Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka języków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka języków. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 stycznia 2012

I am Donald, my pencil is yellow

Podobno nieładnie jest się chwalić, szczególnie gdy to chwalenie się dotyczy wciąż tego samego, ale co mi tam! W sytuacji gdy powodów do szczególnej pychy mam tak strasznie niewiele, myślę, że mogę sobie pozwolić na ten kaprys i przypomnę tym, którzy wiedzą, a tych, którzy nie wiedzą, poinformuje, że ten blog czyta i lubi Zyta Gilowska. Mało tego. Ja mam jeszcze tak, że się z prof. Gilowską od czasu do czasu wymieniamy mailami i sobie gawędzimy. Ot tak! Ja wiem, że kiedy ona w tej chwili czyta te słowa, czuje prawdopodobnie zażenowanie, a kto wie czy też nie coś gorszego, ale jest jak jest, i nic na to nie poradzę. Gdybym miał w domu list od na przykład Billie Holiday otrzymany od niej z okazji moich trzecich urodzin, zaczynający się od słów „Drogi Krzysztofie”, też bym się nim chwalił. A, przepraszam bardzo, w czym Zyta Gilowska jest gorsza od Billie Holiday?
Nasz kolega raven59 niedawno podesłał nam link do wywiadu jaki niemal 10 lat temu „Gazeta Wyborcza” przeprowadziła z pewnym Aleksandrem Pociejem, i z tego powstał cały bardzo inspirujący, jak się okazało, tekst. W reakcji na to, raven59 zauważył, że to wszystko przez to, że ja napisałem wcześniej tekst o Lejbie Fogelmanie, a ja, by nie wpaść w pułapkę i nie napisać, że tak naprawdę wszystko to zawdzięczamy Tomaszowi Lisowi i jego chorej nienawiści do Lecha Kaczyńskiego, grzecznie napisałem, że jednak na początku tego wszystkiego stoi on, raven59, co jednak i tak nie zmienia faktu, że wszyscy jakoś się staramy i wychodzi to co wychodzi. Jak idzie o Zytę Gilowska, stało się jakoś tak, że kiedyśmy się wymieniali końcoworocznymi uprzejmościami, opowiedziałem jej, co sądzę o tym, że Unia Europejska postanowiła w roku 2012 opłacić Donaldowi Tuskowi kurs języka angielskiego w ilości 400 godzin. Zacząłem o tych lekcjach pisać i trochę się rozpisałem, i później ta myśl jakoś się mnie uczepiła, i wisiała, wisiała, wisiała, no i w końcu pomyślałem sobie, że coś z nią muszę zrobić. No więc robię. Dzięki Zycie Gilowskiej. No i Billie Holiday.
Uczenie języka angielskiego na zasadzie tak zwanego „wolnego strzelania”, o ile się tylko umie to robić i ma tej pracy wystarczająco dużo, jest zajęciem pod każdym względem niezwykle satysfakcjonującym. Powiem zupełnie szczerze, że nawet jeśli istnieje działalność zarobkowa równie przyjemna i jednocześnie równie dobrze wynagradzana, to ja jej akurat nie znam. Ja i pani Toyahowa robimy to niemal od zawsze i uważamy to za nasze osobiste szczęście. Jest jednak w tej pracy coś, co kładzie się na niej poważnym cieniem. Otóż w końcowym rozrachunku, z tego uczenia wielokrotnie pozostaje tylko wspomnienie przyjemnego spędzenia czasu. Dlaczego? Otóż niemal wyłącznie dlatego, że dla wielu uczniów nauczenie się języka, z wielu najróżniejszych powodów, jest poza ich zasięgiem. Jest stosunkowo dużo uczniów, którzy nigdy nie nauczą się języka, nawet nie przez to, że nie są do tego zdolni, ale z tego względu, że nie mają do nauki ani czasu, ani głowy, ani siły. I, jak się możemy łatwo domyślić, dotyczy to przede wszystkim osób już dorosłych, zwłaszcza bardzo dorosłych. Z moich wieloletnich obserwacji, jak idzie o uczniów, którzy mają już swoje własne życie, swoje rodziny i swój czas, praktycznie nie istnieje czynnik w pewnym sensie podstawowy, a mianowicie naturalny talent, który – jak wiemy – bardzo pomaga wynagrodzić tak zwany brak czasu. A zatem, jak idzie o uczenie osób dorosłych, niemal wszystko zależy od nauczyciela. A tu, niestety – i nie ma tu miejsca na wchodzenie w szczegóły – sytuacja jest dramatycznie zła, jeśli nie beznadziejna.
Kiedyś, dawno bardzo temu, ja i pani Toyahowa, na zmianę uczyliśmy pewne dziecko, które już wtedy robiło wrażenie osoby wybitnej, a dziś tę swoją ówczesną wybitność potwierdziło do tego stopnia, że znajomością z nim chwalę się dziś niemal tak jak znajomością z Zytą Gilowską. Otóż kiedy ów artysta – owszem, jest to wielki artysta – miał jeszcze te swoje 7, czy 10 lat, podczas którejś z lekcji zwrócił się do pani Toyahowej: „Proszę pani, a co to znaczy ‘Last Christmas I gave you my heart, but the very next day you gave it away’?” Chodzi mi tu o to, że, moim zdaniem, jak idzie o osoby dorosłe, choćby nie wiadomo jak wybitne, taka sytuacja nie może mieć miejsca. Pewnie trochę z tego powodu, że jeśli któryś z nich jest aż tak dobry, z całą pewności nie jest już dziś językowo na poziomie zerowym, ale też zwyczajnie dlatego, że, jak to się mówi, nie te lata, nie ta głowa. A więc, powtarzam, uczenie osob starszych, jeśli się je traktuje poważnie, to praca najcięższa. Przyjemna, ale najcięższa.
Donalda Tuska nie chciałbym uczyć, i uczyć go bym się nie zgodził, choćbym nawet wygrał ten przetarg, który tam podobno się odbył, i okazało się, że tak jakoś wyszło, że za każde 45 min. będę dostawał 500 zł. Nie zgodziłbym się uczyć Donalda Tuska najpierw ze względów oczywistych, a w drugiej kolejności z tego powodu, że mam pewne dość nieprzeniknione przekonanie, że te lekcje to byłoby najstraszniejsze 45 minut w ciągu całego mojego dnia – najstraszniejsze w sensie spędzania czasu z nadętym ruskim bucem. Innymi słowy – jeśli ktoś nie wie, o czym mówię – z człowiekiem wyjątkowo i radykalnie niesympatycznym. Z drugiej jednak strony, ja mógłbym się jednak na to pisać – i tu przechodzę do sedna – zakładając że te lekcje by się zwyczajnie nie odbywały, a ja bym swoje pieniądze i tak dostawał, co, wbrew być może powszechnej świadomości, na pewnym poziomie zawodowego zaangażowanie zdarza się stosunkowo często, a w przypadku Tuska miało by miejsce na sto procent.
Kiedyś miałem okazję uczyć pewnego niezwykle miłego i sympatycznego pana, który – tak się składało – był prezesem pewnej spółki węglowej. Powtarzam, był to człowiek tak fascynujący, że moje z nim spotkania wspominam do dziś z autentycznym rozrzewnieniem. Spotykaliśmy się zawsze późnym wieczorem, kiedy on już wrócił z pracy, a on siedział naprzeciwko mnie przy swoim biurku w białej koszuli, z zsuniętym krawatem, mówił do mnie cały czas „panie profesorze” i… zasypiał ze zmęczenia. Często bardzo było tak, że ja przychodziłem o umówionej porze, a jego żona mówiła mi, że niestety – umówmy się – Wojtek jeszcze nie wrócił. On tych lekcji nie odwoływał, bo i tak mi za wszystko płacił z góry. I było okay.
I dziś uczę – niestety, zaledwie w ilościach śladowych – osoby, jak to mówią, bardzo zajęte. Lekcje z nimi wszystkimi są przyjemnością niezwykłą – powiem nieskromnie, że w obie strony – natomiast trzeba stwierdzić trzy fakty: po pierwsze, oni ani nie odrabiają zadań domowych, ani się nie uczą w domu, co właściwie naukę ogranicza jedynie do tej jednej lekcji w tygodniu; po drugie, każdy z nich swoje lekcje traktuje głównie jako te jedyne 90 minut w ciągu dnia, kiedy można odetchnąć i miło spędzić czas; i wreszcie, po trzecie, jak już to zostało powiedziane wcześniej – nie ten czas, nie ta głowa. Oczywiście, ja staje na swojej, żeby tę sytuację jakoś pokonać i by oni choć trochę mogli poczuć, że się czegoś nauczyli. No ale to już jest kwestia bardziej mojego, niż ich zaangażowania. I moich, a nie ich, talentów.
I nie ma się tu co napinać i obrażać, bo w tym co się dzieje nie ma ani niczyjej winy, ani złej woli. Jest tak naprawdę jedynie naiwna wiara – przynajmniej na początku – że jeśli się chce, można wszystko. Ale jest jeszcze coś, i to uważam za bardzo już przykrą część tego wszystkiego. Z moich szacunków wynika, że 90% nauczycieli języka to jest najgorszy możliwy element, i że z każdym nowym rocznikiem ten poziom się niestety jedynie zwiększa. Z moich szacunków wynika, że ogromna część tak zwanych kursów dla firm, to czyste nadużycie. I to nadużycie na dwóch poziomach – przede wszystkim na poziomie merytorycznym, bo to dłubanie w tych, równie bezwartościowych jak sam proces kształcenia nauczycieli, podręcznikach wyłącznie powiększa końcową frustrację, ale również na poziomie czysto osobistym – bo te lekcje, dla tych tak fatalnie wystawionych uczniów, są czystą nudą i udręką. I z tego wszystkiego obronną ręką wychodzą tylko te nauczycielki (ciekawe, że najczęściej nauczycielki), które jakoś sobie dorabiają do pensji męża, o ile oczywiście któraś z lekcji nie zostanie dzień wcześniej odwołana, bo za te – cholera – nie płacą. Okropne jest to oczywiście, ale na szczęście, nie jest to jedyna okropna rzecz, jaka nas spotyka w tych nowych, niezwykłych czasach, prawda?
I oto dowiadujemy się, że na zakończenie naszej prezydencji, jacyś urzędnicy, na czele z samym Premierem, otrzymali prezent od Unii Europejskiej w postaci tych kursów. A ja już słyszę te okrzyki zachwytu, jak to teraz ta nauka ruszy pełną parą i wreszcie nie będziemy musieli się wstydzić przed innymi, że nasz poziom znajomości języka angielskiego jest taki mizerny. Pojawiła się nawet opinia, że to wszystko przez to, że Donald Tusk planuje po zakończeniu kolejnej kadencji wynieść się do Brukseli, a tam, jak wiemy, bez języka ani rusz. Więc musi się podciągnąć. I stąd te 400 godzin. Proszę więc spojrzeć na sytuację trzeźwym okiem i umysłem. 400 godzin przez rok, to trochę ponad godzina dziennie. Przede wszystkim, nie ma takiej możliwości, żeby Donald Tusk był w stanie wygospodarować regularnie godzinę dziennie na naukę języka. Na piłkę, może i tak, ale na angielski – mowy nie ma. Najwyżej kosztem piłki, a to przecież w grę nie wchodzi. Trzeba by więc mu było te lekcje zorganizować tak, by on się z tym swoim lektorem spotykał dwa razy w tygodniu, powiedzmy po dwie godziny zegarowe. Ponieważ to jest też niemożliwe, można sprawić tak, by to niby-uczenie miało miejsce raz w tygodniu w dużym sześciogodzinnym bloku. Owszem, to jest do zrobienia, tyle że, jak wiemy, Donald Tusk nie po to ustalił sobie czterodniowy tydzień pracy, by, zamiast pędzić do Sopotu, siedzieć gdzieś z jakąś śmiertelnie nudną panią lektor – zapewne właścicielką szkoły, która ten przetarg wygrała – i kuć rozmówki, lub z jakąś niezwykle sympatyczną i elokwentną panią lektor, i – tym bardziej – ćwiczyć wymowę.
A zatem, jak znam życie, kiedy ten kurs się wreszcie rozpocznie, Donald Tusk przyjdzie na pierwszą, ewentualnie drugą lekcję, a później zniknie, i – o czym też już tu była mowa – problem będzie miała ta lektorka, czy firma przewidziała rozwój wydarzeń, i zagwarantowała sobie pieniądze niezależnie od obecności ucznia na zajęciach. Oczywiście, po pewnym czasie zorganizuje się specjalny pokaz dla telewizji TVN24, gdzie Donald Tusk będzie siedział w szkolnej ławce z książką i zeszytem, a nauczycielka będzie pisała na tablicy „What colour is your pencil?”, i niewykluczone, że w tym właśnie momencie Donald Tusk powie „My pencil is yellow”, a po skończonym pokazie redaktor Knapik zapyta panią lektor: „No i proszę nam powiedzieć, jak idzie nauka?”, na co ta odpowie bez mrugnięcia okiem: „ O tak, obserwuję znaczne postępy. Ostatnio z panem premierem zrobiliśmy pierwszy okres warunkowy”. A cała Polska krzyknie: „Ooooooo!”
Skąd to wszystko wiem? Przede wszystkie, jak już powiedziałem wcześniej, z zawodowego i życiowego doświadczenia, a poza tym, wciąż świetnie pamiętam, jak na samym początku naszej prezydencji, telewizja wciąż pokazywała jakieś klasy szkolne, a w niej bandę urzędników uczących się języków obcych. I to nie tylko w Polsce, ale też w Brukseli, czy licho wie, gdzie, i wszystko odbywało się dokładnie na tym samym poziomie fikcji. A na zakończenie każdego z tych materiałów przychodziła jakaś nauczycielka i informowała, że oczywiście efekty są zachwycające. I jeśli ktoś myśli, że ja bym tu się zachował uczciwiej, jest w głębokim błędzie. I to wcale nie dlatego, że ja jestem taki nieszczery, ale z tego powodu, że oni by mi nawet nie pozwolili powiedzieć cokolwiek innego. Bo, jak wiemy, nie o to przecież w tym wszystkim chodzi.
A jak już chodzi o samego Donalda Tuska, akurat w jego sytuacji to całe zamieszanie w ogóle jest pozbawione sensu z zupełnie innego powodu. Z tego mianowicie, że jemu język angielski jest jak psu na budę, a kwestia tych dwóch języków, które on ma ewentualnie znać, jest już załatwiona poza nim. Po niemiecku i rosyjsku on ma wyłącznie rozumieć. A to jest dość proste. Zwłaszcza że istnieje język migowy.

Książka o liściu jest do kupienia oczywiście tuż obok, pod tą piękną okładką, ale też – o dziesięć złotych taniej! – w księgarni „Wolne Słowo” w Katowicach na ulicy 3-Maja, na przeciwko VIII LO. Poza tym, jak zawsze, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...