Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 listopada 2020

Idzie wojna, idzie wojna, idzie krwawa rzeź, czyli media przestały kłamać

 

        Główne amerykańskie stacje telewizyjne poinformowały, że ostatecznie policzyli głosy i z owych wyliczeń wyszło im, że prezydentem Stanów Zjednoczonych został Joe Biden. Muszę przyznać, że choć minione dni przyniosły nam wiele bardzo ciekawych informacji na temat stanu w jakim znalazła się ostatnio słynna amerykańska demokracja, to że wynik prezydenckich wyborów ogłaszają media, jest wydarzeniem nieznanym chyba nigdzie na świecie. Nawet u nas, takie tytuły jak „Gazeta Wyborcza” czy Onet ograniczały się regularnie i niezmiennie do informowania o komunikatach PKW, cytowania sondaży, lub ewentualnie publikowania wewnętrznych redakcyjnych opinii, ale żadne z nich nie pozwoliłoby sobie na to, by jako pierwsze podawać oficjalne komunikaty. Ale to nie wszystko, nawet gdyby powiedzmy taki Tomasz Lis, w swoim zwyczajowym amoku, w powyborczy poniedziałek wypuścił kolejny numer swojego tygodnika z kolorowym zdjęciem i wielkim tytułem na okładce, nikt – poza może jakimiś nawiedzonymi internautami –  nie potraktowałby go poważnie,  z całą pewnością światowi przywódcy nie słaliby do rzekomego zwycięzcy listów gratulacyjnych, a światowe media nie informowałyby o tym że oto w Polsce prezydentem został ten czy tamten. Wczoraj Ameryka pokazała swoją nową zupełnie twarz. Oto ktoś gdzieś tam ogłosił, że zakończono liczenie głosów w Pensylwanii i w Nevadzie, tym samym Joe Biden uzyskał wymagane 270 głosów elektorskich, a zatem to on właśnie został prezydentem, i wieść poszła w świat. Nieważne że przed oboma kandydatami jeszcze szereg zarówno standardowych jak i już zapowiadanych specjalnych procedur, nieważne że  wciąż nie wiadomo co z tymi wszystkim głosami z Pensylwanii, które wpłynęły po 3 listopada i które Sąd Najwyższy nakazał oddzielić od reszty, nieważne że wreszcie sam Donald Trump od minionej środy zapowiada szereg wyborczych protestów i to nie będą ot takie sobie protesty, jakie zawsze się przy tego typu okazjach pojawiają, Joe Biden jest już prezydentem, a Donald Trump może się już pakować i odchodzić w niesławie.

        Dotychczas stan obłędu, który doprowadził do tego, co się właśnie w Stanach wydarzyło miałem zwyczaj nazywać po prostu i zwyczajnie obłędem. Dziś wydaje mi się, że za tym wszystkim stoi coś znacznie, znacznie większego i poważniejszego. Oto proszę sobie wyobrazić, że Joe Biden, gdy tylko wczoraj otworzył telewizor i usłyszał, że owe głosy elektorskie ma już w kieszeni, pierwsze co zrobił, to wszedł na swojego Twittera i natychmiast zmienił sobie opis na „prezydent-elekt”. Mało tego. Również kobieta, którą on sobie wyznaczył na wiceprezydenta, uznała że i ona od tej chwili jest już wiceprezydentem-elektem i poinformowała o tym na swoim twitterowym profilu. A to jest już coś zupełnie niezwykłego. Bo oto jest tak, że nawet gdyby o tym że Biden wygrał te wybory poinformowały nie media, ale odpowiednie instytucje, to i tak jeszcze przez pewien czas oni nie byliby żadnymi elektami, tylko zaledwie... ja wiem? Ludźmi w poczekalni? I znów, wie to każdy polityk na świecie. Myślę że nawet Rafał Trzaskowski, gdyby w niedzielny wieczór sondaże pokazały jego zwycięstwo, nie zacząłby o sobie mówić, że jest prezydentem-elektem. Joe Biden i ta cała jego wice, owszem, weszli w to jak w masło.

       I teraz pojawia sie pytanie, dlaczego. Najprościej byłoby powiedzieć, że oni cierpią na tę samą przypadłość jak co fani na całym świecie, a więc żaden obłęd, ale prawdziwe czyste opętanie. Podobnie jak cała reszta, zarówno Biden jak i Harris, zwyczajnie nie wytrzymali i wpadli w ową nigdy nie kończącą się otchłań. Ja jednak myślę, że w tym szaleństwie, jak mawiał stary Will, jest metoda. Moim zdaniem rację tu ma Donald Trump, który powiedział, że ponieważ oni czują, że tak naprawdę już przegrali, bardzo chcą wyprzedzić czas i udawać, że oni tam gdzie są już byli od dawna; że za tym ich zachowaniem stoi tylko jedna myśl, żeby zakrzyczeć prawdę i ewentualnie odpowiednio przygotować ów kłębiący się tłum na nieuchronną wojnę.

       I jeśli koś myśli, że ja się tu zaledwie bawię z własnymi myślami i na podparcie swoich tez nie mam nic konkretnego, to już służę. Oto jest tak, że od dłuższego czasu, śledzę na Faccebooku kongresmena Petera Kinga, no i tak się złożyło, że wpadłem wczoraj na komentarz, który on zamieścił w reakcji na relacjonowane przeze mnie nowe otwarcie. Mówiąc w skrócie, pisze King że wynik wyborów nie jest jeszcze oficjalnie ogłoszony i wszystko się może zmienić, zwłaszcza że kampania Trumpa kwestionuje sposób liczenia głosów w kilku stanach, jeśli jednak sądy uznają, że wszystko odbyło się lege artis i Joe Biden zostanie ogłoszony prezydentem, on zachęca wszystkich, by ów werdykt przyjęli ze spokojem i od tego momentu traktowali Bidena jako Prezydenta Stanów Zjednoczonych, bo jest demokracja i takie tam. I proszę sobie wyobrazić, że w momencie gdy chciałem ten wpis podać dalej, stało się coś, czego w całej swojej internetowej karierze nie doświadczyłem, a mianowicie otrzymałem informację, że zanim to zrobię, powinienem zapoznać się z odpowiednim objaśnieniem, jak na to wszystko patrzy Facebook. Szczęśliwie udało mi się ten krok pominąć i wszystko zakończyło się pomyślnie.

      Ponieważ jednak nadal chciałem wiedzieć co w trawie piszczy, udałem się na twitterowy profil prezydenta Donalda Trumpa, licząc na to, że przynajmniej stamtąd dowiem się, w jakim on jest nastroju. I tam z kolei spotkały mnie dwie rzeczy, obie nadzwyczaj pozytywne. Przede wszystkim, każdy kolejny  tweet Prezydenta był ukryty za ostrzeżeniem, że w trosce o moją intelektualną kondycję, Twitter ostrzega mnie, że to co za chwilę przeczytam może mnie wprowadzić w błąd, a więc lepiej będzie jeśli sobie pójdę gdzie indziej. Oczywiście zlekceważyłem owo ostrzeżenie i co się okazało? Tam bieżących komentarzy raczej nie ma, zaledwie kilka ostatnich zapowiadających składanie protestów, i to wszystko. Czemu napisałem, że obie informacje uznałem za pozytywne? Przede wszystkim to że Donald Trump najwyraźniej nie popadł w jakąś niebezpieczna histerię, świadczy moim zdaniem o tym, że on jest przede wszystkim zajęty, a skoro zajęty, to zapewne zajęty w bardzo konkretnym celu. Jednak to co naprawdę mnie ucieszyło to to, że oni, nawet kiedy już ich zdaniem jest po wyborach i Joe Biden został ich prezydentem, stają na głowie, by żaden obcy akcent nie został bezkarnie przemycony do bieżącej dyskusji. I myślę sobie, że jeśli oni tak bardzo dbają o to, by nikt sobie nie pomyślał, że podawany przez nich wynik wyborów jest wciąż niepewny, to znaczy, że on faktycznie jest niepewny, a jeśli Donald Trump nie histeryzuje, a już z pewnością nie histeryzuje w takim stopniu jak towarzystwo prowadzącego Joe Bidena do Białego Domu, to znaczy że on jest wciąż znacznie mocniejszy niż różni tacy próbują nam wmawiać.

       Parę dni temu, kiedy prezydent Trump wygłosił telewizyjne wystąpienie do narodu w sprawie wyborów, telewizja CNBC je przerwała, a prowadzący dziennikarz oświadczył, że stacja nie może pozwolić na to, by Bogu ducha winni ludzie byli wystawiani na manipulacje. A ja sobie myślę, że sytuacja jest taka: CNBC przerywa wystąpienie walczącego o kolejną kadencję prezydenta Trumpa, by on nam nie mieszał w głowach; Twitter zasłania jego tweety, by nas ochronić przed groźną nieprawdą; wreszcie Facebook uprzedza mnie, że jeśli poślę dalej wypowiedź kongresmena Kinga, mogę nie wiedzieć co czynię. I o tym wszystkim informują mnie media, które od czasu jak sięgam pamięcią nie dbają o nic innego, jak o to bym cokolwiek czynił, czynił to, nie wiedząc co czynię. Po tych wszystkich latach sączenia w umysły wspomnianych Bogu winnych ludzi najbardziej perfidnych kłamstw, po tych wszystkich latach gdy z każdym dniem coraz głośniej krzyczy owa prawda, że media żywią się kłamstwem i dzięki kłamstwu jeszcze istnieją, po tych wszystkich wreszcie latach gdy stopniowo wszyscy byliśmy przyzwyczajani do tego, że prawda tak naprawdę nie istnieje, ci kłamcy przychodzą do mnie i zatroskanym głosem ostrzegają mnie bym nie ulegał manipulacjom, bo manipulacje to zło.

           W tej sytuacji ja mam do powiedzenia już tylko jedno: coś czuję że zbliża się wojna i czuję też, że owej wojny najbardziej boją się ci, którzy ją wywołają.




 

     

      

poniedziałek, 23 lipca 2018

Joseph Kabila następnym prezydentem Stanów Zjednoczonych


Tematów jest tyle, ze i tym razem jesteśmy nieco spóźnieni, niemniej równie serdecznie zapraszam do kupowania „Warszawskiej Gazety”, a w niej moich felietonów. Dziś najnowszy z nich. Polecam serdecznie.
     
      O ile się nie mylę nasze, ale pewnie też większość światowych mediów tej informacji nie podała, ale przy okazji Dnia Niepodległości pod Statuą Wolności lewacka grupa o nazwie „Rise and Resist” zorganizowała protest przeciwko agencji działającej od lat w USA pod nazwą Immigration and Customs Enforcement, której celem jest deportacja osób, które pogwałciły prawo imigracyjne. Agencja, jak mówię działa od zawsze, jednak dopiero za rządów Trumpa stała się powszechnie rozpoznawalna. W ramach wspomnianego protestu, jedna z jego uczestniczek, niejaka Therese Okoumou, przybyła do Stanów Zjednoczonych z objętego wojną domową i przerażającą nędzą Konga, ubrana w koszulkę z napisem „Polityka Trumpa sprawia, że chce się nam rzygać”, wdrapała się na Statuę Wolności i się tam przyczaiła. W tej sytuacji policja zmuszona była oczyścić teren z 4,5 tysiąca zwiedzających i podjąć działania ratujące tę kobietę, tak nieszczęśliwą z tego powodu, że ona zamiast żyć sobie spokojnie w Kongo, zmuszona jest cierpieć pod batem prezydenta Trumpa.  Kobieta została bezpiecznie sprowadzona na dół, a przy okazji aresztowano siedmiu działaczy wspomnianej wcześniej organizacji, którzy, swoją drogą, oświadczyli, że oni akurat ową Okoumou pierwszy raz widzą na oczy. Nie zmieniło to faktu, że sama policja, owszem, o niej wcześniej słyszała, choćby wtedy, gdy w zeszłym roku aresztowała ją za napaść na policjanta podczas jednego z jej cotygodniowych protestów przeciwko prezydenturze Trumpa.
      Ktoś powie, że to jest rzecz nie warta naszej uwagi, bo ani to Polska, ani, nawet jeśli będziemy się trzymać wyłącznie Ameryki, problem zasługujący chocby na splunięcie. Otóż to jest nieprawda. Gdy chodzi o nas, to przede wszystkim to co się dzieje w Ameryce jest dla nas ważne, bo tym bardziej musimy mieć świadomość, że zostalismy bardzo szczodrze dotknięci palcem Bożej Opatrzności. I nawet jeśli będziemy od czasu do czasu narażeni na wystepy takich ludzi jak Magdalena Środa, czy Jacek Żakowski, to powinniśmy mieć tę świadomość, że jesteśmy wciąż bardzo, ale to bardzo daleko od piekła.
      Jeśli natomiast idzie o Amerykę, to nasze refleksje mają wymiar jak najbardziej uniwersalny. Wspomniałem tu o tym przelotnie wcześniej, ale proszę zwrócic uwagę na to, co się dzieje. Nie wiem, w jaki sposób owa Therese Okoumou to osiągnęła, ale pewnego dnia przybyła z Afryki do Ameryki, została tam przyjęta, jak słyszę, znalazła dom i bardzo dobrą pracę tak zwanego „personal trainer”, i nagle dostaje takiej cholery na póki co zaledwie jedną kadencję jednego prezydenta, że dla swoich emocji gotowa jest poświęcić to swoje niewątpliwe szczęście i wrócić do swojej rodziny w Kongo.
      Ja oczywiście nie wiem, czy ona ostatecznie będzie deportowana, czy nie, choć oczywiście liczę, że tak. W tej chwili jednak interesuje mnie to, jak bardzo – mimo oczywistych różnic między różnymi punktami na świecie – ten obłęd jest tak naprawdę zawsze taki sam.

Książki są tam gdzie zawsze, a więc w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Foto-Mag w Warszawie, no i u mnie tu na miejscu pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Bardzo zachęcam.



piątek, 23 września 2016

Nie lękajmy się

      Dzisiejszy numer „Warszawskiej Gazety” ukazuje się nie tylko w Polsce, lecz również w pięciu stanach Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Z tej okazji pomyślałem, że dobrze by było, gdyby mój cotygodniowy felieton tym razem ani nie smucił, ani nie straszył, ani nie złościł, lecz zwyczajnie dostarczał nadziei na to, że będzie dobrze. Mimo wszystko będzie dobrze. A zatem, na smutki przyjdzie czas, a dziś żyjmy piękną pogodą.  


      Jako że dzisiejszy numer „Warszawskiej Gazety” jest pierwszym, który dociera aż za Ocean, pragnąłbym, by ten akurat felieton nie dotyczył spraw bieżących, a więc najczęściej albo plotek, albo refleksji, które może dziś jeszcze mają jakieś znaczenie, natomiast już jutro zostaną zastąpione przez kolejne, ani bardziej, ani mniej dla nas istotne. Myślałem więc trochę nad tym, co powinienem dziś przekazać Rodakom w USA i przyszło mi do głowy, że ponieważ propagandowy atak zjednoczonych sił Systemu skierowany przeciwko rządowi Prawa i Sprawiedliwości wszedł w fazę w pewnym sensie wyjątkową, bo nawet nie zachowującą pozorów zwykłej politycznej debaty, dobrze by było powiedzieć coś, co idzie wbrew wspomnianej propagandzie, a co ogranicza się do kilku słów: „Nie bójmy się. Oni przegrali i tak już zostanie”.
      Kiedy w roku 2000 System postanowił zakończyć wieloletnią przygodę ludzi kiedyś powszechnie określanych, jako komuniści, a w III RP, po prostu jako lewica, pod ręką miał z jednej strony posłuszne służby, a z drugiej popularne Prawo i Sprawiedliwość. Wystarczyło więc najpierw skonstruować w miarę sensowną prowokację – tu zdecydowano się skorzystać z usług Lwa Rywina i Adama Michnika – a następnie zbudować porządną neoliberalną koalicję pod dźwięczną nazwą POPiS. Jak wszyscy wiemy, wszystko zagrało niemal idealnie, tyle że Prawo i Sprawiedliwość się zbiesiło, odmówiło wejścia do układu, w dodatku Lech Kaczyński okazał się politykiem nad wyraz popularnym i cały plan trzeba było odłożyć na parę lat.
      Jeśli w roku 2007 Platforma wygrała wybory, zachowała władzę na następne osiem lat, a Bronisław Komorowski odniósł życiowy sukces, zostając prezydentem dużego europejskiego kraju, to wyłącznie przez udział w tym przedsięwzięciu służb specjalnych, oraz totalną agresję propagandową prowadzoną na wszystkich poziomach organizacji państwa, a niekiedy i niestety Kościoła.
      Powstaje więc pytanie, jak to się stało, że wbrew temu wszystkiemu, Prawo i Sprawiedliwość przetrwało? Otóż za owym zwycięstwem stała po pierwsze osoba Jarosława Kaczyńskiego, a po drugie niepokonany duch polskiego narodu. Po ośmiu, a tak naprawdę może i dziesięciu latach, okazało się, że jest coś, czego całe zło tego świata nie pokona.
      Dziś mamy prezydenta, swój rząd i poczucie, że odzyskaliśmy Polskę dla siebie. Oczywiście, przeżywamy różne chwile niepewności, czy czasem zawodu, ale generalnie czujemy, że jesteśmy na kursie i ścieżce. Co jest po stronie przeciwnej? Otóż tam nie ma nic. Oni przede wszystkim nie mają przywódcy, nie mają struktur, państwowe media zostały im skutecznie odebrane, również, jak wiele na to wskazuje, wszystkie służby zostały objęte pełną kontrolą, no a przede wszystkim ich potencjalny elektorat, to jakaś rozproszona drobnica, żyjąca wyłącznie wyliniałą już kompletnie nienawiścią.
     A zatem wniosek może być tylko jeden. Tym razem, faktycznie nie ma z kim przegrać. Pozostaje więc nam już tylko pilnować, żeby im ów sukces nie zamieszał w głowach i sercach. Przynajmniej nie za bardzo.


Gdyby ktoś nie zauważył, ukazała się właśnie moja kolejna, ósma już, książka pod tytułem „O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu”, zawierająca, oprócz szeregu tekstów z tego bloga, dwa kompletnie nowe eseje plus całą korespondencję, jaka miała miejsce między mną a prof. Zytą Gilowską w latach 2011-2014. Zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=o-samotnej-wyspie-zapomnianej-lodzi-i-oceanie-bez-kresu

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...