Pokazywanie postów oznaczonych etykietą panika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą panika. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 marca 2020

Arytmetyka spisku, czyli Donald Trump zamyka Nowy Jork


       Pamiętam do dziś jak w czasach, których dziś już mało kto pamięta, rozbił się autokar wiozący pielgrzymów do Lourdes, a może do Fatimy i wszyscy uczestnicy owej pielgrzymki zginęli. Był to czas, kiedy jeszcze był z nami prezydent Lech Kaczyński i to jego decyzją wprowadzona została w całym kraju żałoba. Pamiętam przy tym jednak, jak to w reakcji na ową decyzję pojawiły się głosy, że trzeba być idiotą jak ten Kaczyński, by urządzać narodową żałobę z okazji śmierci 20 osób, podczas gdy każdego dnia znacznie więcej ginie w wypadkach na drogach i pies z kulawą nogą o nich nie myśli.
       Pamiętam jak wówczas czułem całym sobą, że jest coś nie w porządku w tych kalkulacjach i że za nimi w znacznie większym stopniu stoi nienawiść do Lecha Kaczyńskiego niż zwykły ludzki rozsądek, niemniej nie udało mi się sformułować odpowiedniej oceny tego przedziwnego zjawiska. I oto dziś kiedy wszyscy, zgodnie z zaleceniem szczęśliwie nam panującego Prawa i Sprawiedliwości, siedzimy wszyscy w domach i z niepokojem czekamy na dalszy rozwój koronawirusowych wypadków, uzmysłowiłem sobie, że chyba już wiem, czym był spowodowany tamten mój niepokój. Otóż, jak się dowiedziałem, ledwie co wczoraj, na skutek wspomnianej wcześniej zarazy w ciągu jednego dnia zmarło we Włoszech 889 osób, i słysząc to, uświadomiłem sobie nagle, że to jest mniej więcej tak jakby jednego dnia rozbiły się cztery duże samoloty. Z tego co wszyscy wiemy, samoloty się raczej nie rozbijają, a jeśli tak, to niezwykle rzadko, a zatem, ile razy do tego rodzaju zdarzenia dojdzie, cały świat jest mocno poruszony. I w tym momencie pojawia się pytanie: 200 osób, 400 osób, 800? A cóż to takiego w sytuacji gdy w samej Polsce każdego dnia, dzień w dzień, 300 osób umiera na raka, a kto wie ile jeszcze osób ginie w wypadkach drogowych, z powodu zwykłej grypy, starości, czy popełnia z rozpaczy samobójstwa? I tu nagle sobie zdałem sprawę z tego, że życie sobie płynie, ludzie rodzą się i umierają, bilans w ten czy inny sposób się utrzymuje i jesteśmy w stanie ów stan rzeczy zaakceptować, o ile nie wydarzy się coś szczególnego, a więc jeśli nie nastąpi kolejna katastrofa w kopalni i w jej wyniku umrze trzech górników, czy jeśli na świat nie spadnie zaraza i każdego dnia zacznie umierać mniej więcej tyle samo osób, co również każdego dnia umiera z powodu choćby wielopostaciowego glejaka mózgu.
        I w tym momencie zdałem sobie też sprawę z tego, że to o czym mówimy, to coś, co nam ni stąd ni zowąd zostało dodane i to wystarczy, byśmy uznali, że tym razem jednak zupa była za słona, a herbata za słodka. Do czego zmierzam? Otóż bardzo mi by dziś zależało, by udało nam się wreszcie ogarnąć całą tę arytmetykę koronowirusa, w takim kształcie, w jakim ona realnie funkcjonuje. Problem bowiem polega na tym, że w takich dajmy na to Niemczech, gdzie sytuacja jest naprawdę krytyczna, dotychczas zachorowało na korowirusowe zapalenie płuc 57695 osób, z czego niemal siedem tysięcy wczoraj i z czego 433 osoby zmarły, a cały świat staje wobec tego wydarzenia na baczność i nikt nawet nie pomyśli, że w tym samym czasie grubo ponad 80 milionów Niemców, podobnie jak my tu w Polsce, spędza czas w domu i już nie może się doczekać aż ten cały cyrk się wrreszcie skończy i będzie można wrócić do normalnego życia.
        Bo tak naprawdę największy problem – pomijając oczywiście wszystkie nieszczęścia związane z tym, że na pewien czas nasz świat musiał się faktycznie zatrzymać – polega na tym, że my nie mamy bladego pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Bo że tu w tym wszystkim istnieje drugie, a kto wie czy nie trzecie dno, wie każdy z nas, o ile tylko w pewnym momencie uda mu się zrzucić z twarzy tę śmieszną maseczkę i równie śmieszne i niedorzeczne rękawiczki z rąk. Bo coś tu się zdecydowanie dzieje, skoro cały świat staje w miejscu wobec tego, że we Włoszech na 70 milionów mieszkańców 100 tysięcy zapada na nowy rodzaj grypy, z czego 10 tysięcy umiera, a reszta siedzi zamknięta w swoich mieszkaniach i od czasu do czasu wychodzi na balkon, by zagrać na gitarze i zaśpiewać jakąś piosenkę.
       Pisałem tu już nieco na ten temat, ale ponieważ żyję jak każdy z nas i jestem otoczony światem, którym otoczeni jesteśmy wszyscy, zauważam, że ostatnio doszedłem do miejsca, gdzie ów koronawirus śni mi się po nocach. A to świadczy o tym, że ten dziwny projekt – bo tego że mamy do czynienia z projektem jestem dziś niemal pewien – pochłonął również i mnie. A jednak, jak widać, wciąż walczę i być może w jednym z ostatnich już odruchów chciałbym zwrócić uwagę wszystkich z nas na to, że choć z tej przyczyny, że we Włoszech zmarło właśnie, zupełnie nadprogramowo, 889 osób, jest nam oczywiście wszystkim tak samo przykro, jak z tej przyczyny, że gdzieś na końcu świata z powodu głodu zmarło parokrotnie więcej ludzi takich samych jak my, nie istnieje najmniejszy powód ku temu byśmy nie zaczęli sobie zadawać pytania, o co tu w tym wszystkim chodzi. Bo że w sytuacji gdy mamy do czynienia z czymś w skali historycznej autentycznie drobnym, czyjąś tajemniczą decyzją cały świat staje w miejscu i wszelkie pytania próbujące kwestionować ową zmowę są ściśle zakazane, ja nie mogę jednak nie zadać tego pytania po raz już kolejny: co tu się dzieje?
        I powiem zupełnie uczciwie, że nie jest moją winą, że w sytuacji gdy już naprawdę nie ma na kogo liczyć, pozostaje się uciec do starych dobrych teorii spiskowych. A tu nagle wszystko się nam ładnie otwiera i pojawia się wraz z tym teoria, że podczas gdy sam wirus jest oczywiście autentyczny i ktoś go faktycznie uznał za stosowne wypuścić, to cała ta panika, sprawiająca że, jak już wspomniałem, cały świat stanął, stanowi zupełnie osobny projekt, którego celem jest zapewnienie sobie wystarczająco dużo miejsca na przeprowadzenie akcji oczyszczenia naszego świata z tego całego chłamu, który doprowadził do tego, że nasze czasy stały się niekiedy naprawdę trudne do zniesienia.
          My tu w Polsce jesteśmy w sytuacji wręcz komfortowej, szczególnie po fali najnowszych wydarzeń, natomiast dziś od siebie, jeśli mogę coś zaproponować, bardzo kibicujmy Donaldowi Trumpowi, by dzielnie dotrwał do jesiennych wyborów i je odpowiednio zdecydowanie wygrał.






sobota, 9 października 2010

Kabelek do ucha, koka do nosa, a strach wciąż zżera duszę

W telewizji, jak co sobotę, pokazały się cztery panie i jeden pan, żeby na tle dyskretnego muzycznego podkładu porozmawiać o sprawach bieżących. W pewnym momencie, prowadzący program red. Marciniak – postać skądinąd szczególna – zapytał o Kazimierza Kutza, który za Palikotem poszedł z PO. Głos zabrała któraś z pań i powiedziała mniej więcej coś takiego: „Palikot mnie za bardzo nie interesuje, ale chciałam parę słów o Kutzu. Otóż bardzo cenię pana Kutza jako reżysera, natomiast bardzo mi nie pasuje sposób w jaki on prowadzi polityczną debatę”. I w tym momencie wspomniany Marciniak rzucił: „Kutz, czy Palikot?”
Czemu zwracam uwagę na ten fragment? Otóż w programie o którym mówię brały udział cztery kobiety, z których dwie, a więc Magdalena Środa i Manuela Gretkowska są członkami tak zwanego Ruchu Poparcia Palikota, a jedna, czyli Iwona Katarasińska bardzo ważnym członkiem Platformy Obywatelskiej i jedną z jego pierwszych strzelb. Pani, której Marciniak nie zrozumiał, albo – co znacznie bardziej prawdopodobne – nie słuchał, reprezentowała Prawo i Sprawiedliwość. I ja teraz się właśnie zastanawiam, czy Marciniak jej nie słuchał, bo on już jest tak zaprogramowany, że kiedy pojawia się głos ze strony do którą on systematycznie odwraca się swoim tyłkiem („I fart in your general direction” – kto zgadnie skąd to?), czy może to jest właśnie taki typ dziennikarstwa, że on nie słucha nikogo, bo nie znając dnia ani godziny, kiedy przychodzi do pracy, skupia całą uwagę na tym kabelku, który mu włożono do ucha, i reszta staje się dla niego wyłącznie szumem. Kiedy obserwuję to co się dzieje na poziomie mediów mainstreamowych w ostatnich tygodniach, mam wrażenie że tu mamy do czynienia z opcją drugą. A więc kabelek, plus niewykluczone że coś do noska.
Skoro mamy wyjaśniony ten fragment, to pewnie wypada też wytłumaczyć się, po ciężką cholerę w ogóle zajmować się bandą tych straceńców? Najprościej byłoby powiedzieć, że takie są czasy i je się to co jeść dają. A że dają czarną rzepę, to jemy rzepę. Jest jednak też powód znacznie poważniejszy. Otóż chodzi własnie o ten wspomniany już kabelek i nosek. Ostatnio towarzyszy mi coraz bardziej dojmujące przekonanie, że po tamtej stronie nie ma już nic więcej. I że kiedy Jarosław Kaczyński wciąż powtarza, że oni się okropnie boją, to nie jest to nie jest żadna retoryka, ale bardzo dosłownie przekazana informacja – tak, oni się bardzo boją. Jestem coraz bardziej przekonany, ze kiedy my widzimy jakieś przesuwające się po telewizyjnych ekranach głowy i słyszymy wylewające się z przeróżnych ust słowa, a jednocześnie wszystko zdaje się być tak pięknie zorganizowane i takie czyste, to mamy do czynienia już tylko wyłącznie z echem przeszłości, która nie powróci. Bo, jak mówię, po niej zostały już tylko ten kabelek i nosek. I strach.
Wczoraj u Piaseckiego w TVN24 wystąpiła minister zdrowia Ewa Kopacz i Piasecki spytał ją o wypowiedz – przyznaję, że sam jej nie znalem – Edmunda Klicha, że jest faktem iż katastrofę Tupolewa przeżyło kilka osób, ale po kilkunastu minutach i one zmarły. Kopacz była porażona. „Edmund tak powiedział?” spytała. „Owszem”, mówi Piasecki. „To jego słowa”. Na co Kopacz z tą swoją twarzą manekina z dwucentymetrową warstwą pudru i kompletnie pustymi oczami, zaczyna mu tłumaczyć, że to niemożliwe, że ona widziała te ciała i że nie życzy nawet najgorszemu wrogowi, żeby musiał coś takiego przeżywać, że ona wiele w zyciu widziała, że jest lekarzem sądowym, więc niewiele jest ją w stanie zaskoczyć, ale to co jej pokazano w Moskwie, to był widok, jakiego ona sobie nawet nie wyobrażała. Że ona nie wierzy, by to co ona zobaczyła mogło jeszcze choćby przez chwilę zyć.
A ja znów się zastanawiam – dlaczego Piasecki nie rzucił choćby jednym zdaniem, że teraz dopiero widać, jak to ze Smoleńska do Moskwy droga daleka. Nawet gdy nie ma mgły, a niebo bezchmurne. Albo czemu on się nie zadumał nad tym, co tam się musiało dziać w tym samolocie, kiedy on spadał z tych pięciu metrów w tamto smoleńskie błoto.
Wspominam tu o nim od czasu do czasu. Widzę go dość często, a czasem, kiedy uznam, że trzeba go przypomnieć – wspominam go. Mam jednak wrażenie, że z jakiegoś powodu, tak naprawdę, to tylko w mojej pamięci on jeszcze funkcjonuje. Że to tylko dla mnie on wciąż istnieje i tak wiele dla mnie znaczy. Dziś znów szedłem sobie ulicą i śmy się minęli. Gdyby ktoś w tym całym tumulcie zdążył już zapomnieć, przypomnę. Hubert K. przed kilku laty, i przez parę tygodni był główna gwiazdą naszych mediów, a te swoje przysłowiowe 15 minut otrzymał od tego czarnego i strasznego losu kiedy jako bezdomny menel na Dworcu Centralnym w Warszawie sklął prezydenta Kaczyńskiego w sposób tak agresywny i tak bulwersujący dla obecnych tam osob, że ktoś wezwał policję, a policja go zgodnie z procedurami spisała. W dowód wdzięczności za ten wybuch szaleństwa, Hubert K. został przez System przyodziany, nakarmiony, uczesany, przypudrowany i przegoniony tam i z powrotem przed kamerami wszystkich możliwych telewizji, jako ofiara nieludzkiej i bezlitosnej polityki, a przede wszystkim terroru, którego symbolem w jego akurat wypadku stał się Lech Kaczyński. Myślę, że poza tym wszystkim Hubert K. musiał też otrzymać jakieś stypendium. Ja go spotykałem dość często jeszcze w tamtych latach i on naprawdę wyglądał wówczas bardzo szykownie.
No więc i dziś go spotkałem. Wyglądał tak jak ostatnio, i tak samo jak wiele razy wcześniej. Z tą swoją maską na twarzy, z pustymi oczami, z pofarbowanymi i przylizanymi do tyłu włosami. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale przypomniała mi się ta wczorajsza Kopacz. Strasznie się te losy plotą, a już też nie bardzo wiem, dlaczego moje mysli idą w tym, a nie innym kierunku. Tam wciąż leży ten gnijący samolot, na brzozach strzępy ciał, w telewizji po raz już pięćdziesiąty Donald Tusk się pyta, po jaką cholerę Kaczyński zgłaszał się do tej prezydentury. Co mu strzeliło do głowy, żeby się pchać tam gdzie go nikt nie chce? To i ma co chciał. Sam jest sobie winien, że teraz wygląda tak komicznie, o czym najlepiej może zaświadczyć minister Kopacz, co nie jedno widziała.
A mógł przecież zostać skromnym pracownikiem naukowym, to by żył. Jak Hubert K. i wielu innych, którzy zawsze znali swoje miejsce, a kiedy pokazywała się szansa, to się najwyżej ustawiali w kolejce, aż ich inni, mądrzejsi i lepsi poproszą do śrdoka. A tak? Chciał, to ma.
Czy ja jeszcze chcę kogokolwiek do czegokolwiek przekonywać? Chyba już nie. To pisanie to już chyba tylko jest taka sobie poezja. Kto chce, to się wzruszy. A jak ktoś woli co innego, niech się obsłuży już sam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...