Jest to historia wprawdzie sprzed wielu już lat, jednak nie na tyle stara, byśmy ją mogli zakwalifikować do wydarzeń opisujących świat, który już dawno przeminął. A zatem jest to echo wciąż naszego świata. Córka znajomych przystępowała do Pierwszej Komunii Świętej. Nic szczególnego. Każdego roku w maju tysiące dzieci obchodzi tę uroczystość i dla większości z nich ta niedziela nie jest niczym bardziej niezwykłym, niż choćby początek roku szkolnego, czy kolejne przyjęcie urodzinowe. Nasi znajomi nie byli wówczas, i, o ile się dobrze orientuję, tym bardziej dziś nie są ludźmi szczególnie pobożnymi. Mimo to jednak, ponieważ ksiądz zażyczył sobie, żeby przez tydzień poprzedzający tę uroczystą niedzielę wszystkie dzieci kończyły dzień modlitwą przy zapalonej świeczce, córka znajomych temu zaleceniu się podporządkowała. W sobotę wieczorem, w wigilię Komunii, jak codzień, leżąc już w łóżku, zapaliła świeczkę i zaczęła się modlić.
Nasza znajoma, mama dziewczynki, opowiadała nam później, że kiedy głęboko w nocy wszyscy już mocno spali, zbudził ją przeraźliwy wrzask. Wstała, podeszła do okna, by zobaczyć, co się stało, ale wokoło była tylko spokojna nocna ulica. Rozejrzała się po mieszkaniu, ale i tu panował spokój. Uznała więc, że to był tylko jeden z tych dziwnych snów, tyle tylko, że zanim wróciła do łóżka, zajrzała jeszcze do pokoju córki… i zobaczyła swoje śpiące dziecko, a tuż obok płonący już od ognia świeczki stolik.
Oczywiście, kiedy rozmawialiśmy, i ona i my mówiliśmy o cudzie, jednak – tak jak to zwykle się w takich razach dzieje – po kilku dniach sprawy wróciły do codziennego, zwykłego stanu, i świat jakim go znamy pochłonął zarówno ów dzień Pierwszej Komunii, jak wszystko co temu świętemu zdarzeniu towarzyszyło, podobnie zresztą jak i to wszystko, co mogło z niego wyniknąć, ale go akurat ominęło.
Ktoś się pewnie będzie zastanawiał, czy to co się zdarzyło w tamtą sobotnią noc to był cud, czy przypadek. Czy może ani cud ani przypadek, tylko coś, co współczesna nauka potrafi świetnie wyjaśnić. Bo może przecież być i tak, że matka dziewczynki przez sen poczuła zapach palonego drewna, lub może obrusu, który leżał na stoliku, na którym z kolei stała świeczka i ten właśnie zapach ją tak dziwnie zbudził. A mogło być też tak – co z całą pewnością potwierdzą specjaliści od parapsychologii – że między matką a dzieckiem zawsze istnieje jakiś tajemniczy związek, którego normalnie wyjaśnić nie potrafimy, a który często tworzy sytuacje, które później ludzie religijni będą naiwnie nazywać cudami. A więc pytanie, czy ten hałas, który wiele lat temu obudził naszą znajomą i być może uratował życie całej jej rodziny, był aż cudem, czy raczej jak najbardziej zwyczajnym, choć dla niektórych ciekawym wypadkiem, tak jak wiele innych tego typu pytań, pozostanie bez odpowiedzi.
Przypomniała mi się ta historia dziś, kiedy obchodzimy rocznicę tak zwanego Cudu nad Wisłą i główne media z wielkim zaangażowaniem informują nas, że tamte zwycięstwo wcale nie było wynikiem jakiejkolwiek interwencji Boga, który jakoby miał zechcieć wysłuchać naszych modlitw – a więc cudu – lecz zwykłym militarnym sukcesem zdolnych dowódców i ich osobistego geniuszu. Oczywiście, jak ktoś chce, może sobie na to co się stało 15 sierpnia 1920 roku mówić, że to był cud, może wspominać i wszystkie tamte modlitwy, włącznie z osobistymi modlitwami Papieża Benedykta XV, może tworzyć wokół tamtego dnia najróżniejsze teorie, jednak fakt pozostanie faktem – nasze zwycięstwa są naszymi zwycięstwami, a Pan Bóg i Jego aniołowie mają tu znaczenie wyłącznie symboliczne. Ale również przypomniała mi się tamta historia właśnie dziś, kiedy religijny wymiar tamtego wydarzenia jest kwestionowany już nie tylko przez świat pogański, ale także przez ludzi dotychczas, wydawałoby się, stanowiących część Kościoła. Przez ludzi, którzy powoli, ale nieubłaganie, niemal na każdym możliwym poziomie, robią tak bardzo wiele, by zacierać różnicę miedzy światem wiary, a światem pogańskim.
Mieliśmy okazję obserwować to zjawisko przez parę ostatnich tygodni, kiedy to znaczna – niektórzy twierdzą, że główna – część naszego Kościoła sprzymierzyła się właśnie ze światem pogańskim przeciwko tej garstce ludzi, którzy zdecydowali się bronić krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Wielu z nas z przerażeniem obserwowała, i wciąż nie może przestać drżeć na widok tego, jak nagle tak wielu ludzi, dotychczas utrzymując w najlepszym wypadku w stosunku do Krzyża stosunek obojętny, by nie powiedzieć wrogi, stanęło na czele krucjaty przeciwko tym, którzy go rzekomo swoim wiernym czuwaniem profanują. Nie ma dnia, żeby ktoś z tamtej strony nie pojawił się publicznie, żeby zaprotestować przeciwko rzekomemu bluźnierstwu, jakiego mają się podobno dopuszczać ludzie czuwający pod prezydenckim krzyżem. Ostatnio doszło już wręcz do tego, że w tym towarzystwie znalazło się dwóch starych peerelowskich działaczy, Wenderlich i Iwiński, i oni również wyrazili swój ból wobec tego, co z rąk polskich katolików spotyka Krzyż. Patrzymy na to i drżymy. Ale również zamierają nam serca, gdy widzimy, jak z czystej próżności, czy może ze strachu przed utratą pozornego szacunku ze strony nowych elit, a może tylko z osobliwie rozumianych względów politycznych, to właśnie polscy biskupi uznali, że nic się nie stanie, jeśli Kościół pozwoli sobie na tę odrobinę nowoczesności i ten uprzejmy gest pod adresem swoich nowych znajomych.
Powoli, ale bardzo konsekwentnie, sytuacja rozwija się w tym kierunku, że lekarzem naszych dusz nie będzie już tylko ta biedna idiotka informująca spod Jasnej Góry telewidzów, że pielgrzymi właśnie dotarli do Częstochowy i „między jedną a drugą mszą kręcą się po mieście”, nie tylko jej redakcyjni szefowie, każący słowo „obrońcy” pisać w cudzysłowie, nie tylko Donald Tusk demonstrujący swój wieczny szacunek do Krzyża, nie tylko prezydent Komorowski klękający i całujący sztandar, a nawet nie szef jego kancelarii zapewniający o swoich modlitwach, ale nawet owa gwiazdka telewizyjnych seriali i jej aktualny sponsor. Oto świat, który tworzy się na naszych oczach, gdzie tradycyjna polska religijność zostanie najpierw brutalnie i ostatecznie wyszydzona, a następnie zamknięta w jakimś odległym rezerwacie, z dala od już nie tylko tego wszystkiego co stanowi naszą wspólną cywilizację, ale nawet tego co zawsze tworzyło tradycyjny Kościół, z jego świątyniami i kapłanami. I Kościół jaki znamy stanie się wyłącznie wspomnieniem. Jego miejsce natomiast zajmie twór, którego pierwsze ślady właśnie mieliśmy okazję parę razy zaobserwować. Czy to w postaci tego nieszczęsnego księdza, kropiącego tablicę na Krakowskim Przedmieściu i godzącego się na zhańbienie najświętszej liturgii towarzystwem jakichś wynajętych, zakłamanych urzędników, czy to arcybiskupa Nycza, uroczyście i z najgłębszą powagą kierującego słowa Jezusa do drzemiącej w kościelnych ławach grupce zaprzańców, czy wreszcie w dzisiejszych słowach Prymasa Polski apelującego do tych, którzy bronią krzyża, by go wreszcie bronić przestali. A wszystko na tle pijanej nienawiścią paczki bezbożnych szyderców, którzy wreszcie wyśpiewali, wytańczyli i wytupali to o co prosili.
Czytałem kiedyś książkę o Kambodży jaka powstała po rewolucji Pol Pota. Nie jestem pewien, czy wszystko dobrze pamiętam, ale jakoś chodzi mi po głowie informacja, że ponieważ rewolucja wymordowała wszystkich nauczycieli, duchowieństwo i w ogóle ludzi wykształconych, obecnie w całym kraju nie ma jednej osoby, która potrafiłaby odpowiednio wyjaśnić symbolikę ukrytą choćby w godle Kambodży. Obawiam się, że sytuacja w Polsce idzie w tym kierunku, że odebranie nam sposobu na odróżnienie słowa księdza czy biskupa od słów kogoś, kto jeszcze kilka lat wcześniej tego samego księdza czy biskupa najchętniej by widział przybitego do tego krzyża, a w który dziś obaj tak chętnie i gorąco wierzą, nie będzie stanowiło problemu choćby nawet i średniego. Gorsze jest to, że oprócz tej linii, która zawsze pomagała odróżniać dzień od nocy, a jasność od ciemności, zniknie również owa prosta i zwykła, pełna prostej i zwykłej wiary pobożność, która na przykład świetnie wie, że nie ma żadnego absolutnie konfliktu między genialną myślą wojskowego dowódcy, a bożym dotknięciem. Lub między tym samym dotknięciem Boga, a jakąś tajemniczą iskrą, ukrytą głęboko w mózgu pogrążonej w głębokim śnie matki.