Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Orwell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Orwell. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 grudnia 2024

Za co libreałowie szanują George'a Orwella i Margaret Atwood

 

        Jak niektórzy z nas pewnie wiedzą, tuż za naszym oknem, po przeciwnej stronie ulicy stoi sobie piękny kościół, który od wielu, wielu lat jest naszym kościołem. Przez wiele z tych lat, on też był kościołem naszego psa, w tym sensie, że ten, ile razy słyszał bicie jego dzwonów, wył długo i rozpaczliwie, a myśmy mówili mu, że jest wstrętnym esbekiem, libkiem i lewakiem. Od kilku jednak lat dzwony w naszym kościele milczą, bo jak się dowiedziałem od naszego księdza, najpierw pojawiły się jakieś zastrzeżenia od architekta miejskiego w sprawie kościelnej wieży, potem polecenie przeprowadzenia remontu, no a parę dni temu powiedział mi ksiądz, że  dzwony najprawdopodobniej już nie wrócą, bo okoliczni mieszkańcy gremialnie wysyłają do Kurii i do miasta listy protestacyjne z żądaniem wyłączenia dzwonów, bo od tego hałasu oni już tracą zdrowie. Ale nie tylko to. Powiedział mi jeszcze ksiądz, że z tego co mu wiadomo, akcja przeciwko dzwonom kościelnym ma miejsce nie tylko tu w Katowicach, nie tylko na Śląsku, ale w ogóle w całej Polsce i wygląda na to, że niedługo, one zostaną wyłączone już wszędzie, z wyjątkiem może niektórych wiosek na wschodzie.

          A ja, jeszcze w czasie rozmowy z księdzem, przypomniałem sobie jeden z najlepiej przez mnie zapamiętanych fragmentów powieści George’a Orwella „Rok 1984”, gdzie Winston w pewnej chwili przypomina sobie starą dziecięcą piosenkę:

„Oranges and lemons,
Say the bells of St. Clement's.

You owe me five farthings,
Say the bells of St. Martin's.

When will you pay me?
Say the bells of Old Bailey.

When I grow rich,
Say the bells of Shoreditch.

When will that be?
Say the bells of Stepney.

I do not know,
Says the great bell of Bow.

Here comes a candle to light you to bed,
And here comes a chopper to chop off your head!

Przypomina sobie tę rymowankę i tak naprawdę nie wie, czy kiedykolwiek w życiu słyszał dzwony kościołów. Proszę posłuchać.

“Kiedy rozmawiali, ów w pół zapamiętany wierszyk wwiercał się w umysł Winstona. Pomarańcze I cytryny wołają dzwony Św. Klemensa. Należą się trzy grosiki, wołają dzwony Św. Marcina! Dziwne, ale kiedy powtarzał sobie w myślach tamte słowa, miał wrażenie, że naprawdę słyszy ich dźwięk. Dżwięk dzwonów straconego Londynu, który wciąż gdzieś w jakiś sposób istniał, zakryty jednak i zapomniany. Patrzył na wieże kościołów, wznoszących się jak mroczne duchy to tu to tam, i miał wrażenie, że słyszy tamte dżwięki. Mimo to, z tego co umiał sobie przypomnieć, w realnym życiu nigdy nie słyszał kościelnych dzwonów”.

         Muszę przyznać, że gdy chodzi o Orwella, to mimo całego mojego szacunku dla jego osoby, jego twórczości i zasług, niigdy specjalnie nie lubiłem ani ”Roku 1984”, ani tym bardziej „Farmy zwierzęcej”. Nawet w latach osiemdziesiątych, kiedy obie powieści były w Polsce zakazane i można było je czytać w wydawnictwach przemycanych, one miały dla mnie bardziej wartość publicystyczną. Natomiast, owszem, wiem, że dla wielu z nas, zwłaszcza „Rok 1984”, gdy chodzi o polityczne ekscytacje, związane z PRL-em, komuną, totalitaryzmem, a ostatnio nawet z Jarosławem Kaczyńskim, i tak zwanym „pisizmem”, Orwell jest niemal biblią. Na miarę samego Stanisława Barei.

       I to jest dla mnie bardzo ciekawe, że w moim bardzo mocnym przekonaniu, ludzie, którzy piszą listy, w których apelują o to, by wreszcie te pierdolone dzwony kościelne zamknęły ryje, to bardzo często te same osoby, dla których George Orwell i jego słynna powieść, to autentyczne proroctwo czasu, w którym chrześcijański terror doprowadzi nas do owego „roku 1984”. George Orwell i Margaret Atwood.



 

czwartek, 9 maja 2013

Dlaczego Telewizja Republika nie lubi zespołu Pussy Riot

W tygodniku „Sieci” z tego tygodnia ukazał się tekst Piotra Skwiecińskiego w pewnym sensie przełomowy, by nie powiedzieć rewolucyjny, a jednocześnie kuriozalny w stopniu najwyższym. Dlaczego przełomowy i dlaczego rewolucyjny? Dlatego mianowicie, że chyba nigdy dotychczas – przynajmniej ja sobie nic takiego nie przypominam – nie zdarzyło się, by w oficjalnych mediach obsługujących tak zwaną scenę prawicowo-konserwatywną, pojawiła się tak bezpośrednio sformułowana teza, że, po pierwsze, w systemach totalitarnych wszelka formalnie autoryzowana opozycja jest wynikiem prowokacji Systemu, a po drugie, że tego rodzaju opozycja nie jest w stanie przejąć władzy w sposób faktyczny i historycznie znaczący. Dlaczego? Bo – właśnie dzięki odpowiedniemu nadzorowi Systemu – ona dla większości społeczeństwa będzie zawsze czymś sztucznym i obcym, a przez to małowartościowym. Bo w ostatecznym rozrachunku. Nawet jeśli społeczeństwo władzą się zmęczy, czy ją wręcz znienawidzi, wszystko i tak w końcu wróci do początku, a więc do stwierdzenia, że „co by o nich nie mówić, to są przynajmniej poważnie ludzie”.
Dlaczego tekst Skwiecińskiego jest kuriozalny? Otóż wszystko wskazuje na to, że Skwieciński, pisząc to co pisze, i przekazując nam to co w pewnym skrócie przedstawiłem wyżej, robi wrażenie, jakby kompletnie nic z tego swojego tekstu nie zrozumiał. Można odnieść wrażenie, że on coś tam usłyszał, coś sobie pokalkulował i doszedł do wniosku, że oto ma ciekawy temat na felieton, w dodatku temat ambitny i dotyczący spraw poważnych. Tyle tylko, że ani mu do głowy nie przyszło, jak poważnych.
W czym rzecz? Chodzi o to mianowicie, że pewna amerykańska lesbijska aktywistka Masha Gessen w którejś z wypowiedzi przyznała, że dla tak zwanych „ruchów gejowskich” walka o prawo do zawierania małżeństw jest zaledwie krokiem na drodze do pełnej likwidacji instytucji małżeństwa, jako przeżytkowi kulturowemu. No i Skwieciński w tym momencie ujawnia, że owa Gessen to Rosjanka z podwójnym obywatelstwem, która w Nowym Jorku działa, jako bojowniczka o likwidację rodziny, natomiast w Moskwie uchodzi za jednego z czołowych antyreżimowych działaczy, prześladowanych przez Putina i jego ekipę.
W konkluzji swojego tekstu, Skwieciński, z rozbrajającą bezpośredniością pisze… pozwolę sobie zacytować:
„Warto, żebyśmy sobie przypomnieli to wszystko, kiedy po raz kolejny będziemy zastanawiać, dlaczego Rosjanie nie obalają putinowskiego reżimu. I kiedy po raz kolejny będziemy odczuwać pokusę, by uzasadnić to jedynie brakiem wolnościowych tradycji i dziedzictwem bolszewizmu”.
Wcześniej napisałem, że artykuł Skiwecińskiego jednoznacznie wskazuje, że zarówno owa Gessen, jak i cała reszta tych, jak on sam ich nazywa, „antykremlowskich liberałów”, to opozycja z odpowiednią autoryzacją. To jednak jest tylko moja – zdecydowana, owszem – ale interpretacja. Tak naprawdę jednak, sam Skwieciński tego nie pisze. On wręcz zdaje się sugerować, że Rosjanie zwyczajnie mają taką opozycję, na jaką sobie zasłużyli. Że, owszem, oni mają te swoje totalitarne tradycje, które jakoś tam ich determinują, ale tak naprawdę, jak już idzie o sprzeciw wobec reżimu, oni nie zdołali utworzyć nic autentycznego. Mają więc tę Mashę, mają te swoje „Pussy Riot”, jakichś innych przebierańców albo obnażających się publicznie, albo regularnie bezczeszczących prawosławne świątynie, i równie regularnie zsyłanych za to do obozów pracy, natomiast żeby stworzyć coś tak autentycznego, jak Telewizja Republika, czy tygodnik „Sieci”, to oni nawet marzyć nie mogą. Co klasa, to klasa.
Otóż ja mam dla Skwiecińskiego paskudną wiadomość. To że on sobie chodzi po wolności, to w najmniejszym stopniu jego zasługa i zasługa jego zbuntowanych wobec władzy Platformy Obywatelskiej kolegów. To jest wyłącznie wynik tego, że, póki co, jego działalność Systemowi nie szkodzi, a kto wie, czy go nie podtrzymuje w stosunkowo nienajgorszej kondycji. Powiem coś jeszcze straszniejszego. To, że on swój sprzeciw wobec Systemu demonstruje, żądając prawdy o Smoleńsku i przyznania koncesji Telewizji Trwam, a nie biega po mieście bez majtek, to też nie jest wynik jego wrodzonej wrażliwości, ale tego, że w Polsce akurat, w odróżnieniu od Rosji, opozycja głosząca powszechne prawo do pedofilii, z punktu widzenia Systemu byłaby kompletnie bezużyteczna.
Poza tym jednak, to jest dokładnie to samo. I myślę, że Piotr Skwieciński, a więc człowiek, który – nawet jeśli niechcąco – napisał naprawdę ważny bardzo tekst, opisujący sytuację, jaką mamy dziś w Polsce, zgodzi się ze mną przynajmniej w tym, że ta nasza dzisiejsza Polska to kraj – jeśli będziemy pamiętać o proporcjach – wcale nie tak wiele mniej totalitarny, niż putinowska Rosja. I że zgodzi się ze mną co do jeszcze jednego – metody zawsze były te same. Bardzo ładnie je swego czasu sformułował George Orwell, a przypomniał ledwo co wczoraj jeden z komentatorów na blogu Coryllusa. Posłuchajmy i dalej już ani słowa:
„Tak długo jak występują przeciwko nam, pozwalamy im działać, i sprawiamy, by stali się jednymi z nas. Dopiero wtedy ich zabijamy”.

Dziękuję bardzo za bardzo poruszającą odpowiedź na mój wczorajszy apel. No i oczywiście proszę pamiętać. Bez Waszej solidarności, my nie istniejemy. Tak to się ułożyło i jeszcze przez pewien czas musimy z tym żyć. Jeszcze raz - dziękuję.

środa, 1 października 2008

Smutna ballada o niezasłużonej miłości i jeszcze bardziej niezasłużonej nienawiści

Od wczoraj myślę o Polsce i o naszej do Polski miłości, ale też i o naszej do niej nienawiści. Myślę więc sobie, że, z jednej strony, jest coś co każe nam się cieszyć, że Polskę kochamy, a nawet jeśli jej tak bezpośrednio i jednoznacznie nie kochamy, to słowo ‘Polska' budzi w nas myśli raczej miłe, niże niemiłe. Z drugiej jednak strony, wiemy też, że czasy, w których żyjemy, nie ułatwiają nam codziennego troszczenia się o nasze uczucia patriotyczne, że współczesna młodzież, a nawet i wiele osób starszych, które młodzieżą już nie są, nie za bardzo przejmują się tym, kim są i jakie miejsce na mapie jest ich miejscem i co to dla nich znaczy.
Sam przyznałem we wczorajszym moim wpisie, że nawet moje uczucia do Polski nie są tak do końca zracjonalizowane i przemyślane. Czuję - owszem - że jestem Polakiem, jest mi z tego powodu bardzo dobrze, a kiedy słyszę słowo ‘Polska' to jest mi raczej ciepło, niż zimno. Ale nie należę, mimo to, do tej grupy obywateli, którzy bardzo dbają o wywieszanie flag, o śpiewanie patriotycznych pieśni, o czytanie dzieciom narodowych lektur, a historię Polski znają na pamięć. Nic podobnego. Zawsze uważałem się za przeciętnego Polaka, który o Polsce - jeśli myśli - to myśli dobrze, ale, żeby znowu tak dużo myśleć, to raczej nie bardzo.
Dziś mam wrażene, że z tą moją przeciętnością nie jest sprawa aż tak czysta i jednoznaczna. Pod wczorajszym wpisem o Polsce, na moim salonowym blogu, dyskusja była stosunkowo szeroka i gorąca. Myślę, że głosy, które tu do mnie spłynęły, można podzielić na trzy grupy. Jedna, to te, które po prostu gratulowały mi dobrego tekstu i załączały pozdrowienia. Druga, to mocne głosy poparcia i oburzenia na ludzi, dla których polskość jest chorobą, a Polska krajem marnym i głupim. Trzecia grupa to ci, dla których Polska rzeczywiście jest krajem głupim, a polskość wstydliwą przypadłością.
Oczywiście, nikt, poza jednym czytelnikiem, nie sformułował bezpośrednio pretensji do Polski, jako kraju, i Polaków, jako narodu. Przynajmniej nie w takiej formie, jak zechciał to wyrazić autor wpisu, który stał się główną przyczyną moich narodowych refleksji, i, kiedyś, użytkownik o nicku pacific, który użył formy „polska hołota". Ale przecież umiemy czytać ze zrozumieniem, a większość z nas jednak potrafi formułować swoje myśli na tyle poprawnie, abyśmy sobie wzajemnie to zrozumienie ułatwiali, więc wiemy, co jest grane.
A grane jest to, że nienawiść do tego, co się popularnie nazywa IV RP, a co jest spersonifikowane przez braci Kaczyńskich i Zbigniewa Ziobrę, jest tak wielka, że wszystko schodzi wobec tego na plan dalszy, a jeśli się pojawia, to wyłącznie w formie całkowicie podporządkowanej właśnie tej nienawiści.
Jeśli mówimy ‘Polska', ‘narodowy interes', ‘duma narodowa', ‘ojczyzna', patriotyzm', to - owszem - można się spodziewać, że nikt tych słów natychmiast nie zadepcze, ale też można być pewnym, że jest bardzo dużo osób, którzy gotowi są zaakceptować porządek rzeczy oparty na tych właśnie słowach, pod jednym warunkiem. Że najpierw wyjaśnimy sobie do końca wszystkie problemy związane z czarnym okresem w naszej historii o nazwie ‘IV RP', i roli, jaką w tym projekcie odgrywali bracia Kaczyńscy i Zbigniew Ziobro.
Efekt jest więc taki, że jeśli ktoś powie, że dobrze by było, żeby Polska odniosła sukces, żeby mówili o nas dobrze i nas szanowali i że powinniśmy wszyscy przede wszystkim postępować tak, żeby nie ucierpiał prestiż i powodzenie naszej Ojczyzny, od razu dowiadujemy się, że bez ostatecznego rozwiązania sprawy Kaczorów, dyskusja musi pozostać zawieszona. Co więcej, do czasu, gdy sprawa Kaczorów nie zostanie zamknięta - zamknięta ostatecznie, raz na zawsze - Polska, jako nasza Ojczyzna, też musi zaczekać ze swoimi aspiracjami, czy ze swoimi ewentualnymi pretensjami.
W moim tekście, zwróciłem uwagę na wypowiedź piosenkarki Marii Peszek, która w wywiadzie dla Dziennika zauważyła, że ona osobiście jest za tym, żeby zburzyć wszystkie kościoły. W odpowiedzi na tę myśl, przypomniałem powieść Georga Orwella Rok 1984, w której świat jest już tak zmieniony przez globalną rewolucję i szereg wyniszczających wojen, że kościołów już nie ma. Winston, bohater, powieści, również bardzo zmieniony przez nowe czasy, nie pamięta, że kiedyś istniało coś takiego, jak kościoły, ale od czasu do czasu, jakby sobie przypominał, że było coś takiego, jak dzwony kościołów i tęskni za tymi dzwonami.
Świat jest jednak absolutnie nieludzki, kompletnie smutny i straszliwie pusty, więc Winstonowi pozostaje tylko ta tęsknota i wielka, porażająca nienawiść do wszystkiego, co się wiąże z tym jego nowym światem.
Winston, i jego ukochana, Julia, żyją w świecie, którego nienawidzą w sposób absolutnie czysty. Wszystko, co ich otacza, każda chwila ich życia jest dla nich nie dość, że organizmem obcym, ale na dodatek organizmem, który oni potrzebują unicestwić. Nie rząd, nie ulice, nie domy, nie system, ale wszystko. Czyści pozostają tylko oni - Julia i Winston, bo nawet nie ta ich miłość, która też jest jakoś tylko częścią złego świata. Oto fragment tej powieści:
„His heart leapt. Scores of times she had done it: he wished it had been hundreds -- thousands. Anything that hinted at corruption always filled him with a wild hope. Who knew, perhaps the Party was rotten under the surface, its cult of strenuousness and self-denial simply a sham concealing iniquity. If he could have infected the whole lot of them with leprosy or syphilis, how gladly he would have done so! Anything to rot, to weaken, to undermine! He pulled her down so that they were kneeling face to face.
'Listen. The more men you've had, the more I love you. Do you understand that?'
'Yes, perfectly.'
'I hate purity, I hate goodness! I don't want any virtue to exist anywhere. I want everyone to be corrupt to the bones.'
'Well then, I ought to suit you, dear. I'm corrupt to the bones.'"
„Nienawidzę czystości, nienawidzę dobroci! Nie życzę sobie, żeby gdziekolwiek jeszcze istniały jakiekolwiek cnoty. Chcę, by wszyscy byli zepsuci do szpiku kości." Do takiego stanu doprowadził Winstona nowy świat ze swoim nieludzkim systemem, że jedyne czego on pragnie to zło. Tak to się dzieje w powieści Georga Orwella Rok 1984.
Przypominam sobie dwa lata rządów Prawa i Sprawiedliwości i wprawdzie nie potrafię przywołać konkretnych cytatów, natomiast po pierwsze pamiętam tę nienawiść i pamiętam wielokrotne, w wypowiedziach polityków i publicystów, przywoływanie książki Georga Orwella, żeby opisać to, co, zdaniem tych właśnie obserwatorów, w Polsce się dzieje.
Myślałem wtedy sobie, jak bardzo ta część społeczeństwa, którą jakoś tam reprezentują ci, dla których świat IV RP, jest światem żywcem przeniesiony z powieści Orwella, muszą cierpieć i jak wielką determinację muszę przejawiać na codzień, żeby ostatecznie ten świat rozbić w proch. Oczywiście, jako człowiek, który przeżył w pełni świadomie czasy komuny i człowiek, dla którego Rok 1984 nie był jedynie książką, którą specjaliści nazywają przedstawicielem czegoś, co się nazywa political fiction oburzałem się na te dziwne skojarzenia i gorąco protestowałem przeciwko wplątywaniu świata orwellowskiej fikcji nie tylko do tego, co czujemy widząc Jarosława Kaczyńskiego, ale w ogóle przeciwko nadużywaniu porównań. Na próżno.
Nie dość, że Polska, w oczach osób kreujących poglądy i emocje społeczeństwa, dalej funkcjonowała, jako - w najgorszym wypadku - organizm obcy, to na dodatek, ten właśnie przekaz, bardzo skutecznie, zaaklimatyzował się w umysłach wielu zwykłych ludzi. Choćby właśnie takich, jak Maria Peszek, jak się dziś okazuje. Oczywiście w formie skarłowaciałej i perwersyjnej, ale, trzeba przyznać, że ona akurat tę naukę przyjęła.
W komentarzu do mojego wczorajszego wpisu, Moher55 przytacza słowa Waldemara Kaczyńskiego, wypowiedziane przez niego w wywiadzie dla Gazety Wyborczej po tym, jak Prawo i Sprawiedliwość objęło w Polsce władzę. Mówi Kuczyński tak:
"Życzę porażek na wszystkich frontach, bo każde zwycięstwo tego Układu to porażka Polski i zagrożenie dla wolności. Życzę także porażek gospodarczych, choć za to płacą ludzie. Ale tylko one mogą wstrząsnąć bazą wyborczą tej wstecznej władzy i uniemożliwić dalsze hodowanie chwasta zwanego IV RP."
Mocna rzecz, prawda? Ciekawe tylko, czemu Waldemar Kuczyński nie dodał do tej swojej listy życzeń słów: „Chcę, by wszyscy byli zepsuci do szpiku kości"? Może nie czytał Orwella, a może po prostu uznał, że nie ma tak mocnych słów, które potrafiłyby przekazać jego uczucia do Polski; Polski, której przydarzył się ten niełatwy moment w historii.
Uważam jednak, że ta wypowiedź ma walor zupełnie niezwykły dla naszej dzisiejszej i wczorajszej dyskusji o Polsce i o Polakach. Myślę też, że został niesprawiedliwie ten fragment przemyśleń Kuczyńskiego zapomniany.
Uważam, że Polska będzie jeszcze długo trwać i mam wielką nadzieję, że będzie się pięknie rozwijać i będzie się jej zawsze dobrze powodzić. Ale uważam, że historia Polski, to nie tylko historia wzlotów, ale historia upadków i historia hańby. Powinniśmy pamiętać o wszystkim, co ją opisuje, zarówno pod tym, jak i pod tym drugim względem.
Dla naszej dumy, naszej miłości, ale też i naszego wstydu.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...