Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Dubieniecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Dubieniecki. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 marca 2011

O paskudnej abstrakcji, błogosławionym złorzeczeniu i zagubionym zerze

W jednym z klasycznych już dziś wierszy, Pan Cogito zastanawia się nad czymś, co Zbigniew Herbert nazywa „arytmetyką współczucia”. Pewnie tu akurat nie wypada mi nawet wyjaśniać, o co chodzi, ale na wszelki wypadek króciutko przypomnę. Jest mianowicie tak, że Pan Cogito czyta gazetę i znajduje wiadomość o tym, że gdzieś zginęło 120 żołnierzy. Jego wzrok obojętnie przesuwa się nad losem tych zmarłych, by z prawdziwym zaciekawieniem zatrzymać się dopiero nad informacją o jakimś bardzo spektakularnym, indywidualnym morderstwie. Pisze Herbert tak:
„120 poległych
daremnie szukać na mapie
zbyt wielka odległość
pokrywa ich jak dżungla
nie przemawiają do wyobraźni jest ich za dużo
cyfra zero na końcu
przemienia ich w abstrakcję”
Myślę dziś właśnie o tej abstrakcji, jednak już nie w odniesieniu do 3, czy może 120 osób, które zginęły i pamięć o nich rozwiewa się w powietrzu jak krople deszczu, ale, owszem o prawdziwej tragedii, podobnie jednak zapomnianej, czy może zaledwie bagatelizowanej, właśnie z tego powodu, że trudno jest się zatrzymać na dłuższą chwilę wobec czegoś, co właśnie stanowi czystą abstrakcję, a więc nasza wyobraźnia tego nawet nie dotyka. Wspominam dziś przypadek sprzed wielu już lat, kiedyś, owszem, powszechnie dyskutowany, zajmujący czołówki wszystkich wiadomości, a nawet awansowany do pozycji bardzo znaczącego elementu naszej kultury popularnej. Chodzi mi mianowicie o sprawę Moniki Kern, córki wicemarszałka polskiego Sejmu i pewnych ludzi o nazwisku Malisiewicz.
Ta zamierzchła już historia pojawiła się ostatnio na naszym blogu w związku z podjętą przez ogólnopolskie media, a prawdopodobnie też i przez bardziej już tu dyskretnie przyczajone służby państwowe, akcją, mającą na celu rozbicie rodziny Marty i Marcina Dubienieckich, i przy okazji skuteczne uderzenie w Jarosława Kaczyńskiego i jego polityczną pozycję. Od wielu już dni obserwujemy bowiem – część z nas z rosnącym zdziwieniem, a część z równie rosnącym podnieceniem – jak od rana do wieczora wszystkie telewizje i cała niemal prasa obrabia osobę Marcina Dubieneckiego, zięcia zamordowanego w Smoleńsku prezydenta Lecha Kaczyńskiego, pod kątem jego rzekomych… no własnie, nawet do końca nie wiadomo, czego, ale to że chodzi o zrobienie z niego aferzysty i człowieka ostatecznie podłego, jest tu bardziej niż wyraźne. Oczywiście cała ta akcja ma wiele swoich momentów kulminacyjnych i bardziej wstrząsających smaczków, jednak to co dla mnie osobiście stanowi punkt wręcz symboliczny dla całej istoty sprawy, to apel Jadwigi Staniszkis o to, by Marta Dubienecka rozwiodła się ze swoim mężem.
Każdy kto żyje w rodzinie, wie, że życie to – a więc życie rodzinne – ma równie wiele miejsc szczęśliwych i pięknych jak i takich, które niosą ze sobą zagrożenia i prawdziwe utrapienia. Czy myślimy o naszych żonach i mężach, czy o rodzicach i teściach, czy o synach i córkach, wiemy, że właściwie od początku do ostatecznego końca owa miłość wciąż wymaga od nas wielkiej czujności i wciąż jest poddawana kolejnym próbom. Niekiedy możemy odnieść wręcz wrażenie, że ta miłość – powtarzam kolejny raz to słowo, bo to jest właśnie miłość – jest tak toksyczna, że niekiedy można sobie pomyśleć, że może lepiej byłoby już, gdyby jej w ogóle nie było. I to na każdym możliwym poziomie, od zbuntowanych dzieci, przez wściekłych rodziców, a kończąc na kłócących się małżonkach. Jest też przy tym tak, że właśnie ze względu na tę swoją toksyczność, rodzina jest szczególnie wystawiona na wszelkie możliwe ataki ze strony ludzi złych i występnych. Wiedzą o tym świetnie ci, którzy zajmują się nienawistną agresją wręcz zawodowo. Wiedzą o tym i to oni właśnie są pierwsi, by kiedy pragną zaatakować, atakują właśnie rodzinę. W każdy możliwy sposób. Byle wiązał się on ze wzmożonym zainteresowaniem. Choćby pozornie zupełnie niewinnym. Choćby ograniczonym zaledwie do zwykłego: „Ucałuj ode mnie swoją córkę”. Każdy kto żyje w rodzinie, wie, o czym myślę. Każdy kto zna obyczaje panujące choćby na blogach, wie, o czym mówię.
Dzisiejsza publiczna agresja przeciwko państwu Dubienieckim prowadzona jest pod hasłem demokratycznej debaty na tematy publiczne, dotyczącej w sposób oczywistych wszystkich zaangażowanych w tę debatę osób. Domyślam się, że czystość deklarowanych tu intencji znajdzie swoje usprawiedliwienie nawet w przypadku wspomnianej wyżej wypowiedzi Jadwigi Staniszkis, nie mówiąc już o zupełnie drobnych uwagach, że oto gdzieś kiedyś czy to Marta Kaczyńska, czy Marcin Dubieniecki powiedzieli coś, co może świadczyć o tym, że im się szczęśliwie nie najlepiej układa. W końcu już w momencie kiedy i on i ona zgodzili się stać osobami publicznymi, w pewnym sensie udostępnili opinii publicznej – reprezentowanej jak najbardziej przez wolne media – swój dom do swobodnego wykorzystania. Śledzimy więc codzienne dzieje tego małżeństwa, jego losy i perypetie, i w pewnym momencie jest już jakoś tak, że to co widzimy staje się czystą abstrakcją. Historią z kolorowego pisma. Czymś całkowicie odrealnionym, gdzie życie ogranicza się do tych paru słów i kliku zdjęć. Gdzie nie ma już ani jasnych lub ciemnych poranków, ani wspólnych śniadań, wzajemnych sprzeczek, popołudniowych łez i uśmiechów. Gdzie każde słowo jest wyłącznie historią na użytek czytelnika i komentatora. I wszystko jest jeszcze w miarę normalnie – w końcu żyjemy w ciekawych czasach – gdy chodzi o codzienną porcję wiadomości na temat ludzi znanych. Problem pojawia się jednak, gdy do gry wchodzi wyłącznie polityczna intryga. I próba niszczenia rodziny. Spalenia tego domu.
Dzisiejsze życie Marty Kaczyńskiej, Marcina Dubieneckiego i ich córek oczywiście zostało zaatakowane w sposób bezwzględny, brutalny i całkowicie wyrachowany, niemniej – pomijając uwagę Jadwigi Staniszkis – te brudne palce wciąż nie do końca dotknęły ich fizycznie. Prawdopodobnie jest im dziś ciężko z tym napięciem i praktycznym brakiem możliwości skutecznej obrony, ale jest też faktem, że póki co, ten atak jest wciąż jakby nad nimi zawieszony. Na tyle jednak zawieszony wyraźnie, że przypomniał się nam nagle tamten czas, gdy wspomniani Malisiewiczowie uderzyli w rodzinę Kernów bezpośrednio, brutalnie i bardzo jednoznacznie. Są to więc – ówczesny atak na Kernów i dzisiejszy na Dubienieckich – wydarzenia nieporównywalne, a mimo to, jest przy tym coś co je łączy. I tu chciałbym wrócić do początkowych słów Herberta o abstrakcji, która uniemożliwia nam skuteczne nazywanie świata. Wydaje mi się, że z punktu widzenia rzeczywistości medialnej, i tamten dramat i dzisiejsza agresja są jednakowo interesujące i jednakowo nieinteresujące. Z tej prostej przyczyny, że i tamto uderzenie w życie kilku kochających się ludzi i dzisiejsze manewry wokół jednej rodziny stają się zaledwie częścią codziennej przygody.
Myślę więc dziś o tamtych dniach, kiedy to System zorganizował atak przeciwko marszałkowi Kernowi i próbuję bardzo wczuć się w to co się wówczas musiało dziać w tamtym domu. I jest mi niezwykle łatwo to sobie przedstawić. Czym dłużej o tym myślę, tym bardziej to wszystko sobie wyobrażam. Widzę więc jak pewnego dnia, obok Moniki Kern pojawia się ten Maciej Malisiewicz ze swoją mamą, i zaczyna się systematyczna praca nad tym, by to dziecko wyrwać z jego domu. Ale widzę też ludzi innych. Obcych. Nie będących członkami obu rodzin, którzy wszystko starannie organizują i nadzorują. Widzę też w pewnym momencie już dziennikarzy, których każde słowo jest odpowiednio ustawione i jest mu nadana odpowiednia treść, właściwy i ton i dźwięczność. Ja świetnie do dziś pamiętam tamtą publiczną atmosferę, przypominam sobie dobrze wszystkie pojedyncze głosy, ale dziś też próbuję sobie wyobrazić – i udaje mi się to bardzo skutecznie –prywatną atmosferę w domu państwa Kernów, kiedy to któregoś dnia znika ich córka, a cała publiczna przestrzeń widząc ich rozpacz, wyłącznie rży i mówi im jedno: „Wiemy, ale nie powiemy. I mamy nadzieję, że w tej swej rozpaczy zdechniesz”. Kiedy mówię „przestrzeń publiczna”, nie mam na myśli niszy. Nie mówię o plotkarskich magazynach. Chodzi mi jak najbardziej o przestrzeń publiczną, o osoby publiczne, o ludzi, których nazwiska znamy, równie dobrze, jak nazwisko Malisiewicz. O Jerzego Urbana, O Marka Piwowskiego. O wciąż znanych powszechnie dziennikarzy Gazety Wyborczej i innych ogólnopolskich dzienników. No i o tych, którzy to wszystko zaczęli i opracowali i których nazwiska, mimo że nieznane, są tak samo realne i żywe. I teraz już mam tylko jedną nadzieję. Że żaden z nich się już nie ukryje. Do samej swojej śmierci. Bo w pewnym momencie zaatakował rodzinę. Bo wiedział, że tak jest najlepiej. Bo najskuteczniej. W tym momencie już tylko staję na głowie, żeby spojrzeć poza tę abstrakcję. Żeby zobaczyć to zero na końcu. I je widzę wyraźnie.
Swego czasu napisałem tu parę tekstów, gdzie mój gniew był tak wielki, że w tej swojej bezradności, zacząłem się już odwoływać do Psalmów i tego wszystkiego co w nich jest formułowane przeciwko drugiemu człowiekowi. Nasza wiara i w ogóle nasza cywilizacja każe nam wybaczać, ale też – może przede wszystkim – nie złorzeczyć i nie nienawidzić. Szczególny dziś mam kłopot z owym złorzeczeniem, które robi przecież wrażenie czegoś bardzo jednoznacznego i nie znoszącego wyjątków. A zatem nie wolno złorzeczyć. Z tego punktu widzenia, popełniam chyba grzech, powtarzając wciąż za Psalmistą: „Wracają wieczorem, warczą jak psy i krążą po mieście. Włóczą się, szukając żeru”. „Wytrać ich”. Panie, wytrać ich.
Czy ja grzeszę? Jaki mam wybór, kiedy patrzę dziś na to, co oni chcą zrobić rodzinie Marty Kaczyńskiej, a w głowie już tylko mam tamten dom sprzed lat, gdzie któregoś dnia zabrakło jednej osoby, i wszędzie wokół zapanował tylko strach i zimna bezradność. A oni wracali wieczorem, warczeli jak psy, krążyli po mieście i włóczyli się, szukając żeru. Czy ja grzeszę, gdy mówię że są jak psy? Że ich trzeba rwać zębami i wywlekać z nich serca. Czy ja może już przestałem kochać bliźniego? Bardzo chciałbym to wiedzieć.

wtorek, 1 marca 2011

O brzydkich słowach i jeszcze brzydszych ludziach

Swego czasu, jeszcze w okresie, kiedy prowadziłem swój blog w Salonie24, jeden z bardziej aktywnych tam autorów zamieścił tam tekst, oparty na jednym kłamstwie, i w całości stanowiący czystą insynuację. Po chwili, kiedy to kłamstwo zostało mu udowodnione, w przypisie do swojej notki, zamieścił ów bloger sprostowanie. Dziś już nie pamiętam ani szczegółów, ani nawet z grubsza, o co poszło, natomiast dobrze pamiętam dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że człek ów nie wycofał ani swojego tekstu, ani owych insynuacji, i jak gdyby nigdy nic, dalej prowadził – bezsensowną i kompletnie już fałszywą – dyskusję. Druga natomiast to ta, że ja go zwymyślałem bardzo grubym słowem. Bardzo grubym. Użyłem w stosunku do niego słowa uważanego powszechnie, i, jakże słusznie, za obelżywe i wulgarne, a w dodatku zrobiłem to w pełni świadomie i celowo. Chciałem go dotknąć i obrazić. Za tę podłość i ten fałsz. Żeby mnie znienawidził. Żeby dostał cholery i uznał mnie za swojego wroga.
Z całego tego zdarzenia zostało jedno. To mianowicie, ze ‘toyah’ – bloger rzekomo poważny i szanowany – używa rynsztokowego języka i jest ewidentnym chamem. Moja reakcja była dyskutowana przez pewien czas, aż wreszcie gdzieś zniknęła w czeluściach niepamięci. Nie muszę oczywiście wspominać, że to, dlaczego ja go zwymyślałem, i co on miał na sumieniu, nikogo już nie interesowało.
Przypomniała mi się ta przygoda ostatnio parę razy przy okazji wzmożonego ataku mediów przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, a przy okazji osobom z PiS-em w jakikolwiek sposób związanym. Pisałem o tym ataku i jego perfidii trochę w różnych miejscach. O co poszło? O to mianowicie, że bardzo często ów atak, z braku porządnych argumentów, sprowadza się do zaledwie krótkiej zaczepki, zaznaczonej jedynie dużym, wyraźnym nagłówkiem, czy nawet niekiedy jednym, krótkim, choć ostrym jak cholera zdaniem. I niczym więcej. Niestety, to „nic więcej’ bardzo często umyka już publicznej uwadze, bo albo nie ma czasu czytać reszty, albo nawet jeśli ten czas się znajdzie, reszta nie jest już ani tak jasna, ani tym bardziej tak ciekawa.
„Świadek potwierdza: Gen. Błasik zwymyślał kapitana TU-154”; "PiS może znowu zawładnąć telewizją publiczną”; „Nieznana słabość braci Kaczyńskich”; „Wpadka polityka PiS na konferencji prasowej”. Oto zaledwie kilka tytułów z ostatnich dni. I żaden z nich nie odzwierciedla jakiejkolwiek prawdy. Żaden z nich nawet o prawdę się nie ociera. Każdy stanowi od początku do końca czystą insynuację, w dalszej części tekstu nie podparta jednym rzetelnym faktem. Mimo to siła rażenia każdej z tych informacji jest tak duża, że nawet jeśli nie utrzyma się ona dłużej w publicznej przestrzeni, to z całą pewnością tu i tam, w poszczególnych głowach, skutecznie się zapisze. Na tyle skutecznie, by swoją rolę dobrze wypełnić.
Jak niektórzy wiemy, mam to szczęście, że moje dzieci polityką się chętnie interesują i są bardzo wrażliwe na wszelkie przejawy kłamstwa i manipulacji. I oto przychodzi do mnie moja córka i mówi: „Czy słyszałeś, co ten idiota Błaszczak zrobił?” „Słyszałem” – odpowiadam. „Wyszedł ze studia w proteście przeciwko zachowaniu Olejnik”. „Ależ ona nic nie zrobiła” – mówi moja córka, „Zapytała tylko, co Kaczyński miał na myśli, mówiąc, że Platforma wykorzystuje państwo do walki politycznej’, a on się wściekł i wyszedł”. Pytam córkę, skąd ona to wie, a ona na to, że czytała w necie. I ja do pewnego stopnia to rozumiem. Ja jestem już kompletnie przez czasy, w których przyszło nam żyć, skrzywiony. Niedługo prawdopodobnie dojdzie do tego, że obudzę się rano, ale jak tylko mi Orange powie, że oto nastał nowy dzień, na wszelki wypadek wyjrzę przez okno raz jeszcze. I wiem, ze to jest chore. Jednak wciąż twierdzę, że jeśli się tak pokrzywiłem, to nie dla frajdy, nie z nudów, ale ze zwykłej dbałości o to, żeby uniknąć kolejnych ciosów.
Jeszcze wcześniej przychodzi do mnie mój syn i mówi: „Ale Dubienecki dał plamę!” „Jaką plamę?” – pytam. „Dziennikarzowi, który do niego zadzwonił z pytaniem powiedział, żeby się od niego odpierdolił” – mówi brzydko mój grzeczny syn. „A o co pytał ten dziennikarz?” – pytam. „Normalnie. Nic takiego”. „Skąd wiesz? Słyszałeś?” „Tak. Mówili”. „Ale czy słyszałeś tego dziennikarza?” „No nie. Puszczali tylko to co mówił Dubienecki. Resztę opowiedzieli”.
Aha! Opowiedzieli. Jasna sprawa. Dzwoni dziennikarz, zadaje normalne, spokojne pytanie, a Dubienecki na niego z mordą. I to jeszcze jak! Otóż ja nie wiem, jak było. Biorę pod uwagę, że faktycznie, zdarzyło się tak, że jakiś skromny, miły człowiek z lokalnej gazety włączył magnetofon, wystukał numer do Dubieneckiego, zadał mu zwykłe pytanie odnośnie bieżących spraw, a Dubienecki bez sensu zaczął mu grozić pobiciem i kazał wypieprzać. A dziennikarz z tym nagraniem poleciał do centrali. Ale nie jestem też dzieckiem – również nie swoim dzieckiem, i dopóki nie wiem, co powiedział ten dziennikarz zanim jeszcze Dubienecki wybuchnął, nie mam ochoty zabierać w tej sprawie głosu. Zwłaszcza gdy wszystkie media bardzo skrupulatnie cytują wybuch Dubieneckiego, dołączając jako dowód nawet zapis dźwiękowy owego wybuchu, natomiast z jakiegoś powodu fragment, który Dubieneckiego tak zirytował pozostaje wyłącznie w formie dziennikarskiej relacji.
A zatem, to co wiem, to moje. To czego nie wiem natomiast, musi sobie spokojnie poczekać w kolejce. I niestety – jak już wspomniałem wcześniej – nawet jeśli za tym czekaniem stoi moja fatalna, chora i dla niektórych wyłącznie śmieszna nieufność, wolę pozostać z nią, niż z tą bandą kłamców. Kłamców strasznych i bezlitosnych. Kłamców bezwstydnych i bezczelnych. Pieprzonych, skurwysyńskich kłamców. Bo nawet jeśli to co mi zostanie, będzie nic nie warte, to wciąż wybieram tę samotność wiejskiego chama. Byle nie z nimi. Nie z tym dziennikarzem o bezczelnym, szczeniackim głosie, który nawet jeśli tylko mówi ‘dzień dobry’, to widać że kłamie.
A jeśli z tego tekstu pozostanie już tylko informacja, że ja brzydko mówię, to tym bardziej będę miał pewność co do słuszności swojego wyboru.

piątek, 25 lutego 2011

Zabić Dubienieckiego? W życiu! Jesteście za głupi.

Atak, jaki mainstream skierował w stronę męża Marty Kaczyńskiej jest w pewnym sensie zrozumiały, a z drugiej strony jego gwałtowność może zaskakiwać nawet tych, którzy zdążyli się przyzwyczaić do najgorszych ekscesów. Dlaczego uważam, że to co oni wyprawiają, jest zrozumiale? Otóż jest ku temu kilka powodów. Prawdopodobnie nikt tak jednoznacznie jak Dubienecki nie wypowiada się na tematy, które dziś rządzą naszymi emocjami, a ta jednoznaczność idzie całkowicie w przeciwnym kierunku od popularnych oczekiwań. O ile się nie mylę, to właśnie on, jako pierwszy z pierwszego szeregu osób, których zdanie się liczy, zakomunikował wyraźnie, że prezydent Kaczyński mógł zostać zamordowany. Drugi powód jest bezpośrednio związany ze sposobem, w jaki Dubienecki swoje opinie formułuje. On w żaden sposób nie jest przy tym ani miły, ani firmowo nieśmiały, ani nawet demonstracyjnie pogrążony w żałobie. Krótko mówiąc, Dubienecki, kiedy rozmawia z dziennikarzami pokazuje każdym swoim gestem, że uważa się od nich pod każdym względem lepszy. Coś takiego mniej więcej, jak stryj jego żony, tyle że ten akurat – przynajmniej moim zdaniem – jest sympatyczny. Dubienecki nie ma nawet tego.
Jest jednak jeszcze coś, co – jak sądzę – wzbudziło po stronie Systemu tak wielką chęć zniszczenia Dubieneckiego, a przy okazji, relacji na linii Jarosław, Marta i rodzina Marty. Chodzi, jak zwykle, o samego Jarosława Kaczyńskiego. To on jest tu celem, a sam Dubienecki znalazł się tu w pewnym sensie przypadkiem. System uznał, ze skoro Jaroslaw Kaczyński jakoś się pozbierał po katastrofie, a także po przegranych tak niefortunnie wyborach, i robi wrażenie silnego, jak nigdy dotąd, należy go zaatakować od strony rodziny, a więc czegoś, co w gruncie rzeczy jest ostatnią rzeczą, jaka mu praktycznie pozostała. Ktoś powie, że tego typu akcja to wyjątkowe skurwysyństwo. No, ale czemu nie? W końcu mamy do czynienia z ludźmi, kotrzy już w kwietniu minionego roku pokazali, że stać ich na wszystko. Dosłownie na wszystko. Jeśli potrafią rodziny mordować, to czemu mają ich nie rozbijać?
A więc jedni powiedzą, że tak się przecież nie godzi, ale z całą pewnością pojawią się też inni, którzy ogłoszą, że Dubienecki sam jest sobie winny, bo gada, co mu ślina na język przyniesie, i w dodatku z tą śliną też ma kłopoty. I, muszę przyznać, że tę opinię trochę rozumiem, z tego względu, ze nawet moje dzieci – których raczej nie podejrzewam o szczególną naiwność, czy brak czujności – dały się tu nabrać, właśnie jak dzieci. To od nich mianowicie po raz pierwszy dowiedziałem się, że Dubienecki zrobił z siebie osła, mówiąc w wywiadzie dla Onetu, że Marta Kaczyńska ma mieć pierwsze miejsce na liście, bo ona jest tu szefem i nawet sam Jarosław nie ma tu nic do gadania. Przeczytałem oczywiście tę rozmowę, i – oczywiście, tak jak to zawsze bywa – okazało się, że owszem, wszystko to prawda, tyle że nie to, nie tak i nie w ten sposób. Przede wszystkim Dubienecki w swojej wypowiedzi dla Onetu nie powiedział, że Marta Kaczyńska chce startować w wyborach i że w związku z tym oczekuje pierwszego miejsca na liście, lecz – odpowiadając na pytanie – stwierdził fakt oczywisty: że JEŚLI jego żona ma zostać kandydatem w wyborach, to pierwsze miejsce jest faktem. Przepraszam bardzo, a gdzie tu jest jakakolwiek nieprawda? Czy ktokolwiek jest w sobie w stanie wyobrazić, że ona startuje do Sejmu z list PiS-u, i znajduje się za jakąś Szczypińską, czy nawet za Kurskim? Przecież to byłby kompletny absurd. I to wcale nie dlatego, że jako bratanica Prezesa, ma lepszą sytuację, ale z tej prostej przyczyny, że jest córką Lecha Kaczyńskiego, prawdopodobnie zamordowanego przez złych ludzi 10 kwietnia w Smoleńsku. A to jest powód wystarczający. I jej relacje ze stryjem nie mają tu nic do rzeczy.
A zatem, to jest jedna część wypowiedzi Dubieneckiego. Druga natomiast to ta, że on się wpycha do interesu. I to jest też nieprawda. Przede wszystkim, gdyby komuś się chciało czytać z minimalną uwagą i ze zrozumieniem, to by wiedział, że przede wszystkim Dubienecki, jeśli mówi o swojej politycznej karierze, to wcale nie wskazuje bezpośrednio na PiS, ale wspomina coś o ewentualnym swoim własnym projekcie. To jest zapisane. Można to sprawdzić. Natomiast, jak już idzie o sam PiS, to wyraźnie mówi – i to też można sprawdzić – że to iż on jest mężem Marty i zięciem zmarłego Prezydenta, nie stanowi jakiegokolwiek powodu, by władze PiS-u miały go traktować wyjątkowo. Ale i to nie ma tu większego znaczenia, bo jak sam podkreśla, w tych wyborach on się zajmuje wyłącznie własną kancelarią, a nie polityką.
Pojawił się też zarzut, ze Dubienecki jest zarozumiały jak cholera i nie wiadomo co sobie wyobraża. Że jemu się należy szefowanie partii, lub nawet premierostwo? I to jest dosyć ciekawa sprawa. Otóż ja świetnie wiem, że ludzie są różni. Z jednej strony mamy tych, którzy chcą zostać prezydentami, a z drugiej takich, którym wystarczy układać kable na koncercie jakiejś niedzielnej gwiazdy. I zwykle bywa tak, że prezydentami zostają ci pierwsi, a nie ci drudzy. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dla tych, którzy dziś próbują niszczyć Dubieneckiego on jest – przynajmniej oficjalnie – zwykłym uzurpatorem i pajacem z kłopotami prokuratorskimi. Natomiast z mojego choćby punktu widzenia, to jest też ktoś – i to może przede wszystkim – kto jest mężem Marty Kaczyńskiej i zięciem zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. A, przepraszam bardzo, tak jak nie każdy może być prezydentem, tak samo nie każdy może być zięciem prezydenta i ojcem jego wnuczek. Zwłaszcza gdy mówimy o śp. Lechu Kaczyńskim. A zatem Dubieniecki pokazał już, że należy go traktować poważnie. A skoro poważnie, to ja nie bardzo sobie wyobrażam, żeby ewentualne ambicje polityczne Dubieneckiego miały się wiązać z tym, że on zostanie jednym z paru tysięcy lokalnych członków partii stryja swojej zony. I jeśli dziś Dubieniecki ogłasza, że jeśli on się kiedyś zaangażuje w politykę, to po to, żeby zostać w przyszłości premierem, to dla mnie ta deklaracja jest jak najbardziej naturalna. Czy mu się to uda? Nie sądzę. Bo to wcale nie jest takie proste. Ale niby dlaczego jego akurat mamy pozbawiać tych ambicji już na starcie?
Czy to wszystko wiedzą ci, którzy ostatnio uczestniczą w tej nieprawdopodobnie agresywnej akcji niszczenia Dubieneckiego? Myślę, że wśród organizatorów tego procederu są i tacy, którzy wiedzą. Natomiast moje doświadczenie każe mi przypuszczać, że wielu z nich, a już na pewno na popularnym poziomie, gdzie już tylko mamy zwykłych kibiców, panuje zwykła i najbardziej ordynarna durnota. Zajrzyjmy, na przykład choćby na średni poziom tej manipulacji, i przyjrzyjmy się Tomaszowi Sekielskiemu, który ostatnio zgodził się przyjąć od swoich szefów propozycję zostania nowym Ubermanem i Szykułą w jednym, i konsekwentnie służyć potrzebom tępego tłumu. Myślę, że Sekielski tego nie wie. Myślę – i tu muszę się przyznać do pewnego błędu z mojej niedawnej przeszłości – że Sekielski jest jednak głupi. Tak samo głupi jak Krzysztof Daukszewicz, czy ta lala, która postanowiła przepytać z angielskiego Mariusza Kamińskiego, czy Jolanta Pieńkowska…
Tu nie mogę się powstrzymać przed drobną dygresją. Niedawno miałem okazję oglądać poranny program w stacji TVN. Otóż przylazł tam, przepraszam za wyrażenie, Jacek Żakowski, i zaczął coś bredzić o tym, że w środowiskach warszawsko-warszawskich pojawiła się ostatnio moda, by jeżdzić do Afryki, czy do innych egzotycznych krajów , i tam się pieprzyć z lokalnymi. Że ten typ seksualnych przygód jest – przez swoją właśnie egzotyczność, przygodowość i brak zobowiązań – bardzo przyjemny. I kiedy on to mówił, spojrzałem na siedzącą obok niego Jolantę Pieńkowską, która i bez tego jego gadania, wyglądała tak głupio, jak tylko może wyglądać podstarzała gwiazda przebrana za małą dziewczynkę, i podobnie głupio się zachowywała, i nie mogłem nie zauważyć, jak ona zwyczajnie nie wytrzymuje tego napięcia, a później już tylko krzyczy: „Z tubylcami????”
A zatem, Sekielski, jak sądzę, jednak stoi dziś intelektualnie bliżej Pieńkowskiej, niż choćby – znów przepraszam – Żakowskiego, który akurat przynajmniej dostrzegł niestosowność sytuacji i zwrócił swojej znajomej uwagę, której z kolei – swoją drogą – ona i tak już nie słyszała. No bo jak? Sekielski więc, kiedy staje w pierwszym szeregu gnojenia Dubieneckiego, moim zdaniem nie ma pojęcia, że jest tylko pionkiem w czyjejś grze. Że to co mu się wydaje, to wyłącznie jego problem i problem jego uwikłania, i problem jego bardzo ograniczonych możliwości intelektualnych.
Oczywiście, na samym dole jest cala masa tych, którzy jak najbardziej we wszystko co słyszą, uwierzą, i nagle uznają, że faktycznie z tym Dubieneckim jest coś nie tak i że pewnie „cała ta rodzinka” jest jakaś podejrzana. Jednak mimo wszystko wydaje mi się, że ten plan nie przejdzie. Przede wszystkim dlatego, że Marta Kaczyńska, jej mąż i jej dzieci wyglądają razem tak fajnie, że wystarczy parę sesji do kolorowych pism, żeby wszyscy ci durnie wpadli w nowy zachwyt. W dodatku sam Dubienecki, choć ja osobiście – jako ktoś okropnie zazdrosny o to, że wszyscy wyglądają lepiej ode mnie – go fizycznie nie znoszę, nawet bez swojej żony obok ma w sobie tyle siły, że jednym słowem i jednym mrugnięciem rozwala każdego, kto mu podskoczy. Przecież ludzie to widzą. I nie ma takiej siły, żeby on nagle, w bardziej powszechnej przestrzeni, stał się kimś, kogo ludzie zaczną nie lubić. Jest naturalnie jeszcze taka możliwość, że weźmie się za niego albo CBŚ, czy ABW, czy może choćby ta banda skorumpowanych moralnie i fizycznie adwokatów zrzeszonych w swoich izbach i go spróbują zrujnować. Jednak nawet i tu, on sobie poradzi. Ktoś taki jak on, sobie z pewnością poradzi.
A więc, nici z tego całego planu, Szanowni Państwo. Możecie zwijać interes. Na dziś lepiej zdecydowanie będzie, jeśli zajmijcie się studiowaniem sytuacji w Północnej Afryce. Może się Wam coś z tego przydać. Już bardzo niedługo.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...