Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ewa kopacz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ewa kopacz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 kwietnia 2021

Mistrz i Ewa - kolejna odsłona

 

Od dwóch dni mamy wszyscy w głowie owe zdjęcia Ewy Kopacz z tymi ruskimi rzeźnikami, a gdy chodzi o mnie, to ten jeden szczegół, gdy ona się przytula do tych tatuaży. Patrzyłem na to zdjęcie wczoraj niemal przez cały dzień i nie mogłem nie pomyśleć, że ona zachowała się jak się zachowała, bo ich właściciel ją zwyczajnie uwiódł. Cała ta atmosfera siły i nieopisanej wręcz przemocy musiała ją tak podniecić, że ona uczepiła się tego ramienia wręcz odruchowo. Dziś też zajrzałem do komentarzy pod wczorajszym tekstem i tam, jakże celnie i na miejscu, czytelnik crimsonking jakimś cudem przypomniał sobie tekst jeszcze z roku 2011, zatytułowany „Mistrz i Małgorzata - wersja hardcore”, w którym opisałem tego typu opętanie po raz pierwszy. Gdyby ktoś nie pamiętał, to przypominam.

 

 

      Wpis który w tym momencie powstaje, od samego początku jest wynikiem pomyłki. Pomyłki błogosławionej, ale o tym na koniec. O co poszło? Otóż kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że Małgorzata Domagalik do kolejnego programu zaprosiła lidera czarno-metalowego zespołu o dźwięcznej nazwie Behemoth, Adama Darskiego, uznałem że muszę najpierw ten wywiad obejrzeć, a następnie skomentować go na tym blogu. Ktoś mnie spyta, jak to możliwe, że jeszcze przed zapoznaniem się z wymianą między Domagalikową a tym Darskim, wiedziałem że będę w ogóle miał powód, by o czymkolwiek pisać? Tu właśnie tkwił ten błąd. Ja znam trochę Małgorzatę Domagalik i równie trochę Darskiego, i to czym on się zajmuje. I z tej wiedzy mogłem wnioskować, że zapowiadana rozmowa potoczy się w bardzo jednoznacznym kierunku. Domagalik będzie go pytała o diabła, a on będzie ją sobie skutecznie owijał wokół palca, i na koniec programu zostawi ją w takim stanie, że ona będzie wiedziała tylko jedno. Żadnego diabła nie ma, jest tylko słońce i drzewo i wieczna pustka, albo coś równie chorego, a sam Nergal – on sam na siebie tak woła – jest przemiłym, oczytanym i wybitnie inteligentnym chłopcem o ujmującym uśmiechu. A wiedząc że tak będzie – nawet nie dlatego że Domagalik jest zwyczajnie głupia – ale z tej prostej przyczyny, że na kogoś takiego jak ten Nergal można wyłącznie wysyłać doświadczonego egzorcystę, a jak egzorcysta nie da rady, to po prostu snajpera, a nie jakąś telewizyjną gwiazdkę, pomyślałem sobie, że będzie trzeba dać świadectwo. Żeby przynajmniej w ten sposób spróbować zrównoważyć publiczne szkody, jakie niewątpliwie Domagalik swoją blond-bezmyślnością narobi.

      I oto, od samego początku programu widać biło, że nic z tego nie będzie. Że nawet ja – ze swoim naprawdę bardzo krytycznym poglądem na intelektualne możliwości Małgorzaty Domagalik – nie doceniłem stanu w jakim ta nieszczęsna kobieta się znajduje. Od samego początku, od pierwszego spojrzenia, od pierwszego słowa, widać było że Domagalik jest w najbardziej przykry sposób w tym Nergalu zakochana. Zakochana w taki sposób, jak pewien typ nauczycielek zakochuje się w niektórych bardziej przebiegłych uczniach, czy panie psychoterapeutki w psychopatach, których miały zbadać i już w pierwszym dniu okazało się, kto tu w tym pojedynku jest intelektualnie sprawniejszy. Od momentu jak ona wybłagała, żeby Darski pozwolił do siebie mówić „Adamie” i do niej zwracał się per „Małgorzato”, przez prośbę, żeby pozwolił sobie zrobić z nią zdjęcie, po finałowe „Fajnie z tobą rozmawiać”, to co Małgorzata Domagalik odstawiła na oczach telewidzów było tak straszne, że w pewnym momencie zacząłem się autentycznie obawiać, że ona za moment poprosi go nagle, żeby pozwolił jej dotknąć swojego tatuażu, albo wręcz żeby ją pocałował. Teraz już wiem, dlaczego program, który na samym początku był nadawany na żywo, od pewnego czasu jest już nagrywany. Widocznie kierownictwo TVN-u zna Małgorzatę Domagalik odpowiednio dobrze, a głupio zrywać umowę.

      Skoro nie było o diable, to o czym było? O wszystkim. O życiu, o muzyce, o dzieciństwie, o szkole, o ukochanej gitarze, o miłości, o pięknie, o książkach. Domagalik mówiła mu o tym, jak jej się podoba jego muzyka, jej intensywność i ta „ściana dźwięku” i te emocje, a sam Darski przez cały czas był cudownie elokwentny, sympatyczny, uśmiechnięty, elegancki… no i piękny. Przepiękny. Dlaczego? Skąd? W jaki sposób? Domagalik go o to nie pytała. Nie miała ani siły, ani chęci, ani potrzeby. W końcu on sam, widząc że traci czas, i zamiast mówić o sprawach ważnych, musi odpierać awanse jakiejś pani, nie wytrzymał i parę razy powiedział nam, o co chodzi. Sam z siebie. W końcu on tam też nie był po to żeby się polansować – jemu to jest naprawdę niepotrzebne – ale żeby, tak jak my, dawać świadectwo. A więc powiedział na przykład, że jego wszystkie piosenki są „o miłości i Jezusie”. Czy o miłości do Szatana i nienawiści do Jezusa? On tego nie powiedział, a ona oczywiście nie spytała. Ale z uśmiechu – jej i jego – widać było, że jest dobrze. I cudownie. Ale wspomniał też i o samym Szatanie – bez pytania, bez potrzeby. Że jest mądry i elegancki, i sympatyczny i wyszczekany. I że jego bardzo bawi, kiedy widzi jak ludzie ulegają temu urokowi bardziej niż choćby tej jakiejś Biblii.

      Pod sam koniec rozmowy, Małgorzata powiedziała, że to taki paradoks, że on swoją pierwszą gitarę kupił za pieniądze, które otrzymał z okazji Pierwszej Komunii. A Mistrz jej na to z miłym uśmiechem, że to rzeczywiście piękne. Naprawdę piękne. I na to mój syn, o którym już tu wspominałem, że on z całą pewnością ma w sobie coś szczególnego, zawołał wesoło: „O! To on jest ochrzczony! W ten sposób jest, jak my, Dzieckiem Bożym. I już go nic nie uratuje”.

       Przed chwilą pewien mój bardzo bliski kolega powiedział mi, żebym się tak nie cieszył. Bo choć wszyscy należymy do Boga, to jednocześnie jesteśmy doskonale wolni i możemy Bogu powiedzieć „nie”. No tak. To jest prawdziwa tajemnica. To jest tajemnica naszej wiary, naszego upadku i Jego miłości. Okazuje się, że jednak warto czasem oglądać ten TVN. Dla takich refleksji? Jeśli chodzi o mnie, gotów byłbym nawet za to płacić.

 


poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Smoleńsk, czyli kto jest beksą i mazgajem ten się do nas nie nadaje

 

      Moje dziecko pokazało mi wczoraj znaleziony gdzieś w Internecie film przedstawiający scenę jaka miała miejsce po pokonaniu przez piłkarzy Barcelony w Pucharze Króla drużyny Athletic Bilbao, gdzie po kolei wszyscy piłkarze Barcelony stają w kolejce, by zrobić sobie ze swoim kolegą z drużyny Lionelem Messim pamiątkowe i koniecznie indywidualne zdjęcie.

       Dziwne jest to bardzo ujęcie. Jak wiemy, Barcelona to jest piłkarska drużyna, gdzie wszyscy są kolegami z boiska, a często wręcz bliskimi kumplami i nie jest przy tym tak, że choć dla zwykłego pożeracza piłki nożnej Lionel Messi to gwiazda, dla nich to ktoś do kogo dostęp to niemal zaszczyt. No a mimo to, radość z tego zwycięstwa i to, jak się domyślam, zwycięstwa uzyskanego w dużym stopniu dzięki piłkarskim umiejętnościom jednego zawodnika, w tym wypadku Messiego właśnie, sprawiła, że oni wszyscy nagle zapragnęli uczcić ten sukces w ten właśnie sposób.

       Bardzo sympatycznie się tę scenę ogląda, natomiast jeśli ona sprawia, że od wspomnienia od niej zaczynam swój dzisiejszy felieton, to przyczyna tego w żaden sposób nie jest sympatyczna, a wręcz odwrotnie – nadzwyczaj ponura. Otóż obejrzałem wczoraj wieczorem w TVP film Ewy Stankiewicz o Smoleńskiej Katastrofie i zupełnie niezależnie od faktu, że zrobił on na mnie wrażenie jako całość, to co mi aż do tej chwili siedzi w głowie, to tych parę zdjęć na których możemy zobaczyć Ewę Kopacz – ówczesną Minister Zdrowia w rządzie Donalda Tuska – jak w ruskim prosektorium strzela sobie pamiątkowe zdjęcia z owym ruskim elementem, który – jak dziś już wiemy – chwilę wcześniej zaszył w ciałach zmarłych w Katastrofie osób różnego rodzaju śmieci, a kto wie, czy również dla owej szczególnej zabawy, nie poprzerzucał się wzajemnie odnalezionymi w smoleńskim błocie szczątkami. Pozuje owa przedziwna osoba do owych pamiątkowych jak rozumiem zdjęć i wszyscy tam się szczerzą jak, nie przymierzając, piłkarze Barcelony ze swoim kolegą z drużyny Lionelem Messim. Podobnie bowiem jak tam, w dalekiej Hiszpanii, nie ma dokładnie nic poza radością z odniesionego zwycięstwa i związanej z owym zwycięstwem dumy.

       Zastanawiamy się tu wspólnie nad ową Kopacz i do głowy przychodzą nam myśli doprawdy przeróżne. Ktoś podpowiada, że najpewniej Tusk ją wyciągnął z jakichś esbeckich rejonów i uczynił najpierw jednym z ministrów, a następnie premierem. Kto inny sugeruje, że może Ewa Kopacz to osoba cierpiąca na jedną z wielu znanych w psychiatrii chorób psychicznych i to stąd owa niezwykła demonstracja. Ja z kolei, jak zawsze w chwilach gdy nie jestem w stanie zrozumieć czyjegoś postępowania, biorę pod uwagę – i tu przepraszam serdecznie osoby Bogu ducha winne –  zwykłe chlanie. I znów patrzę na te ujęcia zamieszczone w filmie Ewy Stankiewicz i myślę sobie, że jest taka możliwość, że w tym wypadku mamy do czynienia z idealnym połączeniem każdego z owych nieszczęść.

       No bo, proszę tylko rzucić okiem i się zastanowić: co to za cholera?

       No a na koniec jeszcze jedno. Wprawdzie nie sądzę, żeby to miało tak naprawdę większe znaczenie, ale zastanawiam się nad jednym. Po meczu Barcelony z Bilbao to koledzy Messiego prosili go o to zdjęcie; a ja jestem ciekawy, kto kogo prosił o nie w Rosji – ten wytatuowany typ Kopacz, czy ona jego? Jak mówię, to nie jest aż tak ważne, mimo to mam wielką nadzieję, że to jednak ona jego.



sobota, 2 lutego 2019

Zdechłym dinozaurem w łeb na dobry początek weekendu


         Jak wszyscy czytelnicy tego bloga dobrze wiedzą, jestem wiernym sympatykiem Prawa i Sprawiedliwości i jednocześnie, co oczywiste, zaciekłym przeciwnikiem tego wszystkiego, co stanowi dla Prawa i Sprawiedliwości polityczna konkurencję, tym razem jednak chciałbym stanąć w obronie kogoś, kto zawsze w sposób nadzwyczaj dobitny reprezentował wartości mi obce, lecz dziś w bardzo moim zdaniem istotnym sporze ma bezwzględnie rację, a mam tu na myśli panią premier Ewę Kopacz. Jak się z pewnością wszyscy mniej więcej orientujemy, Ewa Kopacz została ostatnio wystawiona na falę nieznośnego wręcz szyderstwa z tego tylko powodu, że przedstawiła - przyznaję, że bardzo odważną - teorię dziejów, w której to dizozaury i człowiek współnie dzieliły swoje zajmowane przez siebie terytorium na naszej planecie. Dziś niemal wszyscy szydzą z premier Kopacz, że pomyliła się o całe 65 milionów lat, a poważni naukowcy argumentują, że owe szyderstwa są jak najbardziej do rzeczy, tymczasem ja bym chciał zwrócić naszą uwagę na pewne zdjęcie, jakie udało mi się znaleźć w Internecie, przedstawiające stan rzeczy wręcz odwrotnie w stosunku do tego, co głoszą rzekomo osoby wykształcone. Bardzo proszę:



       Jak widzimy bardzo wyraźnie na powyższej fotografii, dinozaury - rzekomo zamieszkujące Ziemię bez obecności człowieka - paliły papierosy, co, już tak na marginesie, spowodowało ich ostateczne wyginięcie. Powstaje pytanie, skąd on miały te papierosy? Odpowiedź wydaje się oczywista: musieli je otrzymać od człowieka. Nie ma takiej możliwości, by dinozaury były w stanie samodzielnie zwijać tę bibułkę wokół tytoniu, choćby ze względu na zbyt duże łapki. A zatem, powtórzmy to czemu zaprzeczyć nie możemy - papierosy dinozaorom dostarczył człowiek. A skoro tak, to nie mógł tego zrobić 65 milionów lat po tym, jak te stworzenia wyginały, ale musiał to zrobić właśnie tam i wtedy.
      Zastanawiałem się nad ową tajemnicą, gdy nagle w Internecie trafiłem na opracowanie wybitnego belgijskiego naukowca, prof. Rudo van Dijka z Uniwersytetu w Hadze, który w sposób jednoznaczny wykazał, że, owszem, to ludzie właśnie doprowadzili do wyginięcia dinozaurów, sprzedając im papierosy, a następnie zachęcając ich do tego, by je palili, i w konsekwencji wpędzając je w nałóg. A wszystko zaczęło się od tego, że mniej więcej 100 milionów lat temu do rejonów zamieszkałych przez dinozaury dotarli katoliccy misjonarze, głównie z Polski, Irlandii, Hiszpanii i Portugalii z misją zapoznania ich ze słowem Bożym. Oczywiście, w tamtych czasach Jezus się jeszcze nie narodził, a zatem nie było chrześcijaństwa jako takiego, natomiast pewne symptomy tego co musiało nadejść już można było zaobserwować, a w tym wypadku właśnie propagowaną przez misjonarzy naukę o Jednym Bogu. Ponieważ wiadomo było, że dinozaury się na tego rodzaju fałszerstwo nabrać nie dadzą, w tym wypadku polscy misjonarze postanowili zachęcic dinozaury do palenia papierosów, wówczas jeszcze pod nazwą „Sport”, licząc na to, że w ten sposób dinozaury popadną w takie otępienie, że w rezultacie przyjmą ich naukę.
      Niestety, jak się okazało, dinozaury nie miały absolutnie żadnych innych planów realizowania swoich ambicji, jak tylko paląc na potęgę papierosy, co ostatecznie doprowadziło do tego, że wszystkie po kolei zachorowały albo na raka płuc, albo nad nadciśnienie, i umierając jeden po drugim, wyginęły. Co, jak mówię, każdy może sprawdzić w opracowaniach naukowycvh specjalistów nie tylko z Holandii, ale z innych ośtodków uniwersyteckich.
     I w tym momencie wróćmy może do pani premier Kopacz, która skromnie nie zabiera głosu na temat szkodliwości palenia papierosów, czy na temat jego skutków dla dinozaurów, ale zaledwie przedstawia nam symboliczny obraz członków organizacji Obywatele RP rzucających kamieniami w Jarosława Kaczyńskiego, z tą świadomością, że jeden kamień to za mało, natomiast wszystkie kamienie zebrane w ciągu nadchodzącego miesiąca powinny wystarczyć, i w tym momencie podnosi się kompletnie bezrozumna wrzawa spowodowana dziwnym przekonaniem, że kiedy po ziemi chodziły dinozaury, człowiek dopiero miał się z nich wyewoluować. Czemu mówię „bezrozumna”? Odpowiedz jest prosta. Najwybitniejsi współcześni naukowcy wykazali niezbicie, że dinozaury paliły papierosy. Ktoś im te papierosy przekazać musiał. I to nie były inne dinozaury. To musiał być inny człowiek, z tego choćby względu, że, jak już wspomniałem, dinozaury miały zbyt duże łapki, by zajmowac się skręcaniem papierosów. Ale, powiedzmy to sobie szczerze, to nie był też Donald Tusk, nie tylko dlatego, że on jeszcze w tamtych czasach nie żył, ale przede wszystkim dlatego, że on nie miał żadnego interesu w tym, by dinozaury wpędzać w nałóg. Pozostają więc, owszem, ludzie i to ludzie tacy, którzy mogli na tym skorzystać.
         Wygląda więc na to, że to prof. Van Dijk ma rację i jest całkiem prawdopodobne, że sprawdzami tego nieszczęścia byli właśnie ludzie, cuchnący naftaliną. Nie śmiejmy się więc z pani premier Ewy Kopacz, tylko spróbujmy spojrzeć na nią z życzliwością i przyjąć je uwagi w taki sposób, by czegoś się nauczyć. Dziękuję za uwagę i kończę, bo muszę już iść się walnąć zdechłym dinozaurem w łeb.

wtorek, 29 stycznia 2019

Czym i dokąd zajeżdża Ewa Kopacz?


Jak już pewnie większość z nas wie, była premier Ewa Kopacz postanowiła nas właśnie poinformować, że jesteśmy zacofani i śmierdzimy naftaliną. Osobiście się nie gniewam i ową naftalinę biorę z dumą na swoją podstarzałą klatę, jako coś o co tak naprawdę walczyłem całe życie. Zastanawiam się natomiast, jaką satysfakcję może mieć człowiek, który ewidentnie zadaje siarką, i to na okrągło. Aby tę moją zadumę odpowiednio zilustrować, chciałbym przypomnieć swój felieton napisany jeszcze w roku 2014 specjalnie dla „Warszawskiej Gazety”. Powinno zabrzmieć.


      Nie potrafię zgadnąć, na co oni liczyli, ale wbrew wysiłkom naszych satanistów, Jan Paweł II został ostatecznie kanonizowany, jest już wreszcie naszym wielkim świętym, i można by pewnie z satysfakcją ogłosić, że zło zostało zduszone, gdyby nie fakt, że to jest niestety nieprawda. Jan Paweł II wprawdzie oficjalnie oręduje za nami u Najwyższego, natomiast Zły ani myśli ustąpić, a wybezczelnił się przy tym tak, że nie cofnął się nawet przed tym, by się zjawić na miejscu, a więc w samym Watykanie, i tam zrobić wszystko, by swoją obecnością próbować obniżyć rangę całego wydarzenia.
      Z tego co zdążyłem zauważyć, na czoło pochodu utworzonego przez to opętane towarzystwo wyszli prezydenci Komorowski i Kwaśniewski, którzy w watykańskich wnętrzach kazali sobie zrobić tak zwaną słitfocię, i pozwolili, by scena ta została obfotografowana z wszystkich stron przez reporterów z dziennika „Daily Mail”, i wypuszczona w świat na pośmiewisko gawiedzi. Na mnie jednak największe wrażenie nie zrobił ani Komorowski, ani Kwaśniewski, ani nawet pani Komorowska, której ci dwaj kazali pstryknąć z komórki to żenujące zdjęcie, ale ktoś zupełnie inny, mianowicie marszałek Ewa Kopacz, która nic sobie nie robiąc z faktu, że już kilka lat temu sama ustawiła poza Kościołem, pojechała tam z nimi wszystkimi i postanowiła się tam poudzielać, jako pobożna katoliczka.
      Gdybyśmy już zapomnieli, w czym rzecz, przypomnę pewne zdarzenie sprzed niemal już 6 lat. Oto zachęceni przez powszechną kulturę seksu, pewna nastoletnia Agata i jej chłopak skorzystali z atmosfery i dziecko zaszło w ciążę. Matka nastolatki, według niektórych relacji, wbrew jej woli, zaordynowała aborcję. Ponieważ sytuacja była na tyle dramatyczna, że miejscowy szpital odmówił przeprowadzenia zabiegu, do akcji wkroczyły środowiska proaborcyjne i wspólnie z matką, ostatecznie Agatę namówiły do tego, by wydała na śmierć swoje dziecko.
      Problem pojawił się jednak wówczas taki, że gdziekolwiek oni prowadzili tę biedną dziewczynkę, kolejni lekarze solidarnie odmawiali przeprowadzenia zabiegu. Trwało to tak długo, atmosfera zaczęła tak gęstnieć, a histeria proaborcjonistów tak się podniosła, że do akcji, jako minister zdrowia, wkroczyła Ewa Kopacz i znalazła dziewczynce człowieka, który chętnie się podjął wykonania mokrej roboty.
      Agata została zawleczona na miejsce, i tam już, z dala od kamer i mikrofonów, młodsze z dzieci zostało zamordowane. Gdy chodzi o głównego organizatora egzekucji, czyli Ewę Kopacz, zaczepiona przez któregoś z dziennikarzy, oświadczyła, że osobiście czuje się świetnie, bo zachowała się, jak porządny urzędnik.
       I oto dziś ta sama Kopacz założyła na łeb elegancką czarną chustę, udała się do Watykanu, i pokazała nam wszystkim, co sobie myśli o tej całej religii, grzechu i jakichś ekskomunikach. A ja przyznam, że nie wiem, czy istniał jakikolwiek sposób, by jej uniemożliwić odprawianie tam tych czarnych rytuałów, natomiast jestem pewien, że przyjdzie czas, gdy ona spłonie. W towarzystwie, które sama sobie wybrała.

k.osiejuk@gmail.com


niedziela, 21 maja 2017

O patrzeniu się w gwiazdy. Lub w ogień

Ponieważ tak wyszło, że w ostatnich tygodniach właściwie co chwilę, a ostatnio od rana do wieczora codziennie, mam okazję oglądać jedniodniowe dzieci, oraz ich rodziców, moje uczucia, gdy chodzi o życie poczęte oscylują nieustannie w granicach najwyższego wzruszenia. Być może część z nas wie, jak wygląda korytarz w szpitalu na wydziale noworodków w tych dniach, ale i tak opowiem. Otóż tam wciąż, w jedną i druga stronę, krążą takie specjalne wózki, w których znajdują się owe mikroskopijne wręcz niemowlęta, właściwie nie słychac płaczu, większość z nich spokojnie sobie śpi, natomiast to co robi autentyczne wrażenie, to ojcowie, którzy te wózki pchają. Cała kupa maleńkich dzieci, których twarzy niemal spod tych kocyków nie widać, od czasu do czasu pojawi się jakiś najmniejszy na świecie nosek, czy paluszki, no i ci ojcowie. I podczas gdy owe dzieci są najczęściej takie same, ojcowie wyglądają najróżniej. To są albo jacyś młodzi chłopcy, którzy wyglądają jakby się właśnie urwali z matury, albo starsi intelektualiści z brodami, albo jacyś grunge’owcy z tatuażami na łydkach, ale wreszcie również tacy zwykli, zapuszczeni faceci z okolicznych blokowisk, którzy o wiele bardziej pasowaliby do flaszki z piwem na jakiejś ławeczce. I oni też pchają te wózki i z nabożeństwem wpatrują się w twarze swoich córeczek, czy synów. Czasem obok niech pojawi się kobieta w koszuli nocnej, czy szlafroku, tyle że one wszystkie, podobnie jak ich dzieci, wyglądają bardzo podobnie, nieuczesane, nieumalowane i takie właściwie niknące w tej szczególnej przestrzeni. Niekiedy ona i on zatrzymają się przy rzędzie krzesełek przysiądą na chwilę i trzymając się za ręce, oboje będą się wpatrywać w te czerwone noski ukryte gdzieś w fałdach tych zawiniątek.
Naprawdę, polecam wszystkim ten widok. A jeśli komuś pozostaje tylko sobie to wszystko wyobrazić, polecam i to. To jest coś co można porównać chyba tylko z gapieniem się w rozgwieżdżone nocne niebo. Lub w ogień. No a skoro w ogień, to chciałbym przypomnieć swój bardzo stary tekst, mniej więcej o tym samym. Mniej więcej. Nazwałem go „O szpiclach, katach i tchórzach, czyli honor urzędnika”.




Minister Ewa Kopacz oświadczyła właśnie, że ona osobiście, jeśli idzie o sprawę 14-latki z Lublina i jej zamordowanego przed urodzeniem dziecka, czuje się świetnie, bo postąpiła zgodnie z przepisami, jak porządny urzędnik.
Ponieważ tę wiadomość z lubością podają dzisiejsze media, domyślam się, że ten akt samozadowolenia pani minister jest związany z zarzutami skierowanymi przeciwko tej wybitnej kobiecie przez środowiska katolickie, a wynikających z tego, że jeśli ktoś się czuje związany z nauką Kościoła, nie powinien raczej brać udziału w morderstwie, a już szczególnie w morderstwie bezbronnego dziecka.
Pani minister Kopacz uznała, że skoro ona jest urzędnikiem państwowym, ministrem w rządzie, osobą odpowiedzialną za egzekucję przepisów konstytucyjnych, to jeśli te przepisy każą mordować, to ona powinna wykazać się tu odpowiednią dyscypliną. Toteż się wykazała.
Dla pani minister Ewy Kopacz, osoby pobożnej i - jak mówią - głęboko religijnej, sprawa jest prosta. Więc dla niej, jej decyzja urzędnika i ministra, jest decyzją prostą i głęboko słuszną. Trudno: jej serce, jej sumienie.
Z mojego jednak punktu widzenia, to, co się stało, z bardzo dużym udziałem pani minister, jest wyjątkowo brudne i nieprzyzwoite. Tak jak brudne i nieprzyzwoite jest zasłanianie się przez panią Kopacz swoim statusem urzędniczym.
Przypominam. Zachęceni przez cywilizacyjną, kulturową, a przy okazji – co ważne – państwową, promocję seksu i seksualnych zachowań, Agata i jej chłopak skorzystali z atmosfery i Agata zaszła w ciążę. Matka Agaty zażyczyła sobie aborcji, dziewczynka – według różnych relacji – albo się zgodziła chętnie, albo nie zgodziła, albo nie wiedziała, co zrobić. W efekcie, do akcji wkroczyły środowiska pro-aborcyjne i wspólnie z jej mamą, ostatecznie Agatę namówiły do zabójstwa dziecka.
I wtedy przyszła pani minister Ewa Kopacz i, jako odpowiedzialny i solidny urzędnik, pokazała dziewczynce drogę do osoby, która chętnie podejmie się wykonania mokrej roboty.
Gdyby dziś, minister Kopacz powiedziała, że nie ma mowy o jakimkolwiek dziecku, bo to jest tylko płód, albo, że może to i dziecko, ale przy osobistej życiowej wygodzie Agaty i jej mamy (ojciec dziecka , zdaje się, już od samego początku został ze sprawy wyłączony), jako osoba ludzka, mniej wartościowe, to dałbym jej spokój. Tak jak zupełnie nie mam nic do powiedzenia tym najróżniejszym paniom i panom strzelającym dziś korkami od szampana, że zacytuję red. Mazurka.
Oni mnie nie obchodzą. Natomiast pani minister Ewie Kopacz mam do powiedzenia tyle, że w moim odczuciu, swoim gestem urzędnika państwowego dołączyła do tych, o których pisał Herbert: “Oni wygrają”.
I jeszcze jedno. Ja, na jej miejscu, z tego zwycięstwa tak bardzo bym się nie cieszył.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupić moje książki.

środa, 2 września 2015

Deja Vu, czyli przyszli ludzie z siekierami

Bardziej pogłębione refleksje na ten temat przedstawiłem jeszcze wczoraj w swoim najnowszym felietonie dla „Warszawskiej Gazety”, który ukaże się dopiero w najbliższy piątek. Jednak ze względu na fakt, że minął wieczór i noc, a informacja o tym, że prezydent Andrzej Duda to cham, który nie dość, że jest chamem w ogóle, to jest jak najbardziej chamem w swoich relacjach z kobietami, żyje i ma się znakomicie, uznałem, że nie mogę czekać i przynajmniej w paru słowach przedstawię to, co się wczoraj właśnie wydarzyło.
Oto podczas porannych uroczystości na Westerplatte, w których brali udział zarówno prezydent Duda jak i premier Kopacz, doszło do tego typu sensacji, że oboje państwo ani się nie przywitali, ani nie pożegnali, z czego wniosek powstał oczywisty, że Duda to cham, bo to na nim, jako zarówno pierwszej osobie w państwie, a przy okazji mężczyźnie, spoczywał obowiązek obsługiwania kobiety-premiera, a on owego obowiązku nie dochował.
Proszę więc sobie wyobrazić, że – choć przyznaję, że nie wiem, jak się sprawy miały podczas powitania – parokrotnie obejrzałem sobie scenę zakończenia uroczystości i oto co zaobserwowałem. W równym rzędzie stoją prezydent Duda, minister sportu Korol – swoją drogą, ciekawe, czyim pomysłem było to, by to akurat jego tam umieścić – i premier Kopacz. Uroczystości dobiegają końca, premier Kopacz zerka na zegarek i w tym momencie do Dudy podchodzi prezydent Gdańska z żoną i zaczynają się długo i przeciągle z Prezydentem żegnać. Kiedy Duda jest wreszcie wolny, odwraca się w stronę Kopacz, która tymczasem, jak się okazuje, jest już otoczona wianuszkiem jakichś niezidentyfikowanych urzędników, którzy stoją do prezydenta tyłem i sobie miło z panią premier gawędzą. Przez krótką chwilę prezydent Duda stoi zastanawiając się, co dalej robić, ale ponieważ najprawdopodobniej nawet skutecznie zasłoniętej premier Kopacz nie widzi, zwraca się w stronę owych pleców kiwa głową w geście pożegnania i odchodzi.
Tak ta scena wygląda i każdy, kto ma dość cierpliwości, by do niej wrócić i się wszystkiemu dokładnie przyjrzeć będzie wiedział, że inaczej być nie chce. Wydaje się, że od samego początku, czyli od momentu, gdy jeszcze wszyscy stali w równym szyku, i nic nie zapowiadało nieszczęścia, wszystko było przez sztab Ewy Kopacz i Platformy Obywatelskiej bardzo starannie zaplanowane. Począwszy od wejścia Adamowicza z żoną, a kończąc na wyjściu prezydenta Dudy.
A ja już się tylko zastanawiam, czy jest prawdą, kiedy to tu to tam słychać głosy, że nad całością owego przedsięwzięcia czuwa Michał Kamński. Jeśli tak faktycznie jest, to oczywiście nie jest najgorzej, jednak nie zmienia to faktu, że i my będziemy prędzej czy później musieli za to, co się stało odpowiedzieć.

Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

piątek, 14 sierpnia 2015

Pociąg do pracy, czyli jak zabić głód za 2,60

Czekają kolejne notki, tymczasem po Polsce jeździ premier Kopacz wraz ze swoimi ministrami, gada, gada i gada i nie ma sposobu, by się zająć tak zwaną robotą. Oto ledwie wczoraj usłyszeliśmy z ust tej niezwykłej kobiety, że ponieważ każde nasze słowo na temat głodujących dzieci to woda na młyn rosyjskiej propagandy i samego Władimira Putina – swoją drogą, od pewnego już czasu, nieprzyjaciela Polski – powinniśmy się powstrzymać od jakichkolwiek narzekań i zacząć wspierać władzę w jej działaniach na rzecz zachęcania reszty z nas, którzy zamiast ruszyć do ciężkiej pracy, się obijają, którzy nie rozumiemy, że bez pracy nie ma kołaczy, że tylko pracą ludzie się bogacą i że wreszcie, kto nie pracuje ten nie je, byśmy zakasali rękawy i wzięli się do roboty.
Oczywiście sytuacja, wobec której nagle stanęliśmy, nadaje się idealnie do tego, by do tego tępego łba wbić ową tak ładnie wyrażona przez artystę Kazika prawdę, że jeśli ktoś się tu akurat ma wstydzić, to nie ten co widzi, ale ten co robi, jednak ponieważ zawsze jest tak, że przychodzi ktoś jeszcze i prosi o dowody, proponuję tekst z tego bloga aż sprzed pięciu lat, a ostatnio zamieszczony w mojej książce o tym, który nie przepuszcza żadnej okazji, odpowiednio zatytułowany „Ja was widziałem o świcie w tramwaju…”.


Symboliczna moc tego co się wczoraj wydarzyło pod Nowym Miastem i co się wokół tej katastrofy wciąż dzieje, poraża w stopniu trudnym do opisania. Dla przypomnienia. Właśnie wczoraj, kiedy dla wielu z nas dzień jeszcze nie zdążył się na dobre zacząć, samochód wiozący okolicznych mieszkańców do sezonowej pracy przy zbieraniu jabłek zderzył się z ciężarówką i wszyscy pasażerowie samochodu zginęli. W sumie 18 osób. 18 biednych ludzi, którzy z samego rana zapakowali się do tego ni to busa, ni to samochodu osobowego, stłoczyli się w środku, przysiadając gdzie się dało, na swoich pustych skrzynkach, i w porannej mgle zginęło zgniecionych w tym smutnym wnętrzu. Ci którzy zbierają tego typu informacje twierdzą, że była to największa drogowa katastrofa w najnowszej historii Polski.
Wbrew temu co można wczoraj i dziś usłyszeć w mediach, bardzo łatwo jest się tu – właśnie ze względu na wspomnianą symbolikę zdarzenia – pokusić o zbyt łatwe refleksje i wyjątkowo oczywiste wnioski. Piszę „wbrew” dlatego, że gdybyśmy mieli podejść do medialnego przekazu w sposób zupełnie świeży, możnaby było sądzić, że stało się zaledwie coś co jest tylko jeszcze jednym smutnym przypadkiem z całej serii niefortunnych katastrof drogowych. Tu gdzieś nie zmieści się w zakręcie autokar, tam gdzieś zaśnie zmęczony kierowca, gdzie indziej znowu jakiś zaćpany mądrala wjedzie z przystanek pełen ludzi. Tak samo też było i w tym Nowym Mieście. Nie do końca wprawdzie wiadomo, czy to zawinił kierowca samochodu, czy może kierowca ciężarówki, czy może tylko mgła, a może całe nieszczęście spowodował fakt, że ci ludzie nie byli przypięci pasami, lub że ich było tam dużo za dużo. Fakt jest taki, że znów dostaliśmy kolejną lekcję tak zwanej kultury jazdy i miejmy dziś tylko nadzieję, że następnym razem wszyscy będziemy mądrzejsi. Tak choćby jak Szwedzi, gdzie za nadmierną prędkość można pójść do pudła.
Od wczoraj cały niemal publiczny przekaz dokonuje najbardziej chorych piruetów, żeby coś co jest śmiertelnie proste i właściwie może być albo relacjonowane bez żadnego komentarza na okrągło od rana do nocy, albo pokazywane jako przerażająco surrealistyczny portret Polski i Polaków w dobie rozpasanego postępu, pokazać jako kolejną nauczkę adresowaną do tych, którzy wciąż się nie potrafią przystosować. Ja oczywiście rozumiem, że zupełnie przypadkowa czasowa zbieżność wydarzenia tak medialnie nośnego jak wydobycie uwięzionych w Chile górników z tym co się stało na tamtej drodze, stanowi dla współczesnych mediów nie lada kłopot, jednak to co mnie w tym wszystkim zadziwia i poraża – mimo wszystko – to to, jak łatwo one sobie z tym kłopotem poradziły. Oglądałem wczoraj wieczorem telewizję i z prawdziwym przerażeniem zobaczyłem, jak ten świat sparszywiał. Pytanie pozostaje tylko – dlaczego?
Wczoraj, w komentarzach pod poprzednim wpisem na tym blogu, pojawiło się wspomnienie refleksji, jaką dość niedawno podzielił się ze mną i jeszcze paroma osobami nasz kolega LEMMING. Opowiadał on, jak to jechał samochodem z Warszawy do Katowic i na całej swojej drodze widział nieustannie albo grzybiarzy, albo prostytutki. I mówił też nam, jak to ten obraz przypomniał mu Afrykę, którą jako człowiek szczęśliwie zamożny, miał okazję jakiś czas temu zwiedzać. Opowiadał nam nasz kolega jak to dla niego, kiedy on od czasu do czasu przejeżdża swoim samochodem przez nasza Polskę, nie może się oprzeć wrażeniu, że widzi kraj ludzi biednych, żyjących z tego co im da słońce i deszcz, niekiedy niewolników, często kompletnych nędzarzy – opuszczonych przez państwo i zapomnianych przez świat. Pamiętam jak opowiadał mi jeszcze wcześniej, jak w czasie urlopu gdzieś w Polsce podjechał swoim samochodem pod miejscowy sklep, zaparkował go pośród innych, równie szykownych samochodów, wszedł do środka i akurat trafił na dwoje dzieci, które miały ze sobą 2, 60 zł i kupowały kilogram kartofli i dwa jajka.
Musiało być tak jak on mi mówił. Ziemniaki po dwa złote za kilogram i jajka po 30 gr. za sztukę. Akurat. W sam raz, by przeżyć dzień.
Ale wspominał on też Afrykę, gdzie wszędzie się widzi te busy wożące ludzi tam i z powrotem. Busy wypełnione ludźmi do nieprzyzwoitości, ale tanie, więc dla wielu stanowiące podstawowy środek transportu. Tu zresztą niepotrzebny nam nasz przyjaciel i jego afrykańskie refleksje. Busy, autobusy, pociągi i cholera wie co tam akurat mają, z ludźmi stłoczonymi w środku, lub jeżdżącymi na dachach znamy z pięknych, geograficznych filmów dokumentalnych, które nam serwują lepsze i bardziej ambitne kanały telewizyjne, czy to o Afryce, czy o Indiach, czy może o Ameryce Południowej. Wczoraj, pod Nowym Miastem – tu w samym środku nowoczesnej i niezwykle aspirującej Europy – rozbił się jeden z tych pojazdów. Przez straszny zbieg okoliczności – obok tego szczęśliwego wydobycia górników w Chile – w zupełnie innym wypadku zginęły, mniej więcej w tym samym czasie, dziesiątki osób w zaprzyjaźnionej z nami już na wszelkie możliwe sposoby Ukrainie. Euro 2012 już w przyszłym roku. Będzie pięknie!
Wczoraj w programie Bogdana Rymanowskiego przez ułamek chwili, zanim przeszliśmy do spraw znacznie poważniejszych, i zanim nadeszła godzina 23 i rozpoczął się czas spraw już poważnych najbardziej i przy tym jak najbardziej międzynarodowych, pojawiła się ta katastrofa. Nie mam słów, by opisać wysiłek, jaki zarówno sam Rymanowski jak i zaproszony do udziału w programie Jarosław Gowin włożyli, by nie wspominać, lub wspominać w zakresie minimalnym, ów kulturowy aspekt całej tej tragedii. Gadano coś o drogach, o prędkościach, o busach, o przepisach i ich egzekwowaniu, a kiedy któryś komunistyczny poseł próbował coś wspomnieć o naszej pięknej polskiej nędzy, został natychmiast uspokojony przez prowadzącego redaktora, bo to akurat jest jasne dla wszystkich – że w Polsce jeszcze są miejsca biedniejsze – natomiast dobrze by było się zastanowić, dlaczego u nas nie jest jak w Szwecji. Albo gdzieś.
Dziś jechałem busem do Mysłowic. Mam tam dwa razy w tygodniu pracę i sobie jeżdżę. Busem, dlatego, że one jeżdżą częściej i są tańsze, no i szybsze. Bus, jak zwykle był zatłoczony, a więc z ludźmi również stojącymi, i naturalnie nikt nie był przypięty pasami, których tam nawet chyba nie ma. Kiedy zbliżaliśmy się już do Mysłowic, zobaczyliśmy jak po przeciwnej stronie drogi patrol policyjny zatrzymuje samochody jadące w stronę Katowic. Nic dziwnego. W końcu jest akcja. Policzyliśmy się z dopalaczami, teraz się weźmiemy za busy. Jak idzie o mnie, być może, kiedy już rząd uzna, że trzeba ten rodzaj transportu zlikwidować, będę tam jeździł dalej, tyle że już publicznymi autobusami. Dalej często na stojąco, a jeśli uda mi się usiąść, to też bez pasów. A jak któregoś dnia zmęczony kierowca, albo mojego autobusu, albo jakiejś nadjeżdżającej ciężarówki zaśnie i dojdzie do katastrofy, to będzie mi już to czy jechałem busem, czy autobusem, czy – tak jak to było w Nowym Mieście – tym nie wiadomo czym, kompletnie obojętne. I to akurat chyba jest jasne nawet dla Jarosława Gowina.
Bo tu w ogóle chodzi o coś zupełnie innego, niż jakieś idiotyczne bezpieczeństwo jazdy. Akurat w tym wypadku mgła, prędkość, bezmyślność kierowców, zły stan dróg jest na dziesiątym miejscu. Nie chodzi ani o to, ani nawet o ten kapitalizm, do którego Gowin, Rymanowski i ich kumple tak tęsknią. To co się liczy najbardziej, to te 18 osób, ten senny poranek i te skrzynki. I te rodziny czekające na te 2,60, żeby można było kupić dwa jajka i kilogram ziemniaków. Te rodziny, które dziś już wiedzą, że tych pieniędzy przynajmniej na razie nie będzie. I że nie będzie jeszcze czegoś. I, przepraszam bardzo, ale ja nie mówię o autostradach na Euro2012.
I myślę, że oni też to wiedzą. Chyba jednak to wiedzą. Że tu chodzi o coś zupełnie innego, niż o bezpieczeństwo jazdy i wolną przedsiębiorczość. W końcu nie codziennie rozbijają się samochody dostawcze, które zamiast kapusty i buraków wożą ludzi, a jak idzie o wolną przedsiębiorczość, to właśnie z czymś mniej więcej tego rodzaju mieliśmy akurat wczoraj do czynienia, czyż nie? Więc oni, kiedy zamiast wzruszać nas losem tych biedaków, postanawiają poświęcić czas na akcję ratunkową w San Jose, doskonale wiedzą, co robią i po co. Oni muszą na sto procent wiedzieć, że każda kolejna chwila poświęcona temu samochodowi wiozącemu przez sam środek Europy tych nieszczęsnych biedaków w poszukiwaniu kolejnej złotówki na kartofle i dwa jajka, to gwóźdź do ich trumny. Ich trumny. Skoro jednak tak zdecydowali, to mam nadzieję, że wezmą też pod uwagę fakt, że nazwa tej chilijskiej miejscowości oznacza imię pewnego świętego, a wyciągani po kolei górnicy, pierwsze co robią po wyjściu na powierzchnię, padają na kolana i się modlą do Boga Najwyższego. I że jeśli oni od wczorajszego wieczora postanowili być tacy światowi i pokazują tych bogobojnych ludzi, to też kopią sobie grób. Sobie. Grób. Bo to są naczynia połączone.

Wspomnianą wyżej książkę „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”, podobnie jak inne, można zamawiać w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

niedziela, 21 czerwca 2015

Jednodaniowe Obiady Wojskowe, czyli fizyka górą!

Muszę się przyznać do pewnego wstydliwego bardzo kryzysu wiary. Otóż mimo że mamy wszyscy naprawdę mocne dowody na to, że wieje, wieje i wiać nie przestaje, w momencie gdy pojawiły się informacje, że podczas swojej sobotniej konwencji Platforma planuje zaprezentować broń autentycznie śmiercionośną, która doprowadzi do jej cudownego wręcz odrodzenia, pomyślałem sobie, że kto wie, co oni tam chowają po kieszeniach.
I oto przyszła ta sobota i okazało się nagle, że ponieważ poza konwencją Prawa i Sprawiedliwości nie ma nic, pojawia się problem, czy jest w ogóle jakikolwiek sens organizować coś jeszcze, a jeśli oni jednak nie zrezygnują, to czy ogólnopolskie media uznają, że ktokolwiek jeszcze jest gotów sobie nią zawracać głowę. No ale ostatecznie na mównicę weszła sama premier Kopacz, by wyjaśnić nam wszystkim, co oznacza skrót JOW, no a ponieważ premier to jednak premier, wypadało się już przełączyć.
Nie wiem oczywiście, jak na to, co się tam działo, zareaguje tak zwana opinia publiczna, gdy jednak chodzi o mnie, obiecuję, że już nigdy nie przyjdzie mi do głowy się obawiać, że tam cokolwiek może się jeszcze urodzić. To jest koniec ostateczny i nawet nie chodzi o to, że oni są zbyt głupi, czy że ów szok nie pozwala im działać racjonalnie – choć to oczywiście też – ale problem przede wszystkim polega na tym, że oni sami już nie wierzą w to, że warto walczyć. Oni sami doskonale sobie zdają sprawę z tego, że to już koniec i że z tego już nigdy nic nie będzie. I nawet gdyby tam nagle pojawił się jakiś czarodziej ze spełniającym życzenia dżinem, i obiecał im, że jeśli się wezmą do roboty, to nagroda będzie wielka i niczym nieograniczona, to jeśli oni się ruszą, to najwyżej na parę minut, a to z tego prostego powodu mianowicie, że tam już nie ma ducha. Nawet tego najbardziej czarnego, którego tak dobrze mieliśmy okazję przez te wszystkie lata poznać. Tam nie ma ducha, a więc też nie ma tej siły, które jest w stanie uruchomić maszynę. A skoro tak, to oni nie są w stanie się podnieść z przyczyn czysto fizycznych.
Oglądałem tę transmisję i mimo że miałem bardzo dużo okazji, by się odpowiednio zabawić, jeden moment zrobił na mnie wrażenie naprawdę duże. Otóż premier Kopacz skończyła swoje przemówienie, wróciła na miejsce... i nagle okazało się, że to już koniec i nikt ze zgromadzonych nie wie, co ma robić dalej. A zatem wszyscy stali, bili brawo, rozglądali się niepewnie dookoła, aż wreszcie na mównicę wszedł minister Trzaskowski, zawołał „Do roboty!”, i towarzystwo zaczęło się rozchodzić. I tak się skończyła ta konwencja.
Kilka lat temu na tym blogu, jeszcze zanim to wszystko zaczęło się realizować, napisałem, że to nieszczęście musi się skończyć z tego jednego powodu, że fizyka tego typu zjawiska nie zniesie. No i okazało się, że miałem rację. Im to, że będą rządzić wiecznie, wychodziło z liczb. A błąd polegał na tym, co zawsze: oni pomylili matematykę z fizyką.

Przypominam, że nakład książki o siedmiokilogramowym liściu, zawierającej wczesne felietony z tego bloga, się ostatecznie wyczerpał. Mam tu jej jednak jeszcze paręnaście egzemplarzy, a więc gdyby ktoś miał życzenie, proszę do mnie pisać na adres toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie.

środa, 14 stycznia 2015

O dziurze w szkolnej skarpetce Margaret Thatcher

Wczoraj media doniosły, że „Fakty” TVN24 zleciły przeprowadzenie badania opinii w sprawie stosunku owej opinii do strajków na kopalniach i osobiście do premier Ewy Kopacz i jej tak zwanych działań reformatorskich. Ku pewnemu zaskoczeniu, okazało się, że niemal 70 procent badanych popiera w tym konflikcie górników, a zaledwie 15 procent uważa, że to rząd ma rację, próbując zlikwidować cztery nierentowne kopalnie.
Jeśli ktoś mnie spyta, co ja sądzę o tym badaniu i jego wynikach, a przy okazji, jakie jest moje zdanie na temat zamykania kopalń, odpowiem jak najbardziej szczerze i uczciwie, że owe wyniki mnie bardzo cieszą, a gdy chodzi o górników, jestem całym sercem za nimi. Dlaczego? Czy może dlatego, że jestem tępym socjalistą, dla którego rachunek ekonomiczny to czarna magia? A może dlatego, że tęsknie za PRL-em i wszystko, co mi go przybliża traktuję jak zbawienie? Może wreszcie bardzo liczę na to, że te strajki wreszcie wyrzucą w kosmos ten rząd – rząd zły, gnuśny i głupi? Częściowo oczywiście tak, jednak nie to jest powodem mojej satysfakcji. To co się dzieje, raduje mnie tak bardzo z jednego przede wszystkim powodu: ja sobie nie życzę, żeby za reformę polskiego państwa brali się gangsterzy, których jedyną kompetencją jest przekładać pod stołem pliki jakiś dziwnych papierów, tak by nikt nie widział, a jeśli ktoś zobaczy, skutecznie udawać głupiego.
Wydarzenia takie jak strajki na kopalniach, czy w szkołach, ewentualnie w szpitalach mają to do siebie, że polaryzują opinię publiczną nie wzdłuż znanych nam bardzo dobrze podziałów politycznych, lecz niejako w ich poprzek. Z jednej strony bowiem, widzimy tych, którzy uważają, że nawet jeśli ten rząd jest zły i skorumpowany, to nie ma innego, a czas nagli, więc nie ma co czekać. Osoby te nazywamy liberałami. Z drugiej strony są ci, którzy wprawdzie nie uważają, że dla Polski nie ma nic lepszego, jak stara dobra gospodarka socjalistyczna, ale prezentując pewien typ społecznej wrażliwości, nie mogą patrzeć obojętnie, jak ludzie tracą pracę. I na nich oczywiście mówimy, że to socjaliści. Oczywiście jest też całkiem prawdopodobne, że gdzieś się kręcą tacy, którzy autentycznie uważają, że jeśli potrzebne są jakieś reformy, to tylko w postaci ustawy odbierającej majątek bogatym i przekazującym go biednym, ale jestem pewien, że to jest autentyczna garstka i z całą pewnością oni zamieszkują zupełnie inne rejony, niż korytarze zamykanych kopalń.
A zatem, co stoi na przeszkodzie, by uznać, że skoro ta Kopacz tak bardzo marzy o tym, by zostać polską Margaret Tchtcher, dać jej szansę i wystawić tych górników na odstrzał? Co zresztą szkodzi samym górnikom, którzy – jak sami twierdzą – nie chcą powrotu PRL-u, by skromnie spuścić głowy, wziąć swoje odprawy, kupić sobie po wypasionym telewizorze, zasiąść wygodnie w fotelu i wreszcie rozprostować kości? Czemu wreszcie te 70 procent społeczeństwa, które wedle wszelkich danych jest bardzo zadowolone z tego, co im nowa Polska dała, nie machnie ręką na te kopalnie, i nie pójdzie do galerii sobie coś nowego sprawić, albo przynajmniej siąść na kawie i ciasteczku i się polansować przed znajomymi.
Otóż ja wiem, skąd ta tak powszechnie wroga reakcja w stosunku do premier Kopacz i jej rządu. Otóż i górnicy i znaczna część opinii publicznej, no i my, tak zwani „zwolennicy gospodarki centralnie planowanej” wiemy, że Ewa Kopacz to nie Margaret Thatcher. My wiemy, że Ewa Kopacz to nie jest nawet lewy bucik Margaret Thatcher. Powiem więcej: my wszyscy wiemy, że Ewa Kopacz ze swoimi reformami i całym tym przyklejonym do niej towarzystwem, to nawet nie jest dziura w Margaret Thatcher szkolnej skarpetce.
Swego czasu opublikowałem na swoim blogu tekst pod tytułem „Dla Margaret Thatcher z tęsknotą i zazdrością” http://toyah1.blogspot.com/2008/10/dla-margaret-thatcher-z-tesknota-i.html. W tekście tym zwróciłem uwagę na fakt, o którym większość naszych liberałów, tak bardzo chętnych do tego, by namawiając rząd do zrobienia porządku z tak zwanymi „zadymiarzami”, wycierać sobie swoje szlachetne usta przykładem właśnie brytyjskiej premier, która tak gładko rozprawiła się z górnikami, albo woli nie pamiętać, albo zwyczajnie, jak przystało na tępych ignorantów, nie wie, że kiedy Thatcher wprowadzała swoje 5 wielkich reform, miała poparcie, o jakim zarówno Kaczyński, jak i Tusk, czy dziś Kopacz nawet nie są w stanie sobie pośnić. Popatrzmy na fragment tamtych refleksji:
„I oto przyszła Margaret Thatcher i po kolei całe to socjalistyczne barachło wzięła za pysk. Nie od razu, nie na dziko. Po kolei, przy pomocy pięciu ustaw, rozciągniętych na trzy kadencje, wyprowadziła Wielką Brytanię z tego nieszczęścia. Wielu krytyków pani Thatcher mówi, że była bezwzględna, że była silna, że nie miała skrupułów, a niektórzy specjaliści od czarnej historii kapitalizmu dodają do tego jeszcze, że stały za nią jakieś nieznane, antyludzkie siły. Łatwo jednak się zapomina o tym, że przez większą część swoich rządów pani Thatcher miała wystarczającą przewagę w Parlamencie, no a przede wszystkim bardzo silne wsparcie społeczne. Rządziła skutecznie przez niemal pełne trzy kadencje i jeśli udawało jej się skutecznie wywracać stary, chory układ, to tylko dlatego, że wiedziała, że Brytyjczycy są po jej stronie.
Kiedy myślimy o Margaret Thatcher, widzimy tylko jej walkę z kopalniami, a kiedy myślimy o tej jej walce ze związkami, widzimy z jednej strony tę okropną Żelazną Damę, a z drugiej biednych, zdesperowanych górników. Nie powiedziano nam wystarczająco dobitnie jednak, że kiedy na przykład wśród górników z Nottinghamshire przeprowadzono referendum, cztery piąte opowiedziało się przeciw strajkowi i przeciw komunistom z centrali Scargilla. A de facto za Margaret Thatcher”.
Zresztą ona sama świetnie sobie z tego sprawę zdawała. Przyznała to zresztą w swoich wspomnieniach pisząc, że gdyby nie miała tej pewności, że ma za sobą wystarczająco silną większość, nawet palcem by nie kiwnęła, by się rzucać na tę wodę. Oddajmy jej głos:
„W obliczu tak dramatycznej sytuacji, na którą złożył się wspomniany już długotrwały upadek gospodarczy, wyniszczające skutki socjalizmu i rosnące niebezpieczeństwo ze strony Sowietów – z pewnością każdy nowy premier mógł żywić pewne obawy.
Także i ja, tego pamiętnego wieczora, gdy jechaliśmy do domu przy Flood Street, powinnam była odczuwać większy lęk wobec przejęcia takiej spuścizny. [...] Lecz wtedy, przewrotnie niemal, wszystkie te wyzwania napawały mnie doprawdy szczerą radością. [...]
Muszę się tu przyznać, że istniało jednak coś jeszcze – coś niezwykle osobistego – co również dawało mi radość i siłę. Chatham kiedyś to świetnie zauważył: ‘Wiem, że mogę ocalić ten kraj i że nikt inny tego nie potrafi’”.
A ta banda głupków przychodzi dziś pod moje drzwi ze zdjęciem Ewy Kopacz i próbuje mi zawrócić w głowie, powtarzając w kółko: Thatcher, Thatcher, Thatcher? Skoro już jesteśmy w klimacie 10 Downing Street, powiem im tylko to: „Shut the fuck up, Sir”.

Zachęcam wszystkich do kupowania w księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem www.coryllus.pl. Tam wciąż jest jeszcze końcówka nakładu moich pierwszych dwóch książek, wydanych pod firmą Toyah. To tylko 15 zł plus wysyłka, a dodruk nie jest planowany.

czwartek, 16 października 2014

O tym, jak postanowiliśmy wygrać wybory z prof. Religą

Nie wiem, jaki los czeka tygodnik „W Sieci”, kiedy już Prawo i Sprawiedliwośc przejmie władzę, no i, jeśli zachowa swoją pozycję, jaki poziom będzie prezentowało, póki co jednak, z tego co obserwuję, oni przed nakreślonym przez mnie rozwojem sytuacji, a więc zwycięstwem PiS-u bronią się przysłowiowymi zębami i pazurami. I, powiem szczerze, to mnie nie dziwi. Przecież wystarczy spojrzeć na poziom owej publicystyki, by widzieć, że poza tym kabaretem, z którym mamy dziś do czynienia, już nic innego nie potrafią. I ja nie mam najmniejszej wątpliwości co do tego, że oni sami wiedzą to najlepiej.
Paradoksalnie, sytuacja w jakiej ja się znajduję jest bardzo podobna. Wyobraźmy sobie, że Jarosław Kaczyński zostaje premierem, z bezwzględną parlamentarną większością wspierającą rząd, któremu on przewodzi, a ja, co w tej sytuacji mam robić? Niszczyć ludzi, których on, Kaczyński, wyznaczył na ministrów, oraz całe to towarzystwo, które niewątpliwie będzie funkcjonowało, jako grupa medialnego wsparcia Rządu Wybawienia Narodowego, a tym samym wciąż się narażać na kolejne komplementy ze strony całej tej bandy złoczyńców, którzy po tylu latach wreszcie zostali odsunięci od władzy, a dziś zaczynają na nowo przebierać nogami, by ponownie dostać to, co zawsze uważali za swoje? A może ja wtedy zostanę jakim anarchistą i będę głosił tę jedną prawdę, że urzędy mają zostać zburzone, a władza powinna zostać przekazana ulicy? A może będę po prostu robił to co robię dziś, a więc stawał na środku tej ziemi i krzyczał wzorem Travisa z filmu „Taxi Driver”: „Listen you fuckers, you screwheads!” Może tak. A zatem trzeba uznać, że ja tu jednak jakieś pole manewru jeszcze mam. Z nimi jest znacznie gorzej.
Mimo że ostatnio wszyscyśmy tu w domu jakby stracili serce do regularnego kupowania tygodnika „W Sieci”, ostatnio się złamałem, i kiedy z zapowiedzi w portalu wpolityce.pl usłyszałem, że oni trafili na jakieś stare komentarze Ewy Kopacz, która w rzekomo okropnie brutalny sposób niszczyła dziś już nieżyjącego Zbigniewa Religę i że owe rewelacje są do tego stopnia rewelacyjne, że postanowiono z nich zrobić okładkowy temat numeru, ruszyłem do kiosku z gazetami i dałem im te 5,90. No i faktycznie, sama już okładka krzyczy wielkim, kolorowym fotoszopem, na którym z jednej strony widzimy dobroduszną twarz Profesora, a z drugiej tego belfegora z wyeksponowaną sztuczną szczęką i groźnie uniesionym zaczerwienionym pewnie od ciągłego obgryzania paluchem. No ale na to machnąłem ręką: w końcu, jak to dziś ładnie zauważył Coryllus, mamy już tylko „prawdę czasu i prawdę sprzedaży”, a mnie przecież interesuje samo mięso, a więc wybity wielkimi literami tytuł „Jak Ewa Kopacz niszczyła Religę”.
Zaglądam do środka i tekst faktycznie jest, poprzedzony nazwiskiem autorki Mai Narbutt i jeszcze piękniejszym niż na okładce Profesorem, a w nim normalna historia życia i kariery Zbigniewa Religi, od czasów, gdy on był jeszcze studentem i podejmował pierwsze decyzje co do swojej przyszłej specjalizacji, przez pierwszy przeszczep, po budowę tego swojego Centrum, no i aż po czasy ostatnie, kiedy to umierał jako minister zdrowia w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Żadnych rewelacji. Można by było nawet powiedzieć, że red. Narbutt pisząc swój reportaż zebrała różne informacje, które były dostępne przez te wszystkie lata na temat Profesora i zrobiła z nich syntezę na te trzy czy cztery strony. No może tylko bardziej niż inni zaakcentowała to, że Profesor był ciężkim cholerykiem i jako szef potrafił naprawdę dokuczyć. Jest na przykład historia – do której jeszcze w dalszej części tych refleksji powrócę – o tym, jak dziś słynny kardiochirurg Bochenek, wdowiec po zamordowanej w Smoleńsku Krystynie Bochenek, prosił Religę, wówczas jeszcze swojego szefa, by mu pozwolił pójść do szpitala do żony, która akurat rodziła, a ten go zrugał, że ma się nie opieprzać i brać do roboty, i wiedzieć, że kobiety sobie świetnie w takich sytuacjach radzą, bez pomocy rozhisteryzowanych mężów… no i go nigdzie oczywiście nie puścił. Poza tym jednak tam już nie ma nic.
No niemal nic. W końcu przecież tytuł z okładki zobowiązuje, prawda. Oto faktycznie okazuje się, że Ewa Kopacz Religi bardzo nie lubiła i go notorycznie gnoiła. Pisze Narbutt;
„Był przez Kopacz faulowany i atakowany w sposób chamski, trudno użyć innego słowa. Używała argumentów ad personam, obrzydliwych i zupełnie nietrafionych.[…] Niechęć Kopacz do Religi wykraczała nawet poza poetykę walki politycznej. Można było odnieść wrażenie, że odreagowywała jakieś kompleksy”.
Może jakieś przykłady? Wypadałoby przecież, pomyśli ktoś, podać teraz ów zestaw chamskich fauli, tak żeby wyborcy przy najbliższej okazji wiedzieli, co to za swołocz ta Platforma. Otóż proszę sobie wyobrazić, że mamy tylko jeden cytat, jak to Ewa Kopacz któregoś dnia określiła Zbigniewa Religę mianem „jednego z najbardziej leniwych ministrów”. I to wszystko. Tam nie ma nic więcej. Ja oczywiście pamiętam, jak ona to powiedziała i pamiętam pewne oburzenie, jakie te słowa wywołały głównie jednak nie przez to, że ponieważ każdy znał Religę, jako autentycznego pracoholika, Kopacz najzwyczajniej w świecie mogła się tu zamknąć, ale przez to, że już wtedy mówiło się, że on jest chory, więc siłą rzeczy może robić wrażenie mało aktywnego. No ale, przepraszam, bardzo, czy to faktycznie już było wszystko? Kopacz ogłosiła, że jako minister Religa się obija i to jest powodem robienia przez tygodnik „W Sieci” tematem swojego numeru chamstwo Kopacz? Pisze red. Narbutt, że kiedy Religa posłyszał, jak Kopacz nazwała go leniem, „był wstrząśnięty” i skarżył się współpracownikom, że on by łatwiej zniósł, gdyby ona nazwała go „bandytą, pijakiem, łapownikiem”, a ja rozumiem, że podobnie redakcja „W Sieci” w takim wypadku na temat numeru wybrała już coś innego. Gdyby Kopacz powiedziała o Relidze, że to „bandyta, pijak i łapownik”, my byśmy jej to darowali. No ale leń?
Ja tu trochę sobie ironizuję, ale rzecz jest jak najbardziej poważna. Donald Tusk pojechał do Brukseli, System na stanowisko premiera powołał tę dziwną kobietę, Polska się sypie, Prezydent pisze do siebie listy z prośbą o objęcie patronatem budowy pomnika w ofiar Smoleńska, za pasem seria wyborów, które polska prawica planuje wygrać, a największy prawicowy tygodnik opinii publikuje wielki propagandowy tekst nie dość że dotyczący sprawy tak małej, że nawet przez mikroskop jej nie widać, to w całości zbudowany na niczym nie podpartych insynuacjach. Oczywiście my wszyscy raz że Kopacz znamy, a przede wszystkim dobrze pamiętamy najświeższą historię, więc jesteśmy w stanie natychmiast dostarczyć cały zestaw dowodów na to, jak Platforma Obywatelska i jej politycy – nie tylko Kopacz – profesora Religę traktowali. No ale rozumiem, że ten tekst redakcja tygodnika kieruje nie do nas najbardziej, ale do tych, których chciała do czegoś przekonać. Otóż rzecz w tym, że jeśli przekonała, to tylko do czegoś kompletnie niezamierzonego, a mianowicie do tego, że z tego Religi to tak naprawdę był kawał s…syna. Dlaczego? Już wyjaśniam.
Otóż ja już gdzieś, z relacji bliskich mi osób, wiem, jak najprawdopodobniej została odebrana informacja o tym, jak to Religa nie pozwolił Bochenkowi pójść do swojej właśnie rodzącej żony. Reakcja tu musi być jednoznaczna i opisałem ją w zakończeniu poprzedniego akapitu. Mamy tu zresztą jeszcze coś. Wszyscy wiemy, że Krystyna Bochenek, kobieta która wtedy rodziła i nie mogła się doczekać wsparcia ze strony męża, wiele lat później zginęła w Smoleńsku obok prezydenta Kaczyńskiego. No i wiemy też, że to była ta miła pani, która organizowała olimpiadę ortograficzną i wszyscy ją kochali. A biedny dr Bochenek do dziś pewnie pamięta, stojąc nad grobem swojej ukochanej żony, jak to kiedy ona im rodziła dziecko nie mógł przy niej być, bo Religa, wielki profesor i pasjonat swojej pracy, nie miał wystarczająco dużo serca. I nikt z tego nie będzie wiedział już nic, ani o Relidze, ani o Krystynie Bochenek, ani przede wszystkim może o dr Bochenku, o którym, jako o surowym szefie, ludzie, którzy go znają mają dziesiątki jeszcze bardziej ciekawych niż ta historii do opowiedzenia. Z kolejnej przedwyborczej zagrywki braci Karnowskich zostanie im tylko jedno: ta Kopacz wcale nie jest taka najgorsza, natomiast o Relidze warto by było pogadać.
Ja nie wiem, który to już raz stawiam to pytanie: czemu oni to robią? Czy oni przeprowadzili wcześniej jakieś badania wśród swoich czytelników i im wyszło, że to w większości są takie barany, że oni się nawet nie muszą bardziej starać, by każdy bez najmniejszych oporów ten ich kit łyknął i poprosił o więcej, czy może faktycznie jest tak, jak już raz zdarzyło mi się pomyśleć, że oni to robią wyłącznie po to, by PiS znów przegrał i by oni nie musieli zmieniać tego, co im tak dobrze od lat już służy? Faktem jest, że to co się dzieje na tak zwanym odcinku propagandy woła o pomstę do nieba. I to na szczęście z każdej strony. Dziś na przykład, idąc z psem na spacer, zobaczyłem wielki billboard reklamujący kandydata Platformy Obywatelskiej na prezydenta Katowic, na którym z jednej strony widać jakiego odpicowanego w garniak i rozchełstaną koszulę sutenera, a z drugiej napis: „Katowice. Miasto dla ludzi” i od razu sobie pomyślałem, że może nie jest tak źle. Tyle że co z tego, prawda?
Książka o Diable poszła do druku. Nasz ksiądz Rafał Krakowiak napisał do niej piękną i bardzo dla mnie uprzejmą przedmowę. Oto jej fragment:
„Martin Scorsese w 1976 roku zrealizował film p.t. Taksówkarz (Taxi Driver). Przedstawił w nim historię Travisa (granego przez Roberta De Niro) – młodego, niezbyt bystrego weterana wojny w Wietnamie, który pracując jako nocny taksówkarz, zmuszony był obcować ze złem wypełzającym nocą w miasto. Travis komentował to następująco:Nocą wyłażą wszystkie zwierzęta. Kurwy, alfonsy, pedały, transwestyci, narkomani, dilerzy. Pewnego dnia spadnie prawdziwy deszcz i zmyje cały ten brud.
Travis chciał w jakiś sposób na to zło reagować, ale w swej prostocie nie wiedział jak. Sądził, że powinna się tym zająć władza, jakiś prezydent, czy ktoś w tym rodzaju, bo przecież nie można pozwolić, by zło się panoszyło. Złem, które najbardziej Travisa poruszyło, była sprawa Iris (granej przez Jodie Foster). Dziewczyna ta nie miała jeszcze 13 lat. Uciekła z domu i wpadła w łapy Sporta (Harvey Keitel), nowojorskiego alfonsa, który najpierw dziewczynkę w sobie rozkochał, a potem zrobił z niej prostytutkę. Jedna z najmocniejszych (i najbardziej obrzydliwych) scen w tym filmie to ta, gdy Sport z czułością przytula Iris i zapewniając o swej do niej miłości tańczy z nią przekonując, że to co dziewczynka robi na ulicy nie jest wcale złe. Chwilę potem Sport oferuje Iris klientom zapewniając, że mogą z nią zrobić co zechcą, oczywiście za wyjątkiem jakichś brutalniejszych akcji.
Travis nie mógł tego znieść. Ponieważ ci, od których oczekiwał działania byli bierni, a tzw. zwykłych ludzi to nie obchodziło, wziął sprawy w swoje ręce. Kupił broń, zrobił sobie na głowie irokeza, a potem zabił Sporta i jego pomagierów.
Ten film robi olbrzymie wrażenie, zwłaszcza jeśli zestawimy jego treść z naszymi polskimi historiami, a szczególnie tymi historiami, którym przyglądamy się poprzez twórczość Toyaha.
By to dobrze zrozumieć trzeba wreszcie wskazać (a czynię to z wielką niechęcią) na TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Któż to jest? To ten, który (jak sama nazwa wskazuje) nie przepuszcza żadnej okazji – nie przepuszcza okazji by np. poszerzyć przestrzeń obecności zła.
Gdy spytamy Travisa gdzie jest zło, odpowie nam, że zło się ukrywa, ale nocą jest widoczne jak na dłoni w tych kurwach, alfonsach, ich klientach itd: Wychodzisz i czujesz ten smród. Wszędzie się unosi. Można dostać bólu głowy.
Gdy spytamy Osiejuka gdzie jest zło, odpowie nam, że „po Smoleńsku” zło już się nie ukrywa. Jeśli ktoś chce może je dostrzec w całej okazałości, bo zostało odkryte (albo samo się ujawniło). Zło skrywające się kiedyś pod osłoną nocy, dokonało agresji na światło dnia, potem na to co dla nas święte i drogie, a w końcu na nasze dusze.
TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Któż to jest? To ten, który (jak sama nazwa wskazuje) nie przepuszcza żadnej okazji – nie przepuszcza okazji by np. podeptać to co bezbronne i słabe.
Gdy spytamy Travisa co go wkurza, odpowie nam, że wkurza go Sport, bo wykorzystuje nieletnią. Wkurza go także Iris, bo jest frajerką: idzie z każdym degeneratem i śmieciem, i sprzedaje się za nic dla jakiegoś alfonsa, który czeka w korytarzu. I jeszcze uważa – pieprząc się z żulami i mordercami – że to fajne.
Gdy spytamy Osiejuka co go wkurza, odpowie nam, że wkurza go mniej więcej to samo co Travisa, tyle tylko, że „po Smoleńsku” nie chodzi już o jakąś Iris i jakiegoś Sporta, ale o wszystkich Polaków, bo TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji chce z nich wszystkich zrobić (bo jest okazja!) kurwy i alfonsów, a oni – nieszczęśni, zaczarowani lub zahipnotyzowani – albo tego nie widzą, albo uważają, że to fajne”.
Mnie jest oczywiście bardzo miło, że ksiądz Krakowiak, pasterz mojej duszy i przyjaciel, tak o mnie dobrze myśli, że kiedy czyta te teksty, to mu się przypomina film „Taxi Driver”, i nie ukrywam, że w tej jego diagnozie coś jest. Ja bym tu jednak chciał wrócić do myśli, która się już tu pojawiła wcześniej i dotyczy nieco innego fragmentu z tego filmu. Oto Travis staje na środku ubitej ziemi i woła „Listen you fuckers!” Ja wbrew pozorom wcale nie nawołuję do tego by strzelać. Wystarczy kazać im słuchać. No ale do tego trzeba mieć serce, a nie myśli skupione na tym, jak idzie sprzedaż.

A propos sprzedaży: idzie zupełnie dobrze. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl. Na razie wciąż bez książki najnowszej, ale daję słowo, że jest w czym wybierać. Bardzo proszę o wspieranie tego bloga. jesteśmy w sytuacji tak dramatycznej, jak to dawno sie nam nie zdarzyło i musimy jeszcze przetrwać miesiąc.


czwartek, 2 października 2014

O ludziach z wosku i kredycie na podtrzymanie życia

Podczas wczorajszego tak zwanego expose, premier Ewa Kopacz zaapelowała osobiście do Jarosława Kaczyńskiego, o zdjęcie „klątwy nienawiści” z publicznej debaty w Polsce, a ja niemal w jednej chwili przypomniałem sobie, jak to jeszcze przed wyborami w roku 2011 trafiłem gdzieś na wywiad z dzisiejszym ministrem spraw zagranicznych w rządzie tej samej Kopacz, Grzegorzem Schetyną, i wyrażoną przez niego opinię, że jeśli jego partia, Platforma Obywatelska, w dalszym ciągu będzie próbowała opierać całą swoją strategię polityczną na podgrzewaniu nienawiści do PiS-u, on marnie widzi jej przyszłość. Jak dziś już wiemy, prognozy Schetyny okazały się funta kłaków warte, bo Platforma jak najbardziej całą swoją przyszłość postanowiła w dalszym ciągu wiązać z podkręcaniem atmosfery nienawiści do PiS-u i osobiście Jarosława Kaczyńskiego, i nie dość, że wybory wygrała, to dalej też jej poszło nie nagorzej, o czym świadczyć może choćby i to, że dziś Kopacz, już jako premier, wygłasza swoje expose, a poważni komentatorzy polityczni ogłaszają, że oto otwiera się nowy rozdział w polskiej polityce. A zatem, wygląda na to, że ten akurat fragment wystąpienia premier Kopacz, w którym ona apeluje do Jarosława Kaczyńskiego, by przestał zbijać polityczny kapitał na szerzeniu nienawiści do władzy, choć oczywiście na wszelkiego typu durniach może robić wrażenie, i niewykluczone, że tak jak to miało miejsce wielokrotnie wcześniej, przyniesie Platformie Obywatelskiej w pierwszej kolejności, a rządowi może też trochę, doraźne korzyści, jest najzwyczajniej w świecie oparty na kłamstwie, i to kłamstwie wyjątkowo bezczelnym. Podkreślam – wyjątkowo.
Jak pewnie czytelnicy tego bloga się orientują, do Ewy Kopacz, naszego świeżo nominowanego premiera, mam stosunek bardzo jednoznaczny i w owej jednoznaczności wybitnie negatywny. Uważam, że tego typu awans dla osoby o tego typu intelektualnym i czysto kulturowo-cywilizacyjnym wymiarze jest wydarzeniem, które mogło mieć miejsce wyłącznie w dzisiejszej Polsce, gdzie nie istnieją już ani obyczaje, ani zasady, ani choćby zwykły ludzkiej wstyd. No ale nie ma się co oszukiwać: mamy tę – przepraszam bardzo, ale nie potrafię się powstrzymać – ulepioną już tylko z wosku i pudru Kopacz i musimy próbować jakoś z tym żyć.
Jest jednak coś, co moim zdaniem dodaje do tego, co nas tak niefortunnie spotkało, niezwykle istotny wątek. Otóż, jak podały te same media, które uznały za stosowne poinformować nas o tym, że expose premier Ewy Kopacz otwiera nowy rozdział we współczesnej politycznej historii Polski, okazuje się, że Ewa Kopacz, premier polskiego rządu, jest zadłużona w bankach na autentycznie ciężkie sumy. Cytuję informację przekazaną przez jak najbardziej reżimowe źródło, a dotyczącą stanu majątkowego premiera polskiego rządu:
„Mieszkanie (własność), oszczędności: 68 tys. zł, 2,3 tys. dolarów, 480 euro; samochód: toyota yaris z 2007 roku; kredyt hipoteczny na zakup mieszkania, kredyt na urządzenie mieszkania w wys. 180 tys., kredyt odnawialny do wysokości 45 tys. zł, dwa kredyty konsumpcyjne - na 80 i 60 tys. zł.”
Przepraszam, ale nie wydaje mi się, by wiele było osób przynajmniej wśród tych, którzy czytają te słowa, które tak jak ja mają świadomość, czym jest kredyt w banku, skąd on się z reguły bierze i jakie nam gwarantuje perspektywy. Ja akurat, dzięki swojej determinacji, wsparcia tych, którzy cenią moją pracę, ale też faktowi, że moje ambicje nigdy nie przekraczały poziomu, z jakim mamy do czynienia w przypadku premier Kopacz, stopniowo staję się człowiekiem wolnym, nie zmienia to jednak faktu, że doskonale wiem, do jakiego stanu doprowadzają człowieka kontakty z bankami, szczególnie w wymiarze ty już naprawdę poważnym, a w związku z tym wiem też, jaka jest dziś osobista sytuacja Ewy Kopacz – premiera polskiego rządu. To jest osoba od początku do końca i prawdopodobnie już na zawsze pozostająca na łasce i niełasce banków. Czemu i jak potoczyło się jej życie, że znalazła się w miejscu, w którym jest dziś – to jest informacja dla nas pozbawiona znaczenia. To co się liczy, to fakt, że ona ma ręce związane i ten sznur prędzej się jej werżnie w ciało, niż gdzieś na horyzoncie pojawi się zbawiciel i zechce jej ulżyć.
Zgoda, wpadłem w dość specyficzny nastrój, ale już się z niego uwalniam i zastanawiam jedynie, w którym konkretnie banku ona ma te kredyty. Obstawiam Getin Bank. To akurat – poza paroma innymi kwestiami – by nam znakomicie wyjaśniało zagadkę ministerialnego awansu dla Grzegorza Schetyny.

Ostatnio, jak niektórzy z nas zdążyli zauważyć, mieliśmy okazję się pochylić nad być może najwybitniejszym polskim pisarzem ostatnich lat, Ignacym Karpowiczem. Podczas przeprowadzonej przez mnie tej okazji kwerendy, trafiłem na fragment jego powieści i nie mogę się powstrzymać przed zacytowaniem fragmentu: „Wzwód był tak potężny, jak gotycka katedra; okazało się, że w deszczu. Wbrew sobie - Andrzej nie przepadał za samozadowoleniem - zajął się sobą. Starł krople spermy z czwartej strony okładki wilgotną chusteczką”. Tych wszystkich, którzy lubią czytać książki, zachęcam do odwiedzania księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapewniam, że tam Karpowiczem się nie handluje. SKoro o hredytach mowa, wczoraj spłaciłem pierwszy z tych naprawdę dużych. Najbliższe cztery miesiące poswięcone będa na zamknnięcie pozostałych, w tym jednego niemal równie dużego. Jeśli ktoś może sobie pozwolic, bardzo proszę o pomoc. Dziękuję.

sobota, 20 września 2014

Władysław Tomczyk na premiera, czyli sky's the limit

Możliwe że niektórzy z nas jakimś cudem o nim słyszeli, ale wątpię. Wątpię trochę dlatego, że sprawa faktycznie i bezdyskusyjnie nie nadaje się do tego, by nie tylko o niej rozmawiać, ale choćby i myśleć, a z drugiej strony jest tak strasznie dużo rzeczy, które nam wypełniają życie, że naprawdę trudno sobie wyobrazić, że jakiś lokalny wybryk ni stąd ni zowąd dotrze do powszechnej świadomości ot tak sobie, tylko dlatego, że on zaistniał, a ktoś gdzieś uznał go za coś wartego uwagi.
O co chodzi? Otóż jest tak, że w Katowicach, a więc mieście, w którym mieszkam, jest kinoteatr „Rialto”, obok znajduje się wiadukt kolejowy, a pod wiaduktem o wielu lat, dzień w dzień, stoi sobie pewien starszy pan w czapce z daszkiem i ze skrzypcami, wygrywa na tych skrzypcach sobie tylko znane melodie, a przechodnie wrzucają mu do puszki pieniądze. Ktoś powie, że to standard: wszędzie takich ludzi jest cała masa, a jeśli niektórzy z nich nie mają akurat skrzypiec, to grają na fujarce, gitarze, harmonijce, a czasem i na bębenkach, jednak cel i efekt jest zawsze ten sam – zarobić na życie. Co ja mówię, grają? Są tacy, którzy ponieważ grać na niczym nie umieją, to śpiewają, albo nawet piszą teksty. I je rozdają, by kto chce, sobie poczytał.
Ów katowicki skrzypek to jednak coś zupełnie szczególnego. I tu, aby dokładnie wyjaśnić, w czym rzecz, trzeba poświęcić sprawie trochę więcej miejsca. Otóż przede wszystkim on na skrzypcach grać nie potrafi. I kiedy to mówię, nie chodzi mi o to, że on nie potrafi grać na skrzypcach tak, jak wielu zawodowych, czy pół zawodowych, czy zaledwie amatorskich skrzypków, którzy są aż tak słabi, że my ich słuchamy z zażenowaniem i mówimy, jak to oni są do niczego. On nie potrafi grać na skrzypcach dokładnie tak samo, jak na skrzypcach nie potrafię grać ja, czy ktokolwiek z nas. On na skrzypcach nie potrafi grać tak samo jak, czy to ja, czy większość z nas, czytających ten tekst, nie potrafi grać na waltorni, czy kontrabasie. A mimo to, każdego dnia od wielu lat, można go spotkać pod tym wiaduktem, jak tam stoi, z tymi swoimi skrzypcami, z pulpitem z rozłożonymi na nim nutami, i gra melodie znane tylko sobie. Ale to nie wszystko. Poza tym całym ekwipunkiem, on ma jeszcze coś – mianowicie kasę fiskalną, którą niezmiennie uruchamia ile razy ktoś mu wrzuci do pudełka jakiś pieniądz.
Powiem uczciwie, że ten dziwny człowiek budzi we mnie uczucia jak najgorsze. Ja wiem, że nasze życie układa się różnie, a przez to różnie jesteśmy zmuszani do tego, by wybierać te czy inne sposoby na przeżycie. To co wymyślił ów starszy pan ze skrzypcami, a mianowicie to, że on nie potrafiąc grać na skrzypcach, zacznie zarabiać na życie grą na skrzypcach, a po to, by ową działalność jakoś wzmocnić na poziomie ściśle handlowym, zainwestuje w kasę fiskalną – zupełnie, jak wiemy, niepotrzebnie i bez sensu – i w ten sposób okaże się lepszy od całej reszty ulicznych grajków, budzi we mnie odruch protestu. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że za tym co on robi stoi zwykłe kłamstwo. To nie jest sztuka, tam nie ma śladu piękna, tam wreszcie nie ma mowy o wzruszeniu się ludzką biedą i wynikającą z niej desperacją. Tam jest tylko czyste, bezczelne cwaniactwo. Ja bym się nie zdziwił, gdyby się kiedyś okazało, że zarówno te nuty, jak i ta kasa, to zwykły ersatz.
Ale ja byłbym w stanie to wszystko jakoś zaakceptować, gdyby ów dziwny człowiek był choć trochę wesoły, czy choćby sympatyczny. Tymczasem nie. Moim zdaniem jego cała postawa, wyraz twarz, zachowanie wskazuje na to, że jego tam ktoś postawił, kazał mu robić to co robi i o nic nie pytać. On ani się nie uśmiecha, ani nie żartuje, ani z ludźmi nie rozmawia, stoi tam z tą kasą pod nogami, ponury i obcy jak jasna cholera, i bez sensu rzępoli na tych swoich skrzypkach. Jak mówię – od wielu już lat dzień w dzień.
Ktoś zatem powie, że to jest może taki performance, a więc dzieło sztuki. Oto człowiek, który mimo że nie umie grać na instrumencie, staje na ulicy i zbiera pieniądze, a w dodatku jeszcze ma tę kasę fiskalną, co stanowi już ironię jednoznaczną. Otóż nic z tego. Tam nie ma żadnej prowokacji; tam mamy wyłącznie jednego ponurego starszego pana w czapce z daszkiem, wymiętoszonej marynarce i skrzypcami, którego żona wysłała na ulicę, żeby zarabiał na chleb, a kiedy się okazało, że z tego są niezłe pieniądze, na wszelki wypadek, żeby Urząd Skarbowy się nie doczepił, kazała mu kupić kasę fiskalną, no i wtedy dopiero, ku ich zaskoczeniu, interes ruszył i nawet w TVN-ie go pokazali. Jak mówię, tam nie ma nic więcej, jak tylko to.
I teraz zapewne padnie pytanie, czemu ja się na niego tak pieklę? Co mnie obchodzi ten staruszek? W końcu takich byle jakich ulicznych grajków jest mnóstwo. Nawet tu w Katowicach karierę ostatnio robi pewien gitarzysta, który od tego skrzypka jest zaledwie nieco lepszy, a proszę sobie wyobrazić, że o nim się ostatnio mówi, jako o „najlepszym gitarzyście na świecie”. Czemu ja się jego nie czepiam? Otóż ja się go nie czepiam, bo on się przynamniej stara. Żeby osiągnąć swój sukces, on stworzył sobie i wizerunek i styl i nawet nauczył się grać ten jeden jedyny kawałek w taki sposób, by przynajmniej niektórzy z nas krzyknęli „łał!”. Człowiek ze skrzypcami, jak mówię, nawet nie udaje, że się stara, że mu zależy, a oto nagle stał się jednym z podstawowych punktów krajobrazowych Katowic i okolic. On od pewnego czasu, w jak najbardziej oficjalnie autoryzowanym krajobrazie miasta jest czymś równie znaczącym, jak Wieża Spadochronowa, Kopalnia Wujek, czy Osiedle Giszowiec. On ma nawet nazwisko i nazywa się Władysław Tomczyk. Niedawno doszło podobno wręcz do tego, że o nim powstała jakaś amerykańska etiuda filmowa, którą można obejrzeć na youtubie. Ja jej nie widziałem, ale wierzę, że to prawda. Ledwo wczoraj przechodziłem sobie obok niego i na własne oczy widziałem, jak z nim załatwiał jakieś sprawy ktoś, kto mi wyglądał na miejskiego urzędnika, coś mu tłumaczył, zapraszał go na jakieś spotkanie, a skrzypek patrzył na niego tępym wzrokiem, jakby nic z tego nie rozumiał i tylko kombinował, jak tu znów wrócić do grania, bo czas goni, pieniędzy wciąż za mało, a za chwilę przyjdzie żona i mu urządzi piekło.
Ktoś się zapyta, po co ja o tym w ogóle piszę, skoro nawet sam na początku uznałem, że to nie jest w ogóle temat? Czy nie wystarczy mi pomarudzić prywatnie? Muszę z tym wychodzić aż na blog? Rzecz w tym, że wczoraj Ewa Kopacz ogłosiła skład nowego rządu, z Arłukowiczem, Schetyną, Halickim, Kluzikową, Grabarczykiem i tymi dwiema dziwnymi paniami, których nazwisk ani nie pamiętam, ani pamiętać nie chcę, a na dodatek obiecuje sobie nimi głowy nie zawracać do końca życia, i choć każdy z nas wie, że to nie może być na poważnie, to z drugiej strony, wszystkie znaki na ziemi i na niebie mówią nam, że ależ tak, to wszystko się dzieje naprawdę i jest jak najbardziej poważne. To jest i poważne i oficjalne i jak najbardziej autoryzowane przez szeroki mainstream. Widzimy tę Kopacz, patrzymy na nią, jak stoi tak fatalnie rozkraczona przy tej swojej mównicy, najpierw plecie jakieś dyrdymały na temat polskiej obronności, by za chwilę wpaść już w stan takiego rozchwiania, że ani ludzkie oko, ani ludzkie ucho, ani nawet ludzka wyobraźnia nie jest w stanie tego opisać.
A ja sobie nagle przypominam tego skrzypka pod wiaduktem kolejowym w Katowicach i myślę, że to jest dokładnie to samo. Zarówno gdy chodzi o poziom, jak i tę całą oprawę, która każe nam wierzyć, że to wszystko to jest nieodłączny element naszego polskiego krajobrazu, który albo przyjmiemy w całości, albo, jeśli nam się nie podoba, to won. A przynajmniej – mordy w kubeł, bo jak nie, to następnym premierem zrobimy tego Tomczyka i wszyscy zobaczą, jak potrafi być dziwnie.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia nasze książki, niekiedy w bardzo korzystnych promocjach.Trochę mi dziś głupio bez tej kasy fiskalnej, no ale może uda mi się jakoś wywinąć. W kazdym razie za każdy gest bardzo wszystkim dziękuję.

piątek, 19 września 2014

Czy premier Kopacz wie, czym jest zbrodnia urzędnicza

Dziś w „Warszawskiej Gazecie” ukazuje się mój cotygodniowy felieton i pewnie wypadało by mu dać parę dni na oddech, ponieważ jednak sprawy nas gonią i już za chwilę nastrój nam pewnie minie, zrobię wyjątek i powiem to, co już zresztą kiedyś mówiłem, a co mam wciąż do powiedzenia, również tutaj już dziś. A, jak sami widzimy, gadać jest o czym.


Kiedy cała Polska żyje dziś największym życiowym sukcesem lekarki ze Skaryszewa, Ewy Kopacz, mnie akurat przypomina się rok 2010, kiedy coś, co nosi nazwę Kapituły Nagrody im. św. brata Alberta, uhonorowało swoim orderem czy medalem tę samą Ewę Kopacz, tyle że wtedy dopiero zaledwie minister zdrowia. Ponieważ owa Kapituła chwali się autorytetem Kościoła, jej przewodniczącym jest nie kto inny jak Wacław Oszajca SJ, a owa nagroda została jej przyznana za „serce i wsparcie okazane w Moskwie rodzinom tragicznie zmarłych w katastrofie smoleńskiej, w duchu miłosierdzia św. Brata Alberta”, kiedy dziś gratulujemy Kopacz jej sukcesu, myślę, że warto pamiętać o tamtym szczególnym dla naszej historii roku.
I ja machnąłby ręką zarówno na tego Oszajcę, jak i nawet na tę nieszczęsną Kopacz, bo ani ona ani on nie mają dziś już nic do gadania, siedząc w kieszeniach „innych już szatanów”, gdyby nie jeszcze coś.
O co chodzi? Otóż ja wciąż pamiętam rok 2008, kiedy to późną wiosną Polskę obiegła wieść, że gdzieś pod Lublinem pewna 14-letnia Agata zaszła w ciążę ze swoim chłopakiem, chłopak stracił dla niej zainteresowanie, a jej mama zażyczyła sobie by ona ciążę usunęła. Ponieważ z jakichś nieistotnych dla nas akurat względów, żaden szpital do którego matka oboje dzieci prowadziła, nie chciał zabiegu przeprowadzić, natychmiast podniosła się medialna wrzawa, sprawą zainteresowali się wszelkiej maści dzieciobójcy i wszyscy oni zaczęli z całych sił swych czarnych serc walczyć o śmierć dla tego dziecka.
Szczególnie ciekawe w tym wszystkim natomiast bardzo było to, że obok najróżniejszych organizacji pro-life, najbardziej nieprzejednaną postawą wykazali się lekarze, którzy jeden po drugim odmawiali przeprowadzenia zabiegu uśmiercenia tej ciąży. No i właśnie wtedy na scenie pojawiła się, wówczas minister zdrowia, a dziś najwyższy premier, Ewa Kopacz i wyznaczyła klinikę, którą jednocześnie zobowiązała do przeprowadzenia zabiegu i od tego momentu wszystko poszło już z górki. Dzieci te zostały zawiezione na miejsce i tam już, z dala od kamer i mikrofonów, jedno z nich zostało zamordowane.
Co do minister Ewy Kopacz, a więc de facto głównego organizatora owej egzekucji, zapytana przez któregoś z dziennikarzy, oświadczyła, że ona osobiście czuje się świetnie, bo postąpiła zgodnie z przepisami, jak porządny urzędnik.
A więc dziś, kiedy ona obejmuje owo zaszczytne stanowisko polskiego premiera, ja o niej już tylko myślę, jako o solidnym urzędniku państwowym, jednym z tych, których znamy z tak zwanych czasów pogardy, a o których swego czasu tak celnie napisał Herbert: „Oni wygrają”. A skoro tak, to ja też wiem, że na początku drogi, z której już nie uda się jej uciec, ona znalazła się już wtedy.
Dla mnie więc ona dziś jest już jedynie bakterią w laboratorium TegoKtóryNieOpuszczaŻadnejOkazji. I tam już zostanie. A my powinniśmy tylko uważać, żeby się od niej nie zarazić.

Wszystkich tych, którym spodobał się powyższy tekst, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie wciąż jeszcze można kupować mój pierwszy wybór felietonów pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie”. To jest już końcówka nakładu, a przy promocyjnej cenie 15 złotych, naprawdę nie ma się co zastanawiać.Jednocześnie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 3 maja 2014

Czy marszałek Kopacz naprawdę wierzy, że piekło jest puste?

Przyznam, że przez ułamek chwili – w ramach kontynuacji serii o „magicznej ręce wolnego rynku” – miałem ochotę przedstawić tu swoje refleksje na temat czegoś, co w języku polskim, i chyba w większości innych języków, nie ma swojego odpowiednika, natomiast jak najbardziej nosi angielską nazwę „Inland Customs Line”, a stanowi coś co kompromituje Brytyjskie Imperium, a przy okazji ów chory mit o wolnej przedsiębiorczości, od początku do końca. Uznałem jednak, ze sprzedam ów temat Coryllusowi, który zapewne znacznie lepiej ode mnie rozprawi się z tym szataństwem, a ja być może, jeśli zajdzie potrzeba, pomogę mu na poziomie języka. Sam natomiast chciałbym dziś przedstawić swój ostatni felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Jestem pewien, że się spodoba.

Nie potrafię zgadnąć, na co oni liczyli, ale wbrew wysiłkom naszych miejscowych satanistów, Jan Paweł II został ostatecznie kanonizowany, jest już wreszcie naszym wielkim świętym, i można by pewnie z satysfakcją ogłosić, że zło zostało zduszone, gdyby nie fakt, że to jest niestety nieprawda. Jan Paweł II wprawdzie oficjalnie oręduje za nami u Najwyższego, natomiast Zły ani myśli ustąpić, a wybezczelnił się przy tym tak, że nie cofnął się nawet przed tym, by się zjawić na miejscu, a więc w samym Watykanie, i tam zrobić wszystko, by swoją obecnością próbować obniżyć rangę całego wydarzenia.
Z tego co zdążyłem zauważyć, na czoło pochodu utworzonego przez to opętane towarzystwo wyszli prezydenci Komorowski i Kwaśniewski, którzy w watykańskich wnętrzach kazali sobie zrobić tak zwaną słitfocię, i pozwolili, by scena ta została obfotografowana z wszystkich stron przez reporterów z dziennika „Daily Mail”, i wypuszczona w świat na pośmiewisko gawiedzi. Na mnie jednak największe wrażenie nie zrobił ani Komorowski, ani Kwaśniewski, ani nawet pani Komorowska, której ci dwaj kazali pstryknąć z komórki to żenujące zdjęcie, ale ktoś zupełnie inny, mianowicie marszałek Ewa Kopacz, która nic sobie nie robiąc z faktu, że już kilka lat temu sama ustawiła poza Kościołem, pojechała tam z nimi wszystkimi i postanowiła się tam poudzielać, jako pobożna katoliczka.
Gdybyśmy już zapomnieli, w czym rzecz, przypomnę pewne zdarzenie sprzed niemal już 6 lat. Oto zachęceni przez powszechną kulturę seksu, pewna nastoletnia Agata i jej chłopak skorzystali z atmosfery i dziecko zaszło w ciążę. Matka nastolatki, według niektórych relacji, wbrew jej woli, zaordynowała aborcję. Ponieważ sytuacja była na tyle dramatyczna, że miejscowy szpital odmówił przeprowadzenia zabiegu, do akcji wkroczyły środowiska proaborcyjne i wspólnie z matką, ostatecznie Agatę namówiły do tego, by wydała na śmierć swoje dziecko.
Problem pojawił się jednak wówczas taki, że gdziekolwiek oni prowadzili tę biedną dziewczynkę, kolejni lekarze solidarnie odmawiali przeprowadzenia zabiegu. Trwało to tak długo, atmosfera zaczęła tak gęstnieć, a histeria proaborcjonistów tak się podniosła, że do akcji, jako minister zdrowia, wkroczyła Ewa Kopacz i znalazła dziewczynce człowieka, który chętnie się podjął wykonania mokrej roboty.
Agata została zawleczona na miejsce, i tam już, z dala od kamer i mikrofonów, młodsze z dzieci zostało zamordowane. Gdy chodzi o głównego organizatora egzekucji, czyli Ewę Kopacz, zaczepiona przez któregoś z dziennikarzy, oświadczyła, że osobiście czuje się świetnie, bo zachowała się, jak porządny urzędnik.
I oto dziś ta sama Kopacz założyła na łeb elegancką czarną chustę, udała się do Watykanu, i pokazała nam wszystkim, co sobie myśli o tej całej religii, grzechu i jakichś ekskomunikach. A ja przyznam, że nie wiem, czy istniał jakikolwiek sposób, by jej uniemożliwić odprawianie tam tych czarnych rytuałów, natomiast jestem pewien, że przyjdzie czas, że ona spłonie. W towarzystwie, które sama wybrała.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga, czy to przez kupowanie książek, które są do nabycia na stronie www.coryllus.pl, lub w dowolny inny sposób. Gdyby ktoś szukał, numer konta jest tuż obok. Dziękuję.

czwartek, 11 października 2012

Crossroads, czyli serce urzędnika

Jak wiemy, mój kumpel Coryllus zajmuje się ostatnio pisaniem trzeciego tomu swojej „Baśni”, co sprawia, że jego blogowe notki najczęściej kończą się dokładnie w tym samym momencie, w którym się zaczynają. Nie wiem, jak to jest u innych – z dyskusji pod nimi można sądzić, że nie jest wcale najgorzej – jednak jak idzie o mnie, większość z tych tekstów pozostawia mnie z uczuciem niedosytu. Ponieważ jednak znaczna część z nich dotyczy tematów, na których sam się kompletnie nie znam, wzruszam na ów brak ramionami i sam próbuje się męczyć, czy to z moją jesienną książką, czy z bieżącymi już tekstami.
Dziś jednak temat, jaki poruszył Gabriel okazał się tak inspirujący, że nie mam wyjścia i muszę to czego on nie zdążył – dokończyć za niego. Tak to bowiem, dla wspólnej korzyści i dobra wspólnego, jak to celnie sformułował Poeta, wszyscy muszą pracować, mój maleńki kolego. Proszę więc posłuchać.
Otóż, jak gdzieś właśnie kolega Coryllus wyszperał, okazuje się, że jeszcze w roku 2010 coś co nosi nazwę Kapituły (niewykluczone, że Wielkiej) Nagrody im św. brata Alberta uhonorowało swoim orderem czy medalem samą Ewę Kopacz, dzisiejszą Marszałek Sejmu, a wówczas minier zdrowia. Ponieważ owa Kapituła (kto wie, czy nie Wielka), chwali się autorytetem Kościoła, a jej przewodniczącym jest nie kto inny jak Wacław Oszajca SJ, a nagroda, jaką Kopacz otrzymała, została jej przyznana za „serce i wsparcie okazane w Moskwie rodzinom tragicznie zmarłych w katastrofie smoleńskiej, w duchu miłosierdzia św. Brata Alberta”, Coryllus się zaperzył, no i zaczął pisać ten swój tekst. Zaczął go pisać, ale w pewnym momencie poczuł, że trzeba wracać do „Baśni” – no i wrócił.
A ja jestem pewien, że gdyby on jednak znalazł trochę więcej czasu i serca dla tej sprawy, na tego całego Oszajcę machnąłby ręką, bo wedle mojego najszczerszego przekonania Oszajca nie ma tu nic do gadania. Inna sprawa, że również Kopacz – zwłaszcza dziś, kiedy ona naprawdę przeszła już wiele – już doprawdy niewiele może. Jest już bowiem tak, że zarówno ona jak i on siedzą w kieszeniach, jak to ładnie swego czasu przypomniał Jaroslaw Kaczyński, innych już szatanów.
O co mi chodzi? Otóż ja wciąż pamiętam rok 2008, kiedy to jakoś tak późną wiosną Polskę obiegła wieść, że gdzieś pod Lublinem chyba pewna 14-letnia Agata zaszła w ciążę ze swoim chłopakiem, chłopak stracił dla niej zainteresowanie, natomiast mama dziewczyny postanowiła zawalczyć o to, by ona tę ciążę usunęła. Niby nic takiego – w końcu nie pierwszy raz i nie ostatni. Sprawa jednak stała się nagle bardzo medialna, bo okazało się, że z jakichś nieistotnych w tej chwili względów, żaden szpital do którego matka te dzieci prowadziła, nie chciał zabiegu przeprowadzić. Od razu oczywiście podniosła się wrzawa, przypadkiem zainteresowali się wszelkiej maści dzieciobójcy, poczynając od zwykłych organizacji pro-aborcyjnych a kończąc na najbardziej wpływowych mediach, i wszyscy oni zaczęli z całych swych czarnych serc walczyć o prawo tego dziecka do śmierci.
Oczywiście z drugiej strony pojawił się i Kościół i różne organizacje anty-aborcyjne, które postanowiły Agatę zachęcić do tego, by jednak to dziecko urodziła, no i żeby w ten sposób uratować to życie – kto wie, czy tylko to jedno zresztą. Nie wiem oczywiście, jak to wszystko się rozwijało naprawdę, ale z tego co wówczas zdążyłem wyczytać i usłyszeć, sama Agata była nawet gotowa ciążę utrzymać, niestety mając z jednej strony matkę, a z drugiej naprawdę potężną akcję propagandową na rzecz tak zwanej „wolności wyboru”, stała się w tym całym zamieszaniu zaledwie pretekstem. Dla jednych i drugich tak naprawdę.
Ciekawe w tym wszystkim natomiast bardzo było to, że najbardziej nieprzejednaną postawą wykazali się lekarze, którzy jeden po drugim odmawiali przeprowadzenia zabiegu uśmiercenia tej ciąży. Czemu oni się tak zaparli, jak mówię, nie wiem. Myślę jednak, że tam musiało chodzić o coś naprawdę poważnego. Może nawet bardziej poważnego, niż jakaś głupia, jedna z wielu aborcji. No i właśnie wtedy na scenie pojawiła się minister zdrowia Ewa Kopacz i wyznaczyła klinikę, którą jednocześnie zobowiązała do przeprowadzenia zabiegu.
I od tego momentu wszystko poszło już z górki. Dzieci te zostały zawiezione na miejsce, i tam już, z dala od klamer i mikrofonów, jedno z nich zostało zamordowane. Co do minister Ewy Kopacz, a więc de facto głównego organizatora owej egzekucji, zapytana przez któregoś z dziennikarzy, oświadczyła, że ona osobiście czuje się świetnie, bo postąpiła zgodnie z przepisami, jak porządny urzędnik. Uznała bowiem ona, że skoro jest urzędnikiem państwowym, ministrem w rządzie, osobą odpowiedzialną za przestrzeganie zapisów konstytucji, to jeśli te przepisy każą mordować, to ona ma święty obowiązek wykazać się tu odpowiednią dyscypliną. No i się wykazała.
Napisałem wówczas na ten temat odpowiedni tekst na swoim blogu, gdzie podzieliłem się taką mniej więcej refleksją. Oto dochodzi do poważnej walki z jednej strony o życie, a z drugiej o wolność. Walki jak wiele innych wcześniej, i jakich wciąż niestety wiele przed nami. I na to przychodzi Ewa Kopacz i, jako odpowiedzialny i solidny urzędnik, znajduje osobę, która chętnie podejmie się wykonania mokrej roboty. I pomyślałem sobie wówczas, że gdyby tłumacząc się z tego co zrobiła, minister Kopacz powiedziała, że nie ma mowy o jakimkolwiek dziecku, bo to jest tylko płód, albo, że może to i dziecko, ale przy osobistej życiowej wygodzie Agaty i jej mamy (ojciec dziecka, zdaje się, już od samego początku został ze sprawy wyłączony), jako osoba ludzka, mniej wartościowe, to dałbym jej spokój. Tak jak zupełnie nie miałem nic do powiedzenia tym najróżniejszym paniom i panom strzelającym przez całą następną noc korkami od szampana.
Oni mnie nie obchodzili i nie obchodzą. Natomiast to, że Ewa Kopacz zasłoniła się wówczas swoimi obowiązkami, jako solidnego urzędnika państwowego, dla którego są sytuacje, gdzie jej osobiste przekonania nie mają nic do rzeczy, dla mnie oznaczało jedno. Że oto właśnie dołączyła do tych, o których swego czasu tak fantastycznie celnie napisał Herbert: „Oni wygrają”. A skoro tak, to ja już też wiedziałem, że ona znalazła się właśnie na początku pewnej drogi, z której już nie uda jej się uciec. Drogi, która wciąż jeszcze się przed nią rozciąga, ale na której też zdarzyło się już wiele, miedzy innymi ta jej… nazwijmy ją „przygodą smoleńską”. Ale też ów piękny order od ojca Oszajcy, który tak denerwuje mojego kolegę Gabriela.
Mówię Ci, Stary. Oszajca to zero. Kopacz to zero. Oni wszyscy są wyłącznie bakterią w laboratorium tegoconieopuszczażadnejokazji. I tam już zostaną. A my powinniśmy tylko uważać, żeby się od nich nie zarazić.

Znów jest bardzo, bardzo źle. Jeśli ktoś ma pod ręką coś luźnego, bardzo proszę wesprzeć ten blog. Numer konta jest tuz obok. Przypominam również, ze mam pewną ilość obu moich książek. Jesli ktoś miałby ochotę na egzemplarz z osobistą dedykacją, numer konta pozostaje ten sam. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...