Zanim przejdę do rzeczy, parę kwestii
bardzo ważnych. Otóż po raz kolejny przekonałem się, że nie czuję jakiejkolwiek
potrzeby do komentowania bieżących wydarzeń, a co gorsza, nawet gdybym taką
potrzebę poczuł, to ona nie jest na tyle intensywna, by z tego powstało coś, co
mógłbym z czystym sumieniem tu opublikować. Próbowałem zresztą dwukrotnie i za
każdym razem tekst, który w końcu powstał, wyrzuciłem w kosmos w przekonaniu,
że czytelnicy tego bloga zasługują na coś więcej. Mógłbym oczywiście pisać o
wyborach w Stanach Zjednoczonych, ale tu przede wszystkim sprawa znajduje się
przez najbliższe tygodnie w zawieszeniu, no a poza tym kwestia jest tak prosta
i jednoznaczna, że nie za bardzo jest o czym mówić. Jest jednak coś, co mi,
owszem, chodzi niekiedy po głowie, a mianowicie raptowny wzrost nastrojów
nadzwyczaj mocno antyreligijnych. Ja oczywiście mam świadomość, że owe postawy
nie są niczym nowym, natomiast aktualny poziom owej agresji oraz intensywność
jej występowania, każe mi podejrzewać, że mamy do czynienia z atakiem sił w
sposób oczywisty piekielnych. Nie może bowiem być tak, że z jakąkolwiek kwestią
społeczną byśmy nie mieli do czynienia, zawsze na końcu musi się pokazać ksiądz-pedofil
oraz kościół, który należy najpierw pomazać farbą, a następnie pod nim nasrać,
a nam się wydaje, że to tylko taka zabawa paru wariatek.
Mało tego. Otóż, jak się okazuje, wśród części z nas pojawiła się taka
oto inicjatywa, by posmarować sobie dłonie jakimś szczególnie mocnym klejem i w
imię tych czy innych wartości przykleić się do tego czy innego obiektu w taki
sposób, by się nie dało nas odkleić. I o tym chciałem coś dziś opowiedzieć, gdy
nagle przypomniałem sobie swój bardzo dawny już tekst, sprzed niemal już 10 lat
jeszcze, który, jak sądzę, za mnie załatwi wszystkie interesujące nas dylematy.
Zapraszam więc. Mamy więc 30 marca 2011
roku. Bardzo proszę.
O ile się nie mylę, problem ateizmu na
tym blogu pojawił się zaledwie trzy razy. Piszę „zaledwie”, bo kiedy się nad
tym zastanowić, to rzeczywiście dziwne, że kwestia tak istotna została tu
zaledwie wspomniana niejako przy okazji. Wielu z nas, wliczając w to autora
tego bloga, to osoby religijne, czasem religijne głęboko. Ta nasza religijność
jest tu demonstrowana, w ten czy inny sposób, właściwie codziennie. A nawet
kiedy demonstrowana nie jest, pozostaje ta szczególna aura, która każe się
domyślać, że to jest blog prowadzony i w dużej mierze nawiedzany przez ludzi
pobożnych. A więc ludzi, którzy są przekonani, że są dziećmi Boga, że ten Bóg
jest jak najbardziej realny, i że ów fakt ma swoje bardzo daleko idące
konsekwencje. A zatem, skoro tak bardzo tu jest widoczna nasza wiara, to jak to
się dzieje, że problem niewiary praktycznie tu się nie pojawia? Dziwne to
bardzo, zwłaszcza gdy zauważymy, że w środowiskach ateistycznych, o Bogu tych
którzy w Niego wierzą, gada się niemal na okrągło.
Wydaje mi się, że pierwszy raz jak podjąłem tu polemikę z ateizmem, miało to
miejsce po rozmowie z pewnym moim kolegą – ateistą właśnie – podczas której
nagle sobie bardzo mocno uświadomiłem, że za stwierdzeniem że Boga nie ma, stoi
czysty i najbardziej jednoznaczny irracjonalizm. Że jeśli człowiek, będąc przy
zdrowych zmysłach i ciesząc się opinią myślącego, nagle stwierdza, że Bóg nie
istnieje, to mamy do czynienia z deklaracją równie absurdalną jak na przykład
to, że śmierć nie istnieje, albo że samoloty nie latają. Że kiedy nasi bliscy
czy znajomi rzekomo umierają, to jest to wyłącznie nasze złudzenie. No bo jeśli
zastanowić się nad czymś takim jak śmierć, w takim kształcie w jakim ją znamy,
ona jest zwyczajnie niemożliwa. A samolot? Przecież każdy przecież widzi, jaki
on ciężki i duży. Rozmawiałem o tym moim kolegą, myślałem sobie przy tym o
swojej wierze, i nagle zdałem sobie sprawę z tego, że u mnie irracjonalny jest
wyłącznie strach przed myślą, że Boga nie ma. Cały religijny system, jaki
wyznaję, jest idealnie logicznym i sensownym ciągiem argumentów, i jeśli coś go
zakłóca, to wyłącznie te momenty, kiedy – całkowicie irracjonalnie właśnie –
przychodzi mi do głowy myśl – A co jeśli nie?
O ile dobrze go zrozumiałem, mój
wspominany wyżej kolega uważa się za ateistę w sposób jednoznaczny. Mówiąc to,
mam na myśli fakt, że on nie sugeruje, że wprawdzie Boga nie ma, ale jest jakaś
wyższa siła, czy jakiś uniwersalny rozum, czy to może w postaci naszej
przyrody, czy kosmosu, które to byty nadają sens naszemu życiu. Z tego co
zrozumiałem, on jest w swojej niewierze do bólu dzielny i bezlitosny. Tak jak
mój zmarły niedawno wujek, który mi kiedyś powiedział mniej więcej tak: „Nie
oszukuj się. Nie ma nic. Człowiek umiera i to co po nim zostaje, to najpierw
jakieś związki organiczne, a później już tylko nieorganiczne i wreszcie nie ma
już nic”. Jednak w pewnym momencie temat ateizmu wrócił za sprawą pewnego
maturzysty, który – już nie pamiętam przy jakiej okazji – wspomniał coś o
Krzysztofie Kieślowskim, twierdząc, że Kieślowski nie był ateistą, ale zaledwie
kimś kto nie zgadza się z nauką Kościołów i sam, na własną rękę, szuka Boga.
Przypomnieliśmy sobie wspólnie stare wypowiedzi Kieślowskiego, i – mam
nadzieję, że dobrze tu relacjonuję sprawę – dowiedzieliśmy się, że Kieślowski
nie mówił, że Boga nie ma, lecz zaledwie, że on nie wie, czy Bóg jest. A więc,
on – na wszelki wypadek – z Bogiem prowadzi dialog, zwraca się do Niego z
prośbami, stara się żyć tak, by Go nie obrażać. A to, zdaniem Maturzysty,
świadczyć może tylko o tym, że Kieślowski ateistą nie był.
I pomyślałem sobie, że to jest bardzo
ciekawa sytuacja. Bo otóż jeszcze w XVI może wieku, zarzut, że ktoś jest
ateistą był traktowany jako obelga. Jak się zdaje, jeśli znalazł się gdzieś
człowiek, który mówił, ze Bóg nie istnieje, lub że, owszem, istnieje, tyle że
jako drzewo, gwiazda, rzeka, lub tęcza, był przez wszystkich dookoła
traktowany, jak ktoś niespełna rozumu. Dla każdego normalnego człowieka
żyjącego w tamtych czasach i w naszej kulturze to, że Bóg jest, a my jesteśmy
jego dziećmi, stanowiło aksjomat. Zresztą w innych, choćby najbardziej prymitywnych,
czy bardziej zamierzchłych cywilizacjach, też nikomu nie przychodziło do głowy
uznawać, że jesteśmy tylko my i na tym koniec.
Wydaje mi się, że prawdziwe zamieszanie
na tym polu zostało poczynione dopiero wraz z powstaniem tak zwanego wolnomyślicielstwa,
a więc, ogólnie rzecz ujmując, w okresie Oświecenia. Rozwój nauk, a tym samym,
gwałtowny wzrost przekonania u ludzi, że są strasznie mądrzy, doprowadziły do
tego, że wielu z nich zaczęło najpierw delikatnie, a potem już na całego
kwestionować prawdy kościelne. Najbardziej dramatycznie ten ruch objawił się
właśnie w wolnomyślicielstwie. Oczywiście masoni nie od razu i nawet nie w
swojej większości kwestionowali istnienie Boga. O nie! Tacy nieroztropni, to
oni nie byli. Powtarzali więc w koło jakiejś bajki o Budowniczym Świata, o
Wielkim Architekcie, o Uniwersalnym Umyśle, czy diabli wiedzą o czym jeszcze, a
jednocześni głosili pełną wspólnotę ludzi o wszystkich możliwych przekonaniach,
a więc tych co wierzą w Chrystusa, tych co wierzą w drzewa, w tych co wierzą w
Zeusa, w diabła, ale również tych, którzy nie wierzą w nic. Lata mijały, ludzie
stawali się już tylko mądrzejsi, aż wreszcie niepostrzeżenie – gdy idzie o
religię – już tylko stary Marks miał odwagę powiedzieć, że religia to opium,
Bogiem jest człowiek, duchy nie istnieją, szatana nie ma, a drzewa służą
wyłącznie do tego, żeby na nich wieszać tych, którzy sądzą inaczej. I tyle.
Co pozostało na zewnątrz? To co zawsze, a
więc całe grupy osób wiernych i pobożnych, a poza tym chaotyczna mieszanina z
jednej strony tych, którzy z jakiegoś powodu z Marksem zgodzić się do końca nie
chcieli, a z drugiej tych, którzy owszem tu pozostali w postawie na baczność,
tyle że z jakiegoś powodu bali się przyznać przed sobą, że rzeczywiście nie ma
nic. I ten chaos stworzył całą nową religię – religię ludzi, którzy przede
wszystkim uważają, że z tym Bogiem i w ogóle bogami to gruba przesada, ale nie
da się ukryć, że czasem się dzieją rzeczy dziwne i niewyjaśnione. Bo to się
człowiekowi coś przyśni, a później się okaże, że się sprawdziło. Albo trzasnęły
drzwi, gdy w domu nie było nikogo. Albo że ktoś podobno gdzieś widział, że coś
spadło z hukiem na ziemię i w lesie pojawiły się jakieś dziwne światełka.
Stopniowo, tych, którzy trzymali twardo z Marksem – głównie ze względów
historycznych – było stopniowo coraz mniej i w efekcie dziś mamy z jednej
strony ludzi wierzących, i mniej lub bardziej tradycyjnie pobożnych, a z
drugiej całą kupę wyznawców tak zwanego rozumu otwartego, gdzie pod pojęciem
„otwarty” rozumiemy akceptację wszelkiego typu zabobonów, poczynając od wiary w
UFO, a kończąc na przekonaniu, że jak jest matura, to trzeba założyć czerwone
majtki. Oni oczywiście ani nie chodzą w niedzielę do kościoła, ani nie
twierdzą, że krzyż jest naszą wspólną cywilizacyjną wartością. Uważają
natomiast, że księża kradną i gwałcą małych chłopców, że Bóg może i jest, tylko
w ogóle nie wiadomo co to takiego, no i że faktycznie, jak człowiek spojrzy na
nocne niebo, to jakoś się robi dziwnie. Podobnie zresztą, jak się zacznie gapić
w ognisko. Czy oni są jednak ateistami? W życiu! Nigdy! Ależ skąd? Co za
oszczerstwo!
Kiedy się zastanowić nad tym wszystkim,
można rzeczywiście poczuć szacunek do tych, którzy mają odwagę powiedzieć: Tak. Jestem ateistą. Bez żadnych zakłamanych
zastrzeżeń na temat humanizmu, racjonalizmu, naturalizmu. Bez tłumaczenia sobie
i światu, ze ja wprawdzie nie umiem uwierzyć w Boga, ale mam szacunek dla ludzi
wierzących, szczególnie żydów i muzułmanów, a już zwłaszcza buddystów, i że
właściwie to jestem agnostykiem. Tak. Zwłaszcza agnostykiem. Agnostycyzm robi
tu wrażenie złotego kluczyka otwierającego praktycznie wszystkie drzwi.
Czemu dziś, po raz trzeci już wziąłem
się za ten temat? Jak pewnie niektórzy się domyślają, ze względu na osobę i
myśl Grzegorza Miecugowa. Otóż przy okazji niedawnego wpisu, gdzie wyszydziłem
tego szczególnego redaktora za jego wyjątkowy pokaz ludzkiej tępoty, ktoś
napisał pod tym tekstem komentarz, w którym zacytował Miecugowa z wywiadu,
jakiego ten udzielił swego czasu magazynowi ‘Gala’. Co tam takiego czytamy?
Otóż Grzegorz Miecugow, po wstępnym przyznaniu, że on w Boga nie wierzy,
natychmiast przechodzi do konkretów, które, jak się domyślam, w jego mniemaniu,
mają go postawić w jakimś lepszym świetle. Jako kogoś wprawdzie, kto nie
wierzy, ale jednak tak nie do końca. I mówi tak: „Ja wiem, że mam jedno
życie. Nie wierzę, że moja dusza pójdzie do jakiegoś raju. Po śmierci rozpadnę
się na atomy. A one może w przyszłości będą krzesłem? Atomy krążą. Może jest we
mnie kilka atomów, dajmy na to, Kościuszki? Jestem częścią większej całości.
Szukam sensu tego wszystkiego. I oczywiście nie znajdę go”.
I to, uważam, jest deklaracja dla nas
bardzo interesująca. Grzegorz Miecugow, mówiąc to co mówi, a należy sądzić, że
się nie wygłupiał, lecz starał się być poważny jak należy, idealnie nam pokazał
stan współczesnego ateizmu w wersji – owszem – nieco karykaturalnej, ale przez
to może nawet bardziej przemawiającej do wyobraźni. Z jednej strony więc
widzimy kogoś, kto się nam pokazuje jako osoba rozsądna, nie ulegająca tym
głupim, prostackim i niemodnym już przecież przesądom z czasów średniowiecza,
które robiły wrażenie wyłącznie na jakichś spragnionych najtańszej strawy
duszom, ale kto z drugiej strony wie, że tak do końca, nie wszystko się da
racjonalnie unicestwić. Ale i tu, on jest wciąż lepszy od innych. Bo wie, że
ani gwiazdy, ani drzewa, ani jakaś reinkarnacja, ani uniwersalny humanizm. Że
to też wszystko mit. Ale wie coś jeszcze. Że czysta nauka w stylu oświeceniowym
też nie odpowiada na wszystkie pytania. A więc, nauka tak – tyle że nauka
otwarta. I tu właśnie pojawia się to krzesło. I Kościuszko. Oto trochę krzesła,
trochę Kościuszki, trochę Miecugowa tak krążą w powietrzu i jest tylko pytanie,
czy z tego powstanie coś konkretnego, i czy to coś powstanie za chwilę, czy
może dopiero wówczas, gdy do tego dołączy jeszcze parę atomów, powiedzmy z
jakiegoś wypasionego samochodu, czy buta.
Zajrzałem do tego wywiadu w 'Gali' i tam
są rzeczy jeszcze ciekawsze. W pewnym momencie Miecugow mówi tak: "Istnieje
jednak coś nadprzyrodzonego. Dowodem na to jest to, że ja wyśniłem katastrofę
concorda i okrętu podwodnego Kursk. Nie wszystko da się wyjaśnić racjonalnie.
Ostatnio śniło mi się, że mnie jakiś facet wali butelką po głowie,[ale też]że
jestem klepką w podłodze. Bardzo świadomą klepką. Miałem poczucie, że otaczają
mnie klepki, z którymi nie mam kontaktu. I ja jeden, a właściwie: ja jedna
widzę kawałek drzwi lekko uchylonych i wiem, że nigdy się nie dowiem, co za
nimi jest. Bardzo cierpiałem".
Oczywiście, osobiście sądzę, że to co
zaprezentował Miecugow nie świadczy o jakiejkolwiek tendencji, lecz stanowi
zwykły wybryk jakiegoś pospolitego półgłówka, któremu pozycja i pieniądze
wyrządziły parę nienaprawialnych szkód. Ale jeśli założymy, że obecne czasy
zmierzają nieuchronnie w kierunku całkowitej eliminacji ateizmu jako zarówno
teorii, jak i praktyki, ale też bardzo próbują przy okazji zlikwidować wszelkie
przejawy religijności prostej, ludowej i tradycyjnej, to nie należy wykluczać,
że powstanie nowy rodzaj pobożności. Ludzie zaczną wierzyć w krzesła. A w
ramach owej religijnej praktyki, będą te krzesła ustawiali w pustych pokojach,
wchodzić na nie, czepiać sobie na szyi grube sznury i popełniać rytualne
samobójstwa. Z jednej strony z uwielbienia dla atomu, a z drugiej ze strachu,
że ten atom jest taki niezbadany. I kto wie, czy dla tych wszystkich nowych
wyznawców Grzegorz Miecugow nie stanie się prorokiem?
Chciałem w tym miejscu skończyć to
dzisiejsze pisanie, ale jakoś nie potrafię. Mam bowiem wrażenie, że jeśli
jeszcze czegoś nie powiem, to właściwie równie dobrze możemy uznać, że nie
wiadomo, po co w ogóle było to wszystko pisać. Bo przecież nie po to, by
jeszcze raz dokuczyć Miecugowowi, czy w ogóle ludziom niewierzącym. A zatem
wypadałoby jakoś pobieżnie chociaż określić cel tego gestu. Otóż muszę uczciwie
przyznać, że zupełnie wyjątkowo ten dzisiejszy ma charakter czysto agitujący.
Ja dziś chciałem przede wszystkim, w ramach dawania świadectwa Prawdzie,
zaapelować do wszystkich tych, którzy nie wierzą w Jezusa Zmartwychwstałego i w
Jego Kościół, a z drugiej dręczy ich poczucie, że czegoś im nieustannie w tej
łamigłówce brakuje: Proszę, nie szukajcie czegoś, co jeśli nawet ktokolwiek
zgubił, to akurat nikt z nas. Bo na końcu znajdziecie najwyżej to krzesło. A
daję słowo, że nie warto.