieciach prowadzonych przez rodziców w niedzielny poranek po Mszy Świętej, by się wprawiać w strzelaniu, ja mogłem tylko zaniemówić w podziwie, i już tylko od czasu do czasu się uśmiechać.
Przyznaję, że osobiście nie należę ani do przyjaciół Grzegorza Brauna, ani do tak zwanych fanów jego publicznej działalności, w swoich tekstach nie mam zwyczaju odwoływać się do jego wypowiedzi, gdy ktoś mnie zachęca do tego, by zadumać się nad kolejnym jego wystąpieniem; tyle wszystkiego, że miałem okazję go poznać, uważam go za miłego człowieka, uważam że filmy, które nakręcił są naprawdę znakomite, lubię go słuchać, kiedy gada i tyle. Poza tym, Braun mnie zwyczajnie nie interesuje.
Wczoraj podczas dyskusji pod tekstem Coryllusa poświęconym aresztowaniu Brauna na siedem dni przez polskie państwo za rzekomą obrazę sądu, ktoś wrzucił trzy filmy, które przyznaję, że obejrzałem. Zwykle mam tak, że ani nie czytam załączonych linków, a już tym bardziej nie oglądam zalinkowanych filmów, tym razem jednak obejrzałem wszystkie trzy filmy od początku do końca. I proszę sobie wyobrazić, że znów – dokładnie tak, jak to miało miejsce podczas pamiętnego spotkania w Klubie Ronina – oniemiałem z zachwytu. Pierwszy z tych filmów, gdyby ktoś nie wiedział, najpierw przedstawia fragment procesu, w którym Braun oskarżony jest o brutalne pobicie sześć lat temu sześciu policjantów, a dwa następne, jego bezskuteczne próby zgłoszenia się do aresztu w celu odbycia kary. Wszystkie filmy dostępne są w wersji HD, obraz i dźwięk jest najwyższej jakości, robota realizatorska na takim poziomie, że sam Grzegorz Braun by się jej nie powstydził… no i jest oczywiście sam Braun: gwiazda, jakiej świat nie zna. Ja nie umiem opisać tego co się tam dzieje, ale te paręnaście minut, kiedy Braun stoi z tą szczoteczką do zębów przed aresztem i błaga wręcz polskie państwo, żeby go zechciało posadzić, stanowią coś, co moim zdaniem – wbrew wszelkim zabiegom reżimowej propagandy – zostanie zapisane w historii III RP, ze szczególnym uwzględnieniem tych paru lat rządów Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej, a więc czasu, kiedy to polskie państwo sięgnęło skalistego dna kompromitacji, jako czas najgorszy.
O jakiej kompromitacji mówimy? Otóż, z tego co zdążyłem się zorientować, rzecz w tym, że sześć lat temu, podczas jakiejś demonstracji, Grzegorz Braun został zatrzymany przez policję, a kiedy poprosił policjantów o wylegitymowanie się, został najpierw słownie, a następnie fizycznie zaatakowany, po czym oskarżony o pobicie funkcjonariuszy. Pierwszymi świadkami owego pobicia zostali oczywiście wspomniani funkcjonariusze, a proces w tej sprawie toczy się już siódmy rok. Tyle, jak się zdaje, fakty. A teraz komentarz: otóż moim zdaniem, jest tak, że sąd doskonale wie, że te sześć lat to jest czysta farsa, tyle że z różnych powodów, jej już się nie da ot tak zamknąć. Brauna skazać nie można, policjantów ukarać za fałszywe zeznania tym bardziej, ogłosić pomyłki jakoś nie wypada… wszystko wskazuje na to, że proces ów będzie się ciągnął tak długo aż Donald Tusk i jego ekipa zostaną odsunięci od władzy.
A w tym wszystkim oczywiście mamy Grzegorza Brauna, który jest wciąż ciągany po tych żałosnych rozprawach, konfrontowany z tym jeszcze bardziej żałosnym tak zwanym sędzią, systematycznie karany grzywną za obrazę sądu, świadków, czy czegokolwiek, co się da w tej sytuacji obrazić, no i to państwo, tak rozpaczliwie, tak beznadziejnie i tak ostatecznie kompromitowane. Bo nie oszukujmy się. Braunowi tu się nie dzieje żadna krzywda. Z tego co widzimy na tych filmach, on zachowuje szampański nastrój, najwyższą intelektualną formę i osobiście jestem pewien, że Polska jeszcze będzie miała okazję wyrazić mu wdzięczność za to, co on tak wspaniale pokazał w ciągu tych paru choćby dni. Stoi Grzegorz Braun przed polskim państwem, a my, dzięki tej na najwyższym poziomie profesjonalizmu relacji, widzimy, jak ogłasza jego upadek. Stoi Grzegorz Braun z tym dowodem osobistym i prosi więziennego strażnika, by zechciał puścić w ruch owe młyny sprawiedliwości, bo on wie, że im szybciej one zaczną działać, tym szybciej on będzie mógł wrócić do pracy, a ten biedny człowiek za ta szybką jedyne co może zrobić, to Braunowi powiedzieć, że tak naprawdę my wszyscy siedzimy na tej samej łódce i poprosić, by on nie miał do niego pretensji. A wtedy Braun powie: „Bezpiecznej służby” i wszystko wróci na swoje miejsce.
Kiedy piszę ten tekst, nie wiem, jakie są aktualne losy Grzegorz Brauna. Czy polskie państwo wreszcie znalazło sposób, by go posadzić, a tym samym wyegzekwować decyzję sądu, czy może on wciąż stoi tam przed tym smutnym okienkiem, ściskając w dłoni ten swój dowód osobisty i prosi by te młyny zaczęły mielić. Wiem natomiast, że polskie państwo tak naprawdę przestało istnieć. To jest już koniec. To co widzimy, to jest wstyd, jakiego świat nie widział. Ja nie lubię używać tego argumentu, ale tym razem on tu zwyczajnie nie daje nam szans. Gdyby coś takiego miało miejsce za tych dwuletnich rządów Prawa i Sprawiedliwości, i zamiast Grzegorza Brauna mielibyśmy przed tym aresztem jakiegoś Wajdę, Łazarkiewicza, czy Żakowskiego, kataklizm jaki by wówczas nastąpił by nas wszystkich doszczętnie pogrzebał. A tu – cisza. Tylko Braun jest zadowolony. I ja mu się nie dziwię. Na jego miejscu, ja już bym otwierał flaszkę.

Gdyby ktoś nagle zechciał poczytać więcej tego typu tekstów, zachęcam do odwiedzania strony www.coryllus.pl, gdzie można kupić zarówno wybór wczesnych felietonów z tego bloga pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”, jak również cztery inne moje książki. Polecam. Jednocześnie, wszystkich przyjaciół tego bloga proszę o wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 17 kwietnia 2013

Wciąż nie strzelają. Niech żyje III RP!!!

Oczywiście, osoby, które na co dzień interesują się tym co się w Polsce dzieje, musiały wiadomość tę zauważyć, poza nimi jednak, nie sądzę, by to był jakiś tak zwany nowocześnie event. A, jeśli się zastanowić nad tym, co się stało, tak już bardziej na poważnie, można dojść do wniosku, że stało się coś absolutnie porażającego. Otóż prokuratura w Warszawie umorzyła sprawę namawiania przez Grzegorza Brauna do mordowania dziennikarzy „Gazety Wyborczej” i TVN-u, wyjaśniając, że przede wszystkim, na poziomie intencji, a one są tu najważniejsze, do mordowania dziennikarzy nie zachęcał, a poza tym, on tak naprawdę opisywał sytuacje czysto hipotetyczne, a zatem z dzisiejszą Polska nie mające nic zgoła wspólnego.
No dobra, powie ktoś, prokuratura najpierw wszczęła śledztwo – do czego jest przeznaczona – następnie to śledztwo umorzyła – co też jej się nie tak wcale rzadko zdarza, więc o czym tu gadać? Jakiż to event mamy przed sobą? Otóż tym razem, nie chodzi o zwykłą prokuratorską codzienność. Ci z nas, którzy sprawę znają, doskonale też pamiętają atmosferę minionej jesieni. Pamiętają, jak to praktycznie nie było jednego dnia bez specjalnych medialnych relacji z Polski ogarniętej pisowskim terrorem, budowanym przez pewnego filmowego reżysera i trzech blogerów. Pamiętają ową atmosferę oni, no i pamiętam ją ja, choćby przez to, że to ja właśnie należałem do owej terrorystycznej grupy. I to ja pewnego styczniowego dnia zmuszony byłem do tego, by wybrać się aż do Warszawy i stanąć przed panią prokurator – tą samą, która dziś przyznała, że to, co usłyszała wtedy ode mnie – a przecież nie tylko ode mnie – to najprawdziwsza prawda i że owa prawda od początku była zawstydzająco oczywista.
Pamiętam więc bardzo dobrze tamtą jesienną atmosferę i pamiętam niemal każdy głos, który dochodził do mnie wówczas niemal z każdej strony, wyrażający przede wszystkim oburzenie tym co ja i mi podobni w swoim obłąkaniu robimy, ale też satysfakcję z tego, że wreszcie prawo się za nas wzięło i wreszcie nadejdzie koniec tych bezeceństw. Pamiętam to wszystko i nigdy tego nie zapomnę. A mając to w pamięci, nie przestanę z tego doświadczenia wyciągać odpowiednich refleksji.
Oto pierwsza z nich. Otóż mamm już prawie 60 lat i dotychczas z wymiarem sprawiedliwości miałem do czynienia 4 razy. Pierwszy raz, kiedy jeszcze w podstawówce z kolegami poszliśmy do parku, i jacyś chuligani wlali mojemu koledze. Rodzice tego kolegi powiadomili o tym milicję, no i skończyło się na tym, że, jako małe dziecko, musiałem gdzieś tam zeznawać. Drugi raz sam oberwałem – pisałem o tym w książce o biustonoszu – no i była z tego sprawa. Trzeci raz skradziono mi rower, a ponieważ tego było akurat w okolicy więcej, też musiałem się stawić i coś tam opowiadać. To wszystko był jednak PRL. Jak idzie o Nową Polskę, to mam w tej kwestii tylko jedno doświadczenie. Przesłuchanie w sprawie mojego udziału w spotkaniu, na którym rzekomo namawiano do mordowania reżimowych dziennikarzy.
I to, moim zdaniem jest ciekawe podwójnie. Raz, ze w ogóle cała sytuacja jest ciekawa obiektywnie, a dwa – i mnie akurat to najbardziej męczy – że ja w PRL-u brałem udział w spotkaniach, w czasie których, autentycznie, a nie zaledwie w chorych obsesjach Systemu, namawiano do mordowania nie tylko dziennikarzy, ale również tak zwanych sekretarzy i przedstawicieli służb. Powiem więcej – w czasie tych spotkań, ja osobiście wznosiłem adekwatne okrzyki. Dokładnie, chodziło o wieszanie. I daję słowo, że nie pamiętam, by ktokolwiek mnie z tego powodu wzywał na przesłuchanie. I jeszcze coś. Nie przypominam sobie, by wówczas wokół mnie pojawiały się głosy wzywające do tego, by mnie jednak wezwać. I stamtąd nie wypuścić. A więc coś, z czym przez parę dobrych miesięcy musiałem się zmagać niemal na co dzień.
I to jest właśnie owa zapowiedziana wcześniej przeze mnie refleksja. I jeśli ktoś mi powie, że ja znów bez sensu zaczynam chwalić PRL, to daję słowo, że się obrażę.

Czy wiecie, że powoli zbliżamy się do 1 500 000 odsłon tego bloga? To nastapi może juz dziś, a może jutro. Osobiście uważam to za wydarzenie. Gdyby komuś przyszło do głowy je uczcić skromnym wsparciem, będę zobowiązany. Numer konta jest tu obok. Dziękuję.

piątek, 30 listopada 2012

Gdy strach zżera duszę

Jak się należało spodziewać, najświeższa aktywność Systemu największe wrażenie zrobiła na tych, którzy maja najwięcej do stracenia. Jak idzie natomiast o ludzi, którzy dostali już po głowie tak, że jak idzie o to co się stanie dalej, jest im praktycznie wszystko jedno. No bo zastanówmy się. Co może stracić ktoś taki jak ja? No, okay, resztki tej pracy, która mu jeszcze została, to jest faktycznie coś. Z drugiej jednak strony, w jaki sposób to co ja mam teraz, gwarantuje mi spokój kiedy idę spać i kiedy się budzę nad ranem? Jak się nad tym zastanowić, to wszystko wygląda raczej na komedię. Co się musi stać takiego, by ktoś taki jak ja mógł już bez niepokoju czekać na pojawienie się listonosza? Występ Grzegorza Brauna i propagandowe zdziczenie stacji TVN24? Nie żartujmy.
Inna sprawa, jeśli to co od paru dni wyrabia system zaczyna dotyczyć ludzi, którym dotychczas było względnie wygodnie i ich jedynym praktycznie marzeniem było to, by tak jak jest zostało już najlepiej na zawsze. Wydaje mi się, że jakkolwiek by nie były ponure ostatnie wydarzenia i jakkolwiek paskudnie by nam one wróżyły, z pewnością jedna z wypływających z nich konsekwencji jest jak najbardziej pozytywna: otóż widzimy dziś bardzo wyraźnie, komu dotychczas było naprawdę dobrze. Jedną z tych osób jest oczywiście Tomasz Sakiewicz.
Wczoraj w Salonie24 pojawił się napisany przez wspomnianego Sakiewicza komentarz dotyczący sprawy Grzegorza Brauna. Pierwsze jego zdanie brzmi tak: „Z dużym przerażeniem wysłuchałem tego, co mówił Grzegorz Braun o potrzebie likwidowania dziennikarzy”.
Ja nie żartuje, ja nie cytuję z pamięci, ja nic nie zmyślam. To są słowa Sakiewicza, względnie jakiegoś jego asystenta, który jednak – jak się domyślam – ma od Sakiewicza wszelkie potrzebne papiery na swoją działalność. A zatem tak to właśnie było. Sakiewicz wysłuchał wypowiedzi Brauna, usłyszał, że Braun wzywa do likwidacji dziennikarzy, i zawodowa solidarność kazała mu się przerazić.
I wszystko byłoby dobrze gdyby nie pewien istotny bardzo fakt. Braun po pierwsze nie wzywał do likwidacji dziennikarzy, a po drugie Sakiewicz miał niemal trzy miesiące czasu na to, bym ja dziś się nie musiał zastanawiać, czy on jest zwykłym idiotą, czy tylko przestraszonym sukinsynem. Rzecz bowiem w tym, że ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że Sakiewicz przede wszystkim wypowiedź Brauna znał co najmniej od połowy września, i że ona go przeraziła dopiero wtedy gdy sobie parę dni temu puścił telewizję TVN24 i poczuł, że się robi ciepło. Rzecz bowiem w tym, że ja byłem na spotkaniu w Klubie Ronina, słuchałem wypowiedzi Grzegorza Brauna i od początku do końca doskonale wiedziałem, o czym Braun mówi. A ponieważ ja nie mam najmniejszego powodu by uważać, że od Sakiewicza jestem jakoś szczególnie bardziej inteligentny, uważam, że on akurat wypowiedź Brauna zrozumiał nie gorzej ode mnie. A więc pozostaje strach.
Czego się boi Sakiewicz? Przepraszam bardzo, ale skąd ja mam to wiedzieć? Ja mu akurat za płot nie zaglądam. Ja nie wiem, ile on traci, jeśli Michał Boni wraz ze swoimi kumplami z Platformy Obywatelskiej, PSL-u, SLD i Ruchu Palikota postanowią jednak przepchnąć przez Sejm ustawę o zwalczaniu języka nienawiści. Natomiast z jego wczorajszego zachowania wnoszę, że z całą pewnością znacznie więcej niż dajmy na to ja. I całe mnóstwo innych osób, które przychodzą na ten blog szukając tu pocieszenia i inspiracji do tego, by z choćby minimalną nadzieją jakoś pchać ten wózek. Mówię o ludziach, którzy świetnie zdają sobie sprawę z tego, że cokolwiek się stanie, tak czy inaczej wszystko pozostaje w rękach Boga. Tomasz Sakiewicz do nich nie należy. Dlatego zapewne przyszedł i wygłosił to szczególne oświadczenie.
Powiem szczerze że ja to wszystko wbrew pozorom jednak rozumiem. Gardzę tym zachowaniem, potępiam je, niemniej staram się zrozumieć, że tak to czasem już jest, że to Zło nas przydusza i stawia w sytuacji bez wyjścia. Jest jednak we wspomnianym tekście Sakiewicza coś, czego już tolerować nie można. Kiedy już poinformował Sakiewicz System o swojej lojalności, przeszedł do spraw bieżących i zwrócił się do nas ze swoim starym apelem, byśmy nie ustawiali w naszej pogardzie do tego samego Zła, które chwilę wcześniej jego samego zmusiło do zachowań tak bardzo parszywych. Żebyśmy podtrzymywali w sobie tę naszą pogardę i tę nasza determinację by nie spocząć dopóki nie zobaczymy jak oni leżą i proszą o litość. A zatem, żebyśmy za Sakiewicza załatwili wszystkie te sprawy, dzięki załatwieniu których on któregoś dnia odczuł, że wreszcie jest naprawdę słodko.
Przeczytałem wczoraj tekst Sakiewicza i zamieściłem pod nim odpowiedni komentarz. W komentarzu tym obiecałem mu, że za to co on wyprawia, będę go tępił do końca dni moich. Którą to obietnicę niniejszym wprowadzam w życie. A do ewentualnych komentatorów, którzy mają ochotę zwrócić się do mnie z prośbą o oszczędzanie przyjaciół, mam tylko jeden apel. Poczytajcie sobie najbliższy numer „Uważam Rze”. Tam od poniedziałku będą już sami nasi. Tacy przy których Tomasz Sakiewicz będzie robił wrażenie jakiegoś… ja wiem? Pawła Kowala może?

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Choćby przez kupowanie książki o liściu. Jak ktoś mieszka w Warszawie, może się wybrać na targi książki historycznej. Przy stoisku nr 101 siedzi Coryllus i ma wszystko w odpowiednich ilościach. No i bardzo proszę o wpłaty na podany obok numer konta. Sytuacja jest autentycznie podbramkowa. Dziękuję.

poniedziałek, 26 listopada 2012

O manipulacji w wersji hard-core

Kiedy w weekendowej „Gazecie Wyborczej” ukazał się tekst, w którym dwie miejscowe damy Agata Nowakowska i Dominika Wielowieyska postanowiły zaprezentować ogółowi społeczeństwa opinię Rafała Ziemkiewicza o tym, jacy to radykałowie lęgną się na zdrowej tkance polskiej konserwatywnej prawicy, społeczeństwo akurat przebywało w galerii handlowej i zajmowało się życiem. Oczywiście, podmuchy tego syku dotarły to tu to tam, a głównie oczywiście na blogi, gdzie swój czas zwykle spędzają różnego rodzaju wariaci, którzy nawet nie mają pieniędzy na głupie cappuccino w Starbucksie, i każdą sensację, nawet tak dęta jak ta, przyjmą z największą radością.
Kiedy jednak naród wrócił z zakupów do domu, mógł wreszcie zasiąść przez telewizorem, no i stamtąd dowiedział się w o wiele większej liczbie niż miało to miejsce dzień wcześniej, że dwa miesiące temu jakiś Braun w jakimś Klubie Ronina, gdzie w zmowie i porozumieniu z trzema blogerami, Toyahem, Coryllusem i Kamiuszkiem, wystąpił z apelem do wszystkich tych, którym zależy na odsunięciu od władzy Donalda Tuska, by się uzbroili, a następnie udali się na ulicę Czerską i Wiertniczą w Warszawie i wystrzelali wszystkich, którzy im się nawiną pod rękę.
Jak się dowiaduję, dziś owa fantastyczna wręcz informacja będzie dyskutowana w telewizyjnym programie redaktora Tomasza Lisa, a ponieważ Lis to niemal nasza polska odpowiedź na Waltera Cronkite’a, należy się spodziewać, że kolejny dzień może nam przynieść już tylko piekło. Oczywiście, znając swoje możliwości – a również możliwości reżimowej propagandy – nie mam wielkich złudzeń co do tego, że prosta prawda ma w tej konfrontacji jakiekolwiek szanse, niemniej jednak czuję, że muszę dać świadectwo i tych którzy mają jeszcze resztki serca i rozumu poinformować, co następuje.
Rzecz mianowicie w tym, że w swoim wystąpieniu – kto ma ochotę może jego pierwszą część obejrzeć w całości w Sieci pod adresem http://www.youtube.com/watch?v=iLHcJ0bvh9k, z linkiem w miejscu do części drugiej – Grzegorz Braun w najmniejszym stopniu nie wzywał do tego, by się zbroić i strzelać do redaktorów „Gazety Wyborczej i TVN-u. Wszystko co w swej bardzo długiej – być może wręcz niepotrzebnie tak długiej – oracji na rzecz monarchizmu zawarł Braun, sprowadzało się do wyrażenia opinii, że demokracja jako system organizacji społeczeństw spaliła na panewce, jedyną drogą jest monarchia, a skoro monarchia, to ze wszystkim charakterystycznymi dla niej przymiotami. Oczywiście, padły słowa – jest to wszystko powszechnie dostępne od dwóch już miesięcy na youtubie – o strzelaniu do zdrajców, jednak to że owo strzelanie Braun wyraźnie bardzo umieścił w ramach pewnego bardzo jednoznacznego porządku konstytucyjnego, jest tak oczywiste, że aż wstyd się nad tym dłużej zatrzymywać. To jest trochę tak, jak ja bym napisał tu na blogu, że karę śmierci uważam za wielką zdobycz nowoczesnej cywilizacji, która zastąpiła dziką rządzę zemsty, a ktoś z sumieniem brudnym jak szmata do podłogi zacząłby krzyczeć, że ja się na niego zasadzam i mu grożę.
A zatem o tym ani słowa. Kto chce, niech sobie posłucha. Jak mówię – wszystko jest powszechnie dostępne. Natomiast bardzo bym chciał – i tę swoją chęć wsparłem wysiłkiem polegającym na dokładnym, słowo w słowo spisaniem odpowiedniego fragmentu wystąpienia Grzegorza Brauna – zwrócić uwagę na to, co Braun rzeczywiście powiedział, jak idzie o kwestię tak zwanych strzelnic. Dlaczego? Bo tu, moim zdaniem, widać najjaśniej, w jak perfidny sposób działa reżimowa propaganda, i jak łatwo jest zamieszać w głowach prostych, niczego się nie spodziewających ludzi.
Zaczęło się od tego, że Braun skierował swoje pretensje do dziennikarza Warzechy za to, że w swoim satyrycznym przeglądzie prasy, ten pochwalił Jarosława Kaczyńskiego za to, że ten wreszcie przestał gadać o Smoleńsku. Braun, uważając, że o Smoleńsku trzeba rozmawiać, powiedział, że on nie rozumie, czemu Warzecha się tak cieszy z tego, że zapanował wieczny pacyfizm, podczas gdy „kukle powinny świstać”. No a dalej było tak:

„A więc recepta. Cudowna recepta. Odpowiedź. Spotkania. Brawo! Ale nie w żadnych Klubach Ronina, tylko na strzelnicy. Niedzielne spotkanie z wnuczkiem, córeczką, ale nie w galerii handlowej, tylko na strzelnicy. To kosztuje parę złotych, to można dziecku kupić na Mikołaja, na imieniny taką frajdę zrobić, że babcia stawia paczkę śrutu do wystrzelania na strzelnicy. Jaka piękna rzecz! I jak się tak spotkają – parę złotych, to nic nie kosztuje, a ile frajdy – i jak się tak spotkają na strzelnicy, to oczywiście pogadają ze sobą, jak pogadają, to wypiją… umówią się na jakieś piwo… jak wypiją, to zakąszą, i jeszcze raz pogadają, to coś ugadają. Na tej strzelnicy, proszę państwa.

I w związku z tym, ja nie daję żadnych insurekcyjnych recept, ja państwa nie namawiam na to, byście tu wylegli nagle z plastikowym nożem w zębach, porwali najbliższego tutaj czekistę, czy redaktora Gwiazdy Śmierci – nie! Wszystko po kolei. Musi być normalne wojsko. Żadne tam z butelkami na czołgi, tylko solidne rusznice przeciwpancerne.

No więc rzecz wymaga czasu. Ona wymaga czasu. Muszą ci Polacy na tę strzelnicę chodzić… nie wiem ile lat. Ale w dwudziestu międzywojennym chodzili. Nie nauczyli się żadnej innej rzeczy, ale strzelać się nauczyli. A więc, to jest najprostsza sprawa.

I teraz, żeby to było po kolei wszystko, ta strzelnica musi być oparta lewym czy prawym bokiem o polską szkołę. Żeby ta dziatwa szkolna wysypywała się z tej szkoły po lekcjach na strzelnicę. A teraz, ta szkoła musi być oparta o Kościół. O Kościół, który nie jest Świątynią Opatrzności Bożej ufundowaną przez wielopokoleniową tradycje masońską, która jest z gruntu wroga Polsce i Kościołowi, tylko to musi być wasz kościół, wasz proboszcz, wasza plebania, za wasze pieniądze, i w związku z tym, patrz wyżej, czy niżej – precz z etatyzmem, bo Polacy muszą mieć swoje pieniądze. By móc sobie ufundować ten kościół, tę szkołę, i tę strzelnicę.

I jak będą te trzy budynki, to wtedy zaręczam państwu, że jeśli będzie parafia, która coś takiego będzie miała, taką triadę – własną strzelnicę, własną szkołę, przy własnym kościele, pobielonym za własne pieniądze, a niekoniecznie z dotacji jakiejś babilońskiej, to wtedy zaczną do was przychodzić. Zaczną do was przyjeżdżać, do Grodziska, i wtedy to oni się będą prosić, różni warszawscy redaktorzy, i różni senatorzy i posłowie, i będą prosili o popołudnie na takiej strzelnicy. Jak ona tylko będzie
”.

Bardzo chciałbym, by świat był tak szlachetnie ułożony, by najprostszych rzeczy nie trzeba było tłumaczyć nawet ludziom bardzo zajętym trudnościami dnia codziennego, a przez to zwyczajnie zmęczonym. Niestety jest tak, że czasy przytępiły najbardziej podstawową wrażliwość i wszystko stanęło na głowie. A więc, wiem, że powyższy fragment zrozumieją ci, którzy go zrozumieją… no a reszta, jak to reszta. Albo machnie ręką, albo będzie się dalej bez sensu pieklić.
Wiem to, a co gorsza wiedzą to też oni. Napisałem o tym dziś bardzo przygnębiający tekst w Salonie24. O tych co wiedzą, i jak tę podłą wiedzę wykorzystują. Gdyby komuś zbywało na czasie, zapraszam.

Przy okazji, proszę o szczególnie ofiarne wspieranie tego bloga. Pewna seria bardzo nieoczekiwanych zdarzeń sprawiła, że ostatni tydzień miesiąca okazał się dla nas nie do przejścia. Przypominam też o książkach, które w tej chwili są już niemal wszędzie. A z autografem autora – tylko tu. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...