Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znaki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 października 2010

O znakach raz jeszcze

Swego czasu opublikowałem tu wpis wyrażający z jednej strony mój podziw i szacunek dla filmowej sztuki reżysera Shyamalana, a z drugiej rozczarowanie z powodu tego, jak jego filmy – z wyjątkiem może pierwszego, Szóstego zmysłu – są niesprawiedliwie traktowane przez tak zwane mądre towarzystwo. Refleksja ta doprowadziła mnie – co było pewnie nieuniknione – do bardzo ogólnych rozważań na temat tego, jak mainstream, szczególnie gdy ni stąd ni z owąd poczuje w sobie misję edukowania, potrafi pokazać całą swoją tępotę i najbardziej podstawowy brak wrażliwości.
To co mnie uderzyło w powszechnie obowiązującym sposobie oceniania filmów Shyamalana, to fakt, że nikt nigdy mu nie zarzucił, ze one są zrobione źle, niechlujnie, czy są zwyczajnie tanie. Pretensje zawsze krążyły wokół dwóch zarzutów, że tak to określę – scenariuszowych. Że mianowicie te filmy są głupie i nieemocjonujące. Nie nudne – nieemocjonujące. Zawsze brałem pod uwagę fakt, że mogę tu nie mieć racji. W końcu, czy coś jest głupie czy nie, zależy bardzo mocno od pozycji, z jakiej tę głupotę oceniamy. W sposób zupełnie naturalny, im bardziej ktoś jest mądry i wymagający, tym większą tu wykazuje wrażliwość. I odwrotnie. Podobnie z emocjami. Jedni emocjonują się na Bergmanie, inni na Spielbergu, a inni jeszcze na Shyamalanie. Może więc i też gdzieś tam jest jakaś cienka linia wyznaczająca obiektywizm oceny?
Kiedy pisałem tamten tekst, miałem pewnego ucznia, człowieka minimalnie ode mnie młodszego, którego świadomość estetyczna idealnie właściwie przylegała do mojej. Jak idzie o muzykę, sztukę, literaturę film i ogólnie życie, mogliśmy sobie gadać bez końca, w pełnej, wręcz niekiedy nużącej zgodzie. Był tylko jeden problem – otóż on uwielbiał polskie komedie, uważając na przykład, że Testosteron to film wybitnie śmieszny, ale ten jego sequel o kobietach jest jeszcze śmieszniejszy, no i że Kaczyńscy to matoły. Co warto dodać, on z tymi swoimi poglądami był znacznie bardziej ode mnie oczytany – znacznie nawet bardziej oczytany od tych, którzy i tak już są ode mnie bardziej oczytani – a więc też konsekwentnie w ogóle znacznie lepiej ode mnie wyposażony w tak zwaną wiedzę ogólną. No i zarykiwał się nieprzytomnie na tych Ladies. No i jeszcze coś – był całkowicie i do końca przekonany, że Znaki Shyamalana to najbardziej pospolite gówno.
Tak jakoś nieszczęśliwie wyszło, że wczorajszy dzień był pierwszym od dwóch miesięcy - i jak się obawiam, nie ostatnim w najświeższej sekwencji - kiedy to miałem zupełnie wolne popołudnie, no i siedziałem bezczynnie w domu. No i na to wszedł młody Toyah i powiedział, że sobie obejrzymy Znaki. Ponieważ w naszym domu Znaki lubimy wszyscy, popatrzyliśmy sobie na ten film po raz kolejny, i po raz kolejny z pełną – może nawet ze względu na okoliczności pełniejszą – satysfakcją.
Wprawdzie część z czytelników tego bloga wie, o czym jest ten film, ale na wszelki wypadek, króciutko opowiem, choćby też z tego względu, że wspomniana wiedza może być niepełna. Otóż Mel Gibson jest tam pastorem, który skutkiem wypadku samochodowego, w którym zmarła jego żona, utracił wiarę. Mieszka więc sobie, pogrążony w żałobie, z dwójką dzieci i bratem na farmie. I wtedy, spada na niego i jego rodzinę kolejne nieszczęście, nieszczęście tym razem nie indywidualne, lecz jak najbardziej globalne, a mianowicie na Ziemię przybywają kosmici, z jednym zamiarem – zabić wszystkich ludzi i wykorzystać w formie pożywienia. Atak, jak mówię, jest globalny, a więc Ziemia zaatakowana jest w jednej chwili i w całości. No ale my jesteśmy na tej farmie, gdzie Mel Gibson mieszka ze swoimi bliskimi i wie, że tym razem, to już nie jest jego koniec, ale koniec wszystkich. Jego dzieci to chłopczyk i dziewczynka. Zwykłe wiejskie dzieci, z tym szczegółem, że chłopczyk cierpi na astmę, a dziewczynka ma tego fioła, że ona nie może pić wody, bo każdy jej rodzaj, z tego czy innego powodu jej cuchnie. Mel Gibson staje na głowie, żeby ona jednak piła tę wodę, przynosi jej najróżniejsze jej rodzaje, ale ona spróbuje troszeczkę i odstawia szklankę, bo jej nie smakuje. W związku z tym, cały dom jest zastawiony porzuconymi przez to dziecko szklankami z wodą.
No i następuje ten atak, którego gwałtowność i powszechność jest absolutnie porażająca. Ziemia zostaje spacyfikowana przez te szkaradne postacie bez twarzy, które przypominają właściwie ludzi, tyle że są trochę bardziej barczyści, no i nie mają tych twarzy. Potrafią też bardzo szybko się poruszać i są wyposażeni w jedną broń. Mianowicie potrafią emitować jakiś zabójczy gaz. No i tym gazem, po kolei wszystkich zabijają. Mel Gibson z dziećmi i bratem, też zaatakowani przez grupę tych dziwolągów, ukrywają się w piwnicy domu na tej ich farmie, i znaczna część filmu dzieje się własnie tam, w piwnicy. Jakakolwiek walka raczej nie istnieje. Tam prawie w ogóle nie ma typowej dla tego typu filmów przepychanki, typu kto kogo. To co widzimy, to właściwie od samego początku pełna rezygnacja… no i ta dominująca utrata wiary. Co gorsza, kiedy oni schodzili do piwnicy, żeby się tam choć na chwilę schronić, zapomnieli wziąć ze sobą lekarstwa i inhalator dla chłopca. No więc wśród tych kompletnych ciemności, z atakującymi ich kosmitami, trwa też walka o to by to dziecko nie udusiło się jeszcze za nim wezmą się za nich ci kosmici. To właśnie wtedy, Mel Gibson, tak jak to tylko on potrafi, z tymi swoimi zapłakanymi wzruszeniem oczami, trzy razy krzyczy do Boga, że go nienawidzi.
No i nagle, wszystko się kończy. Okazuje się, że atak został jakoś odparty. Nie wiadomo jak, ale fakty są oczywiste. Atak się skończył. Gibson z rodziną wychodzą na zewnątrz i widzą, że wszystko jest takie jak było wcześniej, tyle że w domu pozostał jeszcze jakiś zagubiony Obcy, który trzyma na rękach nieprzytomnego chłopca i robi jedyne co umie robić skutecznie, a więc go traktuje tym gazem. Dochodzi do walki, brat Gibsona, były baseballista, bierze kij, tym kijem tłucze Obcego, który jeszcze jakoś się trzyma, ale nagle, w trakcie tej walki, przewraca się jedna z tych walających się wszędzie szklanek z wodą, opryskuje Obcego, potem następna, i jeszcze następna… i okazuje się, że to jest coś, czego oni nie są w stanie przeżyć – mianowicie woda. Tak jak woda pokonała ich wcześniej na całej Ziemi, tak i te pozostawione szklanki ostatecznie zabiły i tego ostatniego.
Ale okazuje się coś jeszcze. Otóż przez swoją astmę, syn Gibsona miał skutecznie zatkane drogi oddechowe, a więc i ta trucizna go ominęła. A więc zgoda – mamy klasyczny happy end. Ale coś jeszcze. Mamy mianowicie też te znaki. I jeśli komuś się wydaje, że tu chodziło o te głupie, oczywiste ślady w zbożu, to jest w najbardziej głębokim błędzie. Bo tu chodzi o coś znacznie, znacznie więcej. Chodzi o tę wodę w szklankach, wodę na świecie, o te zatkane drogi oddechowe, astmę, a nawet o ostatnie słowa umierającej Gibsonowi żony: „I powiedz Merillowi, by brał duży zamach”. A więc, z pewnego punktu widzenia, o same nieszczęścia.
I jeszcze o coś. Otóż mianowicie trzeba wiedzieć, że ten atak trwał zaledwie jeden dzień. Oni wylądowali na Ziemi, ruszyli do ataku, i właściwie w jednej chwili okazało się, że są do dupy. Bo jedyne co posiadali, to tę swoją bezwzględną i bezlitosną naturę i niezwykle rozwinięte mózgi. A już na przykład zabrakło im zwykłej, ludzkiej siły. Okazało się, że oni tam w Kosmosie wymyślili sobie, że trzeba inwestować w Rozum, i już przy pierwszej próbie kontaktu z człowiekiem dowiedzieli się, że lekki strzał w pysk ich rozbija w drobny mak. A co dopiero porządny kop w ryj. A co dopiero życiodajna woda. I że te ich wybitnie rozwinięte mózgi nie pomogły im nawet skutecznie skalkulować tej informacji.
Bardzo dobrze jest sobie obejrzeć film Shyamalana. Zwłaszcza wtedy, gdy może się wydawać, że z jednej strony otaczają nas Obcy, a z drugiej nasza niewiara nie pozwala nam dostrzec nawet najbardziej prostych znaków. A co z tymi, którym Shyamalan się mimo wszystko bardzo nie podoba? Czasem wydaje mi się, że ta ich niechęć jest jak najbardziej oczywista. A czasem, stoję jak wmurowany i się już tylko dziwię. Wszystko jednak po to, by już za chwilę dojć ponownie do wniosku, że to jednak jest jak najbardziej zrozumiałe. Znaki potrafią przerażać. Szczególnie tych, którzy sobie na to jakoś tam zasłużyli.

niedziela, 25 lipca 2010

Nasze Kinderszenen



Do 10 sierpnia jeszcze zostało trochę czasu, ale ponieważ wiadomo powszechnie, że czas płata różne figle i wcale nie tak rzadko dochodzi do sytuacji, że człowiek kładzie się spać wieczorem, rano wstaje, i z przerażeniem widzi, że własnie minęły kolejne tygodnie, mam wielką ochotę powiedzieć, że za chwilę miną już cztery miesiące od dnia, kiedy to w smoleńskiej mgle rozbił się samolot z polską szachownicą, a 96 osób znajdujących się w środku, wśród nich Lech i Maria Kaczyńscy, zostali rozszarpani na strzępy. Ktoś mnie zapyta, czemu ja z zawziętością godną lepszej sprawy powtarzam słowa o tej masakrze? Czemu ja nie mogę normalnie powiedzieć, że 10 sierpnia miną cztery miesiące od katastrofy pod Smoleńskiem, albo – skoro już muszę gadać o Prezydencie – nie powiem normalnie, że za parę dni będą cztery miesiące od śmierci Lecha Kaczyńskiego? Czemu ja wciąż przypominam te ciała, te porozkradane spinki, skrawki ubrań, zegarki, karty kredytowe? Czemu ja wciąż, z maniakalnym zawzięciem, wspominam to biedne, zdeformowane do granic wyobraźni szczątki Przemysława Gosiewskiego? Czemu ja wciąż gadam o tej krwi?
Powiem że sam się nad tym zastanawiam i nie do końca wiem, co odpowiedzieć. Najprościej byłoby powiedzieć, że ja wciąż o nich myślę, i że każdy kolejny dzień mijający od tego udręczenia wypełniam głosami, obrazami i wspomnieniami związanymi z tamtymi ludźmi, z tym co się z nimi stało, a nawet i z tymi, którzy po nich zostali. Być może najprościej byłoby powiedzieć, że za tym moim zaplątaniem stoją te zdjęcia Ewy Kaczyńskiej w dniu pogrzebu, które tworzą pulpit i mojego komputera i telefonu. Może to chodzi o to, że ja zwyczajnie o tym dniu i o tych ludziach nie potrafię zapomnieć, ale też zapomnieć nie chcę. Co więcej, ja chcę o nich pamiętać w wymiarze, który uważam akurat tu za podstawowy. A więc w wymiarze tego co nazywam męczeństwem.
Pamiętam publiczne reakcje jakie wywołała publikacja książki Jarosława Marka Rymkiewicza o warszawskiej masakrze roku 1944, zatytułowanej ‘Kinderszenen’. Pamiętam, że w stosunku do niej formułowano zarzuty podobne, a sprowadzające się do jednego – że Rymkiewicz nurza się w krwi i że tu jest chore. Pamiętam, że kiedy czytałem tę książkę, byłem wypełniony niczym więcej jak tylko pełnym wzruszenia uniesieniem, jednak ani nie wiedziałem, skąd ono się bierze, ani też tego wiedzieć nie potrzebowałem. Dziś, kiedy myślę o tym rozbitym na ruskim błocie polskim samolocie, wiem, że to jest dokładnie to samo, a ja jestem emocjonalnie zanurzony w tym samym wymiarze, który opisywał w swojej książce o Powstaniu Warszawskim Rymkiewicz. Ale wiem też coś więcej – że wściekłość jaki u niektórych wzbudzały tamte emocje, i wściekłość, jaką budzą emocje – przecież nie tylko moje – dzisiejsze, to jest dokładnie ta sama wściekłość. Jest to wściekłość skierowana przeciwko obcej kulturze, czy może wręcz obcej cywilizacji, która nagle przestaje być czymś, co oglądamy przez szybę samochodu, lub przez turystyczną lornetkę, ale która nagle agresywnie wkracza w nasze życie i pokazuje się jako jak najbardziej alternatywna oferta.
Kiedy dziś słuchamy pełnych oburzenia komentarzy dotyczących politycznych rzekomo źródeł powołania przez polityków Prawa i Sprawiedliwości zespołu mającego zbadać przyczyny smoleńskiej katastrofy, kiedy słyszymy najróżniejszych komentatorów serdecznie ubolewających nad tym, jak to źli, podli i zakłamani ludzie bezwzględnie wykorzystują ból rodzin osób pogrzebanych w podsmoleńskim błocie, kiedy słuchamy apeli o to, żeby wreszcie już skończyć z rozgrzebywaniem tej tragedii, żeby usunąć te krzyże, zdmuchnąć świeczki, żeby zabrać te zdjęcia, żeby wrócić do normalnego życia, a sprawy zostawić doświadczonym rosyjskim i polskim prokuratorom, mamy naturalną skłonność do tego, żeby sądzić, że za tym wszystkim kryje się polityka. Zwyczajna polityka. Jak zawsze od tylu już lat. I nie tylko za tym, ale za wszystkim. Że nawet jeśli jedni wciąż apelują o to, by wysprzątać tę krew i wydrapać ten wosk, bo boją się, że i ta krew i ten wosk ich w końcu pochłonie, to drudzy wciąż gadają o kwietniowej tragedii, bo w ten sposób chcą zdobyć kilka dodatkowych punktów w sondażach, a ten sposób – bo to jest tylko sposób – wydaje się do tego celu zwyczajnie i po prostu najlepszy. Otóż nie mam pewności jak jest u innych, ale jeśli idzie o mnie i ludzi mi bliskich, jestem absolutnie pewien, że tu polityka nie ma nic do rzeczy. Jeśli idzie o nas, ja po prostu wiem, że ta katastrofa to znak, symbol i doświadczenie, znacznie przekraczające wszystko to, co może nam dać doraźna polityka. To jest właśnie coś na miarę tego opisanego przez Rymkiewicza wybuchu z okupowanej Warszawy roku 1944. Przypomniał mi się właśnie film Mela Gibsona o męce Jezusa i cała ówczesna krytyka skierowana pod adresem tego co Gibson pokazał i w jaki sposób to pokazał. A więc ten jeden stały argument: Po co w ogóle o tym gadać? I to jeszcze gadać w sposób tak nieprzyjemny? To jest własnie ten sam wymiar. Wcale nie polityczny, ale kulturowy.
Niedługo miną cztery miesiące od katastrofy rządowego tupolewa i od śmierci prezydenta Kaczyńskiego. Wszystko co się stało przez te cztery miesiące, każe mi podejrzewać, że ta śmierć i to męczeństwo nie było wynikiem nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, ale że za nimi stała czyjaś podła, najpodlejsza myśl. Wszystko też, co się przez te cztery miesiące dzieje, każe mi się obawiać, że nigdy już nie dowiem się, czy moje podejrzenia są słuszne, czy nie, i że już do końca moich dni, będę skazany na kłamstwa i bezczelne pomówienia. I jest mi oczywiście z tego powodu bardzo źle. Natomiast jest coś znacznie ważniejszego niż to, czy przyczyny tej katastrofy zostaną wyjaśnione, a nawet czy źli ludzie zostaną ukarani, a ofiary tego zła otrzymają swoją sprawiedliwość. Myślę sobie, że z pewnego punktu widzenia, dla mnie i dla wielu ludzi, których znam, najważniejsze pozostaną i tak już tylko te ostatnie sekundy przed ostatecznym końcem tego lotu, myśli i słowa ludzi zgromadzonych w tym jednym, tragicznym miejscu, ten strach, ten ból, ta bezradność i wreszcie ta krew i to cierpienie. Ta – znów muszę wrócić do tego nieszczęsnego ciała Przemysława Gosiewskiego – niewyobrażalna rzeź. Ten znak, ten symbol, ten głos umęczonej Ojczyzny.
Tak więc to cośmy otrzymali, widzę jako karę i jako dar. I, przepraszam bardzo, ale jeśli dziś jakaś wypindrzona dziennikarka gazetowo-telewizyjna mówi mi, żebym przestał, bo moje gadanie ją denerwuje, to ja oczywiście rozumiem jej zdenerwowanie. Powiem wręcz, że ja je rozumiem bardzo dobrze. Rozumiem je, bo wiem świetnie, jak to jest kiedy człowiek się boi, ale wiem też że od strachu jeszcze gorszy bywa kontakt z obcym. „Bo coś się tu dzieje, a pan nie wie, co to jest. Prawda, panie Jones?”

sobota, 17 kwietnia 2010

Jeszcze raz o walce w cieniu



Dobiega końca tydzień, który wielu z nas zapamięta do końca zycia. Tydzień, w ciągu którego powiedziano niemal wszystko, i w ciągu którego wykonano niemal każdy, wyobrażalny i niewyobrażalny, gest. Od poniedziałku zacznie się nowy czas. Pięknie go opisał we wczorajszej rozmowie z Bogdanem Rymanowskim Jan Maria Rokita, mówiąc o nowej polskiej patriotycznej tradycji, której twarzą i symbolem będzie przez najbliższe dziesięciolecia już tylko Lech Kaczyński. Jutro jeszcze weźmiemy udział w pogrzebie i zacznie się nowy czas.
Niestety część tej niezwykłej zapowiedzi, o której wczoraj wspomniał wczoraj Rokita, nie spełni się. Przez te wulkaniczną chmurę znad Islandii, przez wielu przeklętą, ale przez wielu innych błogosławioną. Chmurę, która z jednej strony opisywana była jako dzieło Szatana, ale przez niektórych – nawet tu w Salonie – jako objaw bożej nieskończonej miłości i sprawiedliwości. Przez tę chmurę – przynajmniej na razie – nie spełni się ta część owej pięknej legendy, którą opisał Rokita, gdzie najpotężniejsi ludzie tego świata przybywają na Wawel, by oddać sprawiedliwość człowiekowi dobremu i skromnemu, którego jedyną winą było to, że do końca ukochał swoją Ojczyznę. Przynajmniej na razie.
Zdarzyły się jednak przy tej okazji dwie rzeczy, które mnie wzmocniły w sposób zupełnie niezwykły. Otóż właśnie przed chwilą dowiedziałem się, dlaczego nie przyjedzie Angela Merkel. Okazuje się mianowicie, że ona do ostatniej chwili próbowała wrócić do Europy z Ameryki. Przyleciała do Lizbony, czyli do pierwszego europejskiego przystanku, i dalej – właśnie ze względu na tę wymodloną przez niektórych chmurę – już nie mogła. Najpierw liczyła, ze jakoś się uda polecieć dalej, później próbowała jechać samochodem, i ostatecznie uznała, że nie da rady. A więc została gdzieś w tej Europie, w drodze do Krakowa, bezradna i pewnie zmartwiona.
Ale jest też coś o wiele bardziej znaczącego. I to jest dla mnie coś co umiem tylko określić nieśmiertelnym zawołaniem Punk’s Not Dead! A kto wie ten wie, że to akurat jest zew lepszego świata i najpoważniejszego zwycięstwa. To jest okrzyk, z którym nie ma żartów. O co chodzi? O to mianowicie – słuchajcie, słuchajcie – że na lotnisku w Balicach wylądował dziś mały samolot typu Cesna, z premierem Maroka Abbasem el Fassi na pokładzie. Jak podają media, el Fassi, widząc że przez ten islandzki wulkan, ma małe szanse na normalny lot, a przylecieć bardzo do nas chciał, wsiadł do tej swojej Cesny i nikomu nic nie mówiąc poleciał do Krakowa na pogrzeb prezydenta Kaczyńskiego. I jest już w Krakowie. Właśnie tak.
A ja sobie myślę, że w tej sytuacji, jeśli idzie o mnie, może już nie przyjeżdżać nikt. Bo w czasach przełomu, gdzie jak nigdy znaczenie mają znaki, to co nas powinno zajmować najbardziej, to właśnie owe znaki.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Wystarczy sięgnąć... aż sięgnąć



Pisałem już tutaj, bardziej i mniej bezpośrednio, że to nieszczęście jakie wszyscy przeżywamy, jest dla mnie doświadczeniem w większym stopniu mistycznym niż politycznym, czy nawet kulturowym. Oczywiście, może i nie chcę wchodzić aż tak daleko jak zrobił to mój serdeczny kolega Michał Dembinski na swoim blogu www.jeziorki.blogspot.com (przy okazji polecam jak najszczerzej), i szukać wśród tych znaków jeszcze głębiej, ale w końcu – czemu nie? W końcu, dzieją się rzeczy niezbadane, i prawdopodobne że już do końca naszego życia, wymagające od nas szczególnej pracy ducha i serca.
A więc znaki. Znaki, i płynąca z nich szansa. Ja sam nie do końca wiem, jakie to znaki, a tym bardziej jaka to szansa, ale Bóg mi świadkiem, że staram się i jedno i drugie rozpoznać najlepiej jak potrafię. Więc słucham słów, które do mnie dochodzą, zapamiętuję te obrazy i staram się. Bardzo się staram zrozumieć. No i rozglądam się wokół siebie. I widzę ludzi. Różnych.
O wielu z nich już też pisałem. Mniej lub bardziej bezpośrednio. O wielu z nich jednak nawet nie wspomniałem. A oni są, widzimy ich wszystkich w tej nieprawdopodobnej kolejce, oczami wyobraźni w tych pociągach jadącymi do Warszawy z najdalszych miejsc naszej Polski, ale też tych ludzi w swoich domach, jak siedzą przed telewizorami i płaczą razem z nami. I tu też próbuję znaleźć w tym wszystkim ten znak. I go zrozumieć.
Każdy z nas ma swoją szansę. Proszę Boga bym ją umiał dobrze wykorzystać. I proszę Boga bym w tym szukaniu nie pobłądził tak jak to już stało się udziałem wielu. Bo ich też widzę. Już Andrzej Wajda z żoną swoją dali swoje świadectwo, o którym powiedziano już i tak za dużo. A ja tylko dodam, że oni już z tym prawdopodobnie będą musieli umrzeć. A więc jest mi ich zwyczajnie żal. Wczoraj też widziałem przestraszonego kardynała Dziwisza, który w tym kluczowym momencie nie znalazł w sobie dość siły, żeby powiedzieć.: Tak, to ja. Ale też to ja mówię wam dziś – milczeć!
Też wczoraj widziałem w telewizji Władysława Bartoszewskiego, jak z charakterystyczną dla siebie satysfakcją ogłasza, że nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś tak pospolity jak Prezydent Warszawy ma spoczywać nie dość że w obcym mieście, to jeszcze w tak świętym miejscu jak Wawel. I słyszę go, jak powtarza ten swój pomysł z prezydentem miasta i wiem, że musi być bardzo zadowolony z tego, że udało mu się tak sprytnie wyrazić to co czuje. Prezydent Warszawy. Prezydent Warszawy. Prezydent Warszawy… I widzimy, jak rośnie ta fatalna porażka, a ja wiem, że on też prawdopodobnie z tym będzie musiał zyć już zawsze. I też mu współczuję.
A przecież wszyscy dostaliśmy swoją szansę. Jak cudownie zbudował mnie Lech Wałęsa! Od swych pierwszych słów o wyrwanym sercu, do tej wzruszającej prośby do Pana Boga o przebaczenie, i wreszcie wczoraj w tym niezwykłym oświadczeniu o tym, że gdy działa Duch Święty, nie pozostaje nam nic innego niż się podporządkować. I zawierzyć. Biedny, i tak bardzo wciąż prawdziwy, Lech Wałęsa. Jak to się stało, że on wiedział gdzie trzeba spojrzeć, by zobaczyć prawdy, a inni – podobno nawet mądrzejsi i bardziej wykształceni od niego – już nie? Czy poszło o to, że go dotknął nagle ten palec, czy może zmotywował czysty, zwykły strach? Nie wiem. Ale wiem – i wierzę, że się nie mylę – że Lech Wałęsa pokazał nam wszystkim, że nikt nie jest z góry pominięty.

sobota, 10 kwietnia 2010

Fatum




Coś z Norwida. Dziś nie z Herberta. Z Norwida. Proszę wszystkich, sięgnijmy najgłębiej.








FATUM



*

Jak dziki zwierz, przyszło nieszczęście do człowieka

I zatopiło weń fatalne oczy...

— Czeka — —

Czy człowiek zboczy?



*

Lecz on odejrzał mu, jak gdy artysta

Mierzy swojego kształt modelu;

I spostrzegło, że on patrzy, co skorzysta

Na swym nieprzyjacielu? —

I zachwiało się całą postaci wagą

— — I nie ma go!



















Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...