Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 czerwca 2021

Czy Polskie Państwo powinno się zatroszczyć o ludzi-świnie?

 

Tak się składa, że za chwilę z żoną wyjeżdżamy do Kuźnicy na Helu, by zaczerpnąć oddechu. W związku z tym, jest taka szansa - choć nie pewność - że przez najbliższy tydzień nie będę nic pisał. Dziś natomiast pragnę przedstawić swój najnowszy felieton napisany na zamówienie "Warszawskiej Gazety". O ludziach na literkę "Q".      


       Czas, jak wiemy, zwłaszcza ostatnio, dla wielu z nas pędzi dużo za szybko, i to jest niestety coś do czego się zdążyliśmy już przyzwyczaić i się z tym pogodzić, jako z czymś naturalnym. To jednak na co wpadłem dziś, gdy piszę ten felieton, w żaden sposób nie jest naturalne, i to wcale nie dlatego, że tu czas minął niemal między jednym a drugim oddechem, ale przez to, że najwidoczniej przy tym czymś ktoś musiał majstrować sam Szatan. O co chodzi? Otóż pamiętam jak parę lat temu, przy okazji jednej z organizowanych tu u nas w Polsce tak zwanych „tęczowych parad”, w formie swego rodzaju memento, media pokazały nam obrazki z podobnych wydarzeń w Niemczech, czy Holandii, gdzie mogliśmy zobaczyć, jak dwójka półnagich mężczyzn w skórzanych stringach i biustonoszach prowadzą na łańcuchu trzeciego, różniącego się od nich tym, że ma zamiast twarzy... pysk psa.

        Patrzyliśmy na te dziwadła i pocieszaliśmy się, że co by nie mówić o tych tęczowych parasolkach, torebkach, ale nawet i dziewczynach poprzebieranych za chłopców, a chłopców za dziewczyny, czy – jeszcze gorzej – o owych tłustych, podstarzałych już mocno, transwestytach z ogromnymi doczepionymi biustami, to na szczęście oni jeszcze nie prowadzają się jak psy czy świnie na łańcuchach – bo wszystko poniżej ich nie podnieca. I nagle, proszę sobie wyobrazić, Internet obiegło zdjęcie wręcz niezwykłe i, moim zdaniem, znacznie wykraczające poza to czego się mogliśmy obawiać, ale zachowywaliśmy ten nasz boży spokój. Oto widzimy warszawską ulicę, a na niej człowieka właściwie nawet jeśli prezentującego się ekscentrycznie, to nie bardziej niż to jest tu i ówdzie przyjęte, który jedną ręka trzyma za rękę może 10 letnią dziewczynkę, a w drugiej dzierży smycz do której jest przywiązana kobieta. Kobieta ma na głowie zrobiony z kartonu świński łeb i idzie za mężczyzną na czworaka.

       Oczywiście nie mam bladego pojęcia, kim jest ten człowiek i towarzysząca mu kobieta. Możliwe, że to jest których z dziennikarzy „Gazety Wyborczej” ze swoją partnerką i ich dzieckiem, którzy pojawili się tam w tym anturażu po to by zademonstrować swoje poparcie dla tak zwanej „różnorodności”, ale też biorę pod uwagę i to, że to są autentyczni przedstawiciele ruchu sygnowanego przez nich samych literką „Q”, a to dziecko to wcale niekoniecznie ich dziecko, tylko coś, co oni sobie sprawili gdy trafili na okazję.

      Jak mówię, tego ani ja, ani póki co nikt z nas nie wie, ale uważam że bez względu na to, jakie jest wyjaśnienie tej zagadki, jest czymś skandalicznym, że tymi ludźmi jeszcze nie zainteresowały się odpowiednie służby. Rzecz w tym, że tak czy inaczej, chodzi przede wszystkim o to dziecko. I Polskie Państwo jest za nie odpowiedzialne. Nawet gdyby miało się okazać, że ono jest w tym układzie najszczęśliwsze na świecie.



     

poniedziałek, 22 lutego 2021

Czy Afryka to ląd ciemny jak tabaka w roku

 

         Pamiętam jak lata temu Robert Mazurek do jednego ze swoich wywiadów zaprosił jakąś panią profesor z Uniwersytetu Warszawskiego, która go poinformowała, że w ramach swoich badań przeprowadziła wśród studentów test na orientację w tak zwanych związkach frazeologicznych i wyszła katastrofa. Okazało się, że dla znaczniej większości współczesnej młodzieży zwroty typu „twardy orzech do zgryzienia”, „owijanie w bawełnę”, czy „oczko w głowie” to, nomen omen, ciemny las. Od czasu tej rozmowy upłynęło na tyle dużo czasu, by pani profesor od Mazurka stała się naukowczynią, a my możemy skutecznie obserwować ową nową inteligencję w działaniu. Jeszcze w zeszłym roku, na samym początku pandemii, gdy po raz pierwszy najpierw zamknięto kościoły, a potem zaczęto je ostrożnie otwierać, niedawno wyróżniony za swoje dziennikarskie osiągnięcia redaktor TVP Info Adam Giza dwukrotnie (!) poinformował, że na jednej mszy będzie wolno zmieścić „10 osób na metr kwadratowym”. Miała być jedna na 10, no ale cóż zrobić gdy jedno i drugie dla człowieka stanowi równie wielką zagadkę? Śmialiśmy się z niego trochę, ale od razu sobie przypomniałem jak inna gwiazda publicznej telewizji red. Klarenbach wyśmiał jednego ze swoich gości gdy ten wspomniał o białych mieszkańcach RPA żyjących pod praktyczną okupacją, twierdząc, że każde dziecko wie, że tam nie ma białych, bo skąd by mieli się znaleźć na kontynencie, który od zawsze nosi nazwę „Czarnego Lądu”.

       Od tego czasu mieliśmy jeszcze kilka równie ciekawych popisów ze strony zarówno dziennikarzy jak i polityków, jak choćby przypadek poseł Scheuring Wielgus wspominającej coś tym, by jej „nie wciskać dziecka z kąpielą do brzucha”, gdy o to nagle objawiła się nam Małgorzata Kidawa Błońska i informując o decyzji swojej partii, by wesprzeć prawo pozwalające na zabijanie nienarodzonych dzieci, terminację ciąży nazwała „determinacją”. Oczywiście najgłośniej zanieśli się śmiechem dziennikarze, w tym wspomniany redaktor Klarenbach, który najpierw Kidawę wyszydził, by już chwilę później do któregoś z zaproszonych przez siebie do studia polityków powiedzieć, że „pan poseł odkrył eurekę”.

        I znów, nie minęła nawet chwila, gdy portal tvp.info podał informację, że szykuje się nam zmiana pogody i w ciągu najbliższych dni temperatura wzrośnie o „kilkadziesiąt stopni”. A ja sobie od razu pomyślałem, że jaka to różnica: kilka, kilka, paręnaście, kilkanaście, kilkadziesiąt? W końcu każde z nich to dużo... albo mało. Zależy od światła w tunelu, czy od tego co jest w puszce z Pandorą.

        Nie jest wesoło i myślę, że nie pozostaje nam się nic innego jak przyjąć to do wiadomości i się z tym pogodzić. Jak mówią starzy słuchacze Radia Erewań, lepiej już było. I to niewykluczone, że jeszcze przed szczęśliwym przyjściem na świat pani marszałkini Małgorzaty Kidawy Błońskiej.  




czwartek, 18 lutego 2021

Gdzie się podział kokos, czyli o socjalistach bez przydziału (repryza)

 

       Właśnie się dowiedziałem, że estradowy artysta Maciej Maleńczuk nagrał nowa płytę, którą promuje piosenką zatytułowaną „Klauzula sumienia” i następującym tekstem:

Nowi Polacy, skąd wzięli się tacy
Nagle na tacy coś dostał pod nos
I choć kołaczy nie ma bez pracy
Kołacze Polaczek i zasila trzos
Brzuch swój za darmo napełnia złą karmą
Pcha się w kolejce po tani los
Za całą tą egzystencję marną
Jak psu każą dać mu głos
”.

         Ktoś mi powie, że Maleńczuk to zniszczony alkoholem i narkotykami przygłup, w dodatku z modelowo wręcz zmarnowanym talentem, więc nie za bardzo jest sens zajmować się jego przemyśleniami na temat świata, ja jednak sobie myślę, że fakt iż on nawet dziś aż tak przeżywa ową frazę, że „bez pracy nie ma kołaczy” i nie potrafi znieść myśli o tym, że ludzie żrą za darmo, świadczyć musi o tym, że istnieją miejsca, gdzie tego typu refleksje wypełniają ludzkie myśli, a skoro tak, to warto by było się zastanowić, ilu z nas wciąż tkwi mentalnie w owej histerii, która na początku lat 90. eksplodowała na widok ananasa, czy orzecha kokosowego. A może przypadkiem jest tak, że owe 30 procent młodych ludzi, którzy wedle ostatnich badań wykazuje wrażliwość lewicową, w gruncie rzeczy zaledwie reagują – tak jak to oni, głupio i okropnie chaotycznie – na występy tak zwanych liberałów, których my tu aż tak bardzo nie widzimy, ale którzy przecież gdzieś tam od czasu do czasu się produkują i mają wystarczająco dużo miejsca dla owej produkcji?     

        Chodzi mi po głowie wspomniany kokos i przypominam sobie, jak w dawnych komunistycznych czasach oglądałem film, który dla nas, dzieci PRL-u, był filmem wręcz kultowym, a dziś jest już bardzo zapomniany, a nosił tytuł „Midnight Cowboy”, z młodym Jonem Voightem – który wtedy jeszcze nawet nie śnił, że będzie kiedyś grał polskiego papieża – i Dustinem Hoffmanem. Oglądałem ten film wielokrotnie i z niezmiennym zachwytem, bo to był – i wciąż jest – znakomity film i jakoś nie potrafiłem nigdy przegapić sceny z kokosem. Jeśli ktoś nie wie, o czym mówię, to przypomnę. Dustin Hoffman jest straszliwie biednym nowojorskim menelem. Chorym, kulawym, wiecznie walczącym o to, żeby przeżyć kolejny dzień. Nowy Jork jest oczywiście taki, jak należy. Bogaty, wspaniały, kolorowy, pełny – jakby to zaśpiewał Michael Stipes – „shiny people”, raz bogatych, raz biednych, raz wyrelaksowanych, raz zapracowanych, wariatów, biznesmenów, dziwek, sutenerów, a w tym wszystkim, ten Hoffman, podskakujący, jak leśmianowski „skoczek” i jego nowy przyjaciel – chłopak ze wsi, który przyjechał do Nowego Jorku licząc na to, że on, piękny, przystojny, wysoki kowboj, znajdzie tam swoje szczęście. Ale jest tak, że ani jego,  kowboja ze wsi, ani Hoffmana, kuternogi z miasta nikt nie potrzebuje. Któregoś dnia, Hoffman kradnie ze straganu orzech kokosowy, ale ponieważ nie ma go czym otworzyć, próbuje go jakoś przytrzasnąć oknem w swoim mieszkaniu, które zajmuje w jakiejś opuszczonej kamienicy. Orzech niestety spada i rozbija się na chodniku.

       Scena ta zawsze budziła we mnie dziwne uczucia. Ja oczywiście bardzo przejmowałem się światem przedstawionym w filmie, oraz losem tych dwóch nieudaczników, jednocześnie jednak nie mogłem przestać myśleć, że ja w życiu nie dość że nie miałem w ręku orzecha kokosowego, to nawet go nie widziałem. Więc ten orzech wciąż mi psuł efekt filmu. Wiedziałem, że nędza, że syf, że kłamstwo, zbrodnia i upadek – tylko ten orzech kokosowy nie dawał mi spokoju. I w takich sytuacjach mówiłem sam do siebie: „Dobra, dobra. Ja się powzruszam, jak już w sklepie na rogu pojawią się orzechy kokosowe”.

      Jest tam jeszcze jedna scena, która, podobnie jak ten orzech, drażniła moją wrażliwość. John Voight trafia do pokoju kobiety, która – według jego planów – zapłaci mu za seks, a która sama w końcu okazuje się prostytutką i go skubie z reszty pieniędzy. Uprawiają więc seks na tym jej wielkim łóżku, tarzając się po pilocie, który nieustannie przełącza kanały w telewizorze. I pamiętam tego pilota i te niezliczone kanały i moje zdziwienie, że gdzieś, daleko w Ameryce, może i pod pewnymi względami jest nie najlepiej, ale kanałów w telewizorze, to oni mają naprawdę bardzo dużo.

       Też w tamtych latach, oglądałem inny już film, „Taxi Driver” Scorsesego. Robert De Niro siedzi z rewolwerem przed telewizorem, a w telewizorze leci jakiś kompletnie idiotyczny program, typu „Taniec z gwiazdami”, czy może jakaś idiotyczną opera mydlana w stylu „M jak miłość”. De Niro siedzi, w kompletnej rozpaczy i szaleństwie, i popycha ten straszny telewizor nogą, nie mogąc się zdecydować, czy go ostatecznie popchnąć tak, żeby spadł ze stolika. Ostatecznie go zrzuca, telewizor eksploduje i wtedy już wiemy, że za chwilę rozpocznie się piekło. I to, przyznam szczerze, rozumiałem.

      I tu przypomina mi się pewien stary felieton Stefana Kisielewskiego w dawnym „Tygodniku Powszechnym”, gdzie Kisiel wspominał swój pobyt w Stanach Zjednoczonych i wrażenie, jakie na nim zrobiło wydanie „New York Timesa”, grube na jakieś 200 stron. Trzymał Kisiel tę gazetę, gapił się na nią jak sroka w gnat, i nagle coś go podkusiło, by spytać swojego amerykańskiego znajomego, skąd oni mają tyle papieru, żeby wydawać tak grube gazety. Znajomy spojrzał na Kisielewskiego jak na idiotę i odpowiedział, że „z fabryki”. Wspomnienie tamtego felietonu sprawia, że przychodzi mi nagle do głowy taka oto ewentualność, że kiedy Kisiel oglądał „Nocnego Kowboja”, czy „Taksówkarza”, jest bardzo prawdopodobnie, że on, podobnie jak ja, myślał sobie o tym kokosie i o pilocie na łóżku tamtej dziwki. O tej mnogości kanałów, ale też niewykluczone, że i o tym, co na tych kanałach na nas czyha. I tu, na ile znam Kisiela, jest też bardzo możliwe, że on mógł sobie myśleć, że ten program, który doprowadza De Niro do takiej desperacji, jest w gruncie rzeczy świetny, a sam film jest głupi i nieprawdziwy. Kisiel kochał kapitalizm z całym jego bagażem nieszczęść. Zupełnie też jest przy tym prawdopodobne, że on tych nieszczęść nawet za bardzo nie dostrzegał.

      A ja się zastanawiam, co on by powiedział teraz, gdyby żył i gdyby nie był jeszcze takim staruszkiem, który jest tak przywiązany do swoich racji, że w gruncie rzeczy nie powie nam już nic ciekawego. Ciekawy jestem, czy Kisiel byłby liberałem w naszym polskim, nowoczesnym ujęciu, czy liberałem w ujęciu bardziej sensownym, amerykańskim, czy może byłby człowiekiem o wrażliwości społecznej, jakim jest Jarosław Kaczyński, o którym część dawnych przyjaciół Kisiela mówi, że to socjalistyczna szmata.

     Ciekaw jestem, czy Kisiel, gdyby żył dziś, w tej nowej, przedziwnej Polsce, która nie jest ani kapitalistyczna, ani komunistyczna, ani bogata, ani biedna, ani wolna, ani okupowana, ale w której orzechów kokosowych jest co nie miara, podobnie jak kanałów w Cyfrze, Polsacie, czy w satelitarnej ofercie Orange. Czy Kisiel lubiłby jadać w McDonaldzie i czy cieszyłby się, że w Auchanie jest tak strasznie dużo kas. Bardzo chciałbym wiedzieć, czy Kisiel umiałby korzystać z Internetu, i czy gdyby nie umiał, to uważałby to za wstyd, czy za powód do dumy.

       Chciałbym to wszystko wiedzieć, bo przez wiele, wiele lat, które przeżyłem w komunie, Kisielewski był dla mnie bardzo ważną osobą, może i autorytetem. Myślę, że gdyby Kisiel mi dziś powiedział, że mam się od tego świata odczepić, bo ten świat jest okay, to bym się odczepił. Mam jednak nadzieję, że by tak nie powiedział.



 

wtorek, 16 lutego 2021

Vineeta Gupta, czyli jak samodzielnie zdjąć i założyć pampersa

 

Trafiłem niedawno na ciekawą informację dotyczącą sytuacji w angielskich szkołach podstawowych, gdzie, jak się okazuje, skutkiem bardzo zaawansowanego rozwoju wychowania seksualnego w brytyjskich szkołach, świadomość brytyjskich dzieci w tym temacie jest tak wysoka, że coraz częściej obserwuje się przypadki gwałtów popełnianych przez siedmioletnich nawet niekiedy chłopców na swoich koleżankach i kolegach. Wiadomość ta, choć oczywiście szokująca, nie byłaby może aż tak interesująca, gdyby nie towarzysząca jej informacja kolejna, że coraz częściej również angielskie dzieci chodzą do szkoły z pieluchą, ponieważ rodzice nie potrafili odpowiednio wcześnie zadbać o to, by one potrafiły korzystać samodzielnie z toalety. Zadumawszy się nad owym szczególnym postępem, przypomniałem sobie swój tekst jeszcze z roku 2008 w pewnym sensie zapowiadający to co nadejść musiało, no i, jak się okazuje nadeszło. Bardzo proszę.

 

 

      Z wszystkich miejsc na świecie, pomijając oczywiście moje miasto, moją wieś, moje morze i moje góry - no i oczywiście mój Przemyśl - moim ulubionym jest Anglia. A szczególnie Londyn. Kiedy byłem trochę młodszy, lubiłem mawiać, że umrzeć oczywiście chciałbym w Polsce, ale gdyby mi przyszło żyć w Londynie, to nie miałbym nic przeciwko temu. Jest coś takiego w Londynie, w jego kształcie, w jego ludziach i w jego atmosferze, co sprawia, że mógłby po nim wędrować od rana do wieczora i nie widzę możliwości, żebym się znudził. Kiedyś miałem okazję sobie iść wzdłuż Tamizy, od Chelsea aż do Tate. I tylko żałowałem, ze nie można by tak wrócić, spojrzeć raz jeszcze na elektrownię w Battersea (to te kominy z Animals Pink Floyd) a później przejść tę drogę jeszcze raz i patrzeć na joggujących bez względu na pogodę londyńczyków i na sunące się nad głową bardzo, bardzo powoli wielkie samoloty.

      Albo pojechać do Greenwich, by stanąć sobie tam, gdzie „zaczyna się czas", obok tego zegara, nad tą zielenią i spojrzeć na Londyn. Albo po prostu zajść do któregoś z pubów i popatrzeć na ludzi, pijących piwo (świetne, najlepsze) i od czasu do czasu podnoszących się ze swoich krzeseł, żeby wrzucić parę monet do grającej szafy. Żeby pójść do St. James's Park i popatrzeć na dzieci w szkolnych mundurkach, siedzące na ławkach i jedzące swoje trójkątne kanapki. Żeby znów zobaczyć te cudacznie poubierane Angielki, tak okropnie nieładne i, jednocześnie, tak nieprawdopodobnie światowe. Żeby znów poczuć w kieszeni ten miły kształt i ciężar monety jednofuntowej. I posłyszeć ten niepowtarzalny londyński akcent, który nigdy nie jest taki sam, a zawsze pozostaje ściśle londyński.

      Lubię Londyn. Wbrew pozorom jednak, nie bywam tam często. Prawdę powiedziawszy, byłem w Londynie zaledwie parę razy w życiu. Na dodatek krótko i tylko w niektórych miejscach. I nic też nie wskazuje na to, żebym nagle zaczął tam podróżować. Raz że mnie nie stać, a dwa że nawet nie mam za bardzo kiedy i do kogo tam jeździć. Londyn więc, podobnie zresztą jak całą resztę Anglii, oglądam w telewizji, albo w kinie. I czytam o nim w gazetach. Właśnie z oddali widać, jak ta moja miłość do Londynu jest bezinteresowna i nieodwzajemniona. Nie ma właściwie dnia, żeby nie dochodziły do mnie informacje, że, zarówno samo miasto, jak i cały ten kraj, zmierza ku nieuchronnemu upadkowi. Jeśli się przyjrzeć dobrze, to widać bardzo wyraźnie, że to co tam jeszcze zostało, to ta wielka historia i ta nieprawdopodobnie manifestująca się wszędzie tradycja. Cała reszta, to już tylko najbardziej zwulgaryzowana cywilizacja. To już tylko rozbite rodziny, gówniarze z nożami, aborcja do 24 tygodnia, najbardziej oburzające medyczne eksperymenty, bandy debili, którzy przez cały tydzień, w swoich garniturach, jeżdżą do pracy w City po to, żeby w piątek wieczorem kupić tani lot do Pragi, czy Krakowa i z powrotem, i przez weekend odstawiać tu czyste buractwo.

      Niedawno w telewizji dali informację, że jakaś pani i jej chłopak (tam już małżeństw prawie nie ma), uprowadzili swoją (a może tylko jej) córkę, trzymali ją całymi tygodniami zaćpaną w tapczanie, a wszystko to po to, żeby zrobić ogólnokrajową aferę z zaginionym dzieckiem i zarobić co nieco na medialnym szumie. To też jest Anglia, którą kocham. Bez odpowiedzi.

      Parę dni temu, w Rzeczpospolitej, przeczytałem artykuł o tym, że „z oksfordzkiego słownika dla dzieci usunięte zostały słowa związane z chrześcijaństwem i monarchią". Chodzi o to, że, ponieważ wydawcy słownika uznali, ze świat poszedł bardzo do przodu i nowe pokolenia mają w nosie zarówno Kościół, jak i Królową, można spokojnie i jedno i drugie zacząć powoli eliminować ze społecznej świadomości. Według relacji Rzepy, w nowym wydaniu słownika, wśród 10 000 słów, które metodycy uznali za najważniejsze dla dziecka, zabrakło takich pojęć jak „opactwo, ołtarz, biskup, kaplica, pastor, mnich, zakonnica, parafia, psalm, święty, grzech, czy diabeł". Oczywiście dla mnie najbardziej ciekawy jest ten „diabeł". Najbardziej ciekawy, najbardziej wymowny i - tak naprawdę - najbardziej podstawowy. No ale, jak mówię, nie tylko on poleciał. Mogę tylko przypuszczać, że skromnie, usunął się na sam koniec kolejki.

      Wiadomość ta, oczywiście, mnie zmartwiła, ale - przyznam - niezbyt zaskoczyła. Ja widziałem, co się szykuje, od pewnego już czasu. Jest taki podręcznik do nauki języka angielskiego, który popularnie nazywa się Alexander. Moim zdaniem, jeśli idzie o naukę na poziomie podstawowym, nie wymyślono dotychczas absolutnie nic lepszego. Alexander jest niepokonany i nawet nie widzę możliwości, żeby ktoś mu mógł tu zagrozić. Ale nawet nie o to chodzi. Sprawa polega na tym, że podręcznik ten już od wielu lat jest w naszych szkołach nieużywany. Nie ma go na ministerialnych listach, nie jest w ogóle nawet dopuszczony do szkół. Sami zresztą nauczyciele, nawet jeśli w o ogóle go znają, nie traktują go z powagą. Alexander jest czarno-biały, cieniutki, nie ma w nim ani zdjęć, ani komiksów, ani żadnych zbędnych rzeczy. Czysta nauka.

      Ponieważ powstał dawno temu, niesie z w sobie całą autentyczną atmosferę nie tak wciąż bardzo starej Anglii. W Alexandrze płaci się wciąż funtami i pensami (w starszych wydaniach nawet szylingami), bohaterowie mieszkają na King Street w Londynie, nazywają się Sawyer, tworzą rodziny, czytają gazety, a jeśli są dziećmi i mają na imię Sally i Tim, odrabiają zadania domowe. Pan Sawyer odwozi je codziennie do szkoły, a wieczorem, kiedy Sally, czy Betty, chce iść do znajomych, ma wrócić przed jedenastą, bo inaczej pan Sawyer zwyczajnie jej nie puści.

      Od czasu, jak L.G. Alexander napisał swój podręcznik, zmieniło się wiele. Przede wszystkim, w obecnie wydawanych książkach do nauki nie ma ani funtów, ani Betty, ani ulicy King Street w Londynie, ani dwóch dziadów w czerwonym autobusie. Dorośli latają samolotami między Los Angeles a Paryżem, dzieci siedzą przy komputerach i piszą maile, w sklepie płaci się przy pomocy euro, ewentualnie karty, a jeśli ktoś nosi jakieś imię, to nie ma sposobu, żeby je przeczytać, a co dopiero zapamiętać z tej prostej przyczyny, ze nie są to imiona chrześcijańskie.

      Jak to się stało, że do tego doszło? Kto tak fatalnie Anglików załatwił? Jak to się stało, że oni dali sobie wyrwać z rąk coś tak niepowtarzalnego i tak cennego? Powiem szczerze, ze mam swoje podejrzenia, ale są one na tyle słabe, że nie będę się tutaj popisywał. Fakt jest jednak faktem. Wszystko wskazuje na to, że coś się skończyło. W artykule w Rzeczpospolitej, wypowiada się na temat tych niezwykłych zmian w słowniku dla dzieci jakaś pani z Oxford University Press. Mówi tak: „W poprzednich wydaniach było na przykład dużo nazw kwiatów, bo wiele dzieci mieszkało na wsi. Teraz ich środowisko się zmieniło. Żyjemy w wielokulturowym społeczeństwie. Ludzie nie chodzą już tak często do kościoła."

      Więc oczywiście, jest to jakieś wytłumaczenie. Ale ja bym potrzebował czegoś mocniejszego, bardziej pewnego. Wbrew pozorom bowiem, to o czym tu piszę, to nie jest problem wyłącznie angielski. Odpowiedź na to pytanie jest również ważna dla mnie, Polaka, mieszkającego tu i planującego tu mieszkać do końca. Liczącego bardzo na to, ze Polska sobie poradzi dużo zgrabniej, niż Anglia. Mam więc wrażenie, że o wiele lepszą i pełniejszą odpowiedź na te moje dylematy daje - zgadzam się, w sposób bardzo symboliczny - co innego. Ta pani z Oksfordu nazywa się Vineeta Gupta.

 


środa, 10 lutego 2021

O wyższości czarownika nad docentem

 

W ciągu minionych tygodni kilka dobrych razy miałem ochotę, by napisać coś na ten temat, ale za każdym razem, nawet kiedy byłem już bardzo blisko, ostatecznie nie potrafiłem znaleźć czy to odpowiedniej formy, czy obrazu, który by ów temat skutecznie pociągnął. A temat był naprawdę nie byle jaki. Otóż nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale jakiś czas temu odbywał się w Anglii mecz piłkarski między Manchesterem United i Southampton podczas którego urugwajski piłkarz Edinson Cavani niemal rzutem na taśmę zdobył dla Manchesteru zwycięskiego gola. Gol był tak piękny, że na instagramowym profilu Cavaniego pojawił się komentarz któregoś z urugwajskich przyjaciół piłkarza z gratulacjami, na który ten zareagował krótko: „Gracias Negrito”, a tym samym wywołał burzę, jakiej branża dawno nie doświadczyła. Okazało się bowiem, że słowo „negrito” jest w Wielkiej Brytanii traktowane jako rasistowskie i jego użycie jest zakazane pod groźbą poważnej kary. Tłumaczył Cavani tym jełopom, że ów „Czarnuszek” to zarówno w Urugwaju, jak i w całej tamtejszej cywilizacji, pieszczotliwe określenie osoby o kruczoczarnych włosach, a w jego obronie stanęli inni piłkarze z Ameryki Południowej, zapewniając że nawet ich, kiedy byli dziećmi, w ten sposób nazywali rodzice. Wszystko na nic. Litości nie było. Cavani został za swój „wybryk” został karnie odsunięty od trzech kolejnych spotkań, a angielskie władze piłkarskie zaordynowały, by wszyscy obcokrajowcy grający w Premier League zobowiązani zostali do udziału w kursach uświadamiających, co na Wyspach wolno, a czego nie wolno. Nie pomógł nawet protest urugwajskiego związku, który zwrócił uwagę na to, że tego typu traktowanie obcej kultury już samo w sobie cuchnie ciężkim rasizmem. Cavani musiał przeprosić, a United trzy kolejne mecze musiał sobie radzić bez niego.

Chciałem więc coś na ten temat napisać, ale, jak mówię, nie znalazłem dobrego sposobu, i pewnie tak by się ta cała przygoda skończyła, gdyby nie to, że przeszukując swoje najstarsze teksty publikowane na tym blogu trafiłem na notkę z grudnia 2008 roku, która wręcz idealnie pasuje do tego co się dziś wprawia, tym razem już jak najbardziej w globalnej przestrzeni i w wydaniu turbo. Zachęcam więc i dziś do sięgnięcia po owe stare jak ów nowoczesny świat refleksje, znów nieco zmodyfikowane pod kątem różnicy w czasie, ale poza tym, niemal nienaruszone.

 

 

       Kiedyś, jeszcze w zamierzchłych czasach komuny, miałem kolegę, który studiował architekturę w Gliwicach. Opowiadał mi on pewnego razu, że mają na roku takiego jednego kumpla, który pochodzi z Afryki. Któregoś dnia, na wykładzie z ekonomii politycznej kapitalizmu, czy socjalizmu – wówczas to było obojętne, bo i tak chodziło o jedno – któryś z tych specjalistów od prania mózgów tłumaczył im coś na temat tego, że życie jest formą istnienia białka i że te religie i takie tam, to wszystko jest nic nie warte. I wtedy, ten jego czarny kolega powiedział, że to wszystko jest bardzo ciekawe, ale on ma inne doświadczenia. I opowiedział historię o tym, że u nich we wsi – w tej Zambii, czy gdzieś tam – jest pewien czarownik, który potrafi tak zrobić, że pokaże palcem na kogokolwiek, kogo sobie upatrzy i ten znika. Następnie, ów przebiegły czarownik pokaże palcem na tego kogoś jeszcze raz, i on się pojawia na nowo. Ponieważ specjalista od propagandy wprawdzie był bolszewicką swołoczą, ale nie koniecznie głupią, zapytał Murzyna sprytnie, jak ten czarownik może pokazać palcem na kogoś, kogo nie widać, bo ten zniknął. Murzyn wzruszył ramionami i odparł, że on nie ma pojęcia, ale myśli, że skoro on jest czarownikiem, to jakoś to potrafi. I docentowi w tym momencie opadły ręce.

       Przypomniała mi się ta historia niedawno przy okazji moich rozmyślań nad wielokulturowością, wpływem jednych kultur na inne i nad tym, jak to jest, ze jedne kultury upadają, a inne trwają w najlepsze. A ja na to myślę sobie tak. Otóż jest rzeczą absolutnie oczywistą, że w sytuacji, kiedy spotka się jakaś grupa ludzi, powiedzmy dziesięcioosobowa, czy – by trzymać się bliskich mi porównań – wielkości klasy szkolnej, nie ma takiej możliwości, żeby wewnątrz tej grupy panowała idealna równość i braterstwo. Oczywiście, oni mogą żyć w zgodzie, mogą nawet być bardzo solidarni i lojalni wobec siebie, mogą nawet wszyscy bardzo się przyjaźnić, ale zawsze będzie tam ktoś, a często nawet i parę osób, które będą ważniejsze i po prostu lepsze. Ktoś, kogo zdanie będzie się bardziej liczyło, niż zdanie innych, ktoś kto będzie swoich przyjaciół reprezentował na zewnątrz i ktoś kto będzie tę grupę symbolizował.

       Jak to się zatem dzieje, że jedni zostają przywódcami, a inni nie? Jak to się dzieje, że ktoś nagle zaczyna bardziej błyszczeć niż inni? Czy jest to może wynik tego, że on jest mądrzejszy? Czy może chodzi o to, że jest bardziej bezczelny? Czy może bardziej przystojny? Oczywiście, każda z tych rzeczy ma znaczenie, ale to co się liczy najbardziej, to wewnętrzna siła, jaka emanuje z tej osoby. Ta właśnie siła, wynikająca z pewności siebie, wierności zasadom, świadomości racji, sprawia że wszyscy zaczynają go szanować zgadzają się by jego poglądy, jego koncepcje i jego pomysły dominowały. Czy przywódcą może zostać chłopak lub dziewczyna, którzy od samego początku przyjmują pozycję wyczekującą i ogłaszają wszem i wobec, że oni gotowi są dyskutować? Nigdy.

       Tymczasem mu mówimy o wielokulturowości. W moim przekonaniu, jeśli idzie o ten wymiar, który powyżej przedstawiłem, nie ma większej różnicy między grupą szkolną, a wielokulturowym społeczeństwem. Nie ma takiej możliwości, że w sytuacji, kiedy spotkają się różne kultury, czy cywilizacje, uda się między nimi stworzyć taką harmonię, że każdy stara się żyć dla siebie i dzielić się swoimi bogactwami z innymi, a jak przyjdzie potrzeba, zrezygnować z czegoś w co wierzy, na rzecz kogoś innego. Nie jest to możliwe w relacjach między ludźmi, a tym bardziej w relacjach między kulturami. Dlaczego tym bardziej? Dlatego, że ludzie są zdecydowanie bardziej elastyczni od kultur. Kultury są stare, niewzruszone i pewne swego. Dlatego też, podobnie jak w klasie szkolnej, w sytuacji zderzenia kultur, zawsze kultura silniejsza, bardziej pewna swojej wartości, bardziej przywiązana do swojej tradycji i swojej wiary, nie dość że wygra, że pozostanie silna, to jeszcze zacznie stopniowo wpływać na kulturę słabszą, a w efekcie ją przejmować.

      Parę dni temu, w telewizji, przy okazji swojej wizyty w Polsce, występował Dalajlama. Przyszedł do studia w swoim tradycyjnym pomarańczowym stroju, boso, z gołymi ramionami, odsłoniętą pachą, założył nogę na nogę w ten sposób, że jego bosa stopa była skierowana prosto w kierunku kamery. Pomyślałem sobie wtedy, że oto mamy do czynienia z kulturą w pewnym sensie wyższą. Dlaczego? A dlatego mianowicie, że Dalajlama w tej naszej telewizji wyglądał wyjątkowo ekscentrycznie, ze swoją bosą stopą i obnażoną pachą, ale ani jemu, ani prawdopodobnie nikomu z widzów nie przyszło do głowy, że oto przed nami odstawia się jakąś – jak to lubią mówić młodzi – wieś. Każdy bowiem wiedział, że to co widzimy, to wielka, stara kultura, że ten który do nas mówi, to wybitny przedstawiciel tej kultury i że tak jak jest, właśnie ma być.

      A teraz proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby do studia telewizyjnego przyszedł Marek Jurek z dużym krzyżem na piersiach i przeżegnał się przed rozpoczęciem rozmowy? Przecież z punktu widzenia religii, którą on reprezentuje, nie stałoby się nic szczególnego. W chrześcijaństwie, znak krzyża jest gestem powszechnym i w żaden sposób nie powinien wywoływać jakichkolwiek emocji. Co tam znak krzyża! Niechby on wspomniał, że w zeszłą niedzielę, kiedy był na mszy w kościele, to coś tam się zdarzyło. Ja już widzę rozbawione twarze ludzi, którzy kiedy patrzą na Dalajlamę, kiwają z nabożeństwem głowami i wzdychają, jakiż to święty człowiek.

     No ale dobrze. Jurek to polityk, marny bo marny, ale zawsze, więc może nie wypada mu mieszać swojej wiary do występów w telewizji. Inna sprawa, że Dalajlama trochę też, no ale wszyscy rozumiemy, o co chodzi. Pomyślmy więc, co by się działo, gdyby w tzw. dobrym towarzystwie jakiś katolik powiedział, że on dziękuje za kiełbaskę, no bo dziś piątek. Czy owo dobre towarzystwo pochyliłoby się nad katolikiem ze zrozumieniem? Ależ w życiu! Przede wszystkim wszyscy by uznali, że to jest jakiś nawiedzony wariat i dyskretnie by zaczęli chrząkać.

      Dlaczego tak się dzieje? Dlatego mianowicie, że my jako chrześcijanie nie zrobiliśmy dokładnie nic, żeby pokazać światu, że z nami nie ma żartów. Do częstochowskiej kaplicy włażą jacyś zagraniczni turyści w czapkach i nawet im do głowy nie przyjdzie, że gdyby podobnego czegoś podobnie ekscentrycznego dopuścili się w meczecie, w buddyjskiej świątyni, czy w synagodze, już by było po nich. Inna sprawa, że oni, gdyby planowali wizytę w Taj Mahal, albo gdzieś w tureckim meczecie, to wcześniej przeszukali by wszystkie przewodniki i strony internetowe, żeby przypadkiem nie wyskoczyć z czymś głupim.

       Proszę sobie przypomnieć, co się wyprawiało wśród komentatorów przed wyjazdem naszego prezydenta do Japonii. Jak oni wszyscy się zastanawiali, co w Japonii wypada, a co nie wypada w Korei, a jak jeść, jak stać, jak mówić, jak milczeć. I wszyscy okropnie się martwili – albo się cieszyli –  co to będzie, jeśli Prezydent nagle zrobi coś takiego, że tamta kultura tego nie przyjmie. Kiedy przyjeżdża do Polski ktoś z Kuwejtu, Seulu, Jerozolimy, czy Osaki, nikt się nie zastanawia, czy ten ktoś przypadkiem nie zrobi głupstwa w postaci odmówienia kieliszeczka czystej wyborowej. Że już nie wspomnę o wystawianiu gołej nogi do kamery telewizyjnej.

      Jakie więc szanse w wielokulturowym społeczeństwie ma chrześcijanin, który pragnie zamanifestować swoją kulturę, tradycję, swoją wiarę? Dokładnie żadne. Owszem, on może sobie się cichutko pomodlić, może położyć na wigilijnym stole opłatek, może nawet zaśpiewać z sercem i wiarą kolędę, ale niech nie liczy na to, że będzie mógł to samo i z tą samą powagą zaprezentować na zewnątrz. Natychmiast zaczną go pokazywać palcem i krzyczeć, że jest bezczelny, agresywny, nietolerancyjny, a przede wszystkim nawiedzony. I on to wie. I dlatego siedzi cicho. Nie pcha się. I efekt jest oczywisty. Wszędzie gdzie dochodzi do starcia kultury chrześcijańskiej i kultury, powiedzmy, islamu czy hinduizmu, w sposób naturalny zaczyna dominować jedna czy druga, a efektem tego jest to, że wszystko co dotychczas jakby wyrastało z chrześcijaństwa, zostaje zredukowane do jedynie obyczaju, który może być przestrzegany tylko o tyle, o ile nie przeszkadza innym, natomiast wszystko co istnieje na zewnątrz tej kultury i tej cywilizacji, zachowuje pełną autonomię, a nawet – w pewnym sensie –  status czegoś oficjalnego.

     Blog, który prowadzę jest blogiem politycznym, więc wypadałoby jakoś przynajmniej wspomnieć o polityce. Proszę uprzejmie. Oto w tych dniach do prezydenta Czech Klausa przybyła grupa nawiedzonych europejskich ideologów i go najzwyczajniej w świecie opieprzyła. I w reakcji na coś tak oczywiście bezczelnego i chamskiego, zamiast wypowiedzieć słowo protestu, nasze media nagrodziły owo postępowanie brawami. Nagle okazało się, że w odpowiedzi na coś do tego stopnia haniebnego, głupiego i przykrego, że normalny człowiek nie powinien w żaden sposób pozostać wobec tego obojętny, media uznały że politycy z Brukseli postąpili słusznie. Oni sami też zresztą tak uważają. Jestem przekonany, że każdy szczerze wierzący Europejczyk nie da powiedzieć złego słowa na ów wybryk. Dlaczego? Bo oni są jak sekta. Pisałem już o tym gdzie indziej, ale powtórzę to raz jeszcze. Oni są po prostu jak sekta. A jeśli ich słowo „sekta” obraża, to niech będzie – religia. Wielka, potężna, nieustraszona religia. A jej wyznawcy są jak krzyżowcy – dumni, pewni swego i gotowi polec za to w co wierzą. To że oni postawili na zło, nie ma najmniejszego znaczenia. Tu się liczy tylko siła wiary. W tej sytuacji, nie ma takiej możliwości, że którykolwiek z nich uznał, że może warto by było troszkę się wstrzymać. Mowy nie ma! I oto wiara prawdziwa.

      Jestem przekonany, że gdyby któregoś dnia, jakieś brukselskie ciało postanowiło, że wszyscy urzędnicy wyższego szczebla pracujący w Brukseli, będą w czasie oficjalnych okazji występować tylko w majtkach i w łyżwach na nogach, oni nie dość że natychmiast zaczęliby się tak nosić, ale robiliby to z dumą i z poczuciem misji. Jestem również pewien, że każdy z nich w jednej chwili uznałby, że tak jak jest, jest dobrze, a ktokolwiek by stwierdził, że to idiotyzm, zostałby przez nich wyśmiany i oskarżony o brak tolerancji. Albo wręcz antysemityzm. A cała kupa politologów, socjologów i psychologów wyjaśniłaby w telewizji, jak to się dzieje, że polskie społeczeństwo –  katolickie i zaściankowe – nie potrafi kulturalnie odpowiedzieć na wyzwania nowej ery?



 

wtorek, 2 lutego 2021

O lądowaniu najtwardszym

 

       Wiele lat temu, kiedy mieliśmy jeszcze tylko jedno dziecko, naszą Hankę, a miała ona wówczas pewnie dwa lata z kawałkiem, szliśmy sobie po katowickim Osiedlu Paderewskiego i gdy mijaliśmy ów ogromny pomnik, Hanka zapytała: „Jak robi pomnik?”, ja jej odpowiedziałem najlepiej jak potrafiłem, w taki sposób by była zadowolona, no i taka to historia. Niedługo później urodził się nam syn, o wówczas jeszcze całkowicie egzotycznym imieniu Antoni, no i kiedy i on osiągnął odpowiedni wiek, zdarzyło nam się mijać wysoki komin, i dziecko nasze zapytało... proszę sobie wyobrazić, że nie „Jak robi komin”, ale „Jak się na to włazi?” Mijały lata, a ja te dwa pytania miałem zawsze w pamięci, jako naukę i swego rodzaju symbol. Ani na chwilę bowiem nie opuszczała mnie owa kwestia, że jakimś niezbadanym wyrokiem natury, nasza córka nie miała najmniejszej ochoty włazić na Pomnik Żołnierza Polskiego, a synowi ani w głowie było zastanawiać się, jak robi komin.

       Po kolejnych latach urodziła się nam Zosia i któregoś dnia zaszedłem do sklepu z dziecięcą konfekcją, który tu kiedyś był i nam pięknie służył, by po latach zastąpił go Eurobank,  po  kolejnych latach ustąpić Millennium. Oglądałem jakieś ciuchy dla naszej córki, szukając oczywiście czegoś różowego i podeszła do mnie pewna uderzająco elokwentna kobieta i ku mojemu zaskoczeniu zaczęła mi tłumaczyć, że jest ogromnym błędem narzucać dziecku kolory w oparciu o jego płeć. Nie pamiętam dziś co dokładnie mi mówiła, ale generalnie chodziło o to, że wcale nie jest tak, że chłopcy w sposób naturalny wolą kolor niebieski, a dziewczynki różowy, bo gdyby im pozwolić wybierać, mogłoby się okazać, że im albo jest wszystko jedno, albo wręcz wybierali odwrotnie. Wprawdzie ja od zawsze unikałem wdawania się w spory – a zwłaszcza ideologiczne – z ludźmi sobie nieznajomymi, tym razem jednak pomyślałem, że opowiem owej pani historię z pomnikiem i kominem i poproszę ją o wydanie fachowej ekspertyzy. Niestety i tego co mi odpowiedziała nie pamiętam, ale myślę, że nie mogło to być nic szczególnie poruszającego, bo w przeciwnym wypadku pewnie bym jednak coś zapamiętał. Myślę również, że ponieważ od tamtego czasu minęły tysiąclecia, gdyby do tego rodzaju konfrontacji doszło dziś, ja mógłbym jej nie przeżyć. Przede wszystkim dlatego, że z całą pewnością nie skończyłoby się jedynie na rozmowie o kolorach dziecięcych ubrań, ale kto wie, czy nie pojawiłaby się również kwestia taka oto na przykład, że skąd ja mam w ogóle pewność, że Zosia to nie chłopczyk, względnie osoba z macicą. Mało tego. Gdybym dziś opowiedział tamtą historię dziś już zapewne dorosłemu niebinarnemu dziecku tamtej kobiety, mogłoby dojść nawet do rozmowy na temat zabijania poczętych dzieci i dobijania broniących się przed śmiercią ludzi chorych i bezradnych. Kto wie, czy nie usłyszałbym nawet słowa „Wypierdalaj!”

       Spotkanie z tamtą kobietą miało miejsce, jak sądzę, w roku 1993, a więc niemal 28 lat temu. Wiele się zmieniło od tego czasu, ale myślę sobie, że ów rok 1993 to pod wieloma względami czas wyjątkowy, a wśród owych tropów, które nawet jeśli wówczas zauważaliśmy, ale nie potrafiliśmy odpowiednio docenić był pamiętny list, jaki do redakcji „Tygodnika Powszechnego” z okazji 50-lecia istnienia pisma, w roku 1995 skierował święty papież Jan Paweł II, i zawarte w nim między innymi następujące słowa:

Rok 1989 przyniósł w Polsce głębokie zmiany związane z upadkiem systemu komunistycznego. Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, ażeby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym Kościół był w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w ‘Tygodniku Powszechnym’. W tym trudnym momencie Kościół w ‘Tygodniku’ nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; ‘nie czuł się dość miłowany’ – jak kiedyś powiedziałem. Dzisiaj piszę o tym z bólem, gdyż los ‘Tygodnika Powszechnego’ i jego przyszłość bardzo leżą mi na sercu”.

       A to dopiero życzenia urodzinowe, prawda?

       A zatem mieliśmy ów rok 1993, lata nieco wcześniejsze, potem lata kolejne, no a potem, jak już wiemy, wszystko potoczyło się bardzo, bardzo szybko. Wczoraj na Facebooku trafiłem na pewnego posługującego jak rozumiem w Londynie księdza, a podpisującego się „Bartek Rajewski”. I proszę sobie wyobrazić, że ów ksiądz ogłosił, że oglądanie telewizji publicznej stanowi „grzech ciężki, wołający o pomstę do nieba”.

       Wylądowaliśmy.



czwartek, 8 października 2020

O Matce Boskiej w szatach czarnych i błękitnych, czyli kto się uchowa?

 

       Możliwe bardzo, że ci z nas, którzy mieszkają w Warszawie, sprawę znają bardzo dobrze, gdy chodzi jednak o całą resztę, to albo nie mają o niej bladego pojęcia, albo ewentualnie coś tam może pamiętają z ubiegłorocznych medialnych przepychanek. A zatem z przyjemnością przypomnę w czym rzecz. Otóż jeszcze kilka lat temu pojawił się pomysł, by przeprowadzić rewitalizację warszawskiej Starej Pragi, tak by ona wreszcie odzyskała swoją, może nie aż świetność, ale by się stała bardziej kolorowa. By zrealizować ów pomysł, jak można się było od początku spodziewać,  postanowiono pójść po najtańszej linii oporu i zlecić całą robotę lokalnym artystom. Wśród zatem całego szeregu przeróżnych geszeftów, na czoło wyszedł projekt pod nazwą „Otwarta Ząbkowska”, którego założeniem było najpierw zamknięcie wszelkiego ruchu kołowego na ulicy Ząbkowskiej właśnie, a w dalszej kolejności zorganizowanie tam cyklu przedsięwzięć w wykonaniu szukających jakiejkolwiek roboty artystów. Do projektu dołączyli się pracownicy miejscowego domu kultury „Dorożkarnia”, którzy zorganizowali tak zwany  „Mobilny Warsztat ARTystyczny”, a którego motywem przewodnim było zbudowanie 5 ławeczek, na których będzie można sobie posiedzieć, jednocześnie podziwiając eksplozję młodych talentów. A ja już tak tylko na marginesie zastanawiam się, czy owo wyróżnione wielkimi literami ART pozwoliło organizatorom nieco podbić cenę.

       I oto 8 lipca tego samego roku wspomniany Dom Kultury podpisał umowę o dzieło z niejaką artystką Moniką Rakowską, która za jedyne 1250 zł. zabrała się do pracy. Zaczęła od samej ławeczki, a następnie zaczęła ją przyozdabiać. Z zasuszonych połówek cytryn wykonała szpiczaste kapelusze, pomalowała je na czarno, następnie nalepiła na nie kropki i wreszcie umieściła je na długich trzonkach, w taki sposób by wszystko przybrało wygląd kolonii grzybków halucynogennych, zasadziła je w doniczkach, a wśród nich postawiła szklaną kapliczkę, do której włożyła figurkę Matki Boskiej w czarnych szatach. Część grzybów zdecydowała się Rakowska umieścić również w samej kapliczce, tak by one towarzyszyły Maryi już bardziej bezpośrednio. 

       U stóp kapliczki umieściła zapalniczkę, a wokół niej czarne ptaki, kawałki węgla, gałęzie. Nad kapliczką zawiesiła czarny daszek, a na nim niedojedzony słonecznik, oraz czarną pajęczynę, rynnę, a pod nią miskę. Całość otoczyła płotkiem, na którym została zawiesiła zębatkę od roweru z pojedynczym pedałem. Obok ławeczki postawiła jeszcze stolik z popielniczką, zgniłymi deseczkami, oraz pułapkę na szczury. A w to wszystko jeszcze wrzuciła stare radio. Swoje dzieło przedstawiła zainteresowanym jako symbol symbol kontemplacji i walki o czystość środowiska i zaczęła wyglądać efektów.

      Te nastąpiły niemal natychmiast. Jak się można było spodziewać, u starych warszawiaków instalacja zaczęła prowokować bardzo wrogie reakcje, zwłaszcza że w ciągu paru kolejnych dni w pobliżu ławeczki pojawił się szereg kolejnych artystów, którzy zaczęli ozdabiać cały teren na podobny sposób. Wspomniana wrogość przejawiła się najpierw w tym, że któregoś dnia niezidentyfikowana kobieta rozbiła kapliczkę, zabrała figurkę Matki Boskiej i zbiegła z miejsca zdarzenia. Gdy Rakowska powstawiała szybki na nowo, kolejny ktoś przyszedł pod osłoną nocy i również nowe szybki powybijał. Rakowska oczywiście natychmiast szkodę naprawiła, jednak co gorsza, sprawą zainteresowały się media z obu stron sceny i zarówno Rakowskiej jak i jej instalacji zrobiły odpowiednią reklamę, przedstawiając jedno i drugie albo jako ciężką profanację, albo jako przykład artystycznej wolności w faszystowskim kraju.

       Instalacja Rakowskiej święciła swoje triumfy jeszcze przez jakiś czas, kiedy to zamieszkały w pobliżu pewien nadzwyczaj dzielny człowiek, nieskończenie wdzięczny Matce Boskiej za uratowanie go swego czasu od niechybnej śmierci, nazwiskiem Jan Maciej Piotrowski, nie mogąc dłużej znieść owej demonstracji wulgarnego satanizmu, przyszedł na miejsce ze swoją laską, przy której pomocy najpierw otworzył kapliczkę, delikatnie wyjął figurkę Maryi, równie delikatnie odstawił ją w bezpieczne miejsce, po czym, przy pomocy tej samej laski, rozpiździł w drobny mak owo czarne dzieło czarnej duszy. Następnie, zamiast się ukrywać, stanął na owych pięknych zgliszczach z dumnie wypiętą piersią i powiedział: „To byłem ja”.

        Oczywiście, w tym momencie, występując w imieniu Rakowskiej, Dom Kultury „Dorożkarnia” poinformował media, że zniszczone dzieło warte było 25 tys, zł. i zgłosił naszego wspaniałego wandala na policję, która to, zgodnie z procedurami, skierowała sprawę do Prokuratury Rejonowej dla dzielnicy Warszawa Praga.

        A ja pewnie o tym co się tam stało bym ani nie wiedział, ani tym bardziej dziś o tym nie pisał, gdyby nie fakt, że mój serdeczny kumpel Jan Maciej Piotrowski nie poinformował mnie właśnie o tym, że po roku obradowania, zajmujący się sprawą prokurator zdecydował się sprawę umorzyć, stwierdzając, że Piotrowski to swój gość.

      I teraz, już na sam koniec, kto wie, czy nie to co tak naprawdę stanowi cały sens dzisiejszej notki, a więc fragment uzasadnienia ostatecznego umorzenia:

Okoliczności jego czynu były takie, że instalacja zanim została zniszczona stała się obiektem ożywionej dyskusji w mediach, w których pojawiały się głosy bardzo krytyczne na temat dzieła Moniki Rakowskiej, wskazujące na jego obrazoburczy charakter. Konieczne jest w tym miejscu odwołanie się do opinii biegłego z zakresu religioznawstwa, który stwierdził że ‘figura matki Bożej Niepokalanie Poczętej w otoczeniu grzybków halucynogennych stanowi szyderstwo nie tylko z wizerunku Maryi, ale także z wiary katolickiej i zostało z premedytacją zastosowane. Kpienie i fałszywe przedstawianie świętych wizerunków, którym należy się szacunek, ponieważ odnoszą się one wprost do Boga, stanowi bluźnierstwo, jak podaje Katechizm Kościoła K, nr 2418. W takim razie należy uznać, że figurka Matki Boskiej w otoczeniu grzybków halucynogennych stanowi obrazę uczuć religijnych i promocję wyszydzania wartości chrześcijańskich’. W świetle powyższego jest oczywistym, że czyn podejrzanego można usprawiedliwić w rozumieniu społecznym okolicznościami w jakich się go dopuścił.

Sposób i okoliczności popełnienia przez Jana Piotrowskiego zarzucanego mu czynu są ściśle  powiązane z oceną jego zamiaru i motywacji. Niewątpliwie podejrzany działał z zamiarem bezpośrednim, jednak na ostateczną ocenę strony podmiotowej społecznej szkodliwości czynu wpływa ocena jego motywacji. Nie sposób zaprzeczyć złożonym przez podejrzanego wyjaśnieniom, z których wyłania się obraz osoby doświadczonej przez życie między innymi wypadkiem, w którym mógł stracić życie i który uznaje jako znak dany od Boga

Wyżej opisane złożone przez niego wyjaśnienia uznać należy za wiarygodne nie powodowane jedynie chęcią uniknięcia odpowiedzialności karnej. Dodać trzeba, że są one konsekwentne aksjologiczne. W podejrzanym zrodził się imperatyw moralny zapobiegnięcia dalszemu szerzeniu się profanacji i uznał, że – będąc gotów ponieść pełne konsekwencje –  musi dać wyraz sprzeciwu wobec zgorszeniu. Jego motywacja nie zasługuje na potępienie, a wręcz przeciwnie, w sprawie podejrzanego można dostrzec szlachetne pobudki. Swoistym paradoksem jest to, że przez zachowanie Jana Piotrowskiego, które wypełnia znamiona czynu opisanego w art. 288 §1 kk, Monika Rakowska stała się artystką bardziej znaną. Jak zauważyła biegła z zakresu sztuki współczesnej, ‘szum medialny, jaki wywołuje wystawienie, a najbardziej zniszczenie instalacji, przyniósł autorce realny sukces’. Działanie Jana Piotrowskiego nie wypływało przy tym z odosobnionego przekonania o zaistniałej obrazie uczuć religijnych. Przekonanie to – jak widać w opinii biegłego z zakresu religioznawstwa – było słuszne”.

       Ja zdaję sobie sprawę z tego, że wciąż jesteśmy bardzo daleko od tego by polski wymiar sprawiedliwości wreszcie sprostał wymaganiom cywilizacyjnym, gdzie słowo „cywilizacja” jest rozumiana w sensie podstawowym i znanym od wieków. To jednak orzeczenie i ta decyzja pozwala mi wierzyć, że w jakiś tam jednak sposób trzymamy się odpowiednio upatrzonej drogi i bardzo liczę, że z niej nie zejdziemy.

      A gdy chodzi o to, co potrafi Matka Boża, o czym tu trochę było, spójrzmy może na to zdjęcie:



niedziela, 23 sierpnia 2020

O starciu cywilizacji... na bardzo smutno


Właśnie się dowiedziałem o tragedii jaka wydarzyła się pod Gliwicami i przypomniałem sobie poprzedni tak straszny przypadek, jeszcze w roku 2010, kiedy to pod Nowym Miastem zginęło aż 18 jadących do pracy osób. Niby te 10 lat zmieniły to, że nikt sie nie odważy już zapakować do jednego busa aż tyle osób, jednak owe busy pozostały. Szkoda, że przypomniano nam o tym w tak okropny sposób. Poniżej mój tekst z jesieni 2010 roku.Nie warto było pisać nowego. Można było własciwie tylko zmienić parę szczegółów i wyszłoby na to samo. Nie warto.


      Symboliczna moc tego co się wczoraj wydarzyło pod Nowym Miastem i co się wokół tej katastrofy wciąż dzieje, poraża w stopniu trudnym do opisania. Dla przypomnienia. Właśnie wczoraj, kiedy dla wielu z nas dzień jeszcze nie zdążył się na dobre zacząć, samochód wiozący okolicznych mieszkańców do sezonowej pracy przy zbieraniu jabłek zderzył się z ciężarówką i wszyscy pasażerowie samochodu zginęli. W sumie 18 osób. 18 biednych ludzi, którzy z samego rana zapakowali się do tego ni to busa, ni to samochodu osobowego, stłoczyli się w środku, przysiadając gdzie się dało, na swoich pustych skrzynkach, i w porannej mgle zginęło zgniecionych w tym smutnym wnętrzu. Ci którzy zbierają tego typu informacje twierdzą, że była to największa drogowa katastrofa w najnowszej historii Polski.
      Wbrew temu co można wczoraj i dziś usłyszeć w mediach, bardzo łatwo jest się tu – właśnie ze względu na wspomnianą symbolikę zdarzenia – pokusić o zbyt łatwe refleksje i wyjątkowo oczywiste wnioski. Piszę „wbrew” dlatego, że gdybyśmy mieli podejść do medialnego przekazu w sposób zupełnie świeży, możnaby było sądzić, że stało się zaledwie coś co jest tylko jeszcze jednym smutnym przypadkiem z całej serii niefortunnych katastrof drogowych. Tu gdzieś nie zmieści się w zakręcie autokar, tu gdzieś zaśnie zmęczony kierowca, gdzie indziej znowu jakiś zaćpany mądrala wjedzie z przystanek pełen ludzi. Tak samo też było i w tym Nowym Mieście. Nie do końca wprawdzie wiadomo, czy to zawinił kierowca samochodu, czy może kierowca ciężarówki, czy może tylko mgła, a może całe nieszczęście spowodował fakt, że ci ludzie byli nie przypięci pasami, lub że ich było tam dużo za dużo. Fakt jest taki, że znów dostaliśmy kolejną lekcję tak zwanej kultury jazdy i miejmy dziś tylko nadzieję, że następnym razem wszyscy będziemy mądrzejsi. Tak choćby jak Szwedzi, gdzie za nadmierną prędkość można pójść do pudła.
      Od wczoraj cały niemal publiczny przekaz dokonuje najbardziej chorych piruetów, żeby coś co jest śmiertelnie proste i właściwie może być albo relacjonowane bez żadnego komentarza na okrągło od rana do nocy, albo pokazywane jako przerażająco surrealistyczny portret Polski i Polaków w dobie rozpasanego postępu, pokazać jako kolejną nauczkę adresowaną do tych, którzy wciąż się nie potrafią przystosować. Ja oczywiście rozumiem, że zupełnie przypadkowa czasowa zbieżność wydarzenia tak medialnie nośnego jak wydobycie uwięzionych w Chile górników z tym co się stało na tamtej drodze, stanowi dla współczesnych mediów nie lada kłopot, jednak to co mnie w tym wszystkim zadziwia i poraża – mimo wszystko – to to, jak łatwo one sobie z tym kłopotem poradziły. Oglądałem wczoraj wieczorem telewizję i z prawdziwym przerażeniem zobaczyłem, jak ten świat sparszywiał. Pytanie pozostaje tylko – dlaczego?
      Wczoraj, w komentarzach pod poprzednim wpisem na tym blogu, pojawiło się wspomnienie refleksji jakimi dość niedawno podzielił się ze mną i jeszcze paroma osobami nasz kolega LEMMING. Opowiadał on, jak to jechał samochodem z Warszawy do Katowic i na całej swojej drodze widział nieustannie albo grzybiarzy, albo prostytutki. I mówił też nam, jak to ten obraz przypomniał mu Afrykę, którą jako człowiek szczęśliwie zamożny, miał okazję jakiś czas temu zwiedzać. Opowiadał nam nasz kolega jak dla niego, kiedy on od czasu do czasu przejeżdża swoim samochodem przez nasza Polskę, nie może się oprzeć wrażeniu, że widzi kraj ludzi biednych, żyjących z tego co im da słońce i deszcz, niekiedy niewolników, często kompletnych nędzarzy – opuszczonych przez państwo i zapomnianych przez świat. Pamiętam jak opowiadał mi jeszcze wcześniej, jak w czasie urlopu gdzieś w Polsce podjechał swoim samochodem pod miejscowy sklep, zaparkował go pośród innych, równie szykownych samochodów, wszedł do środka i akurat trafił na dwoje dzieci, które miały ze sobą 2, 60 zł i kupowały kilogram kartofli i dwa jajka.
      Musiało być tak jak on mi mówił. Ziemniaki po dwa złote za kilogram i jajka po 30 gr. za sztukę. Akurat. W sam raz.
      Ale wspominał on też Afrykę, gdzie wszędzie się widzi te busy wożące ludzi tam i z powrotem. Busy wypełnione ludźmi do nieprzyzwoitości, ale tanie, więc dla wielu stanowiące podstawowy środek transportu. Tu zresztą niepotrzebny nam przyjaciel i jego afrykańskie refleksje. Busy, autobusy, pociągi i cholera wie co tam akurat mają, z ludźmi stłoczonymi w środku, lub jeżdżącymi na dachach znamy z pięknych, geograficznych filmów dokumentalnych, które nam serwują lepsze i bardziej ambitne kanały telewizyjne, czy to o Afryce, czy o Indiach, czy może o Ameryce Południowej. Wczoraj, pod Nowym Miastem – tu w samym środku nowoczesnej i niezwykle aspirującej Europy – rozbił się jeden z tych pojazdów. Przez straszny zbieg okoliczności – obok tego szczęśliwego wydobycia górników w Chile – w zupełnie innym wypadku zginęły, mniej więcej w tym samym czasie, dziesiątki osob w zaprzyjaźnionej z nami już na wszelkie możliwe sposoby Ukrainie. Euro 2012 już w przyszłym roku. Będzie pięknie!
      Wczoraj w programie Bogdana Rymanowskiego przez ułamek chwili, zanim przeszliśmy do spraw znacznie poważniejszych, i zanim nadeszła godzina 23 i rozpoczął się czas spraw już poważniejszych najbardziej i przy tym jak najbardziej międzynarodowych, pojawiła się ta katastrofa. Nie mam słów, by opisać wysiłek, jaki zarówno sam Rymanowski jak i zaproszony do udziału w programie Jarosław Gowin włożyli, by nie wspominać, lub wspominać w zakresie minimalnym, ów kulturowy aspekt całej tej tragedii. Gadano coś o drogach, o prędkościach, o busach, o przepisach i ich egzekwowaniu, a kiedy któryś komunistyczny poseł próbował coś wspomnieć o naszej pięknej polskiej nędzy, został natychmiast uspokojony przez prowadzącego redaktora, bo to akurat jest jasne dla wszystkich – że w Polsce jeszcze są miejsca biedniejsze – natomiast dobrze by było się zastanowić, dlaczego u nas nie jest jak w Szwecji. Albo gdzieś.
      Dziś jechałem busem do Mysłowic. Mam tam dwa razy w tygodniu pracę i sobie jeżdżę. Busem, dlatego, że one jeżdżą częściej i są tańsze, no i szybsze. Bus, jak zwykle był zatłoczony, a więc z ludźmi również stojącymi, i naturalnie nikt nie był przypięty pasami, których tam nawet chyba nie ma. Kiedy zbliżaliśmy się już do Mysłowic, zobaczyliśmy jak po przeciwnej stronie drogi patrol policyjny zatrzymuje samochody jadące w stronę Katowic. Nic dziwnego. W końcu jest akcja. Policzyliśmy się z dopalaczami, teraz się weźmiemy za busy. Jak idzie o mnie, być może, kiedy już rząd uzna, że trzeba ten rodzaj transportu zlikwidować, będę tam jeździł dalej, tyle że już publicznymi autobusami. Dalej często na stojąco, a jeśli uda mi się usiąść, to też bez pasów. A jak któregoś dnia zmęczony kierowca, albo mojego autobusa, albo jakiejś nadjeżdżającej ciężarówki zaśnie i dojdzie do katastrofy, to będzie mi już to czy jechałem busem, czy autobusem, czy – tak jak to było w Nowym Mieście – tym nie wiadomo czym, kompletnie obojętne. I to akurat chyba jest jasne nawet dla Jarosława Gowina.
Bo tu w ogóle chodzi o coś zupełnie innego, niż jakieś idiotyczne bezpieczeństwo jazdy. Akurat w tym wypadku mgła, prędkość, bezmyślność kierowców, zły stan dróg jest na dziesiątym miejscu. Nie chodzi ani o to, ani nawet o ten kapitalizm, do którego Gowin, Rymanowski i ich kumple tak tęsknią. To co się liczy najbardziej, to te 18 osób, ten senny poranek i te skrzynki. I te rodziny czekające na te 2,60, żeby można było kupić dwa jajka i kilogram ziemniaków. Te rodziny, które dziś już wiedza, że tych pieniędzy przynajmniej na razie nie będzie. I że nie będzie jeszcze czegoś. I, przepraszam bardzo, ale ja nie mówię o autostradach na Euro2012.
      I myślę, ze oni też to wiedzą. Chyba jednak to wiedzą. Że tu chodzi o coś zupełnie innego, niż o bezpieczeństwo jazdy i wolną przedsiębiorczość. W końcu nie codziennie rozbijają się samochody dostawcze, które zamiast kapusty i buraków wożą ludzi, a jak idzie o wolną przedsiębiorczość, to własnie z czymś mniej więcej tego rodzaju mieliśmy własnie wczoraj do czynienia, czyż nie? Więc oni, kiedy zamiast wzruszać nas losem tych biedaków, postanawiają poświęcić czas na akcję ratunkową w San Jose, doskonale wiedzą co robią i po co. Oni muszą na sto procent wiedzieć, że każda kolejna chwila poświęcona temu samochodowi wiozącemu przez sam środek Europy tych nieszczęsnych biedaków w poszukiwaniu kolejnej złotówki na kartofle i dwa jajka, to gwóźdź do ich trumny. Ich trumny. Skoro jednak tak zdecydowali, to mam nadzieję, że wezmą też pod uwagę fakt, że nazwa tej chilijskiej miejscowości oznacza imię pewnego świętego, a wyciągani po kolei górnicy, pierwsze co robią po wyjściu na powierzchnię, padają na kolana i się modlą do Boga Najwyższego. I że jeśli oni od wczorajszego wieczora postanowili być tacy światowi i pokazują tych bogobojnych ludzi, to tez kopią sobie grób. Sobie. Grób. Bo to są naczynia połączone.




poniedziałek, 15 czerwca 2020

Jak powiedzieć po angielsku "tęskno mi Panie"?

Zainspirowany wydarzeniami związanym z zabójstwem George’a Floyda, oraz nawiązując do występków Brytyjczyków popełnionych przez nich przez wszystkie lata ich istnienia, postanowiłem przypomnieć tekst sprzed lat, zamieszczony w mojej książce o Brytyjskim Imperium i zupełnie niespodziewanie owa notka sprawiła, że zgłosiło się do mnie kilka osób pragnących ową książkę kupić, a ja im ją z prawdziwą przyjemnością wysłałem. W tej sytuacji nie potrafię się powstrzymać przed opublikowaniem tu kolejnego fragmentu, z nadzieją, że w ten sposób uda mi się jeszcze kogoś zachęcić do zakupu. A to powinno każdemu dać autentyczną satysfakcję. Inna sprawa, że chyba jednak bardziej tym, co się interesują językiem.

         Być może niektórzy z nas pamiętają znaną książkę Josepha Hellera „Catch 22”, mistrzowsko wręcz przetłumaczoną na język polski  przez Lecha Jęczmyka, oraz ten jej fragment, z którym ani on sobie nie poradził, ani też nie poradziliby sobie nawet więksi od niego mistrzowie. Najpierw może kontekst. Otóż podczas apelu generał prosi żołnierzy, by jeśli mają jakieś uwagi krytyczne, zgłaszali je bez obaw, na co Clevinger mówi do Yossariana, że on w takim razie pójdzie i im powie, co mu się nie podoba. Yossarian ostrzega swojego kumpla, by tego nie robił, bo zostanie ciężko ukarany, dochodzi do sprzeczki, no i w pewnym momencie Clevinger rzuca zdanie, że jeśli wszystko ma się odbywać zgodnie z zasadami sprawiedliwości, to wojsko nie może uznać go winnym, no i oczywiście ktoś donosi na Clevingera i ten staje przed sądem wojskowym. Może od razu zajrzyjmy do oryginału:
'I didn't say you couldn't punish me, sir.'
'When?' asked the colonel.
'When what, sir?'
'Now you're asking me questions again.'
'I'm sorry, sir. I'm afraid I don't understand your question.'
'When didn't you say we couldn't punish you? Don't you understand my question?'
'No, sir. I don't understand.'
'You've just told us that. Now suppose you answer my question.'
'But how can I answer it?'
'That's another question you're asking me.'
'I'm sorry, sir. But I don't know how to answer it. I never said you couldn't punish me.'
'Now you're telling us when you did say it. I'm asking you to tell us when you didn't say it.'
Clevinger took a deep breath. 'I always didn't say you couldn't punish me, sir.'
'That's much better, Mr. Clevinger, even though it is a barefaced lie. Last night in the latrine. Didn't you whisper that we couldn't punish you to that other dirty son of a bitch we don't like? What's his name? Cadet Clevinger, will you please repeat what the hell it was you did or didn't whisper to Yossarian late last night in the latrine?'
'Yes, sir. I said that you couldn't find me guilty…'
'We'll take it from there. Precisely what did you mean, Cadet Clevinger, when you said we couldn't find you guilty?'
'I didn't say you couldn't find me guilty, sir.'
'When?'
'When what, sir?'
'Goddammit, are you going to start pumping me again?'
'No, sir. I'm sorry, sir.'
'Then answer the question. When didn't you say we couldn't find you guilty?'
'Late last night in the latrine, sir.'
'Is that the only time you didn't say it?'
'No, sir. I always didn't say you couldn't find me guilty, sir.
      I tu, jak widzimy, mamy do czynienia z przypadkiem idiomu językowego, który jest tak unikalny, że tłumacz ma do wyboru już tylko albo zmienić całą scenę na własną, albo z niej zrezygnować, co zresztą Jęczmyk uczynił. Jednak tym razem nie chcę rozmawiać o różnicach językowych, lecz kulturowych i aby temat wprowadzić, opowiem może anegdotę, którą opowiedział mi niedawno zaprzyjaźniony ksiądz. Otóż na początku lat 90 minionego wieku mieszkał w diecezji poznańskiej ksiądz, który przybył tam prosto z Białorusi, posługiwał się przepięknym kresowym akcentem i jeździł samochodem marki Syrena. Były to pierwsze lata naszego polskiego kapitalizmu, a zatem Syren już raczej na ulicach się nie widywało, ów ksiądz jednak się tym nie przejmował i w dalszym ciągu eksploatował swoje auto. Ponieważ jednak ono się nieustannie psuło, ów ksiądz na wszelki wypadek, gdziekolwiek się nim udawał, zakładał na siebie niebieski roboczy kombinezon. Jechał sobie więc któregoś dnia tą swoją Syrenką, kiedy przy drodze zauważył innego księdza czekającego na okazję. Zatrzymał się, ksiądz wsiadł i zaczęła się rozmowa. Okazało się, że spotkany ksiądz udaje się na rekolekcje dla księży, gdzie ma wygłosić kazanie, no i w którymś momencie ów zabrany z drogi ksiądz zapytał kierowcę, czy jest osobą wierzącą.
- O tak, odpowiedział, ksiądz-kierowca. Jestem bardzo wierzący.
Rekolekcjonista się ucieszył i zapytał, kierowcę czy chodzi do kościoła.
- O tak! - ten mu odpowiedział. - Czasem nawet parę razy dziennie.
Rekolekcjonista  ucieszył się jeszcze bardziej i zapytał:
- A czy przyjmuje pan Komunię Świętą?
- O tak! - odpowiedział ksiądz-kierowca. - Ile razy jestem na mszy, przyjmuję Komunię Świętą.
      I tak sobie panowie rozmawiali, w końcu się pożegnali, rekolekcjonista udał się na spotkanie z księżmi, nasz ksiądz wrócił do swoich, no i opowiedział im swoją przygodę. Ci się go oczywiście zapytali, czemu nie powiedział swojemu pasażerowi, że też jest księdzem. Czemu pozwolił mu tkwić w błędzie. Na to ten odpowiedział:
- No wieeeci, ja mu nawet chciał to powiedzić, ale pomyślał soobi, że szkoda by było zmarnować tak piękny przykład duszpasterski.
      Myślę sobie o tej historii i ciekawy jestem, przed jakim to zadaniem stanąłby tłumacz, któremu by przyszło do głowy przetłumaczyć to wszystko na język angielski. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby on się głupio za to wziął i gdyby nawet wykonał tę robotę w sposób super profesjonalny pod względem językowym, ów tekst i tak pozostałby dla angielskiego czytelnika kompletnie niezrozumiały. Kulturowa przepaść bowiem, jaka się rozciąga między Polską, a Anglią jest tak wielka, że tak naprawdę, gdyby ktoś się faktycznie uparł, by tę historię tamtemu czytelnikowi opowiedzieć, to wszystko musiałoby się przede wszystkim dziać w Indiach w latach 30 poprzedniego wieku, bohaterami byłby Anglik i któryś z miejscowych, no i w ogóle rozmowa dotyczyłaby czegoś kompletnie innego.
     Co ja zresztą mówię, Polska i Anglia? Weźmy taką Warszawę i dajmy na to Katowice. Jest taki kawał. Jedzie sobie autobus, na przystanku do autobusu wsiada siostra zakonna i w tym momencie ktoś mówi „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Na to kierowca zatrzymuje pojazd, wstaje, odwraca się w stronę pasażerów i pyta: „Kto to powiedział?” Wszyscy przerażeni milczą, udając że coś piszą na telefonie. Ponieważ jednak kierowca nie zamierza ustąpić, jakaś kobieta wstaje i nieśmiało mówi: „To ja, panie kierowco”. Na to kierowca: „Żeby mi to było ostatni raz, bo wyrzucę z pojazdu, a wy, szanowni państwo, pamiętajcie, że jeśli się spóźnimy to tylko przez tego Kaczora”.
      A teraz spróbujmy opowiedzieć ten kawał komuś z Warszawy, czy Poznania.  Okaże się, że on w ogóle nie zrozumiał już samego początku, włącznie przede wszystkim z tym jakimś tam Jezusem.
      No ale skoro już z zamierzchłych czasów Imperium Brytyjskiego, przeszliśmy tak gładko do współczesnej Polski, zajrzyjmy może do innego imperium i do wbrew pozorom jeszcze bardziej zamierzchłych czasów, niektórym z nas paradoksalnie znanych aż nazbyt dobrze. Oto fragment niefortunnie zapomnianej już dziś kompletnie książeczki Jacka Fedorowicza  zatytułowanej „W zasadzie tak”. Oto jej fragment:
      W restauracji  n i e  w o l n o  p i ć  a l k o h o l u.
        Wiem, ze namawianie do niepicia jest głosem wołającego na puszczy. Ale będę wołał. Pić alkohol można w domu, od biedy można w bramie lub na plaży. Pod żadnym pozorem nie wolno pić w restauracji. Człowiek pijący w restauracji naraża się na ruinę finansową, bo zapłaci rachunek dwu- lub trzykrotnie większy niezależnie od tego ile zjadł i wypił, naraża się ponadto na krzywdy moralne i fizyczne, bo jako pijany ma co prawda ogólna sympatię społeczeństwa, ale niech nie zapomina, że jest  w y j ę t y  s p o d  p r a w a.
       Niech no tylko spróbuje zaprotestować przy dubeltowym rachunku. Telefon na pogotowie milicyjne i koniec. Proszę pamiętać, że kelner, portier, szatniarz (a także: konduktor, kierowca, kontroler, babka klozetowa, listonosz, bileter) są  w  e w e n t u a l n y m  s p o r z e  s t r o n ą  r e p r e z e n t u j ą- c ą  p l a c ó w k ę  p a ń s t w o w ą,  a  p i j a n y  j e s t  p i j a- n y,  choćby wypił tylko pół kieliszka i jako taki nigdy nie ma racji. Jego zeznań po prostu nie bierze się pod uwagę”.
      I ten tekst również można bardzo łatwo przetłumaczyć na język angielski, jednak chyba sami już widzimy, że to by było pewnie jeszcze bardziej bezcelowe, niż miałoby to miejsce w przypadku wcześniejszym.
      Jak zatem wygląda sytuacja odwrotna, gdy to my chcemy sobie poczytać o tym, co tam się dzieje, czy działo w Imperium Brytyjskim. Oczywiście pewnych problemów uniknąć się nie da, jednak różnica jest taka, że z jakiegoś powodu myśmy zawsze byli bardziej zainteresowani tamtym światem, a zatem konsekwentnie, nawet jeśli czytamy o czymś co pozostaje dla nas kompletną egzotyką, jesteśmy w stanie nie dość, że wiele z tego zrozumieć, to wręcz się tym autentycznie zainteresować. Popatrzmy więc może na Anglików żyjących w czasie gdy Imperium stanowiło wciąż jeszcze Imperium, tak jak to opisał wybitny autor Roald Dahl, opisując swój rejs statkiem z Londynu do ówczesnej Tanganiki. Pomijam tu akurat fakt, że Dahl to nie do końca Brytyjczyk, więc przynajmniej miał w sobie tyle otwartości, by nam te kwestie nieco przybliżyć, ale mimo to refleksje się pojawiają.
I had never before encountered that peculiar Empire-building breed of Englishman who spends his entire life working in distant corners of British territory. Please do not forget that in 1930s the British Empire was still very much the British Empire, and the men and women who kept it going were a race of people that most of you have never encountered and now you never will. I consider myself very lucky to have caught a glimpse of this rare species while it still roamed the forests and foot-hills of the earth, for today it is totally extinct
More English than the English, more Scottish than the Scots, they were the craziest bunch of humans I shall ever meet.”
      Dalej jest już o samym języku, ale do tego dopiero dojdziemy.

Tych rozdziałów jest całe mnóstwo, a ten jest wyłącznie na zachętę. Polecam serdecznie i namawiam do kupowania tej książki bezpośrednio u mnie. Egzemplarze, którymi dziś handluje Klinika Języka już od dawna nie są w żadnej mierze moją sprawą. Kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...