Mija lipiec, a ja, mijając sobie razem z nim, siedzę w domu i bardzo się cieszę, że moje miasto jest jakimś cudem tak pobudowane, że żadne nawałnice i trąby powietrzne mu niegroźne. Trochę tylko żałuję, że w życiu nie widziałem gradu wielkości piłeczek pingpongowych, by nie powiedzieć kurzych jaj. Może gdyby mnie było stać i pojechałbym do siebie na wieś, albo z Toyahową i dziećmi do Przemyśla, to bym sobie popatrzył, ale trudno – nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza gdy prawie wszystko wystarczy.
Siedzę więc w domu ze starszą Toyahówną i psem, który jest jeszcze na tyle głupi, że decyzja, by go wsadzić w pociąg i wywieźć poza miasto, brzmi wciąż zbyt egzotycznie. No ale dobrze, że jest Toyahówna. Choćby z tego względu, że jak już się skończy opiekować pewnymi bliźniaczkami i napisze kolejne parę linijek swojej pracy magisterskiej, to zrobi mi coś do jedzenia, albo mi coś opowie. No i wyprowadzi psa, który ze mną nudzi się jak pies. A ja? Co ze mną? Jak mówię, przemijam wraz z tym lipcem, który kiedyś, choćby ze względu na moje imieniny, przynajmniej coś dla mnie znaczył, a dziś trzyma mnie już tylko w tym osłupieniu, i z nadzieją, że ktoś może zadzwoni i da mi jakąś robotę do zrobienia, albo przeczyta kolejną notkę na naszym blogu i uzna, że to akurat naprawdę było dobre.
Chociaż jest coś jeszcze. Otóż jutro jadę do Krakowa na koncert Morrisseya, który mi zasponsorowal nasz kolega LEMMING i za co jestem mu jeszcze bardziej niż dotychczas wdzięczny. Ciekawy człowiek z tego LEMMINGA. Pomijając wiele przeróżnych umiejętności, jakie on w życiu posiadł, ma on jeszcze taką jedną dodatkową, która sprawia, że kiedy on mi na przykład kupuje ten bilet na Morrisseya, robi to tak, żebym ja sobie myślał, że jemu na tym, żebym ja sobie na tego Morrisseya pojechał bardziej zależało, niż mnie. I pewnie, gdyby mnie miał za kogoś głupszego, niż jestem, to, abym się poczuł jeszcze lepiej, dając mi ten bilet, bardzo by mi za niego dziękował. Kiedyś od niego dostałem też specjalne wydanie „Ojca Chrzestnego” na DVD. On musi to wszystko świetnie znać. Zwłaszcza ten fragment, kiedy to Don tłumaczy – kurcze, nie pamiętam, komu – że jest sprawą niezwykle ważną, by, skoro już się komuś postanowiło wyświadczyć przysługę, robić to tak, by ten ktoś myślał, że owa przysługa jest od początku do końca inicjatywą tego, kto ją wyświadcza. LEMMING to wie, ale nie tylko przecież on. Znam wielu takich. Ja akurat znam wielu takich.
Siedzę więc w domu, dzień przed przyjazdem Morrisseya do Krakowa, z Toyahówną i z naszym psem, i wraz z tym deszczem wciągami w siebie swąd bezrobocia w kształcie wręcz modelowym. Dziwne, że jeszcze mną nie zainteresowała się telewizja TVN. W końcu, jak by nie patrzeć, mój przypadek, choć może nie tak ciekawy, jak to co się przydarzyło innemu menelowi, Hubertowi H., przed kilku laty – mamy okres wakacyjny, newsy nie idą tak szybko jak przez cały, zwykły rok – też mógłby się okazać interesujący. Pomyślcie tylko. Miał człowiek pracę, i to pracę bardzo dobrą, a pracy tej więcej nawet, niż mógł skonsumować, kiedy nagle coś mu strzeliło do głowy, by prowadzić blog. I blog ten odniósł sukces na tyle duży, że stał się jakoś tam popularny, no i ta popularność nagle go zabiła. Czyż to nie ciekawe? A jakiż to byłby interesujący temat do dalszej dyskusji, gdyby TVN, opowiedziawszy tę historię, poinformowała, że to nie oni. Że to rynek, nie oni. Że to wolność, nie oni. Może nawet ta dyskusja przykryłaby rozważania na temat dziennikarstwa spod znaku Ruperta Murdocha.
I myślę o menelach. Jak już parę razy wspominałem na tym blogu, Hubert H. kręci się tu po okolicy, a ja jestem chyba jedynym człowiekiem w mieście, który, kiedy go widzi, wie jeszcze kogo ma przed sobą. Kiedyś przyszło mi do głowy, żeby go zaczepić i poprosić, by za flaszkę zgodził się, bym na swoją komórkę nagrał jego oświadczenie, że jest rozczarowany czterema latami rządów Platformy Obywatelskiej i w tym roku będzie głosował na Prawo i Sprawiedliwość. I że Tusk to chuj. Sprzedałabym ten materiał PiS-owi, który teraz, po decyzji Trybunału Konstytucyjnego, może wreszcie wyjąc sobie knebel z ust, i gadać do woli. No a poza tym, wyobrażacie sobie, jaka to by była sensacja? Hubert H. rozczarowany polityką rozwoju i miłości. Przecież on by teraz na tę moją propozycję rzucił się bez dyskusji. Co innego cztery lata temu, kiedy to, jak sam twierdził, Najsztub z Morozowskim płacili mu po 2 patyki za parę westchnień. Wtedy flaszka mogła tylko stanowić skromne uzupełnienie. Ale dziś?
Mija ten lipiec, ale też nie jest tak, że ja już nic nie wiem. Może nawet, przez ten stan zastygnięcia, wiem znacznie więcej, niż gdybym od rana do wieczora był zajęty zarabianiem pieniędzy. Na przykład zauważyłem powrót Krzysztofa Piesiewicza i to zauważyłem go na tyle wyraźnie, że nawet napisałem tu na ten temat pewną, moim zdaniem, bardzo interesującą refleksję. Zwłaszcza w temacie odkupowania od pewnego szczególnego gatunku ludzi godności, którą wcześniej – jeśli przyjąć, że chwila seksu z ekskluzywną kurwą i przypudrowanie noska, to naprawdę niewiele – oddało się im wręcz za darmo. Ale przecież nie jest tak, że, jak idzie o meneli, mamy tylko mnie i Piesiewicza. Opowiem teraz może dwie historie, które nie są w żaden sposób moimi historiami, ale za to jakaż to narracja! Eryk Mistewicz mógłby od tego oszaleć i, popaść tak jak my, w stan kompletnego upadku. Otóż żona moja gościła niedawno pewną swoją koleżankę z Izraela ( tak, mój drogi Michale – z Izraela), która ze względu na pamięć o swoim dziadku, zapragnęła odwiedzić nasze Podlasie. Pojechały więc one we dwójkę na to Podlasie, ale najpierw, żeby tam dojechać, musiały wsiąść w pociąg z Warszawy do Siedlec.
I teraz tak. Nie wiem czy wiecie, jak wyglądają pociągi w Wielkiej Brytanii, ale kto widział, to wie, że one wyglądają tak, że na kimś niezorientowanym robią wrażenie, jakby przyjechały do nas z Kosmosu. I oto, żona moja i ta jej koleżanka z Izraela wsiadły do pociągu z Warszawy do Siedlec… i to był dokładnie ten sam pociąg, który jeździ na przykład z Londynu do Cambridge. Dokładnie ten sam, z tą różnica, że pasażerowie mówili po polsku, czasem z lekkim wschodnim akcentem, i bardziej przypominali pasażerów z książki Jerofiejewa „Moskwa – Pietuszki”. I oto, jak relacjonuje moja żona, wśród tych pasażerów ukazał im się człowiek, który wyglądał bardzo inaczej. Na tyle inaczej, że on z kolei, bardziej przypominał pasażera pociągu jadącego z Londynu do Cambridge. W biznesie. W pewnym momencie, człowiek ów wyciągnął flaszkę z wódką i zaczął sobie z tej flaszki popijać. Po pewnym czasie, kiedy był już dość pijany, pojawił się konduktor, i okazało się, że mężczyzna nie ma biletu. Jednak, wbrew temu, czego można było oczekiwać, nie doszło do żadnych sporów, ani nawet awantur. Mężczyzna spytał, ile się należy, konduktor podał cenę, mężczyzna powiedział, że to drobiazg, i wręczył konduktorowi żądaną kwotę. I wrócił do swojej flaszki.
I to jest pierwsza historia. Teraz kolej na drugą. Pewna moja znajoma, której nie będę tu identyfikował, ponieważ zarówno ona, jak i jej mąż nienawidzą tego bloga, i już mnie prosili, żeby tu o nich nie wspominać, była ze swoim mężem na wakacjach na wsi. Ach to Podlasie! Pewnego dnia poszli do lokalnych delikatesów na zakupy, a kiedy wychodzili, natrafili na siedzących przed delikatesami paru okolicznych, wiejskich meneli, chłodzących się lokalnym piwem. Nie wiem, jak to się stało, czy ot tak sobie, bez powodu, czy może moja znajoma spojrzała na jednego z nich w jakiś prowokacyjny sposób, ale nagle usłyszała takie słowa – a ponieważ te słowa stanowią sens całego dzisiejszego wpisu, a być może nawet wszystkich tych wpisów w ogóle, wybiję je specjalnym drukiem: NIECH PANI PAMIĘTA. KIEDY MY UMRZEMY, NIE BĘDZIE JUŻ PRADZIWYCH PIJAKÓW. Tak właśnie jeden z nich powiedział; „prawdziwych pijaków”.
I to już koniec. Przedziwny ten tekst. Ledwo się zaczął, a już się skończył. No ale taki jest ten nasz blog. I taki zawsze był. I taki też miał od początku być. Jak życie. Żywy jak cholera.