Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2009

Kiedy reżim zobojętniał

Kiedy wczoraj, z jednej strony wysłuchałem w telewizji kilku komentarzy na temat policyjnej interwencji wobec protestujących stoczniowców, a z drugiej przeczytałem sobie wpis na ten temat u FYM-a, pomyślałem, że nic tu po mnie. FYM powiedział wszystko, co mógłbym powiedzieć ja, a komentarze – jak to komentarze w naszych dziwnych czasach – też mnie, jeśli w ogóle zainspirowały, to raczej do rozpaczy, a nie do kolejnego szarpania się ze ścianą. A zatem, obiecałem sobie, że na razie nie będę nic pisał, tylko jakoś spróbuję dojść do siebie, a później mniej więcej to samo przyrzekłem FYM-owi u niego na blogu. I poszedłem spać. Wczorajszy dzień był dla mnie o tyle szczególny, że od rana do wieczora byłem odstawiony od jakichkolwiek informacji. Wiedziałem oczywiście z wcześniejszych zapowiedzi, że Platforma Obywatelska będzie się lansowała przed Polakami w związku ze zjazdem, wiedziałem, ze przyjadą stoczniowcy demonstrować i wiedziałem, że z pewnością przydarzy się coś wartego uwagi. Kiedy j

O tych co odlatują i o tych co zostają

2 stycznia 2009, w Richmond w stanie Virginia, zmarł w wieku 69 lat William Devereux "Billy" Zantzinger http://pl.wikipedia.org/wiki/The_Lonesome_Death_of_Hattie_Carroll. Myślę, ze wielu z czytelników tego bloga wie, o kogo chodzi. Tym, którzy są zbyt młodzi żeby wiedzieć, albo po prostu jakoś tę historię przegapili, pragnę przypomnieć, że William Zantzinger, 9 lutego 1963 lutego o 1.30 w nocy, w hotelowej restauracji w Baltimore, „zabił biedną Hattie Carroll laską, którą zakręcił wokół swojego palca z diamentowym pierścieniem...". Skąd ja to wiem? Od Boba Dylana oczywiście. To znaczy, jeśli mam być zupełnie ścisły, to od Dylana wiem, co William Zantzinger zrobił. O tym natomiast, że zmarł, dowiedziałem się od młodszego Toyaha, który zamiast uczyć się do matury grzebie, grzebie, grzebie… no i wygrzebał. A więc William Zantzinger nie żyje. Jednak tamtej zimowej nocy już niemal pół wieku temu, w tamtym hotelu, 24-letni William Zantzinger, plantator tytoniu, człowiek bardz

Więc wolę socjalizm - kłamstwo, niż was

Kiedy byłem młodszy, dawno, dawno temu, jeszcze za głębokiej i jeszcze głębszej bolszewii, kiedy dzieci w szkole uczyły się wierszyków o tym, że u Wowy, na przykład, mama jest milicjantką, a u Lowy mama kucharzem, ale to, że mama może być pilotem, to już jest grubsza afera., albo że dzieci wchodzą do ujutnej (pozdrowienia dla pani Joli), przestronnej klasy, a na tablicy stoi jak byk napisane: „Nie potrzebujemy wojny”, świat był zdecydowanie bardziej poukładany i oczywisty. Człowiek siedział przed telewizorem, oglądał film mistrza Wajdy Kiedy ty śpisz, później wysłuchał komentarza w Dzienniku na ten sam temat i wiedział, ze tam są oni, tu jesteśmy my, tam jest komuna, tu jest Polska i wiedział, co, gdzie i jak. Były to czasy, kiedy słowo komuch miało znaczenie cudownie szerokie i swoją obelżywością zdecydowanie przekraczało wszystkie pozostałe epitety. Można oczywiście było ten język modyfikować i wtedy, na przykład, powstawały takie perełki, jak „chuje komuniści”, albo „pierdolona komu

O literatach nowego typu i starego typu hyclach

Zanim przejdę do sprawy, która mnie dziś zainspirowała do napisania niniejszego tekstu, muszę się przyznać do pewnej, dość wstydliwej, sprawy. Otóż mój problem polega na tym, że ja od wielu lat, niezwykle mało czytam. To znaczy, nie do końca jest to prawda, bo na przykład czytam gazety, ale – na ile mogę przypuszczać – to by mnie właściwie dodatkowo pogrążało i jeszcze bardziej kompromitowało. Więc może tyle, jeśli idzie o wyznania. Nie zawsze tak było. Ponieważ nauczyłem się czytać, kiedy miałem jakieś cztery latka, to moje dzieciństwo i lata młodzieńcze były z czytaniem związane bardzo ściśle. Będąc małym dzieckiem, czytałem tak dużo, że jedyną nagrodę szkolną, jaka kiedykolwiek w życiu otrzymałem, była książka zatytułowana Łosie w Kampinosie, którą otrzymałem w pierwszej klasie podstawówki własnie za to, że potrafiłem najlepiej ze wszystkich czytać. Przez kolejne lata, pasja czytania mnie nie opuszczała i mniej więcej do czasu, jak stałem się dorosły, a później założyłem rodzinę, a

O totalitaryzmie elit i dwustu uczniów sprzed lat

Pisał już wczoraj o tym rosemann, w swoim, świetnym jak zawsze, wpisie w Salonie, jednak pomyślałem sobie, że wiadomość ta jest tak niezwykła, a jednocześnie tak bardzo logicznie związana z całą wielomiesięczną sekwencja wydarzeń, że warto tematowi poświęcić szerszą refleksję. Otóż, jak podał Dziennik http://www.dziennik.pl/polityka/article367580/Jagiellonka_zalozy_sobie_kaganiec_.html, w związku z publikacja książki Pawła Zyzaka o Wałęsie, zebrała się Rada Wydziału Uniwersytetu Jagiellońskiego i postanowiła co następuje: „Dostrzegamy potrzebę rozważnego dostosowywania wyboru tematów i zakresu prac dyplomowych do stopnia dojrzałości naukowej studenta, w szczególności w odniesieniu do zagadnień z najnowszej historii i zasad posługiwania się metodami badań historycznych". Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy oświadczenie tej tak zwanej Rady Wydziału było wydane na poważnie, czy nie. Nie wiem też, czy ono się utrzyma, czy też, podobnie jak wiele innych dziwacznych pomysłów, z którym

Po ile odwaga, po ile tchórzowstwo, po ile strach

Jakiś czas temu, umieściłem w Salonie tekst, dotyczący zjawiska, które uznałem z niezwykle ciekawe i w pewnym sensie okropnie smutne http://toyah.salon24.pl/389839.html. Poszło o to, że – według moich obserwacji – poziom społecznych emocji wokół sytuacji politycznej w Polsce podniósł się do tak niezwykłych stanów, że nagle nie można nie zauważyć, że za tymi emocjami idzie coś, co już niechybnie należy nazwać szaleństwem. Nie debatą, nie awantura, nawet nie agresją, lecz czystym i zwykłym szaleństwem. Oczywiście, nie twierdziłem, że oto zaczęło się coś szczególnie nowego. Już na samym początku mojego pisania na blogu, opowiedziałem historię o pewnym moim znajomym, który oznajmił, że, jeśli idzie o politykę, jego interesuje tylko jedno. Dzień, w którym on zobaczy Kaczyńskich na taborecie z pętlą na szyi i będzie mógł osobiście kopnąć ten taboret. A więc ostro było od samego początku. Jednak mnie zainteresowało coś innego. To mianowicie, że te – symbolicznie ujęte marzenia o taborecie – w

O dziennikarzach, dziennikarzach i o ludziach

Przedstawiając wczoraj w Salonie swój tekst o radykalizmie i tchórzliwej elegancji, wspomniałem o dziennikarzu Piotrze Zarembie i jego występie w telewizji, w programie Teraz my. Uwaga moja dotyczyła faktu, że Zaremba, poproszony o opinię na temat najnowszego wybryku Janusza Palikota, nie potrafił z siebie wydusić jednego zdania, którego by natychmiast nie skontrował zdaniem następnym. Byłem poruszony faktem, że Zaremba – dziennikarz, który wielokrotnie udowodnił, że posiada poglądy i potrafi ich bronić – nagle zachował się, jakby poglądów nie miał, albo przynajmniej nie był w stanie ich zwyczajnie sformułować. I to w dodatku na temat pozornie tak prosty, jak postępki Janusza Palikota. I to, w dodatku, w towarzystwie Sławomira Sierakowskiego, młodego komunisty, który – w odróżnieniu od Zaremby – wykazał się piękną i niewzruszoną wolnością przekonań. Od wczoraj minęło już te kilkanaście godzin i kilkadziesiąt komentarzy na moim blogu i blogach innych, a ja wciąż myślę o Zarembie, o Sier

O tłustych chamach i cieniutkich bolkach

W ostatnich dniach dużo myślę o tzw. radykalizmie. O radykalizmie w ogóle i o radykalizmie swoim – moim prywatnym, maleńkim, osobistym radykalizmie. I zastanawiam się, czym właściwie jest radykalizm? Czy radykalizm to wierność poglądom, czy może tylko poglądy – poglądy stałe i określone. A może radykalizm to niechęć do przyjęcia innego punktu widzenia, opór przed zaakceptowaniem innego punktu widzenia, czy może dopiero brak tolerancji wobec opinii innych? I zastanawiam się, czy bycie radykalnym, to rzecz dobra, czy może to już występek? W języku angielskim istnieje słowo ‘opinionated’. Ktoś kto jest ‘opinionated’, wydawałoby się, jest osobą, która ma własne zdanie i – być może – tego zdania jest pewien. W słowniku, z którego korzystam, jest napisane, że ktoś kto jest ‘opinionated’ jest „zbyt pewny” swoich opinii. A więc, wygląda na to, że poprawną rzeczą jest trzymać się własnych opinii, tyle że nie „za bardzo”. Tylko co to znaczy „nie za bardzo”? W którym momencie to że w coś wierzymy