Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humanizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humanizm. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2026

Krew w piach, czyli humanizm hula, a diabła nie ma

 

Jak się należało spodziewać, wczorajszy mój tekst na temat humanistycznego dobroczynienia, choć pewne zainteresowanie, owszem, wzbudził, ze szczególnym zrozumieniem się nie spotkał. Większość reakcji skupiała się albo wokół pobożnych życzeń, by po odejściu Jerzego Owsiaka powstało coś naprawdę uczciwego, albo zwykłej radości, że nawet jeśli powstanie znów coś na kształt WOŚP-u, to przynajmniej będzie to nasz, prawicowy, WOŚP, a nie to lewackie nieszczęście w czerwonych spodniach i okularach. Niemal nikt nie zdawał się pojmować całego sedna poruszonej kwestii, a mianowicie wydawałoby się oczywistego faktu, że w dziejach świata, wszelkie filantropie zawsze ponosiły i musiały ponosić klęski. Gwoździem do trumny muszę jednak nazwać dziesiejsze wystąpienie na platformie X znanego z internetowych nauk jezuity Łukasza Sośniaka, który, owszem, słusznie zauważył, że z ewentualnego upadku Jerzego Owsiaka nie ma się co cieszyć, jednak z tym zastrzeżeniem, że jak pisze Ojciec, WOŚP „przez lata nie tylko zbierała pieniądze, ale uwrażliwiała na pomaganie”.

Odpisałem ojcu Sośniakowi, że, jako osoba wykształcona, powinien znać Łukaszowy fragment o grzesznym trąbieniu, ale ponieważ nie był on chętny, by mi wyjaśnić zawiłości Ewangelii, uznałem, że może przydałoby się nie tylko jemu, ale kto wie, czy nie wielu z nas, opowiedzieć o różnicy między pojęciami humanitas i charistas. Proszę więc posłuchać.

Z powszechnie znanym wyznaniem rzymskiego cesarza Juliana Apostaty, że „nie ma dobroczynności poza Kościołem” – jakże słusznym z perspektywy czasów – wiąże się pewne nieporozumienie. Otóż Julian, jak mówią fakty, nie wypowiedział swoich słów jako pochwały Kościoła, lecz skargi na rozpowszechnioną wówczas jak najbardziej pogańską filantropię, która w porównaniu z Chrystusową charytatywnością robiła na masach bardzo marne wrażenie. Julian Apostata bowiem, jak wskazuje jego przydomek, nawrócony poganin, miał pełną świadomość, że chrześcijanie, czy, jak ich nazywał, Galelijczycy, opiekują się nie tylko tymi, którzy dzielą ich wiarę, ale również poganami i miejscową biedotą, przez co wiara Jezusowa staje się coraz bardziej popularna wśród ludzi porzucających pogańskie kulty, tym samym naraża na problemy religijny system Rzymu.

W przedchrześcijańskim Rzymie pomoc publiczna była skierowana wyłącznie w stronę pełnoprawnych obywateli, zasadniczo po to by nie wszczynali buntów, podczas gdy chrześcijanie pomagali wszystkim cierpiącym, i to wyłącznie z dobroci swych serc. I to w efekcie doprowadziło do tego, że w końcu to Kościół, a nie państwo stał się szafarzem społecznej opieki. W świecie pogańskim opieka medyczna była wyłącznie prywatna, a przez to w sposób naturalny droga; i to Kościół właśnie stworzył wzór dla dzisiejszej publicznej służby zdrowia i to Kościół właśnie, o czym wielu zdaje się nie mieć pojęcia, zbudował pierwsze szpitale. Jeśli w tym momencie ktoś się zastanawia, dlaczego państwo rzymskie w ogóle na to pozwoliło, odpowiedź jest prosta: w obawie bowiem przed utratą władzy. A ona była w pewnym momencie już na tyle realna, że Rzym dopuścił zmiany, które stanowią centrum naszej dzisiejszej cywilizacji, nie bez przyczyny określanej jako chrześcijańska: nie dość że wdowy i sieroty zaczęli być ewidencjonowani, podobnie jak osoby porzucone i kalekie, to niewolnicy przestali być traktowani jak pozbawione duszy przedmioty, a ludzi zmarli w wyniku chorób i wojen zaczęli nagle być zwyczajnie chowani jak Boże dzieci.

Julian to wszystko widział, a jako ktoś kto zdążył poznać w życiu chrześcijaństwo, również rozumiał i stąd w pewnym momencie uznał, że jako przedstawiciel państwa traci grunt pod nogami i wypowiedział swoją słynną sentencję, że dobroczynność jako projekt państwowy tak naprawdę nie istnieje. Ale w tym momencie warto wspomnieć o czymś jeszcze ciekawszym być może. Otóż kiedy po latach cesarz umierał w wyniku ran poniesionych podczas bitwy, miał w pewnym momencie włożyć rękę do jednej z ran, wyrzucić w niebo garść własnej krwi i wypowiedzieć swoje jeszcze bardziej pamiętne słowa „Galilaee vicisti!” przyznając tym samym zwycięstwo Jezusowi. Ów śmiertelny okrzyk został wprawdzie natychmiast zakwestionowany przez pogańskich historyków, natomiast jak najbardziej przyjęty przez tradycję Kościoła i dziś powszechnie traktowany jako autentyczne wyznanie Wiary przez człowieka kończącego swój nędzny ziemski żywot. A ja nie widzę powodu by nie wierzyć, że owa proklamacja Chrystusa Zwyciężającego musiała mieć miejsce. W końcu, całym swoim życiem Apostata pokazywał, że może i popełniał tragiczne błędy, to nie był na tyle głupi, by nawet przed śmiercią nie zauważyć prawdy.

Jakakolwiek jednak owa prawda jest, faktem też jest to, że Julian Apostata był ostatnim pogańskim władcą Rzymu. Po jego śmierci Europa, a za nią świat cały, zaczęły opierać swój rozwój na chrześcijaństwie i dopiero współczesne czasy zapragnęły wrócić pod skrzydła tzw. humanizmu, gdzie już nie tylko współcześni niewolnicy nie mają duszy, ale skórą i kośćmi jedynie są wszyscy pozostali ludzie, z tą różnicą, że owa skóra i pokrywane przez nią kości w przypadku niektórych są znacznie lepiej zadbane i obwieszone piękniejszymi ozdobami. Mówię o czasach, które wszyscy bardzo dobrze rozpoznajemy i na które wielu z nas patrzy z coraz większym przerażeniem: czasy nowego i nowoczesnego pogaństwa. A to są też czasy, gdzie w powszechnej perspektywie dawny podział między pogańską filantropią, czyli tzw. humanitas, a chrześcijańskim charitas powoli zanika, na korzyść niestety tego pierwszego.

A ja już tylko mam nadzieję, że te moje dzisiejsze refleksje pomogą zwrócić uwagę, na coś co próbowałem opowiedzieć we wczorajszym wpisie, a co najwidoczniej nie tylko my tutaj, ale i wielu duchownych zdaje się albo zapominać, albo czego zwyczajnie nie chce wiedzieć.


niedziela, 29 listopada 2020

W poszukiwaniu zaginionej klepki

 

Zanim przejdę do rzeczy, parę kwestii bardzo ważnych. Otóż po raz kolejny przekonałem się, że nie czuję jakiejkolwiek potrzeby do komentowania bieżących wydarzeń, a co gorsza, nawet gdybym taką potrzebę poczuł, to ona nie jest na tyle intensywna, by z tego powstało coś, co mógłbym z czystym sumieniem tu opublikować. Próbowałem zresztą dwukrotnie i za każdym razem tekst, który w końcu powstał, wyrzuciłem w kosmos w przekonaniu, że czytelnicy tego bloga zasługują na coś więcej. Mógłbym oczywiście pisać o wyborach w Stanach Zjednoczonych, ale tu przede wszystkim sprawa znajduje się przez najbliższe tygodnie w zawieszeniu, no a poza tym kwestia jest tak prosta i jednoznaczna, że nie za bardzo jest o czym mówić. Jest jednak coś, co mi, owszem, chodzi niekiedy po głowie, a mianowicie raptowny wzrost nastrojów nadzwyczaj mocno antyreligijnych. Ja oczywiście mam świadomość, że owe postawy nie są niczym nowym, natomiast aktualny poziom owej agresji oraz intensywność jej występowania, każe mi podejrzewać, że mamy do czynienia z atakiem sił w sposób oczywisty piekielnych. Nie może bowiem być tak, że z jakąkolwiek kwestią społeczną byśmy nie mieli do czynienia, zawsze na końcu musi się pokazać ksiądz-pedofil oraz kościół, który należy najpierw pomazać farbą, a następnie pod nim nasrać, a nam się wydaje, że to tylko taka zabawa paru wariatek.

       Mało tego. Otóż, jak się okazuje, wśród części z nas pojawiła się taka oto inicjatywa, by posmarować sobie dłonie jakimś szczególnie mocnym klejem i w imię tych czy innych wartości przykleić się do tego czy innego obiektu w taki sposób, by się nie dało nas odkleić. I o tym chciałem coś dziś opowiedzieć, gdy nagle przypomniałem sobie swój bardzo dawny już tekst, sprzed niemal już 10 lat jeszcze, który, jak sądzę, za mnie załatwi wszystkie interesujące nas dylematy. Zapraszam więc. Mamy  więc 30 marca 2011 roku. Bardzo proszę.

 

 

       O ile się nie mylę, problem ateizmu na tym blogu pojawił się zaledwie trzy razy. Piszę „zaledwie”, bo kiedy się nad tym zastanowić, to rzeczywiście dziwne, że kwestia tak istotna została tu zaledwie wspomniana niejako przy okazji. Wielu z nas, wliczając w to autora tego bloga, to osoby religijne, czasem religijne głęboko. Ta nasza religijność jest tu demonstrowana, w ten czy inny sposób, właściwie codziennie. A nawet kiedy demonstrowana nie jest, pozostaje ta szczególna aura, która każe się domyślać, że to jest blog prowadzony i w dużej mierze nawiedzany przez ludzi pobożnych. A więc ludzi, którzy są przekonani, że są dziećmi Boga, że ten Bóg jest jak najbardziej realny, i że ów fakt ma swoje bardzo daleko idące konsekwencje. A zatem, skoro tak bardzo tu jest widoczna nasza wiara, to jak to się dzieje, że problem niewiary praktycznie tu się nie pojawia? Dziwne to bardzo, zwłaszcza gdy zauważymy, że w środowiskach ateistycznych, o Bogu tych którzy w Niego wierzą, gada się niemal na okrągło.

      Wydaje mi się, że pierwszy raz  jak podjąłem tu polemikę z ateizmem, miało to miejsce po rozmowie z pewnym moim kolegą – ateistą właśnie – podczas której nagle sobie bardzo mocno uświadomiłem, że za stwierdzeniem że Boga nie ma, stoi czysty i najbardziej jednoznaczny irracjonalizm. Że jeśli człowiek, będąc przy zdrowych zmysłach i ciesząc się opinią myślącego, nagle stwierdza, że Bóg nie istnieje, to mamy do czynienia z deklaracją równie absurdalną jak na przykład to, że śmierć nie istnieje, albo że samoloty nie latają. Że kiedy nasi bliscy czy znajomi rzekomo umierają, to jest to wyłącznie nasze złudzenie. No bo jeśli zastanowić się nad czymś takim jak śmierć, w takim kształcie w jakim ją znamy, ona jest zwyczajnie niemożliwa. A samolot? Przecież każdy przecież widzi, jaki on ciężki i duży. Rozmawiałem o tym moim kolegą, myślałem sobie przy tym o swojej wierze, i nagle zdałem sobie sprawę z tego, że u mnie irracjonalny jest wyłącznie strach przed myślą, że Boga nie ma. Cały religijny system, jaki wyznaję, jest idealnie logicznym i sensownym ciągiem argumentów, i jeśli coś go zakłóca, to wyłącznie te momenty, kiedy – całkowicie irracjonalnie właśnie – przychodzi mi do głowy myśl – A co jeśli nie?

      O ile dobrze go zrozumiałem, mój wspominany wyżej kolega uważa się za ateistę w sposób jednoznaczny. Mówiąc to, mam na myśli fakt, że on nie sugeruje, że wprawdzie Boga nie ma, ale jest jakaś wyższa siła, czy jakiś uniwersalny rozum, czy to może w postaci naszej przyrody, czy kosmosu, które to byty nadają sens naszemu życiu. Z tego co zrozumiałem, on jest w swojej niewierze do bólu dzielny i bezlitosny. Tak jak mój zmarły niedawno wujek, który mi kiedyś powiedział mniej więcej tak: „Nie oszukuj się. Nie ma nic. Człowiek umiera i to co po nim zostaje, to najpierw jakieś związki organiczne, a później już tylko nieorganiczne i wreszcie nie ma już nic”. Jednak w pewnym momencie temat ateizmu wrócił za sprawą pewnego maturzysty, który – już nie pamiętam przy jakiej okazji – wspomniał coś o Krzysztofie Kieślowskim, twierdząc, że Kieślowski nie był ateistą, ale zaledwie kimś kto nie zgadza się z nauką Kościołów i sam, na własną rękę, szuka Boga. Przypomnieliśmy sobie wspólnie stare wypowiedzi Kieślowskiego, i – mam nadzieję, że dobrze tu relacjonuję sprawę – dowiedzieliśmy się, że Kieślowski nie mówił, że Boga nie ma, lecz zaledwie, że on nie wie, czy Bóg jest. A więc, on – na wszelki wypadek – z Bogiem prowadzi dialog, zwraca się do Niego z prośbami, stara się żyć tak, by Go nie obrażać. A to, zdaniem Maturzysty, świadczyć może tylko o tym, że Kieślowski ateistą nie był.

      I pomyślałem sobie, że to jest bardzo ciekawa sytuacja. Bo otóż jeszcze w XVI może wieku, zarzut, że ktoś jest ateistą był traktowany jako obelga. Jak się zdaje, jeśli znalazł się gdzieś człowiek, który mówił, ze Bóg nie istnieje, lub że, owszem, istnieje, tyle że jako drzewo, gwiazda, rzeka, lub tęcza, był przez wszystkich dookoła traktowany, jak ktoś niespełna rozumu. Dla każdego normalnego człowieka żyjącego w tamtych czasach i w naszej kulturze to, że Bóg jest, a my jesteśmy jego dziećmi, stanowiło aksjomat. Zresztą w innych, choćby najbardziej prymitywnych, czy bardziej zamierzchłych cywilizacjach, też nikomu nie przychodziło do głowy uznawać, że jesteśmy tylko my i na tym koniec.

      Wydaje mi się, że prawdziwe zamieszanie na tym polu zostało poczynione dopiero wraz z powstaniem tak zwanego wolnomyślicielstwa, a więc, ogólnie rzecz ujmując, w okresie Oświecenia. Rozwój nauk, a tym samym, gwałtowny wzrost przekonania u ludzi, że są strasznie mądrzy, doprowadziły do tego, że wielu z nich zaczęło najpierw delikatnie, a potem już na całego kwestionować prawdy kościelne. Najbardziej dramatycznie ten ruch objawił się właśnie w wolnomyślicielstwie. Oczywiście masoni nie od razu i nawet nie w swojej większości kwestionowali istnienie Boga. O nie! Tacy nieroztropni, to oni nie byli. Powtarzali więc w koło jakiejś bajki o Budowniczym Świata, o Wielkim Architekcie, o Uniwersalnym Umyśle, czy diabli wiedzą o czym jeszcze, a jednocześni głosili pełną wspólnotę ludzi o wszystkich możliwych przekonaniach, a więc tych co wierzą w Chrystusa, tych co wierzą w drzewa, w tych co wierzą w Zeusa, w diabła, ale również tych, którzy nie wierzą w nic. Lata mijały, ludzie stawali się już tylko mądrzejsi, aż wreszcie niepostrzeżenie – gdy idzie o religię – już tylko stary Marks miał odwagę powiedzieć, że religia to opium, Bogiem jest człowiek, duchy nie istnieją, szatana nie ma, a drzewa służą wyłącznie do tego, żeby na nich wieszać tych, którzy sądzą inaczej. I tyle.

      Co pozostało na zewnątrz? To co zawsze, a więc całe grupy osób wiernych i pobożnych, a poza tym chaotyczna mieszanina z jednej strony tych, którzy z jakiegoś powodu z Marksem zgodzić się do końca nie chcieli, a z drugiej tych, którzy owszem tu pozostali w postawie na baczność, tyle że z jakiegoś powodu bali się przyznać przed sobą, że rzeczywiście nie ma nic. I ten chaos stworzył całą nową religię – religię ludzi, którzy przede wszystkim uważają, że z tym Bogiem i w ogóle bogami to gruba przesada, ale nie da się ukryć, że czasem się dzieją rzeczy dziwne i niewyjaśnione. Bo to się człowiekowi coś przyśni, a później się okaże, że się sprawdziło. Albo trzasnęły drzwi, gdy w domu nie było nikogo. Albo że ktoś podobno gdzieś widział, że coś spadło z hukiem na ziemię i w lesie pojawiły się jakieś dziwne światełka. Stopniowo, tych, którzy trzymali twardo z Marksem – głównie ze względów historycznych – było stopniowo coraz mniej i w efekcie dziś mamy z jednej strony ludzi wierzących, i mniej lub bardziej tradycyjnie pobożnych, a z drugiej całą kupę wyznawców tak zwanego rozumu otwartego, gdzie pod pojęciem „otwarty” rozumiemy akceptację wszelkiego typu zabobonów, poczynając od wiary w UFO, a kończąc na przekonaniu, że jak jest matura, to trzeba założyć czerwone majtki. Oni oczywiście ani nie chodzą w niedzielę do kościoła, ani nie twierdzą, że krzyż jest naszą wspólną cywilizacyjną wartością. Uważają natomiast, że księża kradną i gwałcą małych chłopców, że Bóg może i jest, tylko w ogóle nie wiadomo co to takiego, no i że faktycznie, jak człowiek spojrzy na nocne niebo, to jakoś się robi dziwnie. Podobnie zresztą, jak się zacznie gapić w ognisko. Czy oni są jednak ateistami? W życiu! Nigdy! Ależ skąd? Co za oszczerstwo!

      Kiedy się zastanowić nad tym wszystkim, można rzeczywiście poczuć szacunek do tych, którzy mają odwagę powiedzieć:  Tak. Jestem ateistą. Bez żadnych zakłamanych zastrzeżeń na temat humanizmu, racjonalizmu, naturalizmu. Bez tłumaczenia sobie i światu, ze ja wprawdzie nie umiem uwierzyć w Boga, ale mam szacunek dla ludzi wierzących, szczególnie żydów i muzułmanów, a już zwłaszcza buddystów, i że właściwie to jestem agnostykiem. Tak. Zwłaszcza agnostykiem. Agnostycyzm robi tu wrażenie złotego kluczyka otwierającego praktycznie wszystkie drzwi.

       Czemu dziś, po raz trzeci już wziąłem się za ten temat? Jak pewnie niektórzy się domyślają, ze względu na osobę i myśl Grzegorza Miecugowa. Otóż przy okazji niedawnego wpisu, gdzie wyszydziłem tego szczególnego redaktora za jego wyjątkowy pokaz ludzkiej tępoty, ktoś napisał pod tym tekstem komentarz, w którym zacytował Miecugowa z wywiadu, jakiego ten udzielił swego czasu magazynowi ‘Gala’. Co tam takiego czytamy? Otóż Grzegorz Miecugow, po wstępnym przyznaniu, że on w Boga nie wierzy, natychmiast przechodzi do konkretów, które, jak się domyślam, w jego mniemaniu, mają go postawić w jakimś lepszym świetle. Jako kogoś wprawdzie, kto nie wierzy, ale jednak tak nie do końca. I mówi tak: „Ja wiem, że mam jedno życie. Nie wierzę, że moja dusza pójdzie do jakiegoś raju. Po śmierci rozpadnę się na atomy. A one może w przyszłości będą krzesłem? Atomy krążą. Może jest we mnie kilka atomów, dajmy na to, Kościuszki? Jestem częścią większej całości. Szukam sensu tego wszystkiego. I oczywiście nie znajdę go”.

      I to, uważam, jest deklaracja dla nas bardzo interesująca. Grzegorz Miecugow, mówiąc to co mówi, a należy sądzić, że się nie wygłupiał, lecz starał się być poważny jak należy, idealnie nam pokazał stan współczesnego ateizmu w wersji – owszem – nieco karykaturalnej, ale przez to może nawet bardziej przemawiającej do wyobraźni. Z jednej strony więc widzimy kogoś, kto się nam pokazuje jako osoba rozsądna, nie ulegająca tym głupim, prostackim i niemodnym już przecież przesądom z czasów średniowiecza, które robiły wrażenie wyłącznie na jakichś spragnionych najtańszej strawy duszom, ale kto z drugiej strony wie, że tak do końca, nie wszystko się da racjonalnie unicestwić. Ale i tu, on jest wciąż lepszy od innych. Bo wie, że ani gwiazdy, ani drzewa, ani jakaś reinkarnacja, ani uniwersalny humanizm. Że to też wszystko mit. Ale wie coś jeszcze. Że czysta nauka w stylu oświeceniowym też nie odpowiada na wszystkie pytania. A więc, nauka tak – tyle że nauka otwarta. I tu właśnie pojawia się to krzesło. I Kościuszko. Oto trochę krzesła, trochę Kościuszki, trochę Miecugowa tak krążą w powietrzu i jest tylko pytanie, czy z tego powstanie coś konkretnego, i czy to coś powstanie za chwilę, czy może dopiero wówczas, gdy do tego dołączy jeszcze parę atomów, powiedzmy z jakiegoś wypasionego samochodu, czy buta.

      Zajrzałem do tego wywiadu w 'Gali' i tam są rzeczy jeszcze ciekawsze. W pewnym momencie Miecugow mówi tak: "Istnieje jednak coś nadprzyrodzonego. Dowodem na to jest to, że ja wyśniłem katastrofę concorda i okrętu podwodnego Kursk. Nie wszystko da się wyjaśnić racjonalnie. Ostatnio śniło mi się, że mnie jakiś facet wali butelką po głowie,[ale też]że jestem klepką w podłodze. Bardzo świadomą klepką. Miałem poczucie, że otaczają mnie klepki, z którymi nie mam kontaktu. I ja jeden, a właściwie: ja jedna widzę kawałek drzwi lekko uchylonych i wiem, że nigdy się nie dowiem, co za nimi jest. Bardzo cierpiałem".

      Oczywiście, osobiście sądzę, że to co zaprezentował Miecugow nie świadczy o jakiejkolwiek tendencji, lecz stanowi zwykły wybryk jakiegoś pospolitego półgłówka, któremu pozycja i pieniądze wyrządziły parę nienaprawialnych szkód. Ale jeśli założymy, że obecne czasy zmierzają nieuchronnie w kierunku całkowitej eliminacji ateizmu jako zarówno teorii, jak i praktyki, ale też bardzo próbują przy okazji zlikwidować wszelkie przejawy religijności prostej, ludowej i tradycyjnej, to nie należy wykluczać, że powstanie nowy rodzaj pobożności. Ludzie zaczną wierzyć w krzesła. A w ramach owej religijnej praktyki, będą te krzesła ustawiali w pustych pokojach, wchodzić na nie, czepiać sobie na szyi grube sznury i popełniać rytualne samobójstwa. Z jednej strony z uwielbienia dla atomu, a z drugiej ze strachu, że ten atom jest taki niezbadany. I kto wie, czy dla tych wszystkich nowych wyznawców Grzegorz Miecugow nie stanie się prorokiem?

      Chciałem w tym miejscu skończyć to dzisiejsze pisanie, ale jakoś nie potrafię. Mam bowiem wrażenie, że jeśli jeszcze czegoś nie powiem, to właściwie równie dobrze możemy uznać, że nie wiadomo, po co w ogóle było to wszystko pisać. Bo przecież nie po to, by jeszcze raz dokuczyć Miecugowowi, czy w ogóle ludziom niewierzącym. A zatem wypadałoby jakoś pobieżnie chociaż określić cel tego gestu. Otóż muszę uczciwie przyznać, że zupełnie wyjątkowo ten dzisiejszy ma charakter czysto agitujący. Ja dziś chciałem przede wszystkim, w ramach dawania świadectwa Prawdzie, zaapelować do wszystkich tych, którzy nie wierzą w Jezusa Zmartwychwstałego i w Jego Kościół, a z drugiej dręczy ich poczucie, że czegoś im nieustannie w tej łamigłówce brakuje: Proszę, nie szukajcie czegoś, co jeśli nawet ktokolwiek zgubił, to akurat nikt z nas. Bo na końcu znajdziecie najwyżej to krzesło. A daję słowo, że nie warto.


 

 

środa, 9 stycznia 2019

O komórce z Bogiem i bez Niego



      Przyznać muszę, że pisanie książki idzie mi jak przysłowiowa krew z nosa, a jeśli wczoraj udało mi się coś napisać, to tylko dlatego, że to był tekst za który w lutym dostanę od Piotra Bachurskiego 300 zł, a to jest dla mnie ważne. Skąd to lenistwo? Nie wiem. Podejrzewam, że to jest w ogóle takie moje związane z wiekiem zmęczenie, które prowadzi mnie do tego, że zamiast zrobić coś pożytecznego, wolę siedzieć w fotelu i gapić się w ścianę. Poza tym moje dziecko przebywa aktualnie w szpitalu i jeśli nie uda się uspokoić sytuacji, lada chwilę urodzi mi drugą wnuczkę więc wszyscy jesteśmy myślami z nimi. A zatem, jest jak jest. W tej więc sytuacji, proponuje swój kolejny stary bardzo tekst, o tyle jednak aktualny, że zahaczający o temat, który się nam tu ostatnio troszkę pojawił, a mianowicie ateizm. Bardzo polecam.

        Wspominałem już tu z pewnością o pewnym moim koledze, który choć, jak idzie o wiek, mógłby być spokojnie moim synem, jest właśnie moim kolegą, i to kolegą nie byle jakim. Takim kolegą, z którym lubię się spotykać, a jak zaczniemy gadać, to właściwie możemy już nie kończyć. Siedzimy sobie więc od czasu do czasu z tym moim kolegą, otwieramy flaszkę za flaszką, słuchamy muzyki, albo oglądamy jakieś DVD, czas leci, a ja sobie myślę, ze to jest jedna z tych sytuacji, które Anglicy określając zwrotem „click in”. Poznajemy kogoś i od razu wiemy, że coś się stało. Coś co sprawia, że jest inaczej niż zwykle. I jest okay.
      A więc – rzadko bo rzadko – ale spotykam się niekiedy z tym moim kolegą i sobie gadamy. Jest w tej relacji jeszcze jedna ciekawa sprawa. Otóż to co nazywamy ogólnie poglądami, on ma całkowicie inne od moich. To znaczy, i on i ja oczywiście zgadzamy się co do tego, że nie należy kraść, kłamać i dręczyć innych ludzi, że bycie uprzejmym to wartość, a nie obciach, że można prowadzić rozmowę, nie używając jako przerywnika słowa ‘kurwa’ i nie wspominając wciąż o tzw. dupach, no i jeszcze że polskie komedie są absolutnie beznadziejne. Poza tym jednak dzieli nas już niemal wszystko.
      Weźmy takiego Kuczoka. Mój kolega uważa, że Kuczok jest pisarzem świetnym. Weźmy Jarosława Kaczyńskiego – Kaczyński jego zdaniem jest do niczego. Pan Bóg – oczywiście nie istnieje. Religia – kupa śmiechu. Polska, patriotyzm, Smoleńsk – w ogóle nie ma o czym gadać. Gdybym miał jednym zdaniem przedstawić pogląd na życie mojego kolegi, określiłbym, go jako klasycznego humanistę, z tych humanistów dla których na przykład to że senator Piesiewicz wybrał się na dziwki i kokę nie jest w ogóle tematem rozważań etycznych, a co najwyżej intelektualnych. Aha! On jeszcze lubi zespół Hej i uważa, że Nosowska jest dobrą piosenkarką.
      Spędziliśmy wczoraj wieczór, i tak się jakoś złożyło, że kiedy już obgadaliśmy tego Kuczoka i nowe DVD Radiohead, i kiedy już obejrzeliśmy sobie krótki, zaledwie, dwudziestopięciominutowy, ale za to oscarowy - i to jaki! - film „Six Shooter”, kolega mój włączył koncert Nicka Cave’a i pozostałą część tego wieczoru przegadaliśmy, rozmawiając o Bogu jako czymś wyłącznie irracjonalnym i czymś całkowicie racjonalnym. Bardzo inspirująca to była rozmowa. Ja utrzymywałem, że ateizm jest zachowaniem dokładnie tak samo rozumnym, jak wiara w Tarota i w to, że Harry Potter to postać historyczna. No i jeszcze, że jeśli ja od czasu do czasu zaczynam drżeć przed Nieznanym, to do głosu dochodzi już tylko ta kompletnie bezmyślna część mojego człowieczeństwa. Kolega mój z kolei twierdził odwrotnie – że właśnie irracjonalna jest wiara w to, że Bóg istnieje. Ja mu mówię, że jeśli my tak siedzimy nad tą flaszką i sobie elegancko rozmawiamy, a na ekranie telewizora śpiewa Nick Cave, to w sposób absolutnie oczywisty za tym stoi On. Bo po prostu inaczej się nie da. I że dla mnie ten fakt jest oczywisty nie dlatego, że ja wierzę w duchy, ale wręcz przeciwnie – dlatego, że ja w duchy nie wierzę. I że jeśli czasem w nocy zrywam się z krzykiem myśląc, że Boga nie ma, to na tej samej zasadzie, jak czasem drętwieje mi na plecach skóra, bo mam dziwne wrażenie, że coś chodzi po pokoju. A on na to, że nieprawda. Że to są tylko komórki. A ja mu na to, że to bardzo ciekawe. Nie wierzy w duchy, natomiast wierzy w komórki. Co za bezsens! Toż to najbardziej wieśniacki zabobon. A on się ze mnie śmieje. I tak to mniej więcej sobie szło.
      No i nagle zeszło na dzieci i in vitro. Kolega wygłosił kwestię z mojego punktu widzenia strasznie trywialną i jeszcze bardziej przewidywalną, że co ma zrobić para, która chce mieć dziecko, a z jakiegoś powodu tego dziecka mieć nie może, ja mu na to odpowiedziałem – równie trywialnie i przewidywalnie – że „chcenie” dziecka nie jest ani argumentem ani tym bardziej jakąkolwiek wartością, a ponieważ już obaj byliśmy odpowiednio nakręceni, dalej już było tylko ciekawiej. I w pewnym momencie przyszło mi do głowy coś tak niezwykłego, że mój biedny kolega zupełnie stracił głowę, ja się ucieszyłem, że już wiem, o czym muszę napisać kolejny tekst, a moje dzieci – kiedy z nimi jeszcze wczoraj w nocy tę swoją myśl skonsultowałem – stwierdziły, że się bardzo głęboko i w sposób oczywisty mylę. No ale ja już tak mam, że się do swoich myśli – szczególnie jeśli uważam je za bardzo oryginalne – bardzo mocno przyzwyczajam. Proszę posłuchać.
      Było otóż tak, że w pewnym momencie mój kolega wspomniał o tej swojej ewentualnej chęci posiadania dzieci, ja go spytałem a po cholerę mu dzieci, on rzucił, że choćby po to, żeby kontynuować linię, ja mu na to powiedziałem, że to jest powód wyjątkowo marny i nagle przypomniała mi się kobieta o nazwisku Szyszkowska i pewien z nią stary bardzo wywiad, kiedy ona wygłosiła następującą opinię. Ona jest bardzo mianowicie zrozpaczona sytuacją taką oto, że natura stworzyła człowieka, a więc byt wyposażony w rozum, a z nim w marzenia, pragnienia i tak zwany ból istnienia i świadomość nieuchronnego końca tego istnienia. Mówiła Szyszkowska, że natura wykazała się tu okrucieństwem wręcz nie do opisania. Jak można było stworzyć człowieka z jego pragnieniem życia i powiedzieć mu, że umrze i że z niego nie zostanie nic?
      A ja sobie wtedy pomyślałem, że skoro człowiek nie wierzy w Boga, w Jego słowa o tym by żyć i się rozmnażać, i w życie wieczne, po co do licha mu te dzieci? Jeśli spojrzeć na to całkowicie racjonalnie, to przede wszystkim on sprowadzając je na świat skazuje je wyłącznie na ów ból istnienia, a sobie ściąga na głowę wyłącznie kłopot. No bo – wciąż zachowując ten pozorny racjonalizm – posiadanie dzieci, to kiepska inwestycja. I to bez względu na to, czy się je ma z miłości, czy z przypadku. Można wręcz powiedzieć, że im bardziej one są wynikiem miłości, tym gorzej, bo wszelkie związane z nimi zmartwienia są już tylko większe. Ma człowiek te dzieci i od pierwszych dni musi się głównie o nie martwić. Że albo zachorują, albo stanie im się jakaś krzywda, albo umrą w wypadku, lub na jakąś chorobę. Musi wydawać na nie swój czas, swoją energię i pieniądze. Musi wciąż się martwić tym, czy one się dobrze uczą, czy są mądre, czy są grzeczne, a jeśli się uczą źle i są niegrzeczne – to już jest zmartwienie nie do przejścia. Później one dorastają i albo zaczynają chuliganić, albo wpadają w anoreksję. I tak przez dziesiątki lat, dzień w dzień. I z każdym rokiem jest coraz gorzej. Bo kiedy dzieci są małe, to jeszcze jakoś można je kształtować. Później one idą sobie w cholerę z domu i dobrze jeśli od czasu do czasu wpadną na obiad i nie powiedzą nam przy okazji czegoś przykrego.
      Ktoś mnie spyta, a czy jeśli jest Bóg, to wszystko to co napisałem wyżej traci swoją moc? Odpowiem, że tak. Jeśli jest Bóg, to wszystko o czym napisałem wyżej, traci swoją moc. Właśnie tak. Dlaczego? Bo Pan Bóg nadaje temu jedyny sens. Tylko On.
      Oczywiście, może być tak, że wszystko pójdzie dobrze. Że te dzieci i będą mało chorowały, i nie przydarzy im się w życiu większa krzywda, i że kiedy dorosną, będą nas nadal kochały i chciały z nami spędzać czasem wspólnie czas. Że się nie będą kłócić , rozwodzić i wpadać w jakieś ciężkie kłopoty. I że same nie będą miały zmartwień związanych ze swoją pracą i z domem i ze swoimi z kolei dziećmi. I że wnuki, które nam dadzą też będą dobre i słodkie. A kiedy będziemy już starzy i bezradni, zechcą nas nadal kochać i nas wspierać. To oczywiście jest możliwe. Natomiast biorąc pod uwagę wszelkie szanse i zagrożenia, zyski i straty, wydaje mi się, że z całkowicie racjonalnego punktu widzenia – a więc z punktu widzenia kogoś, kto uważa, że są tylko komórki – dzieci, to nie jest żaden interes. Mówiąc językiem biznesu – ryzyko jest zwyczajnie dużo za duże.
      I odwrotnie, jeśli żyjemy w jakimś luźnym związku bez żadnych ślubów i obietnic, ze świadomością tego bólu istnienia, o którym mówiła Szyszkowska, po co sobie dokładać dodatkowych wyzwań? I to w dodatku wyzwań, które wiążą się z jakimiś zobowiązaniami. Jeśli są pieniądze i coś co za te pieniądze można kupić, w tym wszystkim dziecko może stanowić najwyżej jeszcze jeden kaprys. Jak nowy samochód, czy ładna koszula lub kapelusz. Wprawdzie wczoraj słuchaliśmy tylko Nicka Cave’a i trochę Radiohead, i nie było mowy o Jaggerze czy Richardzie, czy Stewarcie, ale popatrzmy na nich. Ja nie wiem, ile oni mają sztuk dzieci i ile oni sobie w życiu poświecili wzajemnie czasu i emocji, ale podejrzewam że płodząc tych chłopców i te dziewczynki, wszyscy zorganizowali sobie wszystko tak, żeby ich to za dużo nie kosztowało. A więc domyślam się też, że z ich punktu widzenia, posiadanie dzieci to na ogół czysta frajda. No ale, jak wiemy, ta akurat sytuacja jest bardzo niestandardowa. Zwłaszcza że nie jest wykluczone, że każdy z nich wcale nie jest żadnym ateistą, lecz należy do jakiegoś fajnego kościoła.
      A ja myślę o ateistach i o swoim przekonaniu, że ateizm jest czymś całkowicie irracjonalnym i bezrozumnym. Fikcją i zabobonem. Że jeśli przyjmujemy jako fakt to że Boga nie ma i że jest tylko ten krótki czas i już tylko gwiazdy, to ja za takie życie serdecznie dziękuję. Nie tylko dlatego, że ono jest zwyczajnie po żydowsku nieopłacalne, ale też dlatego, że jest czymś kompletnie nielogicznym. Powiedziałbym, ze wręcz nienaukowym. I myślę że mam tu bezwzględną rację. Że jeśli mamy do czynienia z kimś całkowicie przekonanym o absolutnej wyższości Nauki nad Miłością, w takim sensie że to pierwsze to humanizm, a drugie to przesąd, to mamy do czynienia z kimś całkowicie zaplątanym. Zaplątanym w taki gąszcz ciemności, że z niego jedyna już droga wyjścia to wiara w UFO, lub w Drzewo, lub w Śnieg. Albo w sznur na szyję. A więc w coś co pobożni wieśniacy określają słowem ‘Szatan’. I tym określaniem zamykają sprawę skutecznie i ostatecznie.
      Wspomniałem tu o konsultacjach jakie przed napisaniem tego tekstu przeprowadziłem z moimi dziećmi. I o tym, że za moje myśli zostałem przez nie zrugany. Nie pokażę im tego, co napisałem, bo boję się, że mi powiedzą, że mam tego tekstu absolutnie nie publikować, bo sobie tylko narobię wstydu. Jednak zaryzykuję. Zobaczymy co będzie. Czekam z rozdartą na piersi koszulą.

Powyższy tekst został umieszczony w mojej książce „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”, dziś już niestety sprzedanej. Są jednak wciąż inne, równie dobre, a zatem serdecznie polecam. Kontakt: k.osiejuk@gmail.com.


piątek, 20 lipca 2012

O humanizmie z ostatniego kręgu

Przyznaję uczciwie, że z wszystkich filmów, jakimi miałem okazję się w życiu emocjonować, jedno z pierwszych miejsc zajmuje tak zwany „oryginalny” Batman, a więc z Jackiem Nicholsonem w roli Jokera. Wybór ten jest o tyle szczególny, że ani same komiksy, ani ich ekranizacje nigdy nie były moją pasją, a więc i historia człowieka-nietoperza w dowolnym momencie mojego życia obchodzić mnie mogła zaledwie tyle co nic. Jak idzie o Batmana z Nicholsonem – pozostaję zwyczajnie bezradny.
O co tu chodzi? Otóż kiedy myślę o tej szczególnej ekranizacji Batmana, w głowie mam tylko tego Nicholsona i tylko tę jedną jedyną scenę, kiedy to Joker – daję słowo, że nawet nie umiem opisać całego kontekstu tego ujęcia, a więc gdzie to się dokładnie dzieje i co z tego co widzimy ma wynikać – najpierw rozpyla jakiś gaz, który obezwładnia wszystkich, którzy mogliby mu próbować przeszkodzić, a następnie on i jego kumple idą przez to muzeum i niszczą wszystko co im się nawinie pod rękę, czy choćby wpadnie w oko. Jeden z nich niesie na ramieniu potężny kasetowy odtwarzacz, z którego ryczy jakaś funkowa muzyka, a oni wszyscy są tacy rozbawieni, tacy beztroscy, tacy wolni – i w rytm tej muzyki dokonują owego bezsensownego, kompletnie absurdalnego aktu zniszczenia.
Ile razy oglądam tę scenę, a w niej wielką rolę Jacka Nicholsona, myślę sobie, że nigdy w swoim życiu nie widziałem demonstracji tak głupiej beztroski, takiej bezmyślnej nonszalancji. W dodatku nonszalancji wypełnionej tak strasznie pustą zabawą. Kiedyś u Boba Greene’a czytałem tekst o tym, jak to słowo „party” w kulturze i języku angielskim przestało oznaczać szkolny bal, czy domową prywatkę, czy może pospolite urodzinowe przyjęcie, a zaczęło kojarzyć się wyłącznie z najbardziej intensywnym tak zwanym „imprezowaniem”. Bob Greene opisuje zabawę, która w języku amerykańskiej młodzieży nosi nazwę „quarters” i polega na tym, by najpierw trafić ćwierćdolarówką do szklanki z piwem, a potem to piwo wypić. Wygrywa ten, który się pierwszy wyrzyga. Czy jakoś tak.
A więc w owej scenie z Nicholsonem zdecydowanie chodzi o „party”. O to by zrobić coś kompletnie niepotrzebnego, niechby i nawet głupiego, a jednocześnie dowodzącego naszej nieskończonej wolności. Idzie Nicholson z bandą tych kretynów – bo tak to właśnie jest, oni wszyscy stanowią cudownie idealną bandę idiotów, których jedyna, ale i zupełnie wystarczająca siła polega na tym, że im dziś wolno wszystko – i wszyscy, podrygując w rytm tej muzyki, zarażają świat tym swoim idealnym chaosem. Patrzę więc na ten krótki przecież bardzo fragment popularnego filmu i myślę sobie, że niewykluczone, że kiedy Nicholson przygotowywał się do tej roli, może przez głowę przeleciała mu ta jedna myśl, że trzeba zagrać Szatana. Takiego jakiego znamy choćby z powieści Bułhakowa.
Właśnie tak. Tu chodzi o to „party”. To samo „party”, jak sądzę – i przepraszam moje dzieci, ale tak to właśnie widzę – z którym mamy do czynienia choćby w kultowym już, gdzieniegdzie uważanym za jeden z najlepszych rockowych teledysków w historii, klipie popowej grupy Verve, zatytułowanym „Bitter Sweet Symphony”. Jest zwykła ulica, jest oczywiście ta kamera, ulicą idzie niedbale ubrany młody, długowłosy człowiek i… maszeruje prosto przed siebie. Przez „prosto przed siebie” rozumiem to, że on idzie w taki sposób, jakby na tej ulicy był tylko on i nikt więcej. A zatem, z jednej strony gra ta muzyka, a z drugiej on sobie idzie jakby świat należał tylko do niego, no i rozprasza wszystko co spotka na swojej drodze. Tyle. To wszystko. To jest jedyny pomysł tego filmu. Że kiedy on idzie, wszyscy muszą mu zejść z drogi. O co tu chodzi? Czemu ten akurat parominutowy film zdobył takie uznanie? Myślę, że właśnie z tego samego powodu, dla którego słynna scena z Jokerem w muzeum była tak przerażająca. Przez ową afirmację bezkresnej wolności.
Myślę że większość z nas, którzy się tu codziennie spotykamy, domyśla się już, skąd się wzięła ta dzisiejsza refleksja. Tak. Poszło o to nieszczęście w Denver na filmowej premierze nowego Batmana. Ten człowiek najpierw rozpuścił gaz, a następnie postanowił pokazać całemu światu, na czym polega prawdziwa wolność. Ja oczywiście świetnie wiem, że już w tym momencie cale tabuny psychologów, socjologów, specjalistów od zachowań kryminalnych nie tylko u nas w Polsce korzystają z okazji, by opowiedzieć gdzie się tylko da, jak to oni świetnie wiedzą, czym jest nienawiść, złe wychowanie i szkodliwy wpływ mediów. Dziękuję bardzo. Jak idzie o mnie, nie skorzystam. Nie muszę mieć bowiem przeróżnych tytułów doktorskich i doświadczenia w całym szeregu fantastycznych szkoleń odnośnie tego, jak ciężko jest się młodym ludziom odnaleźć w dzisiejszym świecie. Bo ja wiem, czym jest „party”. I wiem jaką ono ma moc. No i wiem jeszcze coś. Wiem mianowicie, jaka jest zależność między imprezą, a wolnością.
A więc, przepraszam bardzo, ale nastrój mam w tej chwili taki, że jeśli spotkam kogoś, kto mnie zacznie uświadamiać odnośnie pożytków płynących z tak zwanego humanizmu, wezmę i zabiję. A potem będę się tłumaczył w sądzie, że mnie tak właśnie zdemoralizowała kultura popularna.

Pomijając bezpośrednią pomoc dla tego bloga, nie mam sposobu, by wiedzieć, jak jest ten blog czytany, przez kogo, i tym bardziej, na ile to co tu powstaje jest komukolwiek potrzebne. Oczywiście są komentarze, ale sami widzicie jak jest, więc ja już nie muszę nic dodawać. A więc nie wiem nic. Te 800 odsłon dziennie to możecie być równie dobrze Wy, jak i ktokolwiek inny. Ten tydzień minął niestety jako całkowita zagadka na obu poziomach. Powyższy tekst, który osobiście uważam za bardzo ważny na tle tego co bylo wcześniej, powisi tu aż do nowego tygodnia. Mam nadzieję, że zostanie doceniony. Proszę więc mnie nadal wspierać. Bardzo tego potrzebujemy.

poniedziałek, 15 listopada 2010

O Londynie, o humanistach, i o pewnej puszce

Nie było mnie przez parę dni w Polsce, wracam sobie spokojnie wczoraj wieczorem do domu, a tu okazuje się, że moja partia Prawo i Sprawiedliwość przestała istnieć. Co tam „przestała istnieć”! Została starta w proch. Unicestwiona. Wdeptana w błoto. A Jarosław Kaczyński znalazł się, może nie na śmietniku historii – bo jak wiemy tam już jest od dawna – ale na samym tego śmietnika dnie. To znaczy prawie. Za chwilę. Lada dzień. Czyli jak zwykle od dwudziestu już niemal lat, w odstępach paromiesięcznych. A zatem – bez rewelacji.
Ponieważ w związku ze wspomniana nieobecnością, przez kilka dobrych dni niespecjalnie dbałem o ten blog i o potrzeby jego czytelników, to co piszę dziś powinno zasługiwać na coś szczególnego, w tym sensie, że nie może to być wpis ot taki sobie. Jeden z wielu. Wiem to i czuję to bardzo mocno,. A mimo to mam w tym miejscu problem, który sprawi, że prawdopodobnie będzie mniej więcej jak zawsze. A więc tak jakby przez te kilka dni jakościowo nic się nie zdarzyło. Świat się kręci jak kręcił, a my staramy się zachować na tej karuzeli równowagę. I tyle. No ale próbujmy.
Problem o którym wspominam jest dwojakiego rodzaju. Otóż chodzi o to, że byłem od środy w Londynie, a Londyn – jak może niektórzy wiedzą – ma to do siebie, że jest nieprawdopodobnie emocjonalnie wciągający. Kilka dni spędzonych w Londynie, dla kogoś, kto tam nie mieszka na stałe, zmienia perspektywę do tego stopnia, że później przez jakiś czas człowiek jest nieustannie i obrzydliwie nonszalancki, by nie powiedzieć zblazowany. A jeśli w dodatku jest to ktoś, kto prowadzi blog o pewnych ambicjach, owo zblazowanie może być bardzo zgubne.
Tu pozwolę sobie na pewną dygresję. Ktoś kiedyś powiedział – wiem nawet kto, ale nie chce mi się przywoływać jego nazwiska – że to czego najbardziej na świecie nie lubi, to ludzi, którzy, kiedy on chce sobie najzwyczajniej w świecie ponarzekać, zaczynają albo wszystko racjonalizować, albo lekceważyć. A więc ludzi, których w pewnych sytuacjach jedyne na co stać, to takie pełne wyższości: „E tam! Że też nie masz większych problemów…” I powiem uczciwie, że ja też czasem najbardziej ze wszystkiego nie lubię, jak chcę sobie pomarudzić, a ktoś potrzebuje się wtedy akurat pomądrzyć. I tego własnie się boję. Że w ciągu tych dni wielu z nas poczuło znów ten powiew rozpaczy i bezradności, a ja na to wchodzę i wesoło powiadam: „To ja Wam lepiej opowiem o Londynie”.
No i to jest jeden z powodów, dlaczego trochę się boję dziś pisać. Druga przyczyna natomiast jest taka, że, o ile mi wiadomo, wśród osób, które czytają to co tu się rodzi, jest conajmniej kilka takich, które na temat Londynu wiedzą znacznie więcej ode mnie. Weźmy takiego Michała Dembińskiego i AtTheLada, którzy są autentycznymi, urodzonymi, Londyńczykami i oni też są tu znacznie większymi ekspertami. Na tyle większymi, że każde moje słowo jest narażone na zarzut ignorancji i bezmyślności. No a tego byśmy tu nie chcieli, prawda?
No ale co robić? Byłem z młodym Toyahem przez cztery ni w Londynie i muszę o tym parę słów. Po co tam pojechaliśmy, jak i dlaczego, jest tu kompletnie nieistotne, więc wystarczy tylko powiedzieć, że polecieliśmy tam i z powrotem samolotem, co dla mnie było wydarzeniem o tyle liczącym się, że dotychczas jedyny raz jak siedziałem w samolocie, to w Wesołym Miasteczku chyba w Chorzowie, i pamiętam, że później było mi słabo. Sam Londyn znałem już wcześniej ze szkolnych wycieczek i owszem – jestem pod nieustannym wrażeniem. Już kiedyś pisałem na tym blogu, że ja mógłbym w Londynie mieszkać. Umrzeć chciałbym w Polsce, ale mieszkać w Londynie jak najbardziej. A więc choćby z tego względu uważam Londyn za swoje miasto.
Co mi się w Londynie podoba? Przede wszystkim Londyńczycy. Lubię patrzeć na Londyńczyków, i myślę sobie, że gdybym umiał fotografować i miał więcej odwagi w robieniu portretów, to robiłbym wyłącznie zdjęcia tym ludziom. Ktoś się zapyta, skąd to mianowicie bym wiedział, że w obiektywie mojego aparatu jest Londyńczyk, a nie jakiś Polak, Turek, Chorwat, Łotysz, Słowak, czy Niemiec? W końcu tam mieszka – wedle różnych szacunków – od 8 do 12 milionów ludzi, a całe miasto jest większości obsługiwane przez wszystkich, tylko nie Brytyjczyków. Brytyjczycy siedzą w biurach, firmach i diabli wiedzą gdzie jeszcze, natomiast sklepy, muzea, puby, restauracje, teatry, kina, autobusy, pociągi, metro i w ogóle ulica, to Polacy, Hindusi i reszta. Albo jako turyści, albo jako ci, którzy sprawiają, że miasto funkcjonuje. I zgoda. To fakt. Pomylić się można. Tyle że zgadnąć też. Londyńczycy rzucają się w oczy. Nawet gdyby się nie odzywali słowem, też by się nie ukryli. Ich widać na każdym kroku i – przynajmniej z mojego punktu widzenia – robią wrażenie wyjątkowe. Czy to jak ta elegancka kobieta, która późnym popołudniem wraca z pracy do domu i siedzi sobie w metrze, z torebką i parasolem i czyta książkę i wygląda tak pięknie i czysto, jakby nie była po całym dniu pracy, lecz właśnie wychodziła z domu. Czy jak ten uczeń wracający ze szkoły w T-shircie, gdy leje, a temperatura jest bardziej zimowa niż letnia. Czy jak ci mężczyźni w garniturach jedzący lunch pod pubem, lub pijący piwo. Czy jak te dziewczyny biegające wzdłuż Tamizy w krótkich spódniczkach i podkoszulkach, gdy na zewnątrz bardziej zima niż jesień. Czy też jak ci wszyscy ludzie – i młodzi i starsi, i kobiety i mężczyźni – którzy są tak dziwacznie ubrani, jakby ostatnią rzeczą nad jaką się zastanawiali to wygląd. A ja na nich patrzę i widzę, że to wszystko są Londyńczycy. Z makami wpiętymi w klapy marynarek, bo mają swoje święto, z gazetami i książkami czytanymi wszędzie i bez przerwy, uprzejmi, uśmiechnięci, zawsze gotowi do pomocy, dowcipni, zawsze z tym dodatkowym, zupełnie przecież niepotrzebnym słowem, które ma nam pokazać, że jest dobrze. Nigdy wściekli, zawsze cierpliwi. Pijani, trzeźwi, hołota i establishment, kibice wracający z meczu, eleganccy, bylejacy, grubi, chodzi, czarni, biali – zawsze nieprawdopodobnie grzeczni i radośni.
I zawsze kompletnie zamknięci w swoim własnym kole.
Więc Londyn, to dla mnie przede wszystkim ludzie. Oczywiście, Tamiza i elektrownia w Battersea i Tower Bridge i metro i cmentarz w Highgate i Hampstead Heath i Greenwich… owszem, to wszystko się liczy. Ale przede wszystkim ci ludzie. Ludzie, którzy robią wrażenie, jakby byli zainteresowani tylko sobą, a z drugiej strony są najmilsi i najgrzeczniejsi i najweselsi na świecie. Wszyscy.
I cały czas kompletnie sami.
Oto Londyn, taki jakim go widzę. Te 8 do 12 milionów ludzi, z czego znaczna część to nie-Brytyjczycy. To ogromne miasto, działające całkowicie bez zarzutu. To metro z pociągami kursującymi we wszystkich kierunkach co dwie minuty i jego obsługa, gotowa do pomocy w każdej chwili i w nadmiarze, te napisy wszędzie i zawsze i na każdy temat, i to wszystko co nad ziemią, te puby, te autobusy, pracujące 24 godziny na dobę, te taksówki, ta noc i ten dzień, i ta Tamiza, i te samoloty startujące z tych wszystkich lotnisk we wszystkich kierunkach i na tych wszystkich lotniskach nieustannie lądujące, i te pociągi wożące pasażerów, turystów i tych ludzi jadących do pracy i wracających z pracy do domu. I ci joggujący ludzie, których można tam zobaczyć częściej niż znak Coca-Coli. I te dzieci w mundurkach na lekcjach w Natural History Museum. I ten football i ta muzyka. Najlepsza na świecie. Nawet w amatorskim wykonaniu w przejściach podziemnych.
I to jest ten Londyn. I ta Anglia. Anglia, gdzie dopuszcza się aborcję w 24 tygodniu ciąży, a samo przerwanie ciąży jest czymś równie ważnym jak splunięcie. Gdzie już w tej chwili niemal każde małżeństwo się rozpada. Gdzie między rodzicami a dziećmi nie ma praktycznie kontaktu. Gdzie rodzina jest coraz bardziej przeżytkiem. Gdzie do kościoła chodzą już tylko albo bardzo starzy ludzie, albo imigranci. Gdzie bez mrugnięcia okiem dopuszcza się i eutanazję i wszelkie najbardziej chore pseudomedyczne eksperymenty. Anglia, gdzie nauczyciel nie może nosić na szyi krzyżyka z Jezusem. Gdzie według różnych danych panuje największe na świecie obżarstwo. Gdzie miasta są opanowane przed młodocianych morderców z nożami. I te upiorne freski na ścianach metra w Paddington chyba (czy tak, Michale?). Gdzie w momencie gdy konserwatyści wygrywają wybory, środowiska uniwersyteckie wzywają oficjalnie do masowych aktów przemocy, w jednym wyłącznie celu – żeby nie czekając do kolejnych wyborów, doprowadzić do upadku rządu. Bo za Partii Pracy, jak było, tak było, ale przynajmniej był spokój i można się było za darmo nażreć pizzy.
Miałem nie mówić, co mnie tam przywiodło. Ale jednak powiem, bo tak mi wychodzi z tego tekstu. Otóż niedawno mieliśmy szczęście i zaszczyt poznać człowieka, który dzierży stanowisko tak zwanego Ambasadora Kent. Poza tym, ma on na swoim koncie jeszcze inne sukcesy i osiągnięcia. Wśród nich i taki, że jego dwie córki śpiewają w chórku u Leonarda Cohena. Kto zna Leonarda Cohena w jego aktualnym programie, wie, o czym mówię. Poza tym ma syna, który jest perkusistą w zespole artysty o nazwisku Jamie Cullum. Kto zna, ten wie. Otóż tak wyszło, że ów pan zaprosił nas, żebyśmy przyjechali do niego na wieś, to nam pokaże swój dom – a dom to nie byle jaki – i nas ugości. A więc pojechaliśmy tam do niego na wieś pod Londynem. I on jest bardzo typowym Londyńczykiem. Przemiłym, fantastycznie dowcipnym, elokwentnym, czarującym, hojnym człowiekiem. Pytał dużo o Polskę, więc mu opowiadaliśmy i on nam w końcu powiedział, że on to wszystko bardzo szanuje, natomiast sam jest „humanistą”. Tak się wyraził. On nie wierzy w Boga, ale wie, że trzeba być człowiekiem dobrym, uczciwym, porządnym, grzecznym. A więc jak idzie o moją londyńską miłość – pełny standard. Plus może jeszcze ten eksces, że jako człowiek już ponad sześćdziesięcioletni ma wciąż tę samą żonę – kobietę, którą kochał gdy miał dopiero16 lat. I tak się przedstawił: „I’m a humanist”.
A więc taka jest sytuacja. Nie jest łatwo. Nie jest łatwo. Byliśmy w sobotę wieczorem w kościele w Soho na Mszy Świętej. Mała kapliczka wypełniona była po brzegi. Brytyjczyków tam było bardzo mało. Paru było, ale mało. Większość to tacy różni, w tym my. Świat na zewnątrz wypełniony był turystami, tymi którzy pracują, by miasto działało i żeby to wszystko w jednej chwili nie stanęło w płomieniach… no i ci cudowni ludzie. Dziś już wiem, że to są tak zwani „humaniści”. A zatem nie jest łatwo.
Polityczny jest ten nasz blog, więc wypadałoby przynajmniej zakończyć czymś lżejszym, no i koniecznie w standardzie. Mam coś takiego. Szliśmy sobie z moim synem przez Wembley. Kto nie wie, tam oprócz stadionu jest jak wszędzie. Pięknie, kolorowo, czysto, tyle że może więcej Czarnych i Hindusów. Pięknie, czysto, spokojnie i grzecznie. Grzecznie jak jasna cholera. I nagle w tym wszystkim widzimy coś takiego:


A więc zimny Lech. Od pewnego czasu mówię, że tego nie wolno brać do ust. Ani tego, ani jakichkolwiek produktów tej firmy. Kretyn, który rzucił tę puszkę na londyńskim Wembley, pokazuje bardzo dobitnie, że produkty Kompanii Piwowarskiej szkodzą. Szkodzą na mózg i niewykluczone że na całą resztę również. To jest trucizna. Jestem pewien, że gdyby on się napił normalnie jakiegoś angielskiego piwa, albo i choćby zwykłego Żywca, do tej hańby by nie doszło. A to przecież nie jest takie trudne. Angielskie piwo jest bardzo dobre. Żeby to wiedzieć nawet nie trzeba być humanistą. Nawet nie trzeba być Londyńczykiem.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...