Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanna Gronkiewicz Waltz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanna Gronkiewicz Waltz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 listopada 2018

Kardynał Nycz dziękuję pani Hani i panu Bogu, czyli o wierze mizernej i cichej jak mysz pod miotłą


      Czytelnicy tego bloga, a już zwłaszcza ci, co są tu z nami od wielu lat, doskonale zdają sprawę z tego, że my tu na kardynała Kazimierza Nycza mamy oko szczególnie wytężone. Oczywiście, od momentu gdy w Polsce doszło do zmiany władzy i ów pobożny mąż mógł się na spokojnie zająć sprawami mniej doczesnymi, my też mieliśmy dobry powód, by się i nim nie zajmować, niemniej pamięć nie umarła i gdzieś tam z tyłu głowy tliła się wciąż myśl, że być może on nie powiedział jeszcze swojego ostatniego słowa. I oto wystarczyło wydarzenie pozornie tak bardzo dla historii naszego narodu błahe, jak ostateczne zamknięcie prezydentury Hanny Gronkiewicz-Waltz, by Ksiądz Kardynał odzyskał swoją dawną polityczną werwę i zabrał publicznie głos w tym akurat temacie. A ja powiem zupełnie uczciwie, że - przepraszam bardzo, ale nie mogę się powstrzymać - pies go drapał co do czy to jego ukrytych zobowiązań, czy jak najbardziej szczerego opętania, gdyby wszystko się zamknęło w czysto politycznych deklaracjach. Tymczasem jednak nasz ksiądz uznał za stosowne opisać politykę przy pomocy języka Ewangelii i wyszło z tego coś, co i mnie zmusiło do zabrania głosu.
      A wszystko zaczęło się od tego, że - Diabeł jeden wie, z czyjej to czarnej inicjatywy - zamknięcie prezydentury Gronkiewicz-Waltz postanowiono ukoronować Mszą Świętą dziękczynną, koncelebrowaną wspólnie z naszym Kardynałem przez księży Andrzeja Lutra, Kazimierza Sowę, Wacława Oszajcę SJ, Władysława Dudę, Mirosława Kreczmańskiego, Andrzeja Gałka, oraz Aleksandra Seniuka, który zaznaczył, że nie wszyscy zaprzyjaźnieni z panią prezydent kapłani mogli przybyć i wymienił tu ks. Adama Bonieckiego. W kościele pojawili się również politycy, wśród nich sam prezydent Komorowski z małżonką, oraz premier Hanna Suchocka. I to do nich między innymi swoje słowo skierował kardynał Nycz. Zachęcam do tego, by każdy się złapał tego, co tam kto ma pod ręką.

„Dziś w tej świętej Eucharystii dziękujemy Panu Bogu za lata bycia prezydentem naszego miasta, Warszawy, pani Hannie Gronkiewicz-Waltz. Kładziemy te kolejne kadencje, cały jej wysiłek, na ołtarzu, aby Panu Bogu podziękować za to wszystko, co stało się w tym czasie, pod jej kierownictwem i z jej inspiracji. Myślę, że stać nas na takie szersze spojrzenie, które pozwoli sprawiedliwie, prawdziwie i serdecznie popatrzeć na lata minione. Tylko człowiek, który widzi dalej, potrafi ocenić to, co się dokonuje czasem dzięki życiu i pracy jednego człowieka, który potrafi już tu na ziemi budować Królestwo Boże, do czego zostaje powołany”.
      Odnosząc się do obecności zaprzyjaźnionych kapłanów powiedział Ksiądz Kardynał: „To jest efekt tego, że pani prezydent zawsze była zaprzyjaźniona z Panem Bogiem i Kościołem. Zaprzyjaźniona w tym najgłębszym wymiarze, gdzie w sumieniu, w sercu, dokonuje się moment decyzji człowieka, gdzie się dokonuje ta święta inspiracja, z którą się nie wychodzi na zewnątrz i nie chwali się nią, ale także nie wyraża poprzez słowa i gesty, i za to także chcemy w tej świętej Eucharystii Panu Bogu i pani prezydent podziękować”.
      
      W momencie gdy dotarła do mnie wiadomość o tym niezwykłym spektaklu, napisałem komentarz na Facebooku, gdzie owszem, ostatnio się dość intensywnie udzielam, w którym zauważyłem, że gdyby prezydent Waltz właśnie umarła i kardynał Nycz wygłaszał tego typu słowa na Mszy Świętej błagalnej w intencji jej zbawienia, to ja bym właściwie się w to wszystko nie wtrącał. No może z wyjątkiem uwagi, że nie byłoby źle, gdyby Ksiądz Kardynał, dziękując „Panu Bogu za to wszystko, co stało się w tym czasie, pod jej kierownictwem i z jej inspiracji”, dodał, że może nie za „wszystko”, ale za „wszystko dobro”, no i oczywiście, żeby dziękując Panu Bogu, nie dołożył do tego jednocześnie podziękowań dla prezydent Waltz. W końcu nie przesadzajmy. Nawet z punktu widzenia politycznych emocji kardynała Nycza i nawet z zachowaniem świętej zasady, że o zmarłych mówi się wyłącznie dobrze, Hanna Gronkiewicz-Waltz nie jest jeszcze choćby osobą beatyfikowaną, że już nie wspomnę o tym, że ona póki co jest, jak to mówią Anglicy, alive and kicking.
       A zatem ów właśnie fakt, że Hanna Gronkiewicz-Waltz wciąż żyje i to żyje na tyle dobrze, że dla niej zwrócić z dnia na dzień ukradzione 7 milionów to jest tyle co splunąć, sprawia, że kazanie kardynała Nycza odbieram wyjątkowo źle. I przyznam, że bardzo chętnie bym tu zbudował jakiś mocny komentarz, nawet ryzykując, że w ten sposób zbluźnię, na szczęście uczynił to za mnie - na wspomnianym Facebooku -  i to w sposób pod każdym względem bardziej właściwy, mój serdeczny przyjaciel ksiądz Piotr Płonka. I proszę mi pozwolić, że to jego słowa zakończą mój dzisiejszy wpis, tak by nam łatwiej było wytrwać w wierze w Święty Kościół Powszechny:
      „Przez 30 lat nauczałem, że o Chrystusie mamy świadczyć słowem i czynem, a tu się okazuje, że najlepiej jak z tą świętą inspiracją nie wychodzi się na zewnątrz, że nie wyraża się ona poprzez słowa i gesty. Ale jeśli nie przez słowa i gesty, to przez co? I za to mamy Bogu dziękować? Już sobie wyobrażam jak Pan Bóg po prostu rozpływa się ze szczęścia, że czcimy Go w największej możliwej konspiracji. Nie wiem ile lat trzeba studiować teologię, żeby dojść do takich ‘subtelności’".






Już za kilka dni pojawię się ze swoimi książkami w Warszawie na Targach Książki Hostorycznej. O szczegółach będę informował na bieżąco. Tymczasem jak zawsze zachęcam do kontaktu pod adresem k.osiejuk@gmail.com.     





czwartek, 26 stycznia 2017

Czy Warszawa zorganizuje w Sali Kongresowej mistrzostwa Europy w paintballu?

      Znów przez parę dni nie będzie mnie na miejscu, jako że w związku z koncertem, jaki w najbliższy poniedziałek ma się odbyć w Sali Kongresowej, jadę do Warszawy i wracam dopiero w środę…
      Przepraszam. Żartowałem. Nie jadę do żadnej Warszawy, by się odchamiać w Sali Kongresowej, choćby z tego względu, że Sali Kongresowej od czterech lat nie ma, a to co mnie w tej chwili interesuje najbardziej, to to, ilu z nas, gdy wspomniałem ową Salę Kongresową, zorientowało się, że mamy do czynienia z czystą z mojej strony prowokacją. Spotykałem się w ostatnich miesiącach parokrotnie z zaprzyjaźnionymi mieszkańcami Warszawy i każdego z nich niezmiennie pytałem, czy wie, dlaczego w ostatnich latach w Sali Kongresowej nie została zorganizowana żadna impreza, i proszę sobie wyobrazić, że za każdym razem okazywało się, że odpowiedź na to pytanie znałem jedynie ja sam, a moi rozmówcy niezmiennie przyznawali, że w tym całym zamieszaniu, oni się nawet nad tym nie zastanawiali. W tej więc sytuacji opowiem tu, w czym rzecz.
       Otóż, jak powszechnie wiadomo, Sala Kongresowa jest nieodłączną częścią Pałacu Kultury, stan ten robi wrażenie czegoś idealnie stałego, i naprawdę nie byłoby o czym rozmawiać, gdyby nie fakt, że podczas gdy Rosjanom zbudowanie owego gmachu zajęło zaledwie cztery lata, wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, wspomniana Sala Kongresowa, zanim będziemy mogli tam zajrzeć, będzie musiała poczekać znacznie dłużej. W czym rzecz? Otóż, proszę sobie wyobrazić, że póki co, tam nie ma po co zaglądać, ponieważ na każdego z nas nie czeka tam nic więcej ponad zimną i pustą przestrzeń, no i zdarte do gołej cegły ściany. To jest mianowicie to, jak się dziś prezentuje Sala Kongresowa.
      A wszystko zaczęło się w roku 2008, kiedy to prezydent Waltz zarządzanie Pałacem Kultury zaproponowała Ewie Kaweckiej-Włodarczak – wcześniej prezesowi Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, a osobiście swojej znajomej z kółka różańcowego pracowników bankowości – a ta natychmiast zdecydowała o generalnej modernizacji Sali Kongresowej. Na owe przedsięwzięcie miasto przeznaczyło 40 mln złotych, prezydenckim pełnomocnikiem do spraw remontu Sali Kongresowej został niejaki Krzysztof Markowski, z rekomendacji Platformy Obywatelskiej starosta powiatu grodziskiego, no i w tym momencie wszystko ruszyło. Do przeprowadzenia skutecznej modernizacji Sali Kongresowej, zaczynając od ścian, sufity i podłogi, przez fotele, a kończąc na akustyce, wynajęto oczywiście szereg niezwykle oczywiście kompetentnych firm, których właściciele, pierwsze co zrobili, to pobrali odpowiednie zaliczki, następnie skutecznie zbankrutowali, a dziś jest tak, że wszyscy z wszystkimi ścigają się po sądach, a stojąca na samym szczycie tej piramidy prezydent Waltz, gdyby ją zapytać o Pałac Kultury, poinformowałaby nas zapewne, że kiedy Jurek Owsiak wysyłał swoje doroczne światełka do nieba, wszystko było na swoim miejscu, po czym po dodatkowe informacje skierowałaby nas do wszystkich diabłów.
      Ktoś powie, że to nic takiego. Za nami już ponad 25 lat przekrętów znacznie ciekawszych, niż jakiś głupi remont, czy choćby i nawet modernizacja. No i to jest prawda. Te głupie 40 milionów, które się gdzieś nagle rozpłynęły, to naprawdę nic wielkiego. To jednak, co tu robi wrażenie szczególne, to przede wszystkim to, że mamy do czynienia nie z jakimś lokalnym projektem, wokół którego zebrało się kilku januszów z peeselu i wszystko, co się dało, rozprowadzili po okolicznych chałupach, ale o samej Sali Kongresowej, a więc miejscu gdzie przez wiele lat odbywał się festiwal Jazz Jamboree, w pięknych latach PRL-u grali Rolling Stonesi, a nie tak przecież dawno występował sam Van Morrison. No i, co nie mniej istotne, z faktem, że kiedy ja nagle w ramach najbardziej chamskiej prowokacji informuję, że w przyszłym tygodniu wyjeżdżam do Warszawy, bo w owej Sali Kongresowej ma mieć miejsce jakiś niezwykle dla mnie poruszający występ, to żaden z czytelników nawet okiem nie mrugnie. A to z tej prostej przyczyny, że ktoś bardzo zadbał o to, by o tym, że dziś Sala Kongresowa w istocie rzeczy nie istnieje, nie dowiedział się nikt, a jeśli już nawet ktoś się o tym dowie, by natychmiast tę wiadomość zapomniał. By, krótko mówiąc, sprawa owego przewalonego budżetu nie stała się tematem.
     I to jest coś, czego ja osobiście nie rozumiem i chyba po raz pierwszy od pierwszego dnia, jak zdecydowałem prowadzić ten blog, apeluję do czytelników, by mnie może w tej kwestii oświecili. Co jest takiego tajemniczego w owej modernizacji, że tylko ja o niej piszę? Osobiście pozostaję bezradny.

Przynajmniej książki są na swoim miejscu. Adres też ten sam: www.coryllus.pl.

     

środa, 8 lutego 2012

Koksownik na Mariensztacie

Ponieważ od pewnego czasu ten blog stał się okrutnie ponury, myślę, że nie zaszkodzi się trochę pośmiać. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że w czasach, kiedy śmiechu wszędzie jest co niemiara, że praktycznie gdziekolwiek się człowiek obróci, słychać rozkoszny chichot, i, jakby tego było mało, wciąż jesteśmy zachęcani, żeby go produkować coraz więcej, i żeby on był jeszcze bardziej rechotliwy, kusi człowieka, by nie dość że się nie śmiać, to się demonstracyjnie wręcz przestać uśmiechać. Tak na wszelki wypadek. Choćby po to, by nie wpaść w pułapkę opisaną tak ładnie przez Morrisseya w słowach: „Tak łatwo jest się śmiać, tak łatwo nienawidzić. Trzeba dużo siły, by pozostać łagodnym i uprzejmym”.
Jednak przesadzać też nie należy. Powinniśmy stanowczo uważać, by się nie dać zwariować, zwłaszcza że okazji do szczerego śmiechu jest naprawdę wcale nie tak mało. Żeby wprowadzić się w odpowiedni nastrój, opowiem pewną historię jeszcze z późnego PRL-u. Otóż do „Tygodnika Powszechnego” napisała list pewna pani z Krakowa i podzieliła się następującą refleksją. Otóż ona była w Federalnych Niemczech i zauważyła, że w tamtejszych, niemieckich kościołach, kiedy podczas Mszy Świętej pada hasło „Przekażmy sobie znak pokoju”, wierni, zamiast, tak jak to ma miejsce w Polsce, coś stękać i kiwać głowami, z uśmiechem wyciągają do siebie dłonie, i przekazują sobie ów znak pokoju jak najbardziej fizycznie. Czytelniczka była tym odkryciem do tego stopnia poruszona, że postanowiła publicznie, na łamach swojego ulubionego tygodnika, zaapelować do Polaków, żeby oni zechcieli, za niemieckim przykładem, też podawać sobie na znak pokoju dłonie.
Napisałem do „Tygodnika Powszechnego” list, w którym – wówczas jeszcze bardzo po przyjacielsku – zwróciłem uwagę tej pani, a przy okazji chyba też jednak redaktorom, że u mnie w Katowicach na przykład, ale o ile mi wiadomo wcale nie tylko, ludzie sobie na znak pokoju nie dość że podają ręce, to niektórzy, ci bardziej pobożni, nawet rzucają się sobie w objęcia. I że jeśli ktoś mieszka w Krakowie, to naprawdę nie musi jechać do Niemiec, by zobaczyć, jak się sprawy mają. Wystarczy że zajrzy do sąsiedniego miasta. Redakcja „Tygodnika” mój list zlekceważyła, a ja do dziś nie wiem, czy powodem owego lekceważenia było to, że oni mi nie uwierzyli, czy może uznali, że jak się mieszka poza Krakowem, to w rozmowy między miejscowymi należy się nie wtrącać. Nie wiem też nawet, czy oni ten list w ogóle przeczytali, czy go wzięli do ręki, czy może zaledwie rzucili okiem, zobaczyli, że to jest z Polski, i go łokciem skierowali do kosza. I przyznać muszę, że wciąż mnie ta myśl gryzie. Dlaczego oni wówczas nie uznali za stosowne wrzucić tę informację gdzieś na dole w lewym rogu, ot tak, dla porządku? Przecież to nic takiego.
Jednak od paru dni chodzi mi po głowie jeszcze coś. Otóż chciałbym wiedzieć, czy na wiadomość o tym, że w Niemczech katolicy podają sobie w czasie Mszy rękę, w niektórych krakowskich kościołach doszło do rewolucji? A jeśli tak, to jak ona wyglądała? Czy krakowska inteligencja katolicka, czytając list tej pani, zaledwie z godnością prychnęła, czy może, poruszona tą niezwykłą informacją, postanowiła zaimportować ów niemiecki zwyczaj w najprostszy sposób, i kiedy ksiądz śpiewa: „przekażmy sobie znak pokoju”, oni zwyczajnie zwracają się z wyciągniętą dłonią do sąsiada? A może tylko na przykład uznali, że najlepiej będzie gapić się pobożnie na ołtarz i tylko mówić: „Na znak pokoju podaję ci dłoń”, lub podać sąsiadowi dwa palce i powiedzieć „Witam”? Albo jeszcze jakoś inaczej? Właśnie tego nie wiem. Dyskusji na ten temat w „Tygodniku” – a wówczas starałem się go czytać dość regularnie – nie zauważyłem, a nigdy też nie pomyślalem, że aby pójść do kościoła trzeba by pojechać do Krakowa.
Skąd mi przyszło do głowy, by gadać o tych krakowskich obyczajach? Otóż znalazłem w Internecie informację, że, przy okazji ostatnich mrozów, władze Warszawy postanowiły poustawiać w mieście tzw. koksowniki i w ten sposób pomóc zziębniętym warszawiakom w chwilach, kiedy oni muszą piechotą to tu to tam się przemieścić. Artykuł ogłasza mniej więcej to, że to jest naprawdę fantastyczny pomysł z tymi koksownikami, tyle że niestety dużo do życzenia pozostawia wykonanie. Są mianowicie dwa problemy. Pierwszy to taki, że owe płonące kosze, ze względów bezpieczeństwa, są odgrodzone od ludzi barierkami, i w ten sposób do nich nie można podejść, drugi natomiast taki, że one są porozstawiane nie tam, gdzie przechodnie się gromadzą, a więc na przykład na przystankach tramwajowych, czy autobusowych, lecz gdzie popadnie, a więc na przykład na skrzyżowaniach, przy przejściach dla pieszych. Autor artykułu ma więc prawdziwy dylemat, bo, z jednej strony, on dla władz Warszawy ma szczery podziw za ten ich pomysł, a z drugiej, jest mu trochę przykro, bo w tym układzie, z owego pomysłu nie sposób korzystać.
Zainteresował mnie ten tekst z tego przede wszystkim powodu, że ja byłem szczerze przekonany, ze koksowniki są wszędzie. W Katowicach, jak sięgnę pamięcią, one były zawsze, i zawsze stanowiły dla nas stały element zimowego krajobrazu, no i oczywisty komfort, kiedy to człowiek stał na przystanku, a tramwaj, czy autobus z jakiegoś powodu nie przyjeżdżał. Drugie co mnie w tym tekście uderzyło, to opisywane przez autora owego rewolucyjnego pomysłu wykonanie. Katowickie koksowniki w oczywisty sposób zawsze były stawiane na przystankach i myślę, że gdyby ktoś nagle któryś z nich postawił przy wejściu na zebrę, to byśmy tu w Katowicach pomyśleli sobie, że ten ktoś musiał być mocno wlany.
No ale też oczywiście nie były one niczym od nas odgradzane. Cały wręcz pomysł polegał na tym, że do nich się ludzie wręcz przytulali i wsadzali w ten ogień zziębnięte dłonie, tak by je sobie ogrzać i przy tym się oczywiście nie poparzyć. Jestem pewien, że gdyby władze Katowic nagle postanowiły, że między nimi a ludźmi trzeba postawić barierki, to mielibyśmy naprawdę poważne zamieszanie.
Tymczasem ja patrzę na to zdjęcie w Internecie, widzę te żółte barierki, ten kosz, a dalej to przejście dla pieszych i autentycznie kamienieję. Bo nagle czuję, jak to moje niegdysiejsze zdziwienie, że warszawiacy postanowili Hannę Gronkiewicz-Waltz zrobić swoim prezydentem po raz kolejny, wciąż jeszcze nie było oparte o wystarczającą wiedzę. Dopiero dziś widzę w pełnej okazałości, co to tam mamy za bałwaństwo. Z drugiej jednak strony, myślę sobie, że właściwie wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli oni są tak tępi, żeby sądzić, że te koksowniki, to oryginalny pomysł ich prezydent, i że to jest naprawdę świetny pomysł, tyle że można go było trochę lepiej zrealizować, to znaczy, że oni, póki co, na nic lepszego nie zasługują. I że jeśli następnym etapem owej eksplozji pomysłowości będzie to, że Gronkiewicz-Waltz w tych barierkach zainstaluje specjalny mechanizm z licznikiem, tak by każdy kto chce się ogrzać musiał wrzucać do dziurki dwa złote co dwie minuty, to oni wreszcie dostaną w pełni to co chcieli.
No ale oczywiście, to jak Warszawa korzysta z demokracji i wolności wyboru, nie jest moją sprawą i moim problemem. I właściwie mogę nawet przyjąć zarzut, że niepotrzebnie się w ogóle wtrącam. Natomiast nikt mi nie zabroni sobie pożartować. A więc na to konto wymyśliłem kawał. To znaczy nie do końca wymyśliłem. To jest właściwie już stary bardzo dowcip, tyle, że ja go nieco uwspółcześniłem. Posłuchajmy:
Otóż Hanna Gronkiewicz-Waltz zapoznała się z wynikami najnowszych sondaży, i wyszło jej, że społeczeństwo Warszawy jednak nienajlepiej przyjęło postępowanie władz miasta odnośnie krzyża na Krakowskim Przedmieściu i wszystkiego, co się wokół niego działo, i że znaczna część obywateli jest błędnie przekonana, że Gronkiewicz-Waltz jest osobą niewierzącą. W tej sytuacji pani prezydent wydała zalecenie, by wszystkie służby miejskie, broń Boże, nie ujawniały swojej niechęci do Kościoła i osób wierzących, i by, w miarę możliwości próbowały wykazywać pewien poziom religijnej wrażliwości. I oto mamy taką sytuację. Jedzie sobie Alejami Jerozolimskimi tramwaj, zatrzymuje się na przystanku obok Palmy, wsiadają ludzie. W pewnym momencie do tramwaju wchodzi ksiądz i ze strony pasażerów dobiega ciche „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Motorniczy wstaje ze swojego krzesełka, i zwraca się do pasażerów: „Który to powiedział?” Cisza. Pyta więc ponownie: „Kto powiedział ‘Niech będzie pochwalony?’” Wszyscy siedzą przerażeni, nosy w kołnierzach, każdy boi się, że na niego padnie i zostanie wysadzony z tramwaju na mróz, albo jeszcze coś gorszego, i wszyscy tylko łypią na wieśniaka w berecie z antenką w kącie, żeby się w końcu przyznał. Motorniczy pyta po raz trzeci: "Który powiedział 'Niech będzie pochwalony?'" W tym momencie ksiądz widzi, że sprawa jest poważna i mówi: „To ja. Wsiadłem i powiedziałem ‘Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Na to motorniczy: „Na wieki wieków amen, proszę księdza! A was, szanowni państwo, muszę bardzo przeprosić, że przez ten pieprzony Smoleńsk mamy teraz pięciominutowe spóźnienie.
Psia mać! Miało być śmiesznie, a wyszło jak zawsze. Przepraszam.
Mimo to, niezmiennie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta i o kupowanie książki. Jak ktoś nie lubi kupować przez Internet, a mieszka w Poznaniu, lub w Katowicach, może zajść na ulicę Działową do Karmelitów, lub podskoczyć na 3 maja do księgarni „Wolne Słowo”, i tam będzie miał nawet taniej. Ah! I ona jeszcze podobno jest do kupienia w Warszawie w sklepie Foto-Mag w Alei KEN tuż przy wyjściu z metra Stokłosy. Mam nadzieję, że drogi do niej nie zagrodzi jakiś koksownik. Cokolwiek by to miało znaczyć. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...