Pokazywanie postów oznaczonych etykietą azrael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą azrael. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Kim Ty byłeś, Azraelu?

Wczoraj, przy okazji notki zadedykowanej Piotrowi Wielguckiemu, zaproponowałem zagadkę związaną z pewnym zdjęciem. Prawidłowe odpowiedzi, jak zresztą należało się spodziewać – starzy czytelnicy tego bloga Internetu używają wyłącznie w celach praktycznych – nadeszły ze stony użytkowników Twittera, no a wraz z nimi pojawiła się postać zmarłego przed kilku laty blogera Azraela. Ponieważ wspomnienie tego człowieka wywołało pewne poruszenie, obiecałem kolejną notkę poświęcić właśnie jemu, a to mnie prowadzi do wspomnień. W związku z tym przypominam tekst sprzed wielu, wielu lat. I niech się Matce Kurce nie wydaje, że w ten sposób jego osoba została odstawiona na boczny tor. On tu żyje pełnią swych talentów i talentów swoich zmarłych towarzyszy.

      Słowo honoru, że plan był zupełnie inny, tak się jednak porobiło, że trzeba było gwałtownie zmienić temat i to mimo tego, że o zmarłych – z wyjątkiem oczywiście Wojciecha Jaruzelskiego, Adolfa Hitlera, Włodzimierza Lenina, Myry Hindley, Floriana Siwickiego, Heleny Wolińskiej, Edmunda Kolanowskiego, Jerzego Vaulina, doktora Menegle, Józefa Stalina, Kaliguli i tych kilku jeszcze, co wciąż jakoś ciągną, ale też niedługo kopną w kalendarz – mówi się wyłącznie albo dobrze, albo w ogóle, tylko co robić w sytuacji, kiedy nie mówić nie wypada, a mówić dobrze tym bardziej? Albo jeszcze inaczej: co robić w sytuacji, gdy mówić źle nie wolno, nie mówić stanowi uderzającą małostkowość, a gdzie się człowiek nie obejrzy, wszyscy gadają i to wyłącznie dobrze? Jakby się czegoś najedli.
      Zmarł bloger Azrael, tym, którzy wolą jednak wiedzieć, z kim mają przyjemność, znany jako Azrael Kubacki, a tak naprawdę, jak się dziś okazuje, zwykły Jacek Gotlib, i najpierw o jego odejściu informuje znana nam aż nazbyt dobrze posłanka Platformy Obywatelskiej Ligia Krajewska, za Krajewską Onet, za Onetem „Wyborcza”, za „Wyborczą” poseł Andrzej Rozenek, za Rozenkiem TVN24, za TVN-em ambasador Stanów Zjednoczonych, za ambasadorem Igor Janke, no a dalej to już wszelka możliwa internetowa drobnica. Kolejność zresztą mogła być nieco inna, ale jakież to ma znaczenie w obliczu majestatu śmierci, zwłaszcza gdy nikt z płaczących nawet nie wydusi z siebie imienia Latającego Potwora Spaghetti, wszyscy natomiast wciąż nudzą na temat jakiegoś „Boga”.
      Po raz pierwszy dowiedziałem się, że Azrael jest chory, kiedy Donald Tusk, aby pokazać, jaki jest otwarty na głos niezależnej opinii, zaprosił do siebie wybranych blogerów i tam, obok między innymi naszego kumpla Rybitzky’ego pojawił się z obandażowaną głową Azrael właśnie, a informacja była taka, że jego pojawienie się na gwizdek premiera Tuska było szczególnym wyrzeczeniem, bo ledwo co miał on ową głowę operowaną i właściwie, zamiast się lansować, powinien leżeć. Drugi raz usłyszałem o Azraelu – nie o jego chorobie, ale w ogóle o Azraelu – parę tygodni temu, kiedy blogerka Jankowska poinformowała w Salonie24, że właśnie ów Azrael do niej dzwonił i poprosił, by wszystkich pozdrowić, bo on być może będzie za chwilę umierał. Ponieważ zdziwiło mnie to, że ktoś taki jak Azrael ma numer do Jankowskiej, postanowiłem sprawdzić, co u niego, gdy chodzi o blogowanie, trafiłem na blog, który, jak się okazuje, on w najlepsze w tajemnicy przed światem prowadził i zwróciłem uwagę na trzy rzeczy: pierwsza to taka, że on faktycznie od czasów, kiedy się znaliśmy, nie przestał pisać, druga taka, że jego już praktycznie nikt nie czytał, no i że jest członkiem tak zwanego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti i chodzi w durszlaku na łbie.
      Dziś wiem już, że się myliłem, lub raczej miałem informacje bardzo niepełne. Otóż on faktycznie gadać nie przestał, faktycznie nosił ten durszlak, rzeczywiście nikt go nie słuchał, natomiast radził sobie do tego stopnia fantastycznie, że nie tylko Jadwiga Jankowska była jego koleżanką, nie tylko regularnie bywał w rezydencji ambasadora Stanów Zjednoczonych, to jeszcze kiedy umarł, głos musiały zabrać wszystkie główne polskie media z przyszłym prezydentem Andrzejem Dudą na dokładkę.
      Umarł Azrael, a ja dziś z jednej strony słyszę, że większość zwykłych komentatorów w ogóle nie ma pojęcia, że ktoś taki kiedykolwiek istniał, a z drugiej cały mainstream krzyczy, że zmarł jeden z najsłynniejszych i najznakomitszych blogerów, i czuję, że nie mogę milczeć. Pozwolę więc sobie może najpierw przypomnieć notkę, jaką na jego cześć zamieściłem w swoim „Elementarzu”:
      „Azrael – O tym blogerze, podobnie jak o Katarynie czy Matce Kurce, usłyszałem jeszcze zanim zacząłem sam blogować. Może nawet jeszcze zanim się na dobre zorientowałem, co to takiego są te blogi. A więc kiedy przyszedłem do Salonu24, teksty Azraela były jednymi z pierwszych, które czytałem. I przyznam uczciwie, że intensywność tego głupstwa zrobiła na mnie takie wrażenie, że postanowiłem pod każdą kolejną jego notką zostawiać komentarz zaczynający się od słów ‘Azraelu, o Azraelu!’, a stanowiący wezwanie do opamiętania. Azrael nie opamiętał się nigdy, tyle tylko, że podczas przyjęcia z okazji trzecich urodzin Salonu, kiedy spokojnie gawędziłem sobie z Redpillem przy piwie i golonce, podszedł do nas z blogerem Ziggim i bardzo mnie prosił, żebym przyznał, że to co ja piszę, to taki żart i prowokacja. Obaj byli tak natarczywi, że zmuszony byłem ich poprosić, by się ode mnie i mojej golonki odpieprzyli. O dziwo, niższy niż można przypuszczać”.
      A teraz, byśmy do końca wiedzieli, w czym rzecz, notka z tego samego „Elementarza” na temat owego Ziggiego, który do czasu gdy zmarł Azrael był mniej więcej tak samo sławny i wybitny jak on, no a dziś, wiadomo, tu ambasador, tam TVN, tam Gazownia, tu Duda, a więc żartów nie ma:
      „Ziggi – Kiedy zacząłem prowadzić bloga, on już tam był. Wyjątkowo niesympatyczna postać. Pisał chyba dość dużo, raczej kiepsko, za to poziom zimnej nienawiści budził zawsze pewne zainteresowanie. Ktoś go kiedyś wytropił na blogu byłych pracowników SB, a więc możliwe, że to ktoś od nich. Spotkałem go na trzecich urodzinach Salonu. Akurat stałem sobie w ubikacji i siusiałem do pisuaru, gdy on mnie zaszedł od tyłu i zaczął mnie wypytywać o moje poglądy i ich szczerość. Przepędziłem go, a on jeszcze parę razy wracał. Ostatni raz z Azraelem. Więcej już go nie spotkałem”.
      A więc tak to było. Dziś, skoro jest po temu okazja, podzielę się jeszcze jedną refleksją, której w „Elementarzu”, nie wiedzieć właściwie czemu, nie ujawniłem. Otóż, kiedy Azrael przyszedł do mnie wówczas z owym Ziggim i zaczęli mi jeden przez drugiego tłumaczyć, że ja jestem za dobry, żeby się tak marnować, autentycznie się wystraszyłem. Wystraszyłem dokładnie tak samo, jak wiele, wiele lat wcześniej, kiedy zostałem wezwany na Komendę Milicji Obywatelskiej w Sosnowcu z propozycją współpracy. Wystraszyłem się, ponieważ to co mówili, jak wyglądali i jak się zachowywali wskazywało na to, że to są zwykli milicjanci.
      Dziś Azrael nie żyje, a ja czytam na Twitterze wspomnienie ambasadora Stanów Zjednoczonych o tym, jak ów Azrael jeszcze w grudniu minionego roku był u niego w rezydencji z wizytą. A potem widzę, jak oni dotarli aż do Andrzeja Dudy i myślę sobie, że muszę dać świadectwo, a ono jest takie, że Azrael to członek Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, którego blog rejestrował jakieś 100 do 200 odsłon dziennie, a którego dziś żegnają wszyscy, i ja, cholera ciężka, nie jestem w stanie pojąć, kim on był. I nie ma mowy, bym zakończył ten tekst czymś w rodzaju „Niech Dobry Bóg przyjmie go do Swojego Królestwa”, bo wiem na pewno, że jedno tego typu słowo, a dzisiejszej nocy obudzę się z wrzaskiem. I to będzie jego robota. Ponieważ jednak głupio jakoś tak kończyć na sucho, pragnę skierować apel do opłakujących Azraela współwyznawców: zdejmijcie z łbów te durszlaki. One ewidentnie szkodzą na głowę.

      Tekst ten powstał jeszcze kilka lat temu, kiedy Andrzej Duda był jeszcze przed swoimi najważniejszymi wyborami w życiu, a myśmy tu już wiedzieli, że wyjdzie z nich ze złotą tarczą. Mam nadzieję, że od tego czasu odczepił te sznurki, za które ktoś - jak wspomniałem, Diabeł jeden wie, kto - wtedy próbował pociągać.


sobota, 11 kwietnia 2015

Kim byłeś, Azraelu?

Słowo honoru, że plan był zupełnie inny, tak się jednak porobiło, że trzeba było gwałtownie zmienić temat i to mimo tego, że o zmarłych – z wyjątkiem oczywiście Wojciecha Jaruzelskiego, Adolfa Hitlera, Włodzimierza Lenina, Myry Hindley, Floriana Siwickiego, Heleny Wolińskiej, Edmunda Kolanowskiego, Jerzego Vaulina, doktora Menegle, Józefa Stalina, Kaliguli i tych kilku jeszcze, co wciąż jakoś ciągną – mówi się wyłącznie albo dobrze, albo w ogóle, tylko co robić w sytuacji, kiedy nie mówić nie wypada, a mówić dobrze tym bardziej? Albo jeszcze inaczej: co robić w sytuacji, gdy mówić źle nie wolno, nie mówić stanowi uderzającą małostkowość, a gdzie się człowiek nie obejrzy, wszyscy gadają i to wyłącznie dobrze? Jakby się czegoś najedli.
Zmarł bloger Azrael, tym, którzy wolą jednak wiedzieć, z kim mają przyjemność, znany jako Azrael Kubacki, a tak naprawdę, jak się dziś okazuje, zwykły Jacek Gotlib, i najpierw o jego odejściu informuje znana nam aż nazbyt dobrze posłanka Platformy Obywatelskiej Ligia Krajewska, za Krajewską Onet, za Onetem „Wyborcza”, za „Wyborczą” poseł Andrzej Rozenek, za Rozenkiem TVN24, za TVN-em ambasador Stanów Zjednoczonych, za ambasadorem Igor Janke, no a dalej to już wszelka możliwa internetowa drobnica. Kolejność zresztą mogła być nieco inna, ale jakież to ma znaczenie w obliczu majestatu śmierci, zwłaszcza gdy nikt z płaczących nawet nie wydusi z siebie imienia Latającego Potwora Spaghetti, wszyscy natomiast wciąż nudzą na temat jakiegoś „Boga”.
Po raz pierwszy dowiedziałem się, że Azrael jest chory, kiedy Donald Tusk, aby pokazać, jaki jest otwarty na głos niezależnej opinii, zaprosił do siebie wybranych blogerów i tam, obok między innymi naszego kumpla Rybitzky’ego pojawił się z obandażowaną głową Azrael właśnie, a informacja była taka, że jego pojawienie się na gwizdek premiera Tuska było szczególnym wyrzeczeniem, bo ledwo co miał on ową głowę operowaną i właściwie, zamiast się lansować, powinien leżeć. Drugi raz usłyszałem o Azraelu – nie o jego chorobie, ale w ogóle o Azraelu – parę tygodni temu, kiedy blogerka Jankowska poinformowała w Salonie24, że właśnie ów Azrael do niej dzwonił i poprosił, by wszystkich pozdrowić, bo on być może będzie za chwilę umierał. Ponieważ zdziwiło mnie to, że ktoś taki jak Azrael ma numer do Jankowskiej, postanowiłem sprawdzić, co u niego, gdy chodzi o blogowanie, trafiłem na blog, który, jak się okazuje, on w najlepsze w tajemnicy przed światem prowadził i zwróciłem uwagę na trzy rzeczy: pierwsza to taka, że on faktycznie od czasów, kiedy się znaliśmy, nie przestał pisać, druga taka, że jego już praktycznie nikt nie czytał, no i że jest członkiem tak zwanego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti i chodzi w durszlaku na łbie.
Dziś wiem już, że się myliłem, lub raczej miałem informacje bardzo niepełne. Otóż on faktycznie gadać nie przestał, faktycznie nosił ten durszlak, rzeczywiście nikt go nie słuchał, natomiast radził sobie do tego stopnia fantastycznie, że nie tylko Jadwiga Jankowska była jego koleżanką, nie tylko regularnie bywał w rezydencji ambasadora Stanów Zjednoczonych, to jeszcze kiedy umarł, głos musiały zabrać wszystkie główne polskie media z przyszłym prezydentem Andrzejem Dudą na dokładkę.
Umarł Azrael, a ja dziś z jednej strony słyszę, że większość zwykłych komentatorów w ogóle nie ma pojęcia, że ktoś taki kiedykolwiek istniał, a z drugiej cały mainstream krzyczy, że zmarł jeden z najsłynniejszych i najznakomitszych blogerów, i czuję, że nie mogę milczeć. Pozwolę więc sobie może najpierw przypomnieć notkę, jaką na jego cześć zamieściłem w swoim „Elementarzu”:
„Azrael – O tym blogerze, podobnie jak o Katarynie czy Matce Kurce, usłyszałem jeszcze zanim zacząłem sam blogować. Może nawet jeszcze zanim się na dobre zorientowałem, co to takiego są te blogi. A więc kiedy przyszedłem do Salonu24, teksty Azraela były jednymi z pierwszych, które czytałem. I przyznam uczciwie, że intensywność tego głupstwa zrobiła na mnie takie wrażenie, że postanowiłem pod każdą kolejną jego notką zostawiać komentarz zaczynający się od słów ‘Azraelu, o Azraelu!’, a stanowiący wezwanie do opamiętania. Azrael nie opamiętał się nigdy, tyle tylko, że podczas przyjęcia z okazji trzecich urodzin Salonu, kiedy spokojnie gawędziłem sobie z Redpillem przy piwie i golonce, podszedł do nas z blogerem Ziggim i bardzo mnie prosił, żebym przyznał, że to co ja piszę, to taki żart i prowokacja. Obaj byli tak natarczywi, że zmuszony byłem ich poprosić, by się ode mnie i mojej golonki odpieprzyli. O dziwo, niższy niż można przypuszczać”.
A teraz, byśmy do końca wiedzieli, w czym rzecz, notka na temat owego Ziggiego, który do czasu gdy zmarł Azrael był mniej więcej tak samo sławny i wybitny jak on, no a dziś, wiadomo, tu ambasador, tam TVN, tam Gazownia, tu Duda, a więc żartów nie ma:
„Ziggi – Kiedy zacząłem prowadzić bloga, on już tam był. Wyjątkowo niesympatyczna postać. Pisał chyba dość dużo, raczej kiepsko, za to poziom zimnej nienawiści budził zawsze pewne zainteresowanie. Ktoś go kiedyś wytropił na blogu byłych pracowników SB, a więc możliwe, że to ktoś od nich. Spotkałem go na trzecich urodzinach Salonu. Akurat stałem sobie w ubikacji i siusiałem do pisuaru, gdy on mnie zaszedł od tyłu i zaczął mnie wypytywać o moje poglądy i ich szczerość. Przepędziłem go, a on jeszcze parę razy wracał. Ostatni raz z Azraelem. Więcej już go nie spotkałem”.
A więc tak to było. Dziś, skoro jest po temu okazja, podzielę się jeszcze jedną refleksją, której w „Elementarzu”, nie wiedzieć właściwie czemu, nie ujawniłem. Otóż, kiedy Azrael przyszedł do mnie wówczas z owym Ziggim i zaczęli mi jeden przez drugiego tłumaczyć, że ja jestem za dobry, żeby się tak marnować, autentycznie się wystraszyłem. Wystraszyłem dokładnie tak samo, jak wiele, wiele lat wcześniej, kiedy zostałem wezwany na Komendę Milicji Obywatelskiej w Sosnowcu z propozycją współpracy. Wystraszyłem się, ponieważ to co mówili, jak wyglądali i jak się zachowywali wskazywało na to, że to są zwykli milicjanci.
Dziś Azrael nie żyje, a ja czytam na Twitterze wspomnienie ambasadora Stanów Zjednoczonych o tym, jak ów Azrael jeszcze w grudniu minionego roku był u niego w rezydencji z wizytą. A potem widzę, jak oni dotarli aż do Andrzeja Dudy i myślę sobie, że muszę dać świadectwo, a ono jest takie, że Azrael to członek Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, którego blog rejestrował jakieś 100 do 200 odsłon dziennie, a którego dziś żegnają wszyscy, i ja, cholera ciężka, nie jestem w stanie pojąć, kim on był. I nie ma mowy, bym zakończył ten tekst czymś w rodzaju „Niech Dobry Bóg przyjmie go do Swojego Królestwa”, bo wiem na pewno, że jedno tego typu słowo, a dzisiejszej nocy obudzę się z wrzaskiem. I to będzie jego robota. Ponieważ jednak głupio jakoś tak kończyć na sucho, pragnę skierować apel do opłakujących Azraela współwyznawców: zdejmijcie z łbów te durszlaki. One ewidentnie szkodzą na głowę.



Jeśli ktoś się zainteresował, „Elementarz” jest do nabycia w księgarni pod adresem: http://coryllus.pl/?page_id=69 za jedyne 15 zł. plus przesyłka. Do niego można domówić choćby książkę o języku angielskim, lub rock and rollu i wyjdzie taniej.




czwartek, 1 maja 2008

O eleganckim galopowaniu, czyli uczył Marcin Marcina

Przede mną, na stronie głównej Salonu, wpis Galopującego Majora – po przejściu do Onetu Azraela, ostatniej prawdziwie kultowej postaci Salonu. Tym razem jednak nie o tępych Polakach, nie o pazernym Kościele, nie o chorych z nienawiści pisiakach. Dziś, o języku debaty i o deficycie elegancji.
Major Galopujący (czyż tak nie brzmi lepiej) pisze tak:
“Fetyszyzowana rozmowa w Internecie przebiega wedle pewnych schematów, standardów, siłą jej rzadko jest erudycja, czy też urok osobisty, częściej chamstwo i typowe blagierstwo. W rozmowie nie używa się argumentów tylko standardowych erstycznych sztuczek zwanych przeze mnie cepami, bo tak jak cepami, tak i owymi sztuczkami macha się w sieci na blogach." (wszystkie cytaty z zachowaniem pisowni oryginalnej)
Major Galopujący, przystępując do misji przekazania ordynarnym uczestnikom Salonu nauki na temat “erudycji, czy też uroku osobistego”, kontynuuje wieloletnie już dzieło, zapoczątkowane jeszcze w początkach III RP przez tak wybitnych piewców kultury i szacunku dla drugiego człowieka, jak, zmarli już, mistrzowie gatunku, Andrzej Szczypiorski, czy Jacek Kuroń.
Ja pamiętam do dziś, jak kiedyś, właśnie w owych początkach, w telewizyjnym studio, pewien wrażliwy dziennikarz spytał Jacka Kuronia, dlaczego podał rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jacek Kuroń, człowiek z gruntu dobry i łagodny, odpowiedział bez namysłu, że od czasu, jak kiedyś podał rękę jednemu zbrodniarzowi hitlerowskiemu, z którym siedział w jednej celi – podaje już wszystkim. Więc i Kaczyńskiemu.
Więc, jak mówię, tradycja, która dziś determinuje postawę Majora Galopującego, jest barwna i mocna. No i nie ginie.
co mi chodzi? Ponieważ Major Galopujący ubolewał nad językiem i treścią, a ja miałem podejrzenia, że to jego ubolewanie jest marnego pochodzenia, nawet nie przejrzałem kilku jego wpisów w Salonie, lecz zaledwie jeden – ostatni.
Oto wybrane fragmenty słów pana Majora:
“Za każdym razem gdy słyszę: katolik, odruchowo się łapie za portfel, tudzież nerwowo spoglądam przez ramię. A nuż bowiem jakiś sługa Boży zacznie mi swawolnie szeptać do ucha o śmierc w Wenecji."
“Zdaje sobie sprawę z tego ile bólu i cierpienia musi kosztować Artura Boruca dzień jego powszedni w Szkocji, skoro zdecydował się paradować w koszulce z Ojcem Świętym na Celtic Park.”
Co to za różnica czy arcybiskupem zostanie biskup walący wódę w Charkowie, biskup od afery prania brudnych pieniędzy, biskup kapuś czy wreszcie biskup macający ministrantów?”
“Nie chciałbym, żeby Maryla czy inna prawicowa hołota mi się tu pałętała na blogu.”
Właściwie niepotrzebnie cytowałem tylko fragmenty. Bo poza tym, co powyżej, nie ma już wiele więcej. Sam wpis jest bardzo malutki.
I oczywiście mógłbym teraz zwrócić się do Majora Galopującego z pytaniem, co by sobie pomyślał o mnie i o moim czysto ludzkim formacie, gdybym ja, w którymś miejscu na moim blogu napisał, że jak słyszę słowo "żyd", albo "muzułmanin", albo "metodysta", albo i "ateista", to łapię się za kieszeń, albo uciekam do pierwszej lepszej bramy?
Nie zapytam go o to, bo Major jest bardzo inteligentny i na pewno jakoś mi to wszystko ładnie wytłumaczy, a ja po prostu już go nie mogę słuchać.
Więc chciałbym tylko podzielić się kilkoma myślami i kilkoma podejrzeniami. Otóż, jak już wspomniałem, wpis, którego fragmenty tak pięknie zdobią tę internetową stroniczkę jest króciutki. Jak jednak wiele mówiący, prawda?
I jakież pytania prowokujący. Na przykład, bardzo chciałbym, zanim umrę, dowiedzieć się, jaki to typ mentalności stoi za tymi dziwnymi ludźmi, którzy od lat tworzą awangardę chamstwa, agresji, czy zwykłej nikczemności, a jednocześnie z tak niezwykłą zaciętością walczą o czystość debaty?
Co to za przedziwnie pokręcone intelekty każą mi biadolić nad moją rzekomą nieuczciwością i bić się w moją nędzną pierś skrywająca serce, podobno wypełnione czarną i brunatną nienawiścią, kiedy one same nie są w stanie poprowadzić jednej prostej dyskusji bez precyzyjnego pokazania, co sądzą o wszystkich, którzy myślą inaczej.
Od osiemnastu ponad lat, język publicznej debaty jest programowany przez super niegrzecznych intelektualistów i ich równie niegrzecznych uczniów z jednego, bardzo wpływowego kącika politycznej sceny.
A wszyscy pozostali uczestnicy tej debaty mają, nie dość, że znosić nieustanne podłości, to jeszcze wysłuchiwać regularnych nauk, na temat tego, co jest ładne, co sympatyczne, co merytoryczne, a co słuszne. A co nie.
Chciałbym kiedyś to zrozumieć. Boję się jednak, że wśród tylu niewyjaśnionych zagadek wszechświata, pozostaną i takie dziwolągi, jak Major Galopujący i jego kręte myśli.

sobota, 29 marca 2008

Jarosław i Lech Kaczyńscy a sprawa Polska

Redaktor Jan Wróbel ponownie zabrał głos w sprawach dla Kraju najistotniejszych i oczywiście fakt ten został już w naszym Salonie odnotowany. Reakcje są dwojakie: jedni mówią: "Brawo, dobrze mówi", a inni odwrotnie: "Fe, mówi brzydko".
Mnie by bardziej może interesowało to, że redaktor Wróbel w ogóle mówi i mówi na tematy, które powinny dla niego stanowić problem ściśle egzotyczny. No bo pomyślcie sobie Państwo, co by to było, gdybym ja, przy mojej powszechnie znanej stronniczości, nagle zaczął wzywać władze i wyborców na przykład PSL-u, żeby pozbyli się Waldemara Pawlaka, bo on szkodzi ruchowi ludowemu w Polsce i to moim zdaniem jest bardzo niedobre.
Na ile się orientuję, Jan Wróbel ani przez moment nie był ani członkiem PC, ani tym bardziej członkiem PiS-u, mam wrażenie, że chyba nawet nie głosował na PiS w ostatnich wyborach, a tu nagle zaczyna się zachowywać tak, jakby kondycja partii Jarosława Kaczyńskiego miała nie dawac mu spać, no a spać trzeba.
Mogłbym więc w tym momencie poradzić red. Wróblowi: jeśli chce Pan wesprzeć konserwatywne skrzydło na polskiej scene politycznej, niech Pan albo wstąpi do PO i robi co chce, albo wstąpi do tego dziwnego jakiegoś ruchu, który założył Kazimierz Ujazdowski i też robi, co chce, założy wreszcie na przykład z red. Wołkiem i Lechem Wałęsą nowe ugrupowanie i też niech robi dalej, co mu się zamarzy.
Nie powiem tak jednak, bo jestem absolutnie pewien, że Jan Wróbel ma co innego w głowie. On nie chce brać udziału. On nie chce za bardzo się przemęczać. On chce komentować i to komentować tak, żeby w polu jego intelektualnego zainteresowania nie musiał się pętać Jarosław Kaczyński. Bo to go za bardzo absorbuje i zakłóca jego umysłową równowagę.
I w tym akurat redaktor Wróbel jet nieodosobniony. Od paru lat każdy, kto choćby minimalnie zwraca uwagę na to, co się dzieje obok poza serialem "M jak miłość" wie, że Jarosław Kaczyński i nikiedy też jego brat, prezydent, stali się problemem narodowym. Można wręcz odnieść wrażenie, że Polska bez codziennego analizowania postępowania i planów Jarosłąwa Kaczyńskiego jest krajem niepełnym. Jest jasne jak słońce, że dopóki Jarosław Kaczyński będzie istniał i działał, trzeba będzie o tym nieustannie ględzić, a ględzenie ustanie dopiero gdy Jarosław Kaczyński istnieć przestanie.
Dziś w Salonie kultowa już osobistość, niejaki Azrael pisze:
Lech Kaczyński to taki przykład miernoty politycznej, sztucznie wykreowanej przez jego brata, który robił do tej pory za spin doctora i machera politycznego, aż go wywindował na stołek prezydenta 36 milionowego państwa. Miernota polityczna, miernota intelektualna (jak większość polskich polityków), z predyspozycjami może do pracy naukowej na drugorzędnym uniwersytecie, zawsze wycofany wobec swojego brata, który ma z kolej przerosty ambicji – być ciągnięty za uszy, ku czemuś co go przerasta mentalnie i intelektualnie.
Przepraszam, ale - że pominę już kompletnie chaotyczność gramatyczną, składniową i logiczną powyższej wypowiedzi (dziwne jak na osobę o tak uniwersalnych ambicjach) - cóż to szanownego Azraela - najzwyklejszego komunistę - obchodzi mierność intelektualna Lecha Kaczyńskiego, poza tym, że od czasu do czasu dzięki niej może sobie popluć? Nie podoba mu się prezydent, niech wystartuje w przyszłych wyborach i wygra. Ewentualnie niech zorganizuje jakiś komitet wyborczy na rzecz Sławka Sierakowskiego i niech go promuje. Albo niech się wreszcie zamknie.
Czy ja mam w związku z tą nową modą zacząć publikować w Salonie rozważania na temat stanu umysłu premiera Zapatero? Albo spekulować, jakby to było lepiej, gdyby Lenin postąpił kiedyś tam inaczej niż postąpił.
I tym samym wracam do osoby pana Jana Wróbla. Panie Redaktorze, niech Pan przestanie. Niech Pan sobie żartuje dalej na temat minionego tygodnia na łamach Dziennika, albo idzie się spotkać z kolegami i porozmawia z nimi, jak to dobrze było za AWSu, albo jeszcze wcześniej za politycznego panowania szefa Urzędu Rady Ministrów, Jana Marii Rokity.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...