Dziennikarz „Gazety Wyborczej” Robert Leszczyński, jeszcze do niedawna był mi osobą równie znaną, jak większość polskich dziennikarzy reżimowych na poziomie… ja wiem? Milady Jędrysik, może? Czy kogoś takiego. Jedyna różnica to taka, że, jeśli ta Jędrysik nie kojarzyła mi się nigdy z niczym innym, jak tylko ze swoim fikuśnym imieniem, to Leszczyński w mojej pamięci zawsze występował w postaci podwójnej, mieszając mi się niezmiennie z innym dziennikarzem – oryginalnie też chyba z „Gazety Wyborczej” – Robertem Orlińskim. Dlaczego ci dwaj mi się tak bardzo mylą? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Może dlatego, że obu zawsze traktowałem jako przedstawicieli tego nowego nurtu młodego pokolenia przygazetowych bolszewików, dla których słuchanie punk rocka w młodości, na starość – przy wykorzystaniu jakiejś chorej logiki – zaczęło oznaczać walkę o wolność aborcji, eutanazji i narkotyków? A może dlatego, że jeden z nich nosił przez jakiś czas blond dredy i jakoś mi utkwił w pamięci, a że ten drugi też był młody i też zorientowany mocno lewicowo, no i że jeszcze obaj mają tak samo na imię, albo to, że ich nazwiska mają tyle samo sylab i oba kończą się na „–ński”? Może tak, a może tam było coś jeszcze? Jak mówię, nie wiem. Na pewno Orliński dużo występował w telewizji i gadał o muzyce, no a przez to, że miał te włosy, to jakoś go zapamiętałem. No ale ostatecznie i tak, nigdy nie wiedziałem do końca, czy jemu jest tak naprawdę Orliński, czy może Leszczyński.
Piszę, że ten Leszczyński był mi osobą niemal całkowicie obcą do niedawna, bo od pewnego czasu, mój kolega LEMMING, który – pewnie ze względu na swoje zawodowe uwarunkowania – dużo czyta, systematycznie informuje mnie, co ten Leszczyński pisze na mój temat na swoim blogu. Czy mnie te doniesienia interesują? Owszem – bardzo. Przede wszystkim dlatego, że Leszczyński jest jednak jakąś tam figurą, i – mimo że osobiście nie chciałbym go spotkać nawet w autobusie – fakt, że on czyta mój blog, skutecznie łaskocze moją próżność. Ja go nie czytam, a on mnie – jak najbardziej, i z tego co zdążyłem zauważyć, regularnie i dokładnie. O czym to może świadczyć? No przede wszystkim o tym, że tak jak ja nie muszę, to on się powstrzymać nie potrafi. Zaczyna dzień, i z tysięcy różnych blogów, od których w Internecie się aż roi, wybiera akurat mój. On pewnie powie, że nie mam się z czego cieszyć, bo mój blog jest tak wyjątkowo głupi, lub literacko nieporadny, że on czytanie go traktuje czysto badawczo. No więc przede wszystkim, ja mu w takie wyjaśnienie z wielu powodów nie uwierzę, a poza tym, nawet gdyby to była prawda, to i tak tu musiałoby być coś jeszcze. Z tego mianowicie powodu, że na polu głupoty i literackiej nędzy, konkurencja jest zwyczajnie zbyt duża, a ja – cokolwiek by o mnie nie mówić – jestem tu nikim. I to akurat, ja po prostu wiem.
Interesuje mnie to jeszcze z jednego powodu. Otóż myślę sobie, że jeśli mnie czyta Leszczyński, to niewykluczone, że Orliński też, a jeśli Orliński, to zapewne też bardzo duża liczba najprzedziwniejszych reżimowych, ale też i nie-reżimowych, celebrytów. A to dla kogoś, kto traktuje to swoje blogowanie bardzo poważnie, stanowi naprawdę potwierdzenie tego, że to wszystko ma bardzo poważny sens.
Czy są jeszcze jakieś przyczyny, dla których zainteresowało mnie doniesiecie LEMMINGA, że Leszczyński mnie czyta i to czyta w sposób do tego stopnia zaangażowany, że od czasu do czasu wspomina o mnie na swoim blogu? Chyba nie bardzo. A przynajmniej nic o nich nie wiem. Nie mogę nawet powiedzieć, że dzięki tej wiedzy, postanowiłem czytać blog Leszczyńskiego i w ten sposób uzyskałem jakąś dodatkową porcję inspiracji. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że jest bardzo w stylu mówić o kimś, kim się gardzi, że to jest nie – Kowalski, ale „niejaki” Kowalski, a jeśli ten ktoś jest autorem, czy dziennikarzem, twierdzić, że jeśli się czyta jego teksty, to wyłącznie przypadkiem. Tyle że ja naprawdę w życiu nie przeczytałem jednego tekstu Leszczyńskiego. Nigdy. Nawet te, które mi przesłał LEMMING, przejrzałem wyłącznie pod kątem tego, co on miał do powiedzenia na mój temat. A więc znów – poszło o mnie, a nie o niego. To już bardziej zawsze interesował mnie ten Orliński. Zanim Palikot wprowadził go do Sejmu, ja czytałem jakieś jego teksty we „Wproście”, albo oglądałem go w telewizji, jak mówił o muzyce, bo zawsze mnie strasznie irytowało, jak on się kompletnie na niej nie zna. A jak wiemy z informacji przekazanej nam przed wielu już laty przez Johna Lydona: „Anger is an energy”.
Nie inaczej było i tym razem. LEMMING poinformował mnie, że Leszczyński znów coś o mnie napisał, więc zajrzałem na jego blog i sprawdziłem, o co poszło. Otóż poszło o to, że jemu się bardzo nie podoba to, że ja próbuję żyć z pisania tych tekstów, i to nie dlatego, że to jest wstyd lub nieuczciwość, ale że tak jest głupio. Dlaczego głupio? Bo z bloga żyć się nie da i Leszczyński to wie. Gdyby bowiem żyć się dało, to Leszczyński też by żył ze swojego. A więc Leszczyński tym razem napisał o mnie po to tylko, by powiedzieć swoim czytelnikom, że z bloga żyć się nie da, a ja jestem durniem, sądząc, że jest przeciwnie. Ale ja jestem też durniem, ponieważ – zdaniem Leszczyńskiego – ja miałem pracę, ale z lenistwa i chciwości ją rzuciłem, sądząc naiwnie, że lepiej zarobię, pisząc bloga. Ale jest jeszcze jeden dowód na to, że jestem durniem. Otóż ja uznałem, że ponieważ ten mój blog jest tak popularny, że go czyta nawet Leszczyński, to ja z całą pewnością dostanę się do Sejmu. I dziś, kiedy się do tego Sejmu nie dostałem, widać wyraźnie jaki jestem żałosny.
I teraz jest tak. Nawet jeśli przyjmiemy, że Leszczyński nie zmyśla, lecz pisze prawdę i tylko prawdę, a więc ja w istocie rzuciłem pracę na rzecz tego bloga, a następnie oszalałem, i uznałem, że się dzięki niemu dostanę do Sejmu, to wciąż pozostaje pytanie: co to wszystko Leszczyńskiego obchodzi? Nawet jeśli założymy, że Leszczyński nie kłamie, i ja faktycznie – prowadząc tę swoją kampanię za stówę, bez reklam i plakatów – uzyskałem najgorszy wynik na liście, to dlaczego taki Leszczyński nie może z tego powodu spać? Dlaczego on się tak bardzo przejmuje tak makabrycznie nędznym nieudacznikiem jak ja? Powtórzę raz jeszcze: nie mam bladego pojęcia. Sposób na życie emocjonalne, jaki wybrał dla siebie Robert Leszczyński jest dla mnie zagadką i ja tej zagadki rozwiązać nie potrafię. Akurat jest jedna ewentualność, której jednak moja wrodzona skromność na poważnie rozważać mi nie pozwala. Może być tak, że nawet dla tak ciężkiej bolszewii, jaką reprezentuje Leszczyński, to co ja piszę, jest tak niepokojące, że dopóki oni mnie w jakikolwiek sposób nie zniszczą, nie zaznają spokoju. Ja wciąż pamiętam spotkanie, jakie miałem już ponad dwa lata temu na trzecich urodzinach Salonu24 z blogerem Azraelem. Jadłem sobie spokojnie golonkę, popijałem ją piwem, i nagle do mnie się dosiadł ów Azrael i zaczął mnie gwałtownie namawiać, żebym się przyznał, że ja tak naprawdę myślę inaczej, natomiast to co piszę, to tylko taka prowokacja. A więc niewykluczone, że podobnie jest z Leszczyńskim. On czyta te teksty, widzi, że one są pisane na takim poziomie merytorycznym i technicznym, jakiego on nigdy nie osiągnie, że ich logika, inteligencja i zwykłe serce, jego – choćby tylko potencjalne – możliwości zwyczajnie przekraczają, no i się denerwuje. Zwyczajnie. Niektórzy tak mają.
Ponieważ jednak tej opcji, ze względu na swoją wspomnianą już skromność, pod uwagę brać nie mogę, zwrócę uwagę na coś innego. I to już nie bardzo nawet dotyczącego samego Leszczyńskiego, ale wielu, wielu innych osób – po wszystkich możliwych stronach sceny – rzekomo wyznających pewne idee, ale tak naprawdę dbających wyłącznie o to, by się jakoś dało żyć. Skoro bowiem nie można tak, niech będzie jakkolwiek. Jak wiedzą czytelnicy tego bloga – a więc i sam Leszczyński – ja nie rzuciłem pracy na rzecz pisania, ale właśnie przez to pisanie ją straciłem. Ludzie którzy mnie zatrudniali, sprawdzili w Sieci, jakie ja mam poglądy, i za te poglądy postanowili skazać mnie i moją rodzinę na ruinę. Dodatkowo wręcz, niektórzy z nich, komentując to co się stało, oświadczyli mi osobiście, że tak właśnie ma być, że mam to co mi się należało, i że jeśli będę dalej prowadził tego bloga, spotka mnie coś znacznie gorszego. I to nie tylko mnie, ale i osobiście już moich bliskich. A zatem, doszło do sytuacji, której taki Leszczyński powinien się, przynajmniej teoretycznie, radykalnie i zasadniczo sprzeciwiać. Tymczasem jest wręcz odwrotnie. To że ja próbuję zarabiać, pisząc te teksty, budzi w nim wyłącznie obrzydzenie i pogardę. O kim to świadczy? No, z całą pewnością nie o mnie, lecz właśnie o nim. O nim i o szczerości jego zaangażowania.
Jest jeszcze jedna sprawa. Tak naprawdę jedyna tu istotna. Otóż jest tak, że choć ja rzeczywiście raczej poruszam się na krawędzi, to jednak staram się pracować. Tłumaczę, daję lekcje, również w soboty i w niedzielę. Biorę wszystko, co mi proponują. Nie odmawiam, nie targuje się o ceny. Pracuję, jak się da i ile się da. Nie jest tego tyle, by utrzymać pięcioosobową rodzinę i pokryć wszystkie bieżące zobowiązania, ale robię co mogę. Po co mi więcej pieniędzy? Otóż ja mam kredyty. Niewiele. Dwa. Jednak one mnie trzymają za gardło. A trzeba wiedzieć, że ja nie wziąłem ich po to, by sobie kupić samochód, czy dom, albo pojechać na wakacje do Toskanii, czy na Karaiby, ale żeby spłacić inne zobowiązania. Krótko mówiąc, uważam się za jedną z wielu ofiar bankowego systemu, jaki mamy w Polsce. Leszczyński, jako dumny lewicowiec, powinien się tu ze mną solidaryzować. Jestem pewien, że kiedy ostatnio w Warszawie jego kumple i wychowankowie organizowali marsze tzw. oburzonych, on tam z nimi jak najbardziej był. I co? I nic. Wyłącznie dlatego, że jemu się bardzo nie podoba to, jak ja myślę, uważa, że powinienem zdechnąć. A jeśli banki mi w tym pomogą – on akurat nie będzie się sprzeciwiał. Może nawet tak będzie lepiej. Akurat tu System, z którym Leszczyński rzekomo walczy, gwarantuje najwyższą skuteczność.
Co więc ja mam o tym myśleć? Wydaje się, że odpowiedź jest jedna. Wiara, idea, zaangażowanie, poświęcenie – to wszystko zostało już wyłącznie po stronie reprezentowanej przez nielicznych. Cała reszta, to już tylko coś, co kiedyś Norwid określił pogardliwym terminem „interesy”. Leszczyński jest tu świetnym przykładem tego, co mam na myśli, mówiąc „cała reszta”. Uważam, że z niego jest taki lewicowiec, jak ze mnie biznesmen. Leszczyński to jest ktoś, kto z jakiegoś powodu uważa, że należy przestać karać za posiadanie narkotyków i dać spokój pederastom. Oczywiście, zakładając, że ów pederasta i posiadacz marihuany, to nie jest ktoś, kogo Leszczyński nie lubi. Bo jeśli tak, to niech do akcji wkraczają nawet ruscy faszyści i w jego imieniu zrobią porządek. Co do reszty jednak, on pozostaje elastyczny. Powiem szczerze, że, jeśli mam wybierać, to już wolę liberałów. Ci przynajmniej oficjalnie głoszą potrzebę zamknięcia takich jak ja w jakimś mało przytulnym getcie, a co do pederastów i narkotyków się nie wypowiadają, byle nie ruszano tego co ich. Obrzydliwe? Owszem. Ale przynajmniej uczciwe.
Na koniec chciałbym parę słów skierować osobiście pod adresem Roberta Leszczyńskiego. Ale zanim to zrobię, chwila wspomnień. Miałem otóż kiedyś taką koleżankę, która z jakiegoś powodu, ile razy mnie spotykała, pytała z ironią w głosie, czy już sobie kupiłem samochód. Ponieważ samochodu nie mam i nigdy nie miałem, odpowiadałem zawsze, że nie, i ona wtedy była bardzo zadowolona. Któregoś dnia, zaczepiła mnie jak zwykle, a ja jej, nie wiedzieć czemu, odpowiedziałem, że ja mam w dupie samochód. Wożę się wyłącznie taksówkami, bo wprawdzie nie są bardzo tanie, ale człowiek ma przynajmniej wolne ręce, na to, by się pobawić komórką. Zadziałało? Zadziałało. Jeszcze jak! Leszczyński twierdzi, że gdyby z blogowania dało się żyć, to on by od razu zaczął na tym zarabiać, ale ponieważ wie, że tak dobrze nie jest, to ten sport zostawia naiwnym bałwanom, takim jak ja. W tej sytuacji mam mu coś do zakomunikowania, jednak w tym celu otworzę nowy, końcowy już, akapit.
Panie! Żeby zarabiać na blogowaniu, trzeba mieć coś więcej, niż umiejętność robienia skrętów. Żeby żyć z blogowania, trzeba umieć ładnie i z sercem pisać. I mieć wiernych i oddanych czytelników. Żeby wreszcie żyć z blogowania – trzeba mieć talent. I to nie jeden. Kilka talentów. To wcale nie jest tak, że ktoś jest redaktorem w gazecie i uznaje, że możnaby nagle coś przyrobić. Tu trzeba znacznie więcej. Pan jednak tu się akurat zdecydowanie nie mieści. Pan jest zaledwie jednym z nich. A jak jest ze mną? Chciałby Pan wiedzieć? Otóż ja z tego blogowania żyję dużo lepiej, niż Pan z tych swoich kretyńskich tekstów dla „Wysokich Obcasów”. I w ogóle dużo lepiej, niż jest Pan w stanie sobie wyobrazić. A teraz mam do Pana pytanie. Skoro Pan jest taki sprytny, niech mi Pan teraz powie – czy ja teraz kłamię