Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koalicja Obywatelska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koalicja Obywatelska. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 maja 2026

Czekając na ruską brzozę

 

Dziś już niemal 15 lat temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Józek, czyli Polska w budowie”, o pewnym moim znajomym, tak zwanym fachowcu od wszystkiego, dodam, że znakomitym fachowcu, który znalazł się na bezrobociu. Czemu tak, tego już nie pamiętam, ale pewnie dlatego, że budowlana firma, która go zatrudniała splajtowała, no i nasz Józek trafił na tak zwany bruk. Ponieważ Józek mieszkał w pobliżu, a ja parę razy dziennie musiałem wychodzić z psem na spacer, spotykałem Józka bardzo często i słuchałem jak mi mówi, że dzień w dzień chodzi w różne miejsca pytając o pracę, ale bez rezultatu. Któregoś dnia opowiedział, jak to przez trzy miesiące pracował na którejś z budów, ale gdy za trzecim razem mu nie zapłacono, obiecując, że może w przyszłym miesiącu, rzucił tę robotę i znów wstawał wcześnie rano, chodził wszędzie gdzie widział, że coś się buduje, aż któregoś dnia się pochorował i umarł.

Minęły lata, nadszedł rok 2015 i wszystko zaczęło się powoli zmieniać w taki sposób, że w pewnym momencie specjaliści w rodzaju Józka nie wiedzieli w co ręce włożyć, tym razem jednak już bez Józka, który niestety nie na ten swój pociąg nie zdążył.

Dziś jesteśmy w nowych, szczerzących do nas w uśmiechu swe zęby, czasach i, jak czytam w Onecie, bezrobocie w Polsce jest największe od pięciu lat. Oczywiście Onet nie byłby sobą, gdyby pod koniec swojego tekstu nie zagmatwał całego przekazu, sugerując, że tak naprawdę, to mimo że owo bezrobocie urosło, to właściwie też spadło, i sobą też nie byliby komentujący ów donos, pisząc, że ono w ogóle nie wzrosło, tylko w roku 2025 zmieniły się kryteria określające, czym tak naprawdę jest bezrobocie i w ten sposób mnóstwo ludzi, którzy rejestrują się w urzędach pracy tylko po to, żeby mieć darmowa obsługę medyczną, chcą tylko uśmiechniętą Polskę postraszyć.

A więc przeczytałem wspomniany tekst i pomyślałem sobie, że opowiem pewną historię. Otóż, jak część z nas wie, moja młodsza córka, dwa lata temu została zdiagnozowana z tzw. glejakiem 3 stopnia, co sprawiło, że musiała udać się na bardzo poważne leczenie, włącznie z operacją wycięcia guza i konsekwentnie radioterapią, chemioterapią i czym tam jeszcze. Dzięki niewątpliwym talentom i pełnej poświęcenia pracy lekarzy, ale też nieustannym błaganiom kierowanym do Pana Boga o uzdrowienie, i dzięki Jego miłosierdziu, dziecko moje wróciło do domu i po odpowiedniej rekonwalescencji wróciło też do zdrowia.

Wróciło więc do zdrowia i zgłosiło się oczywiście do swojej dotychczasowej firmy, gdzie była doceniana, lubiana i szanowana, no i tam ją poinformowano, że jej stanowisko zostało już zajęte przez kogoś innego, no i że powinna się rozejrzeć za czyś nowym.

I teraz jest tak, że ona od kilku dobrych miesięcy dzień w dzień, jak swego czasu wspomniany Józek, wysyła CV – podkreślam, że CV bardzo, bardzo dobre – i wszystko jak grochem o ścianę. Dosłownie jak grochem o ścianę, bo mimo że tych maili wysłała już paręset, otrzymała odmownych odpowiedzi może trzy czy cztery. Wszystkie pozostałe spotkał los wspomnianego przysłowiowego grochu. Jednego zdania, jednego słowa. Zero reakcji. Co ciekawe, w większości wypadków ona słała tę swoje zgłoszenia w odpowiedzi na publikowane oferty – i tu też niemal za każdym razem, żadnej nawet odpowiedzi, typu dziękujemy, ale nie, bo oferta już nieaktualna. W swojej desperacji, ona była gotowa przyjąć pracę gdziekolwiek, choćby jako pani rejestratorka w ośrodku zdrowia – bez reakcji.

A zatem, jeśli mam skomentować informacje na temat sytuacji na rynku pracy, w tym ów pokrętny tekst Onetu, gdzie, co szczególnie zabawne, oni piszą, że akurat wśród ludzi młodszych bezrobocie faktycznie spadło, a gorzej mają osoby w średnim i starszym wieku, to nie pozostaje mi nic innego jak zapewnić wszystkich Państwa, że polskie państwo znajduje się na kursie i ścieżce i tylko czekać, jak na horyzoncie pojawi się odpowiednio wyrośnięta już odpwiednio po latach ruska brzoza.

sobota, 6 grudnia 2025

Czy Donald Tusk zakaże działalności w Polsce telezakupów Mango?

 

Głowy nie dam, ale wydaje mi się, że po raz pierwszy w życiu usłyszałem o tak zwanych bitcoinach kilka lat temu, gdy czy to na Facebooku, czy na Twitterze regularnie pojawiały się niemal jednobrzmiące teksty, sygnowane przez Gazetę Wyborczą, TVN, ewentualnie Onet, z których można się było dowiedzieć, że któraś z popularnych gwiazd mediów, estrady, czy sportu właśnie wystąpiła publicznie i opowiedziała, jak w ciągu zaledwie paru dni, nie ruszając wręcz palcem, zarobiła grube miliony. Każdemu z tych tekstów towarzyszyło zdjęcie danego bohatera, a często owa sensacyjna informacja była przekazana w formie wywiadu. Co ciekawe, każdy z tych wpisów był graficznie przygotowany w taki sposób, by do złudzenia przypominać oryginalny profil Onetu, Wyborczej, czy TVN-u.

Ponieważ jednocześnie w każdym z tych przypadków zamieszczony na spodzie link prowadził niezmiennie do nieznanego kompletnie adresu, który równie niezmiennie zachęcał – już bez udziału Kuby Wojewódzkiego, Krystyny Jandy, czy Roberta Lewandowskiego – do inwestowania we wspomniane bitcoiny, uznałem, że za tym biznesem stoi poważne oszustwo, w dodatku oszustwo bezczelne w swojej bezkarności. No bo przyznajmy, jak można z wysoko podniesioną głową w taki sposób łamać wszelkie zasady związane z ochroną wizerunku choćby, nie wspominając już o kradzieży firmowych znaków. No ale tak to się właśnie regularnie odbywało, bez jakiejkolwiek reakcji ze strony jak się wydawało pokrzywdzonych osób i instytucji, w związku z czym nie mogłem w końcu nie dojść do przekonania, że to wszystko było solidnie zabezpieczone z każdej możliwej strony, a wspomniana bezkarność była czymś absolutnie oczywistym.

I to właściwie wszystko jeśli chodzi o moje ówczesne odczucia wobec tego kłamstwa, odczucia, tak jak to się dzieje w przypadku kłamstwa właśnie, absolutnie negatywne i pełne wrogości. Później te reklamy stopniowo zaczęły znikać, natomiast temat bitcoinów pojawiał się regularnie to tu to tam, i nie tylko w osobie Sławomira Menzena, który rzekomo cały swój wielki majątek zdobył na bitcoinowym rynku, tyle że to już mnie kompletnie nie interesowało, i pewnie do dziś miałbym z tą zarazą święty spokój, gdyby nie to, że w pewnym momencie gruchnęła wieść, że telewizja Republika, z której usług korzystam, jest w głównej mierze sponsorowana przez którąś z większych światowych firm zajmujących się emisją tych całych bitcoinów. Mało tego, przyszedł wkrótce moment, kiedy to TV Republika zorganizowała w Jesionce pod Rzeszowem wielką konferencję z udziałem amerykańskich konserwatystów, a w organizacji owego przedsięwzięcia udział jej głównego sponsora był tak wielki, że jego prezes odgrywał tam jedną z podstawowych ról. Potem zresztą wszystko poszło jak z płatka i dziś nie ma chwili, bym oglądając wieczorne wydanie Republiki nie trafiał na wrzucone w którymś z punktów na ekranie logo tego czegoś, albo wciąż tej samej reklamy zachęcającej do bitcoinowych inwestycji. Zabawne przy tym jest to, że każda z owych reklam jednoznacznie i zupełnie otwartym tekstem zachęca do udziału w tej zabawie, a z drugiej strony maleńkim drukiem na dole strony ostrzega, że owa gra jest niebezpieczna, grozi ciężką ruiną i – tak, tak – że oni absolutnie nie zachęcają do kupowania i inwestowania na ich rynku.

No i w momencie gdy zobaczyłem jak Tomasz Sakiewicz wszedł właśnie w układ ze zwykłymi oszustami, znalazłem się niemal na granicy rezygnacji z oglądania tej jego telewizji i pewnie bym tak zrobił, gdyby nie to, że przy okazji nie mogłem nie zauważyć, że ów rynek stał się nieodłączną częścią świata w którym żyjemy, podobnie jak rynki loteryjny, farmaceutyczny, bankowy i już tylko diabeł jeden wie, który jeszcze. A już zupełnie machnąłem na tych oszustów ręką, kiedy na scenie pojawił się Donald Tusk i ni z gruszki ni z pietruszki ogłosił, że te całe bitcoiny to ruska inicjatywa, mająca na celu dokonanie zamachu na cały demokratyczno-liberalny porządek, a najbliższym nam przykładem owej agresji jest przejęcie przez jeden z najpotężniejszych rynków w branży telewizji Republika.

Dziś, jak wszyscy widzimy, jest tak, że koalicja rządowa przedstawia Prezydentowi do zatwierdzenia ustawę, której praktycznym celem jest likwidacja TV Republika, Prezydent ustawę skutecznie wetuje, a cała propaganda rządowa rwie włosy z głowy, że oto już ostatecznie Prezydent pokazał, że został wystrugany na Kremlu i że jeśli ktoś go natychmiast nie zmusi do opamiętania, to już za chwili wszystkie tory kolejowe w Polsce zostaną wysadzone w powietrze i nawet ministrowie Kierwiński z Siemoniakiem nie będą mogli temu zapobiec. Premier wprawdzie tego jeszcze nie powiedział, ale już i tak pojawiła się sugestia, że pamiętny dwutygodniowy rząd Mateusza Morawieckiego z grudnia 2023 roku miał na celu przygotowanie gruntu pod te ruskie bitcoiny.

A zatem, proszę mi powiedzieć, co ja mam w tej sytuacji powiedzieć? Mam uwierzyć, że ktoś taki jak Donald Tusk naprawdę uznał, że trzeba ratować jego ukochaną Polskę przed kacapską agresją i zniszczyć rynek bitcoinów? Nie żartujmy. A może mam w tym momencie posłuchać przekazu nadawanego od rana do wieczora przez Republikę o tym jak to cała przyszłość nowoczesnego świata stoi na bitcoinach i że w tej chwili już każdy kraj na świecie opiera swoją gospodarkę finansową na kryptowalutach, a z każdym dniem coraz więcej banków państwowych wchodzi w ów rynek, wsłuchać się w głos red. Holeckiej i uznać, że się jednak myliłem i być może nawet kupić sobie coś tam z tej oferty? Oczywiście nie zrobię ani jednego, ani drugiego, natomiast chciałbym wspomnieć pewną dawną bardzo już historię, Otóż miałem okazję rozmawiać z pewnym starszym panem, który opowiedział mi, jak to on od najmłodszych swoich lat gra w totolotka i robi to ze stałą regularnością, czyli, że od chyba dwudziestego roku życia nie opuścił ani jednego tygodnia. On nie opuścił ani jednego tygodnia, wywalił na tę zabawę całą kupę pieniędzy i zaledwie trzy razy skreślił trójkę, czy czwórkę, zarabiając paręset złotych. Poza tym, jak to mówią nowojorscy Żydzi – zilch. I co ja mam z tym totolotkiem zrobić? No co?

No ale co ja mówię – totolotek? Weźmy wspomniane wcześniej lekarstwa i reklamy, którymi biedni głupcy są zasypywani od rana do wieczora w telewizji. Człowiek czuje, że go coś boli w plecach, czy w piersi i się dowiaduje, że to może być trzustka, ale na to jest oczywiście rada, bo oto pojawiły się cudowne tabletki, po których cały ból minie, a ów człowiek – co zresztą jest wyraźnie pokazane na załączonym filmie – może w jednej chwili jeść, co mu się żywnie podoba i w dowolnych ilościach. Widzimy starszego pana, który chce podnieść wnuczka, ale nagle coś mu przeskakuje w plecach i klapa. Nic nie szkodzi. Wystarczy posmarować plecy rewelacyjną maścią i to dziecko nie dość, że można podnieść, to jeszcze je popodrzucać i się z nim gonić po ogródku. Oto ktoś traci siły i coraz częściej się zadysza. Ależ to nic, wystarczy skorzystać z suplementu diety. I kogo to obchodzi, że on za chwilę dostanie zawału i umrze? W końcu było napisane na ekranie, że ma się skonsultować z lekarzem. Przepraszam bardzo, ale jaka jest różnica między inwestowaniem w kryptowaluty, a zażywaniem tabletek na zapalenie trzustki, czy grą w totolotka? Chyba tylko taka, że totolotek i lekarstwa są nam dostarczane z Niemiec, a bitcoiny, jak twierdzi władza, z Rosji. No i że od kryptowalut i totolotka człowiek nie umiera, co najwyżej popełni samobójstwo.

Rzecz w tym, że czas w którym żyjemy to generalnie rzecz biorąc epoka kłamstwa, kłamstwa totalnego, kompletnego, bezczelnego i bezwzględnego. Nie dajmy się więc oszukać. Nawet wtedy, gdy jak już Tuskowi nie wyjdzie z tymi bitcoinami i postanowi zakazać działalności w Polsce firmy telezakupowej Mango, z reklam której Tomasz Sakiewicz również dobrze żyje, spuśćmy zasłonę milczenia nad faktem, że to są nie gorsi oszuści od Zondacrypto.




środa, 28 maja 2025

Do czego Europie potrzeba nazistów?

 

Wybory już tuż-tuż, a świadomość tego mają już chyba wszyscy, z wyjątkiem być może tej części elektoratu Rafała Trzaskowskiego, która nie wie nic. Ich akurat trzeba będzie w najbliższą niedzielę zaciągnąć do najbliższej urny i pokazać palcem, który krzyżyk mają zakreślić, ja natomiast tymczasem z zainteresowaniem zauważam, że propagandowy przekaz Berlina i jego przedstawicielstwa w Polsce, został w tych dniach uzupełniony przez skierowany do wyborców Konfederacji apel, by dla swojego najlepiej pojętego interesu zagłosowali przeciwko Karolowi Nawrockiemu. Tempo w jakim owa sugestia się rozwija i rozprzestrzenia wskazuje być może na to, że skoro trick pod tytułem „gangus-sutener-narkoman” najwyraźniej nie wypalił, od jutra już będziemy słyszeć tylko to jedno: „Porażka Nawrockiego doprowadzi do ostatecznego upadku PiS-u i wówczas dominującą siłą na polskiej prawicy będzie Konfederacja. Nie chcecie tego? Chcijcie”.

Subtelność tej zagrywki jest moim zdaniem tak grubo szyta, że pewnie bym się nawet nad nią nie pochylał, gdyby nie fakt, że – a wiem to z całą pewnością – wśród osób głosujących w pierwszej turze na Sławomira Menzena jest tak dużo naiwnych głuptasów, że oni tego typu analizę gotowi są kupić bez mrugnięcia okiem. No bo cóż bardziej oczywistego: PiS przegrywa wybory prezydenckie, Donald Tusk z ferajną uzyskują pełnię władzy, pisowskie psy prezesa Kaczyńskiego zagryzają, partia się rozpada, staje się jasne, że na tzw. prawicy pojawia się miejsce dla czegoś nowego, w tę lukę jak w masło wchodzą narodowcy i wówczas bez jakiejkolwiek konkurencji mogą rozpocząć kampanię do wyborów parlamentarnych w roku 2027. Tak to widzę i czuję się w obowiązku przynajmniej części z nich wytłumaczyć, jak bardzo się mylą.

Proszę posłuchać. Przede wszystkim uważam, że nawet jeśli Karol Nawrocki te wybory przegra i nawet jeśli w Prawie i Sprawiedliwości dojdzie do kryzysu, to partia to przetrwa, przynajmniej przez ten czas do kolejnych wyborów. No ale mogę się mylić i może się okazać, że berlińscy analitycy kombinują jednak bardzo dobrze. Może się okazać, że już chwilę po wyborach dojdzie do nieszczęścia i era Jarosława Kaczyńskiego się zakończy, a nawet może się zdarzyć, że wtedy wreszcie Donald Tusk z Bodnarem zaczną nas po kolei zamykać. No ale co zostanie? Zostanie oczywiście Koalicja Obywatelska z komunistami po lewej i „nazistami” – tak, tak – po prawej stronie. Czy oni również zostaną zutylizowani? Otóż nie. Nie będzie takiej potrzeby, bo szkoda sił i środków na przedsięwzięcie skierowane przeciwko zagrożeniu, którego praktycznie nie ma. A poza tym, bez przesady. Budowanie w środku Europy państwa o systemie jednopartyjnym nie wychodzi w grę. Pozory muszą być zachowane. Popatrzmy na Niemcy, czy Francję. Tam, poza rozbudowanym centrum, które raz na parę lat przekazuje władzę raz to w prawą, raz w lewą stronę, nie ma nic, a jeśli wziąć pod uwagę wspomnianych wcześniej komunistów czy faszystów, to oni pełnią wyłącznie funkcję alibi i władzy wystarczy od czasu do czasu przejechać prętem po klatce, by oni zawsze zareagowali tak, by ogłupiałe społeczeństwo pomyślało sobie o nich z najwyższym obrzydzeniem, ewentualnie zwykłym strachem.

Gdy chodzi o Polskę, której zabraknie zwykłej, tradycyjnie zorientowanej, patriotycznej, politycznej reprezentacji, to ona skończy jak wspomniani Niemcy ze swoim AfD, czy Francja z rodziną Le Pen, którzy nigdy nie obejmą władzy, bo raz że przeciw sobie będą mieli zawsze koalicję wszystkich, a dwa że ludzie przez te wszystkie lata nowoczesnej Europy zostali odpowiednio i skutecznie nimi postraszeni. Tak też się stanie u nas. Konfederacja może rzeczywiście zdominować prawą część sceny, może nawet ją uzyskać wyłącznie dla siebie, ale oni nigdy w życiu nie uzyskają takiego społecznego poparcia, które choćby zbliży ich do objęcia władzy. Dlaczego? Bo na „nazistów” i „antysemitów” głosować nie wolno, a przede wszystkim nie wypada. Zwłaszcza na tych, co zaledwie i wiecznie tylko aspirują.

Ktoś powie, że Jarosławowi Kaczyńskiemu, a przed zamachem z roku 2010 również jego bratu zarzucano i jedno i drugie. Jednemu i drugiemu regularnie dorysowywano hitlerowski wąsik, swastykę, czy co tam jeszcze, a mimo to połowa Polski wciąż stoi za nimi murem. To prawda, jednak Porozumienie Centrum w roku 1990 startowało z zupełnie innego poziomu, niż dziś to ma miejsce w przypadku Konfederacji, polska scena polityczna się dopiero kształtowała, a dzięki absolutnie unikalnym politycznym talentom Jarosława Kaczyńskiego, po ciężkich latach 90., gdzie System jeńców czasami dosłownie wręcz likwidował, ów projekt się odrodził i to odrodził z absolutnym sukcesem. Coś takiego się już nie powtórzy ani w Polsce, ani w Europie.

Dlatego mam apel do tej części wyborców Sławomira Mentzena, którzy marzą o potędze. Nawet nie próbujcie. Nic z tego nie będzie. Jeśli po prawej stronie polskiej polityki pozostanie tylko Konfederacja, wieczna władza przejdzie w ręce najpierw Koalicji Obywatelskiej, a potem już tylko Brukseli, czy co tam w jej miejsce powstanie. A nam pozostaną już tylko modlitwy.

O zdrowie nasze, naszych rodzin i ostateczne zbawienie.




piątek, 31 stycznia 2025

O nienawiści z biało-czerwonym serduszkiem

 

      Zdarzyło się to już wiele lat temu, jeszcze zanim na murach Krakowa pojawiły się hasła „Zimny Lech” i „Krwawa Mary”, choć już po tym, jak „Gazeta Wyborcza” przypomniała niegdysiejszy wiersz Wisławy Szymborskiej zatytułowany „Nienawiść”, a nawet po tym, kiedy w roku 2007 Donald Tusk wygłosił swoje słynne trzygodzinne expose, w którym, według starannych wyliczeń, słowa „miłość” użył paręset razy. Gdzieś w tamtym oto właśnie czasie, podczas rozmowy ze znajomym, zapytałem go, kto mu się w polskiej polityce tak naprawdę podoba, a on mi odpowiedział, że jemu, od czasu gdy zeszli ze sceny Władek Frasyniuk, Jerzy Turowicz, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki, jest doprawdy wszystko jedno, byle by mógł dożyć dnia, w którym zobaczy Jarosława Kaczyńskiego na taborecie ze sznurem na szyi i będzie mógł osobiście kopnąć w ten taboret.

     Od tamtego dnia przeminęło całe pokolenie, a z nim nie tylko pamięć o wyżej wymienionych politykach, ale nawet tamto słynne przemówienie Donalda Tuska o empatii, szacunku do drugiego człowieka i miłości, by nie mówić o ogromnym, postawionym przez Jana Kulczyka na przeciwko Wawelu i reklamującym zimnego Lecha, bilbordzie. Wiele innych rzeczy odeszło w przeszłość, natomiast z całą pewnością pozostała miłość i marzenie o wspomnianym taborecie. No i oczywiście Donald Tusk, który, gdyby nie wrócił do Polski z Brukseli, przepadłby kompletnie, podobnie jak cała reszta, w odmętach zapomnienia. 

      Jest więc zatem miłość, marzenie o taborecie i nad tym wszystkim Donald Tusk i owo niedawne zdjęcie, na którym jego ukochana wnuczka przylepia mu do piersi serduszko WOŚP-u, i odautorski komentarz: „Miłość zawsze będzie silniejsza od nienawiści. Prawda, kochani?”


 

 

       Gapię się w to zdjęcie i myślę sobie o tej miłości i nienawiści. I od razu przypomina mi się ów czas, tuż po smoleńskim zamachu, kiedy to nagle, jakby na rzucone przez kogoś hasło, publiczne media zostały zdominowane przez całą długą serię dotychczas głęboko ukrywanych zdjęć Lecha Kaczyńskiego z żoną, wnuczkami, jeszcze bardzo młodą córką, bratem, na które wielu z nas patrzyło z rozdzawioną twarzą i wołało: „No patrzcie tylko państwo, jaki to był miły człowiek, jacy mili ludzie!” Bardzo dobrze to wciąż pamiętam, jak to ten, dotychczas tak głupi, wiecznie pijany, z chroniczną sraczką, „mamlas” nagle stał się prawdziwie ludzki, wręcz dobroduszny i sympatyczny. Oczywiście, wystarczyło parę dni, kiedy to kard. Dziwisz ogłosił, że zmarły prezydent zostanie pochowany na Wawelu, by pełna dobroci i serdeczności twarz zmieniła się ponownie w obraz nienawiści, a słynna tuskowa empatia w skrzywione w szyderczym uśmiechu dziąsła.

      Kiedy, zakładając swój dobroczynnościowy biznes, Jerzy Owsiak wpadł na pomysł, by jego symbolem uczynić czerwone serce, mieliśmy do czynienia z zagraniem jak najbardziej perfidnym, niemniej nietrudnym do zaakceptowania. W końcu, czymże jest czysta filantropia jak nie odruchem serca? Kiedy po pewnym czasie zaczął Owsiak, przy okazji tych serc, coś bredzić o miłości i rock and rollu – nie w sensie publicznych kopulacji podczas rock’n’rollowych koncertów - całe to przedsięwzięcie zaczęło zwyczajnie cuchnąć, tak że dziś, tak jak oczywiste stało się całe to zepsucie, tak samo oczywistym stała się absurdalność owego obklejania świata czerwonymi sercami, by w ten sposób autoryzować czarną podłość i zło, jako czystą miłość. A dziś, gdy do tego dochodzą znane nam już aż za dobrze biało-czerwone serca Koalicji Obywatelskiej i nieznośna gadka Donalda Tuska, o miłości, która zwycięża nienawiść, to nie sposób dojść do wniosku, że to ich zagranie było najwyższej klasy, na które nie mamy sposobu by skutecznie zareagować, nawet jeśli prezes Kaczyński od dziś zacznie się zwracać do nas nie jak dotąd per „proszę państwa”, ale zwyczajnie, od serca, „kochani”. Choćby i przy tej okazji pokazał to swoje serce na palcach. Ów teren jest już odpowiednio zaznaczony.




środa, 13 listopada 2024

O obywatelskości co stawia oczy jak złodziej

 

      Po raz pierwszy o meksykańskiej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej usłyszałem od Jarosława Kaczyńskiego w roku 1990, po tym jak na naszej politycznej scenie pojawiło się Porozumienie Centrum, by w pierwszym swoim ruchu, w zbliżających się wyborach prezydenckich wystawić kandydaturę Lecha Wałęsy. Dziś już oczywiście wszyscy wiemy, co to za ziółko z tego biedaka, ale wówczas z jednej strony większość z nas żyła w autentycznej euforii, z drugiej natomiast szczęśliwie mieliśmy Jarosława Kaczyńskiego i jego niezwykłą wiedzę, również gdy chodzi o polityczną historię Meksyku.

       W czym rzecz? Otóż gdy u nas w Polsce, na fali tzw. Rewolucji Solidarności, kierunki rozwoju wyznaczali Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Adam Michnik, et consortes, oraz powstające jak grzyby po deszczu niesławne Komitety Obywatelskie, w dalekim Meksyku wspomniana Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna wchodziła w siedemdziesiąty rok swoich nieprzerwanych rządów. A Jarosław Kaczyński dzięki swojej wiedzy i wybitnemu rozeznaniu sytuacji miał świadomość, że jeśli nie podejmie natychmiastowych i skutecznych działań, polska polityka zostanie zawłaszczona przez... no trudno powiedzieć, przez kogo konkretnie, ani tym bardziej, jeśli przyjąć, że partia o nazwie „Solidarność Obywatelska” miała stanowić wyłącznie alibi, przez jaką światową organizację. No i zrobił jedyną rzecz, na jaką go było w tamtym momencie stać i wykorzystując unoszące się nad chmurami ego TW Bolka jednym szybkim ruchem zniszczył zarówno owe Komitety Obywatelskie, a wraz z nimi kariery całego znanego nam aż nazbyt dobrze lewactwa od Geremka po Mazowieckiego.

      Jak wspomniałem na początku dzisiejszych refleksji, o Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej po raz pierwszy dowiedziałem się od Jarosława Kaczyńskiego. Ale też wtedy właśnie, po wygranych przez Wałęsę wyborach, po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, jak blisko, po latach niemieckiej i sowieckiej okupacji, być może jeszcze straszniejszego i bardziej okrutnego zła się znaleźliśmy. I to nie na pięć lat, nie na dwadzieścia, czy czteredzieści, ale być może na całe stulecia. Bo nie tylko pod patronatem gangów narkotykowych, czy tajnej policji politycznej, ale tzw. cywilizowanej Europy. Jarosław Kaczyński zwrócił przed laty moją uwagę na współczesny Meksyk, z całym jego bagażem niekończących się zbrodni, morderstw, skrytobójstw, prześladowań Kościoła i Jego wiernych, i oto właśnie całkiem niedawno skończyłem oglądać na Netfixie meksykański jak najbardziej seriał zatytułowany „El Chapo”, traktujący o karierze najbogatszego w historii Meksykanina, potężnego producenta i handlarza narkotykami Joaquína Archivaldo Guzmána Loery. Produkcja jest najwyższej klasy, zdecydowanie godna polecenia, ale to co dla nas jest tu kto wie, czy nie najważniejsze, to to jak w owym filmie pokazana jest apokalipsa systemu, który, co by nie mówić, pod okiem całego cywilizowanego świata, jest do tego stopnia skorumpowany, że już nie wiadomo, kto jest prezydentem, kto członkiem narkotykowej mafii, kto szefem policji, kto generałem w państwowej armii, a kto ministrem w rządzie. I stan ten trwa, mimo regularnie przeprowadzanych demokratycznych wyborów, nienaruszony przez niemal sto lat, mimo tego, że Meksyk od połnocy graniczy ze Stanami Zjednoczonymi, które używają wszelkich swoich sił i wpływów, by zniszczyć tę patologię – kompletnie nieskutecznie. A ja się zastanawiam jaki byłby los Polski w sytuacji, gdy ani Stany Zjednoczone, ani Rosja, ani Niemcy, ani nikt na świecie nie miałyby najmniejszego interesu, by za nią walczyć. Watykan? Papież? Przepraszam bardzo, ale jaką siłę potrafił przeciwstawić meksykańskiej masonerii i powiązanym z nią biznesowo gangom, którykowliek z kolejnych papieży?

         Jesteśmy dziś w roku 2024, pod władzą wprawdzie szczęśliwie już nie Solidarności Obywatelskiej, ale wciąż Obywatelskiej Koalicji, ze swoimi bojówkami Obywateli RP, będącej bezpośrednią kontynuacją Platformy Obywatelskiej, a wcześniej Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna, no i już wcześniej wspomnianych Komitetów Obywatelskich.

         Szybkimi krokami zbliżają się majowe wybory. Zróbmy wszystko, by owi „obywatele” nie wygrali, bo w przeciwnym razie, gdy do słynnego więzienia ADX Florence dotrze odpowiednia informacja, El Chapo uschnie z zazdrości.



niedziela, 3 listopada 2019

Czy niezależny senator Krzysztof Kwiatkowski wystartuje w wyborach na prezydenta RP


Poniższy tekst pisałem jeszcze w minioną niedzielę, na zamówienie „Wraszawskiej Gazety” i mimo że minęło już wystarczająco dużo czasu, by on się typowo bardzo zdezaktualizował, nic takiego się nie stało. Wręcz przeciwnie, wydaje się, że to o czym wtedy pisałem, dziś jest jeszcze bardziej realne. Zapraszam więc. Powinno być wesoło.

      Do startu nowego Sejmu i Senatu zostało nam jeszcze nieco czasu, natomiast już dziś możemy zaobserwować parę zupełnie niezwykłych zjawisk, które świadczą zarówno o tym że fatalnie przegrana opozycja próbuje prowadzić jakąś swoją kompletnie idiotyczną grę, jak i też o tym, że oni wpadli w desperację graniczącą z obłąkaniem.
      Otóż przede wszystkim, kiedy wydawało się, że po pierwszym szoku, wezmą się oni w garść, zrozumieją, że przegrali i spróbują się jakoś przeorganizować tak by przynajmniej zająć jakieś w miarę sensowne pozycje przed majową walką o prezydenturę, okazuje się, że oni wciąż brną w nieszczęście, jakie sobie sami zgotowali i najwidoczniej nie ma ludzkiej siły, która by ich mogła z tego błędu wyciągnąć za uszy. Zamiast, jak mówię, wziąć się w garść, oni albo jeżdżą do Brukseli po ratunek, albo tu na miejscu powtarzają w kółko, że PiS rzekomo tracąc Senat poniósł spektakularną porażkę i od dziś prezes Kaczyński będzie już tylko tracił, a wszystko to zostanie uroczyście podsumowane majową porażką Andrzeja Dudy.
        Jak będzie w maju, tego oczywiście wiedzieć dziś nie możemy, z tego choćby powodu, że wciąż nie wiadomo, kto poza prezesem Kosiniakiem-Kamyszem i Korwinem w ogóle w owych wyborach wystartuje. Niewykluczone zresztą, że jeśli wszystko się będzie rozwijało w dotychczasowym tempie, to zobaczymy tam dosłownie wszystkich, włącznie z Klaudią Jachirą, a przy całkiem prawdopodobnym rozłamie w Konfederacji, do tej wesołej gromadki może dołączyć sam Grzegorz Braun.
      Tego więc nie wiadomo, natomiast każdy kto potrafi choćby rozwiązywać słupki wie, że Senat zostanie przejęty przez  tych, którzy mają władzę w Sejmie, a przez to i w kraju. Tak to już po prostu jest, że decyduje ten kto ma realną siłę i dzięki owej sile jest skutecznie zorganizowany.
      Proszę popatrzeć zupełnie na spokojnie na rozkład głosów w Senacie. Dzięki temu, że Prawo i Sprawiedliwość ma tam realnie 49 głosów, niezależnie od tego, czy tak już z nimi pozostanie, czy przeciągnie do siebie kilku bardziej przytomnych senatorów z Koalicji Obywatelskiej – o posłach PSL, jako nie posiadających jakiejkolwiek siły przetargowej, nie wspominam – lub czy za kilka miesięcy senatorowie Kwiatkowski i Gawłowski pójdą siedzieć, to i tak to właśnie Prawo i Sprawiedliwość utrzyma kontrolę nad tą śmieszną izbą.
      Ktoś zapyta, jak owa kontrola będzie realizowana, a ja już odpowiadam. Otóż ponieważ w ten sposób zorganizowana izba będzie najczęściej obradować przy obecności większości senatorów PiS-u, nawet jeśli od czasu do czasu opozycja się zmobilizuje, odwoła marszałka Karczewskiego i na jego miejsce wybierze Borusewicza, to zaledwie na parę dni i już za chwilę wszystko wróci do normy ustalanej, jak już wspomniałem, w sposób naturalny przez władzę.
      A zatem, przestańmy się wreszcie emocjonować tą bzdurą i zróbmy choćby jak najszybciej coś takiego, by się dało postawić do pionu podskakujących Polsce sędziów.



środa, 16 października 2019

O tym jak Koalicja Obywatelska przegrała z Konfederacją


       Po raz pierwszy poczułem, że coś się kroi, gdy to tu to tam pojawiły się głosy, że ponieważ wybory do Senatu wygrała opozycja, to opozycja właśnie powinna mieć prawo do mianowania Senatu tego marszałka. Poczułem, że coś się kroi, jednak bez jakiegoś szczególnego lęku. W końcu przez te kilka ostatnich lat mogliśmy się wszyscy przyzwyczaić do tego, że wszyscy ci miłośnicy demokracji mają swoje metody, by tę demokrację kwestionować, kiedy tylko ona nie zadziała wedle ich własnych wyobrażeń. Ostatnio na przykład, ile razy Prawo i Sprawiedliwość wygrywało wybory, oni niezmiennie powtarzali, że owo zwycięstwo nie jest żadnym zwycięstwem, bo jeśli się uwzględni liczbę osób, które nie brały udziału w wyborach – a przecież każdy, miłujący demokrację człowiek wie, że skoro oni nie głosowali, to też nie głosowali na PiS, a skoro tak, to oni z całą pewnością PiS-u nie lubią – to wyjdzie na to, że PiS jest w tragicznej mniejszości.
      Poczułem więc, że coś się kroi i już chwilę potem lawina ruszyła. Zajrzałem wczoraj do portalu tvn24.pl, a tam cała seria osobnych artykułów, wyjaśniających czytelnikom, że nawet gdy chodzi o Sejm, sytuacja nie jest wcale taka, jak by się mogło w pierwszej chwili wydawać. W Senacie faktycznie najwięcej głosów, bo aż 48, uzyskało Prawo i Sprawiedliwość, i faktycznie Koalicja Obywatelska, nie mówiąc już o pozostałych komitetach, owe wybory przegrała, jednak jeśli tak się dobrze zastanowić, to Senat przegrał nikt inny jak PiS właśnie, no bo przecież gdyby wygrał to, by miał ponad 50 mandatów, a nie 48. Przecież to jest logiczne, czyż nie? No i, konsekwentnie, gdyby opozycja te wybory przegrała, to by nie miała tych mandatów 51, co też jest jak najbardziej logiczne. No a teraz spójrzmy na Sejm. Niby Prawo i Sprawiedliwość dostało w wyborach blisko 44% głosów i zdobyło w Sejmie aż 235 miejsc, ale jeśli spojrzeć na mapę, to tak naprawdę oni większość zdobyli tylko w kilku województwach na wschodzie kraju, podczas gdy niemal cała Polska jest w faktycznych rękach opozycji. No i jak normalny człowiek może się pogodzić z taką niesprawiedliwością, gdzie ktoś, kto tak naprawdę wygrał, to skutkiem jakiegoś Donta, czy Sronta musi cierpieć porażkę?
        Wszystko jest też starannie zobrazkowane. Portal tvn24.pl publikuje następującą mapkę:




A poniżej informuje:
„Ponad połowę głosów PiS zdobyło w 13 okręgach, natomiast Koalicja Obywatelska wygrała w 5 okręgach”.  Mam nadzieję, że widzimy, co się tu dzieje. PiS zdobyło ponad połowę w 13, natomiast Platforma wygrała, a to oczywiście prowadzi ich do ostatecznej informacji, że Prawo i Sprawiedliwość mimo że wygrało, to tak naprawdę przegrało, na co oczywisty dowód stanowi wspomniana mapka.
      I to jest właśnie to myślenie. To jest właśnie stan umysłu, z którym mamy tu do czynienia. I to jest tak naprawdę ich koncepcja demokracji, zapożyczona najwyraźniej od ich cwanych przyjaciół z Węgier, którzy podobnie, widząc, że nie są w stanie stworzyć uczciwego projektu, który da im wyborcze zwycięstwo, postanowili utworzyć blok obejmujący całe polityczne spektrum od komuny po konserwatywną prawicę, szantażując Orbana, że albo zdobędzie w całym kraju samodzielną większość, albo zostanie pozbawiony władzy. Oczywiście dla dobra demokracji. I ci tu tak samo. Nagle, ni stąd ni zowąd, uznali, że nie chodzi w ogóle ani o idee, ani o dobro państwa, ani powodzenie obywateli, ani nawet czystą politykę, ale wyłącznie o władzę... a kiedy już się tę władzę zdobędzie, to się zobaczy.
       Nigdy w Polsce, ale też na świecie, pomijając oczywiście komunę, oraz reżimy totalitarne, ze względu na naturalne zróżnicowanie wolnego społeczeństwa, nie było takiej sytuacji, by jedna partia, w całym kraju, zdobyła poparcie większości wyborców. To jest po prostu niemożliwe. I oni to dobrze wiedzą. W końcu z prawdziwym zaangażowaniem to akceptowali kiedy sami sprawowali rządy. Dziś natomiast robią wielką awanturę, bo Prawo i Sprawiedliwość obejmuje władzę mimo że większość społeczeństwa ma w stosunku do nich stosunek co najmniej obojętny. A jaki ma stosunek do nich? A cóż to ma za znaczenie, kiedy im tylko zależy na tym, by PiS się uczciwie z nimi władza podzielił. W końcu jest demokracja, czy nie?
       W tej sytuacji, idąc za przykładem stacji TVN24, oraz za proponowaną przez nich metodą, również przygotowałem odpowiednią mapkę, tyle że tym razem taką, która komu trzeba pokaże, że nawet jeśli faktycznie PiS uzyskał autentyczne poparcie jedynie w zapadłych dziurach na wschodzie kraju, to ich akurat zwyczajnie już nie ma. Oni nawet w tych wyborach nie zaistnieli. I to nawet w swojej ukochanej Warszawie. No może tylko w Wilanowie, choć i co do tego nie mam pewności. Bardzo więc proszę. Koalicja Obywatelska vs. PiS, SLD, PSL i Konfederacja. Smacznego wszystkim:



sobota, 14 września 2019

O gonieniu w piętkę, czyli jeszcze tylko cztery tygodnie


     Sam nie mogę w to uwierzyć, ale ledwie co zacząłem się autentycznie obawiać o to, że nadszedł czas posuchy, a mnie pozostanie już tylko przypominanie swoich starych tekstów, nastąpił prawdziwy wysyp nadzwyczaj inspirujących zdarzeń. Zanim jednak przejdę do rzeczy, pozwolę sobie na maleńką dygresję. Otóż doświadczając przeróżnych kontaktów z ludźmi serdecznie zaangażowanymi w nienawidzenie Prawa i Sprawiedliwości, zauważyłem, że pierwszą przyczyną ich szaleństwa jest to, że oni są na stałe przyklejeni do telewizora, w którym od rana do wieczora leci TVN24, a na jakikolwiek przekaz pochodzący z którejkolwiek innej strony, pozostają totalnie zamknięci. Ich jedynym źródłem informacji jest TVN24 i stąd ten ich przedziwny stan kompletnego zgłupienia. Gdy chodzi o mnie, ja dziś jestem w takim nastroju, że gdyby tam na zmianę nie pokazywali się Marek Belka, Grzegorz Kołodko, Ryszard Bugaj i Aleksander Kwaśniewski ze swoimi mądrościami, ja bym naprawdę z największą przyjemnością oglądał ów TVN24, choćby po to, by spróbować zweryfikować to co wydaje mi się że wiem. Niestety, tu jestem zupełnie bezradny, natomiast, owszem, nie ma dnia, bym jednak nie zajrzał do takich portali jak tvn24.pl, czy onet.pl, by jednak zachować jakiś intelektualny porządek. I stąd też wciąż czuję, że stoję mocno na obu nogach.
      A zatem, owszem, również wczoraj zajrzałem – i to niejednokrotnie – do portalu tvn24, a tam, proszę sobie wyobrazić znalazłem następującą informację:
„Jak ustaliła ‘Gazeta Wyborcza’, pod koniec sierpnia 2015 roku na forum ‘Dziennika Gazety Prawnej’ pod artykułem o roszczeniach, które wobec poszukiwanego ‘złotego pociągu’ miał zgłaszać Światowy Kongres Żydów, internauta podpisany pseudonimem ‘jorry123’ napisał: ‘Podły, parszywy naród, nic im się nie należy...’. Doniesienie w tej sprawie do prokuratury złożyła mieszkanka Wrocławia. Jak napisała ‘Wyborcza’, śledczy ustalili, że za pseudonimem kryje się Jarosław Dudzicz, wówczas sędzia Sądu Rejonowego w Słubicach, a obecnie członek nowej Krajowej Rady Sądownictwa”.
      Z dalszej części tekstu dowiadujemy się, że w reakcji na doniesienia „Wuborczej”, już zareagowała Ambasada Izraela w Warszawie oraz oczywiście posłowie Platformy Obywatelskiej Borys Budka i Mariusz Witczak, którzy „zażądali od ministra sprawiedliwości odwołania sędziego Jarosława Dudzicza ze wszystkich funkcji w wymiarze sprawiedliwości. - To jest elementarz i minimum, które musi być od razu zrealizowane - powiedział Witczak. - Sędzia Dudzicz jest takim najgorszym symbolem tego, co się dzieje, gdy politycy obsadzają miernymi, ale wiernymi wymiar sprawiedliwości - ocenił Budka”.
      Ktoś powie, że nic nowego na wschodnim froncie i nie ma o czym gadać, ja bym się jednak upierał, że, owszem, dostaliśmy właśnie wręcz idealną prezentację tego, jak wygląda stan rzeczy przed zbliżającymi się wyborami. Przede wszystkim, ja kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego fakt, że ktoś, nie tylko o żydowskim, ale o jakimkolwiek narodzie powiedział, że jest „podły i parszywy”, miałby być traktowany jak przestępca. A cóż to za zwyczaje? Kto mi zabroni napisać w internetowej dyskusji, że Rosjanie, lub Amerykanie, Hindusi, czy Brytyjczycy, to naród podły i parszywy. A cóż to jest za zwyczaj, gdzie tylko jeden naród ze wszystkich na świecie jest otoczony szczególna ochroną? Powiem więcej. Co to za polityka, która miałaby mnie karać za to, że o nas Polakach powiem, że jesteśmy podli i parszywi? Inna sprawa, że takiej akurat polityki nie ma nigdzie na świecie. W nas jak najbardziej można walić jak w kaczy kuper bez jakichkolwiek sankcji. Tymczasem tu okazuje się, że ów sędzia ma za swoje słowa być natychmiast usunięty z zawodu i wyrzucony na ulicę.
       Ale nie to jest tu dla mnie najciekawsze. To co na mnie zrobiło wrażenie największe, to owa „mieszkanka Wrocławia”, która na internetowym profilu „Dziennika Gazety Prawnej” odnalazła nagle tekst sprzed czterech lat na temat tak zwanego „złotego pociągu”, pod nim trafiła na komentarze czytelników, wśród tych komentarzy wypatrzyła ów podpisany przez jakiegoś „jorry 123”, wstrząśnięta owym porażającym antysemickim atakiem, pobiegła natychmiast na prokuraturę, a prokuratura po zbadaniu sprawy triumfalnie poinformowała „Gazetę Wyborczą”, że autorem owego skandalicznego wpisu jest jeden z wysługujących się dziś pisowskiej władzy sędziów.
       I jeśli ktoś myśli, że ja tu sugeruję, że to jest wszystko łgarstwo, jest w głębokim błędzie. Owszem, jest nadzwyczaj prawdopodobne, że owa „mieszkanka Wrocławia” to zaledwie ksywa użyta przez któregoś z cyngli z Czerskiej, natomiast cała reszta to prawda i tylko prawda. Oni w rzeczy samej od kilku dobrych tygodni, od rana do wieczora nie robią nic innego, jak przeglądają Sieć w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji, które mogłyby w jakikolwiek sposób skompromitować Dobrą Zmianę. Wygląda na to, że wraz z upływem czasu, zwłaszcza gdy wybory już za miesiąc, oni nie dość że zaczęli sięgać do roku 2015, to jeszcze grzebią na internetowych forach. A ja już się tylko zastanawiam, ileż to oni musieli sprawdzić przeróżnych antysemickich komentarzy i to w ilu przeróżnych miejscach, zanim nagle trafili na tego jakiegoś Dudzicza. Przecież to jest naprawdę praca, za którą musi stać nie byle jaka desperacja. A mnie dziś interesuje już tylko owa desperacja. Tam się w tych łbach na miesiąc przed wyborami musi naprawdę kotłować.
       Ale jest jeszcze coś. Oto przy tak wielkim wysiłku, przy tak ogromnej pracy, przy takim zaangażowaniu, po tych wszystkich tygodniach, miesiącach, a kto wie, czy nie latach, udało im się znaleźć tego biednego Dudzicza, który tak naprawdę nie powiedział nic specjalnie odkrywczego. Ja rozumiem, gdyby jemu się wymsknęło coś na temat „plemienia żmijowego”, to można by go nawet porównać do arcybiskupa Jędraszewskiego. A tak? Tu Prawo i Sprawiedliwość ogłasza darmową opiekę stomatologiczną dla wszystkich polskich uczniów, a ci durnie się chwalą, że złapali jeszcze jednego polaczka, który swój antysemityzm wyssał z mlekiem matki. Dominik Tarczyński może spać spokojnie.



Powiem szczerze, że bardzo liczyłem na to, że zeszłoroczny wrzesień się już nie powtórzy, jednak wygląda na to, że jeszcze i tym razem muszę prosić tych, którym powyższy tekst umilił dzień, o jednorazowe wsparcie. Gdyby ktoś nie pamiętał, podaję namiary: Krzysztof Osiejuk 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591, ewentualnie, jeśli ktoś wciąż jeszcze nie wrócił do kraju, to można przelewać pieniądze na mój paypalowy adres k.osiejuk@gmail.com. A  ja ze swej strony obiecuję, że będę Państwa zabawiał dopóki mi sił starczy. Korzystając z okazji, chciałbym z całego serca podziękować dwóm czytelnikom, którzy od dłuższego czasu regularnie co miesiąc wysyłają mi to co wysyłać uznali za stosowne. 

piątek, 12 października 2018

Czy Robert Biedroń zadusi III RP?


       Obiecywałem, że przed weekendową przerwą wrzucę tu swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, a następnym razem zobaczymy się po niedzeli,  i słowa dotrzymuję, bo faktycznie następnym razem zobaczymy się już w poniedziałek. Niestey nie wyszło z felietonem, bo zaskoczyły mnie sprawy bieżące i przyszło mi dziś pisać o czymś, co by mi jeszcze wczoraj nawet do głowy nie przyszło. Ale może zacznijmy od początku.
        Otóż bardzo dobrze pamiętam, jak jeszcze chyba w złotych  latach 90., kiedy Polska dopiero dołączała do wielkiej rodziny krajów europejskich i wszystko było prowadzone ze znacznie większą niż dziś ostrożnością, nagle doszło do prawdziwej rewolucji i w przestrzeni medialnej pojawiło się trzech tak zwanych „gejów”: Murzyn z Koniakowa Krystian Legierski, długowłosy intelektualista z Warszawy Szymon Niemiec, oraz takie milusie ciasteczko z Rymanowa pod Przemyślem, Robert Biedroń. Mimo że wydawałoby się, że najlepiej z tamtych czasów powinienem zapamiętać Murzyna, w pamięci pozostał mi Robert Biedroń, a to z tej okazji, że trafiłem kiedyś w telewizorze na jakąś z nim rozmowę i uderzyło mnie to, że on wystepował na tle plakatu z gołym chłopem. Pomyślałem sobie wtedy, że to jest bardzo dziwne, że on się zdecydował na tego typu dekorację, z tego względu, że jest chyba oczywiste, że gdyby ktokolwiek z nas, osób heteroseksualnych, wystąpił w telewizji i za swoimi plecami powiesił plakat z gołą babą, to chyba każdy by uznał nas za zboczeńca, a co najmniej ciężkiego onanistę. A tu, proszę. Mamy tego Biedronia, na ścianie goły facet i cała sala śpiewa.
      No ale to już jest historia. Rzecz w tym, że lata mijały, w środowisku – tak samo zresztą, jak to się dzieje w polityce – doszło do przetasowań, Niemiec ściął włosy, otworzył swój własny kościół i został księdzem, czy może nawet biskupem, Murzyn poszedł, jak się zdaję w biznesy, no i na scenie został ów człowiek z plakatem, czyli Robert Biedroń. Otóż muszę od razu przyznać, że ja z tego rozwoju zdarzeń jestem bardzo zadowolony, bo Biedronia zwyczajnie lubię. Oczywiście nie znam go osobiście, ale jeśli mam go oceniać jako osobę, którą spotykam w telewizji i czasem słyszę jak mówi, to ja mu daję zdecydowane osiem punktów na dziesieć, a te dwa mu zabieram wyłącznie dlatego, że jest zboczony i się w dodatku z tym obnosi. Poza tym, on jest dla mnie bez zarzutu. Czemu go lubię? Tak naprawdę z jednego powodu. To jest bardzo miły człowiek. Na tyle na ile go mogę ocenić z tej odległości, on ma wszystko, co trzeba mieć, by być uważanym za człowieka uprzejmego, wesołego i sympatycznego. Ja lubię oglądać Biedronia, lubię jego uśmiech, lubię słuchać jak mówi. A zatem, krótko mówiąc, wśród wielu polskich polityków, Biedroń jest dla mnie jednym z najsympatyczniejszych.
     I z tego co wiem, nie jestem w tym wrażeniu odosobniony. Znam naprawdę dość dużo osób, które czują do Biedronia podobną sympatię. Znam ludzi, którzy polityką zajmują się o tyle o ile, na ruchy LGBT patrzą co najmniej z dystansem, na temat politycznej wojny między PiS-em, a Platformą nie mają zbyt wiele do powiedzenia, z którymi przy okazji różnych spotkań można rozmawiać naprawdę o wszystkim, nawet nie zahaczając o politykę, i którzy mi mówią, że gdyby mogli, to głosowaliby na Biedronia jako przyszłego polskiego prezydenta. Dlaczego? Odpowiedź jest jedna. Bo to jest bardzo miły i fajny człowiek. Może coś jeszcze? Nic. Tylko to. Biedroń jest super. Poza tym nie ma znaczenia nic. Czy on będzie kłamał, kradł, czy z Polski urządzi kraj płynący miodem i mlekiem, czy rują i poróbstwem, a może w ogóle on się Polską zajmować nie będzie, a zarząd przekaże w ręce tych, którzy plan mają? To nie jest w ogóle temat. Tematem nie jest nawet to, że on jest zboczony.
     Gdy Biedroń niespodziewanie ogłosił, że rezygnuje z kolejnej kadencji jako prezydent Słupska, pojawiły się głosy, że za tą decyzją stoi strach przed porażką, która nad Biedroniem wisi od czasu gdy mieszkańcy Słupska zorientowali się, że on jest patentowanym bałwanem i leniem, pod którego okiem miasto gnije. A ja sobie natychmiast pomyślałem, że celem tego niespodziewanego manewru wcale nie musi być powrót na z góry upatrzone pozycje, bo Biedroń, gdyby wystartował w wyborach, zachowałby swoje stanowisko z palcem w nosie. Jest wręcz przeciwnie, ruch Biedronia to atak na pozycje dotychczas zajęte przez tę bandę nieudaczników, którzy nazywają siebie „opozycją totalną” i wyparcie ich ze sceny. Kiedy Biedroń po raz pierwszy ogłosił brak zainteresowania lokalnymi wyborami, byłem niemal pewien, że on może jeszcze nie szykuje się do walki o prezydenturę kraju, ale o to by stanąć na czele głównego lewicowego ugrupowania i wejść z odpowiednim hukiem do Parlamentu – bo czemu nie?
      I oto, proszę sobie wyobrazić, zwróciłem w tych dniach uwagę na Biedronia dwukrotnie. Pierwszy raz parę dni temu, kiedy on się pokazał w TVP Info w ekskluzywnym wywiadzie dla Michała Rachonia i przez te paręnaście minut nie zrobił jednego fałszywego ruchu, nie popełnił jednego choćby drobnego błędu. Mimo tego że Rachoń nie był w stanie ukryć wyrazu obrzydzenia na twarzy, mimo nieustannych z jego strony zaczepek, Biedroń był jak zawsze grzeczny, sympatyczny, uśmiechnięty, wręcz radosny. No i, jakby tego było mało, wczoraj media poinformowały, że w wypowiedzi dla tej szczujni TOK FM, zapowiedział stworzenie nowej, prawdziwej lewicowej siły, która wyprze ze sceny Platformę i Nowoczesną, a wraz z nimi tych wszystkich dawnych bohaterów nowoczesnego socjalizmu, którzy dali się im „wytresować”. 
      No i się zaczęło. Atak jaki jest w tym momencie prowadzony przeciwko Biedroniowi z tamtej strony jest rzekomo spowodowany tym, że on mówiąc o „tresurze” miał na myśli Barbarę Nowacką i w ten sposób okazał się podłym szowinistą i chamskim pedałem, który nienawidzi kobiet.  Jednak nie oszukujmy się, Nowacka jest tu wyłącznie pretekstem, a tak naprawdę za tą agresją stoi wyłącznie świadomość, że oto Biedroń zapowiedział właśnie ich koniec, i to koniec znacznie bardziej spektakularny niż ten, który od pewnego czasu już zapowiadają kolejne sukcesy Dobrej Zmiany.
     Jak mówię, Robert Biedroń nie szykuje się na urząd Prezydenta RP, a przynajmniej jeszcze nie tym razem. Nie sądzę, by on liczył też na to, że w najbliższych wyborach odsunie PiS od władzy.  Cokolwiek by bowiem o nim nie mówić, on nie robi wrażenia głupiego. Natomiast, owszem, z pewnością doskonale czuje, że przyszedł moment, kiedy to on stanie na czele opozycji. Dla Platformy Obywatelskiej i całej tej hałastry jest to wiadomość zdecydowanie ponura. A dla nas? Na najbliższy czas wręcz znakomita, przez to, że gwarantująca nam uzyskanie w najbliższych wyborach parlamentarnych większość konstytucyjną. A potem? To się zobaczy. W każdym razie jedno jest pewne. Wszystko jest w naszych rękach. Im nie zostało już nic, poza ewentualnie naszymi błędami.

Jak już zapowiadałem, wyjeżdżamy do Zakopanego na weekend i wracamy w niedzielę. Do tego czasu proszę korzystać z pięknego końca pięknego roku i do zobaczenia w poniedziałek. Jak ktoś ma chwile, niech sobie kupi którąś z moich książek. Jak to zrobił, tłumaczyłem ostatnio parokrotnie.
   

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...