Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trybunał Konstytucyjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trybunał Konstytucyjny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2020

Trybunał Konstytucyjny przeciwko Trenerom Kreatywnego Seksu

       Aby możliwie najmocniej skomentować stwierdzenie przez Trybunał Konstytucyjny niezgodności z przepisami Konstytucji ustawy dopuszczającej mordowanie dopiero co pragnących się narodzić dzieci, których jedyną winą było to, że miały nie taki zestaw chromosomów, jaki zapewnia dobre samopoczucie wszelkiej maści eugenikom, niezastąpiony Onet na czołówkę swoich wczorajszych wiadomości wrzucił tytuł: „TK orzekł w sprawie zakazu aborcji. Gwiazdy komentują”, no a pod spodem zamieścił sążnisty materiał, w którym nas bardzo dokładnie informuje, jakie zdanie w rzeczonym temacie mają nie tylko Hanna Lis, Anja Rubik, Michał Piróg, Kuba Wojewódzki, Borys Szyc, Magdalena Cielecka, Maja Ostaszewska, czy Martyna Wojciechowska, ale także Matylda i Mateusz Damięccy, Izabella Krzan, Daria Ładocha, Mary Komasa, Tomasz Organek, Natalia Siwiec, Iwona Cichosz-Yggeseth, Anna Dziewit-Meller, oraz Joanna Keszka. Tego co oni wszyscy tam nam mówią relacjonował oczywiście nie będę, wystarczy że zacytuję fragment z Joanny Keszki, jak się okazuje „trenerki kreatywnego seksu”, który idealnie wyraża wszystko to, co się wylęgło w głowach całej reszty, od Hanny Lis po Tomasza Organka:

„Dlaczego nas dręczą ? Dlaczego do najważniejszych spraw w naszym państwie należy zastraszanie i prześladowanie kobiet, które miały seks?”

       Nie będę więc cytował choćby i drobnych fragmentów owych mądrości, natomiast przypomnę pewien swój bardzo dawny tekst, powstały jeszcze długo przed przewidywanym tam rokiem 2012, zanim się w ogóle się wziąłem za prowadzenie bloga, i zadedykuję go, dokładnie tak samo ja wtedy, im wszystkim. Niech go czytają i się zapluwają swoją nienawiścią.

Szanowny Panie Marszałku, Pani Prezydent, Panie i Panowie Posłowie! Wydawało się, że społeczeństwo polskie wystarczająco długo korzysta z dobrodziejstw uczestniczenia w czymś, co nazywamy Nową Kulturą Europejską, by zrozumieć, że czasy obskuranckiego dogmatu i czarnego zabobonu odeszły w niesławną niepamięć. Wierzyłem w to i wierzyłem również, że te przykre występy, z którymi mieliśmy do czynienia w jeszcze ubiegłym, 2012 roku, to był jedynie bezmyślny wybryk paru chorych z nienawiści pań w moherowych czapkach. Z przykrością dziś, jako przedstawiciel ugrupowania, mającego w swojej nazwie dumne słowo „odnowa”, mam obowiązek zawołać: „Oni żyją!” Wszyscy tu zgromadzeni na tej sali wiemy, o co chodzi i o kogo. Przed tygodniem, w jednej z warszawskich klinik, nasi specjaliści przeprowadzili kolejny już w tym miesiącu, o ile dobrze pamiętam, szesnasty, czy siedemnasty może, zabieg aborcji. Niestety, również po raz kolejny, nieliczne, ale jakże krzykliwe grupy, podnoszą larum, próbując powstrzymać coś, co nieuniknione. Powiem więcej, nieuniknione i ostateczne. Prawo do swobodnej aborcji do trzeciego roku życia jest prawem ostatecznym, ponieważ ostateczny jest także odwrót od tego, co wszyscy tak dobrze pamiętamy. Tak, tak, panie pośle. Ja pamiętam, pan pamięta i wszyscy tu zebrani, w tym Pan Marszałek i Pani Prezydent, pamiętamy te wszystkie nieprzespane noce, te zszarpane nerwy, tę nikomu niepotrzebną nienawiść. Pamiętamy te małe dzieci, nielegalnie, bez odpowiednich warunków, bez odpowiedniej higieny, bez odpowiedniego nadzoru, zabijane w najbardziej nieprzyjemny sposób tylko dlatego, że wielu z nas, zostało w pewnym momencie naszego życia w wolnej i wielkiej Europie, bez żadnego jasnego powodu i – powiem brutalnie – bez litości, pozbawionych prawa do obrony przed niegrzecznym dzieckiem. Mało tego. Nie dość, że zostaliśmy pozbawieni tego najbardziej oczywistego prawa człowieka, to za próbę demonstrowania naszej godności i naszych najbardziej szlachetnych pragnień, prawo państwowe stosowało wobec swoich obywateli ciężkie i okrutne kary. Wszyscy powinniśmy mieć dobrą pamięć i niech pan, panie pośle, nie udaje, że te czarne czasy to czyjaś fantazja. Wspomniałem o nieprzespanych nocach, bo to przykład szczególnie drastyczny. Ale to przecież nie wszystko. Czy już niektórzy z nas zapomnieli, co czuje dorosły, odpowiedzialny, spragniony najprostszej rozrywki człowiek, który nie może wyjść z domu się zabawić, albo czasem – tak, tak – pooglądać w spokoju mecz w telewizji, bo dziecko się pochorowało i nie umie się powstrzymać od płaczu? Czyśmy już zapomnieli, jak się czuje człowiek chcący w spokoju i w kulturalnych warunkach uprawiać seks ze swoją partnerką, lub partnerem, gdy nagle trzeba wstać i uspokoić marudzącego dwu, czy trzylatka. Jak krótka jest nasza pamięć, jak ograniczona nasza wrażliwość! Czy ci wszyscy, którzy tak łatwo i tak bezmyślnie załamują ręce nad tym zeszłotygodniowym zabiegiem, wiedzą cokolwiek o gehennie, którą przez ostatnie trzy lata przeszli opiekunowie tej usuniętej dziewczynki? Czy ci wszyscy, którzy z taką łatwością szafują słowem życie, zastanowili się raz chociaż, jak niegodne życie mieli ludzie o wiele ważniejsi, o wiele poważniejsi i o wiele istotniejsi dla dalszego postępu i rozwoju naszego wspólnego domu o nazwie Europa, niż ta niegrzeczna i chorowita osoba? Czy pani, pani poseł, potrafiłaby z czystym sumieniem stanąć przed matką pozbytego się już szczęśliwie dziecka i powiedzieć jej prosto w oczy: „Niech się pani dalej męczy”? Od 4 lat, mamy w naszym kraju dobre prawo. Prawo dobre, prawo mądre i, przede wszystkim, prawo wyrastające ze zwykłego, ludzkiego współczucia. Nie pozwólmy, by ludzie głupi i mali – powiem prosto i bez ogródek – ludzie śmiecie, tego prawa nas pozbawili.
(długie, niemilknące oklaski).
 




     

sobota, 2 lipca 2016

Game changer, który się sfajdał

Ja oczywiście nie przeczę, że wiadomość o tym, że austriacki Trybunał Konstytucyjny uznał za stosowne powtórzyć drugą rundę wyborów prezydenckich, jakąś karierę tu u nas zrobiła, nie zmienia to jednak faktu, że to jest news o takiej sile, że nawet gdybyśmy go musieli wysłuchiwać od rana do wieczora – od czego jesteśmy zdecydowanie zbyt daleko – to wciąż byłoby za mało. Tymczasem wiadomość o tym, że w Austrii doszło do sfałszowania wyborów prezydenckich i owo fałszerstwo było tak ewidentne, że nawet System nie był w stanie nic temu zaradzić, jest moim zdaniem wiadomością, która wywraca do góry nogami cały porządek europejski, jaki znamy. Część z nas wiedziała to od paru już lat, jednak to dopiero dziś dowiadujemy się całkowicie oficjalnie, że współczesna Europa to gniazdo żmij, dla których cała ta gadanina o demokracji to śmiechu warty kabaret. Bardzo proszę, byśmy się przez chwilę przyjrzeli z pewnym skupieniem temu, co się właśnie stało. W Austrii odbyły się wybory prezydenckie i w momencie gdy okazało się, że Austriacy zagłosowali na antyeuropejską prawicę, Europa najzwyczajniej w świecie wybory sfałszowała. A więc zrobiła coś, co starsi z nas pamiętają z najbardziej ciemnych czasów komunizmu, a ci bardziej oczytani z doniesień na temat tego, jak się sprawy mają w dyktaturach w tak zwanym trzecim świecie. I to się właśnie wydało. Współczesna Europa fałszuje wybory dokładnie tak samo jak oni.
Pamiętam, jak w roku 2010, po tym jak Jarosław Kaczyński przegrał wyścig o prezydenturę z Bronisławem Komorowskim, napisałem na tym blogu tekst, w którym pokazałem, jak to owe wybory zostały sfałszowane. Odezwał się na to mój serdeczny przyjaciel, komentator o nicku Lemming, i stwierdził, że ja nie mogę tak mówić, bo w momencie gdy dochodzi do fałszowania wyborów mamy do czynienia z tak zwanym „game changer”, a to jest coś, czego nasza cywilizacja nie jest w sani znieść. W tak zwanych miękkich dyktaturach można sobie pozwolić na wiele, kandydata do prezydentury można nawet zabić, ale wyborów się nie fałszuje. Sprawa zwycięstwa Bronisława Komorowskiego w roku 2010 nigdy nie została wyjaśniona, natomiast dziś dowiadujemy się, że sześć lat później w Austrii sfałszowano wybory prezydenckie i teraz trzeba je będzie powtórzyć. Czy w tej sytuacji pojawi się tu ktoś, kto powie, że moje podejrzenia z roku 2010 to jakiś absurd i co najwyżej dowód moich kompleksów? Czy ktoś mi zacznie tłumaczyć, że żyjemy w cywilizowanej i zjednoczonej Europie, dla której przestrzeganie prawa oraz zasad demokracji stanowi wartość najwyższą, a pomysł, by w tym świecie mogło dojść do sfałszowania aktu wyborczego, to czysty absurd?
Otóż doszliśmy do tego punktu właśnie. W Austrii odbyły się wybory prezydenckie i w obawie, że zwycięzcą może się okazać kandydat prawicowo-konserwatywnej części społeczeństwa, System postanowił wynik owych wyborów sfałszować. Powtórzę to raz jeszcze: w samym sercu nowoczesnej Europy doszło do fałszerstwa wyborczego i tego faktu nic już nie zmieni.
To, z czym bowiem mamy do czynienia, to w rzeczy samej jest ów „game changer”, z tą drobną różnicą, że ci, którzy go opracowali, nie przewidzieli, że element, który oni uznali za nieistotny, czyli naród, nie da się z tej gry tak łatwo wyeliminować. Przyznam szczerze, że jest to wiadomość na tyle wstrząsająca, że ja się im nie dziwię, że najwyraźniej nie mają ochoty w ogóle na ten temat rozmawiać.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować wszystkie moje książki.

sobota, 12 marca 2016

Gdy Bracia biorą się za nas

Gdy chodzi o masonerię, a więc towarzystwo, o którym tu staram się raczej bezpośrednio nie pisać i w sytuacjach bez wyjścia uciekam w stronę prostego satanizmu, mam trzy wspomnienia, a tym samym trzy refleksje. Pierwsza to uwagą poczyniona przez pewnego kolegę, jak sądzę, z masonerią związanego przynajmniej towarzysko, który przewidując ostateczny upadek rządu Leszka Millera, wysłał pewnego dnia roku 2000 do mnie esemesa następującej treści: „Kołodko… co za tragedia! Już jest po Millerze. Przez te czy inne służby Bracia się za niego wezmą”. To było wtedy, gdy o aferze Rywina jeszcze nawet ptaki nie śpiewały, SLD wciąż w sondażach szybowało i nikt nie mógł przypuszczać, że oto nadchodzi początek końca.
Druga refleksja związana jest z wywiadem, jaki swego czasu przeczytałem z którymś z ważniejszych polskich masonów w „Gazecie Wyborczej”, w którym ów mistrz zapewniał, że choć oni oczywiście są zawsze bardzo zatroskani tym, co się w Polsce dzieje, to bardzo się starają, by na bieżącą sytuację nie wpływać. W jego relacji, w okresie III RP oni zareagowali tylko raz. Podczas rządów Jana Olszewskiego. Rozmowa ta była przeprowadzona jeszcze przed rokiem 2007, więc niewykluczone, że za nami owych interwencji jest już nieco więcej, niż jedna, w każdym razie faktem jest, że on powiedział tak: masoni starają się bezpośrednio nie wtrącać i wyjątek zrobili tylko raz, w roku 1992.
No i jest jeszcze coś, o czym zawsze pamiętam, jeśli chodzi o masonów. Otóż dawno temu czytałem książkę o masonerii francuskiej i tam na samym końcu była opublikowana lista najprzeróżniejszych organizacji, które są przez masonów kontrolowane, a obejmują one cały wachlarz publicznej aktywności, poczynając od związku taksówkarzy, a kończąc na jakichś miłośnikach tańca towarzyskiego. I pamiętam, że już wtedy wiadomość ta zrobiła na mnie wrażenie, bo pomyślałem sobie, że jeśli taka jest prawda i jeśli ona wynika z określonego planu, to znaczy, że na poziomie propagandowym, oni w ten sposób są w stanie kontrolować dokładnie wszystko. Załóżmy bowiem, że w takim Paryżu dochodzi do politycznego konfliktu, który masoni pragną rozegrać propagandowo właśnie. Przy tym stanie posiadania, oni nie mają najmniejszego problemu, by na przykład zorganizować milionową demonstrację w imię każdego wybranego celu. I wtedy niech nikt nie myśli, że tu są zaangażowane jakiekolwiek polityczne agendy. Ależ skąd! Demonstrują zwykli obywatele.
Ale tak samo też się dzieje, jeśli idzie o zaangażowanie tak zwanych instytucji. Publikowane są kolejne oświadczenia jak najbardziej niezależnych środowisk, które z polityką nie mają zgoła nic wspólnego i reprezentują wyłącznie spojrzenie środowiska, które przecież, jak wiemy, łączy osoby o najróżniejszych politycznych zapatrywaniach.
A zatem, to tyle, gdy idzie o wspomnienia. Wracamy do dnia dzisiejszego. Jak się tu pewnie większość z nas domyśla, refleksje te przyszły mi do głowy w związku z tym, co się dzieje ostatnio w Polsce, a my się temu przyglądamy z rosnącym przerażeniem. Bo oto nagle się okazuje – a ów rzekomy fakt jest do znudzenia przywoływany przez media i polityków – że przeciwko rządowi Prawa i Sprawiedliwości występują wszyscy. Nie tylko Platforma Obywatelska, Nowoczesna, czy PSL, a więc polityczna opozycja, ale w ogóle wszyscy. Nawet były burmistrz Nowego Jorku Giuliani. Decyzji rządu i prezydenta nie broni dziś nikt: ani zwykli obywatele zgromadzeni w Komitecie Obrony Demokracji, ani nawet – i tu nawiążę do wcześniejszej uwagi – taksówkarze, ani miłośnicy tańca towarzyskiego. Włączamy telewizje, a tam po kolei prof. Strzembosz, Włodzimierz Cimoszewicz, Ryszard Petru, Kazimierz Marcinkiewicz. Idziemy spać budzimy się, włączamy telewizor, a tam Andrzej Olechowski, po Andrzeju Olechowskim Marek Safjan, a po Safjanie Andrzej Rzepliński. Ho, ho, tak, tak, jak mawiał klasyk.
A ja sobie przypominam swój bardzo już stary tekst poświęcony Markowi Goliszewskiemu, prezesowi organizacji pod nazwą Business Centre Club. Dziś Goliszewskiego akurat nie widać, Diabeł wie, gdzie on się w tej sytuacji snuje, ale jestem pewien, że on tu nam znakomicie zobrazuje problem, z jakim mamy do czynienia. Oto odpowiedni fragment:
„Dziś dowiaduję się, że Marek Goliszewski napisał list do Przemysława Gosiewskiego http://www.pb.pl/Default2.aspx?ArticleID=87b8328c-1bf6-427c-a8f8-b8a8236b43aa&ref=lastadd, w którym tłumaczy Gosiewskiemu, że on sobie nie życzy, żeby Gosiewski komentował jego interesy. Ja oczywiście nie śledzę tak bardzo dokładnie tej brudnej działalności, z której utrzymuje się Goliszewski i kto tam jeszcze z nim mieszka, ale – o ile mi wiadomo – jest to pierwszy przypadek, żeby on pozwolił sobie na taką bezczelność i wsadził swój nos w rejony, od których powinien się trzymać jak najdalej. Co się więc stało, że Goliszewski dostał nagle takiej cholery? Otóż okazało się, że kiedy Platforma – rzutem na taśmę – zaproponowała, żeby Państwo przestało utrzymywać partie polityczne, których – jak wiemy – użyteczność społeczna jest bez porównania większa niż użyteczność Goliszewskiego i jego szajki, Przemysław Gosiewski zasugerował, że w tej sytuacji, utrzymywaniem partii politycznych (tym razem już wybranych) zajmie się biznes. I ta właśnie wypowiedz Gosiewskiego spowodowała, że Goliszewski zapomniał się na ten jeden krótki moment kompletnie i się obnażył.
W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak przyjrzeć się, kim jest ten Goliszewski dwadzieścia lat po tzw. transformacji i czym się zajmuje. Jak on wygląda, już wiecie. A to naprawdę niemało. Zaglądam jednak do Wikipedii:
Marek Goliszewski (ur. 10 listopada 1952 r. w Warszawie) - polski przedsiębiorca, założyciel i prezes Business Centre Club. Absolwent Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (handel) i Uniwersytetu Warszawskiego (dziennikarstwo).Propagator wspierania inicjatyw prospołecznych, laureat wyróżnień za działalność pomocową - Przyjaciel Ludzi Bezdomnych (1996), Dębowy Laur Dobroczynności (2003), Wawrzyn Wyjątkowej Wrażliwości (2004), Laur Stokrotek Dobroci (2005) […]Prezes Polskiej Fundacji Klubu Rzymskiego – 1989. Członek: Zarządu Towarzystwa „Polska-Wschód” (1993), Społecznej Rady Planowania przy Centralnym Urzędzie Planowania (1994), Polskiego Forum Akademicko-Gospodarczego (od 1993), Klubu Europejskiego (1994), Stowarzyszenia Euroatlantyckiego (od 1994), Rady Integracji Europejskiej (1996), Narodowej Rady Integracji Europejskiej (2002), Środowiskowej Rady Integracji Europejskiej ds. Środowisk Gospodarczych (2002), Klubu Wschodniego – Stowarzyszenia Wspierania Współpracy Gospodarczej ze Wschodem (2002), Rady Biznesu Polska-Rosja (2002).Inicjator Rady Przedsiębiorczości (2002), Wiceprzewodniczący Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, Przewodniczący Zespołu ds. Dialogu Społecznego (2002).Odznaczony Orderem Prymasowskim Dla chwalących Boga czynem (2004), założyciel i współprzewodniczący FORUM DIALOGU (Sygnatariusze z 25 ogólnopolskich organizacji składających się z 1800 związków, stowarzyszeń i podmiotów publicznych)[…]
Rozumiecie o co mi chodzi? Czujecie ten opis? Widzicie historię, która za tym opisem idzie? Naprawdę mam nadzieję, że wiecie już też, dlaczego się denerwuję. Ale proszę zwrócić uwagę. Człowiek urodził się w roku 1952. Jest trzy lata starszy ode mnie. A ja już mam swoje lata. On zaczął żyć w roku 1989. No może nie do końca. Notka w Wikipedii wspomina o tym tygodniku o nazwie ‘Konfrontacje’ i jeszcze o tym, że Goliszewski to ‘inicjator rozmów opozycja-rząd w 1988 poprzedzających Okrągły Stół’. To jest dopiero tupet, prawda? Tak na marginesie, ja się nie znam, ale czy to prawda, że informacje w Wikipedii można osobiście redagować?
Więc akurat z tego nic się nie dowiemy. Zaglądamy więc dalej. Oto strona o nazwie: http://www.bcc.org.pl/Loza-Wielkopolska.3061.0.html. Tym, którzy mają rozum po to, żeby z niego korzystać, wystarczy sam adres. Dla tych bardziej ambitnych, ów adres może się przydać jeszcze po to, żeby tam zajrzeć i sobie przelecieć przez menu. Dla reszty mam następującą wiadomość. Jest tam takie miejsce, które się nazywa: Loża Wielkopolska Business Center Club. Kto chce, niech sobie wejdzie. Jednak ostrzegam, to jest teren skażony”.
Już kończę. Pozwolę sobie tylko powtórzyć to, co napisałem siedem lat temu: Rozumiecie o co mi chodzi? Czujecie ten opis? Widzicie historię, która za tym opisem idzie? Naprawdę mam nadzieję, że wiecie już też, dlaczego się denerwuję.
Mam nadzieję, że tym razem jednak damy radę. Tym razem damy radę.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Polecam gorąco.

piątek, 1 stycznia 2016

Nowy Rok, czyli zdejmiemy im z głów te płaszcze

Niniejszy felieton ukazał się wczoraj w „Warszawskiej Gazecie” i przyznaję, że stanowi kompilację noworocznych refleksji z czymś, co już tu zamieściłem nieco wcześniej. Ponieważ jednak mamy ów nowy rok i warto coś na tę okoliczność powiedzieć, proponuję właśnie to. Uważam, że będzie dobrze.


Kiedy piszę ten felieton, w telewizji, u Moniki Olejnik występuje prezes Rzepliński i nie mniej ni więcej oświadcza, że „nie może być tak, by sędziowie musieli się bać, że prokuratorzy zaczną przeszukiwać ich komputery”. To jest oczywiście wypowiedź na tyle głęboka i znacząca, że możnaby jej było poświęcić osobny felieton, ponieważ jednak zamykamy ten, jakże dla nas dobry i szczęśliwy rok, a w pewnym sensie sprawa Trybunału Konstytucyjnego owo zamknięcie znakomicie symbolizuje, chciałbym bardzo, by ten akurat felieton stanowił pewne podsumowanie tego, co się stało.
Na pierwszym więc miejscu wypadałoby nam więc postawić zdarzenie najważniejsze, czyli ostateczne postawienie przez Parlament do pionu paru sędziów, którzy nagle uznali, że trzecia władza to władza pierwsza i w praktyce jedyna. Przy tej jednak okazji życie przyniosło nam parę drobniejszych satysfakcji, do których chciałbym się odnieść osobno. Oto, jak wszyscy zapewne pamiętamy, podczas jednej z debat sejmowych Kornel Morawiecki powiedział dwie rzeczy: pierwsza to ta, że prawo to nie matematyka, a druga, że jeśli to prawo nie służy Narodowi, nie jest prawem, lecz bezprawiem. Słowa Morawieckiego wywołały powszechny entuzjazm i powiem szczerze, że ja go podzielam w pełni. Nie pamiętam bowiem, kiedy ostatnio mieliśmy okazję doświadczyć tego rodzaju intensywności komentarza w stosunku do naszej rzeczywistości. Nie wiem, czy Morawiecki wcześniej to sobie przemyślał, czy tak mu to nagle przyszło do głowy, ale to było naprawdę coś, zwłaszcza w tym konkretnym wykonaniu. Chwała mu za to.
Po serii niezapomnianych głosowań, znaleźliśmy się w studio TVN24, gdzie pokazano nam wspomnianego już tutaj prof. Rzeplińskiego, wprawdzie już w stanie wskazującym na poważne kłopoty psychiczne, choć wciąż jednak dalekiego od tego, z czym mamy do czynienia dzisiaj, jak obrażony wychodzi z Sejmu i drze mordę na Bogu ducha winną dziennikarkę telewizji TVN24 jak najbardziej, ale też chwilę jeszcze wcześniej, kiedy na niego wyskakują dziennikarze z mikrofonami i kamerami, a on w pierwszym odruchu narzuca sobie na łeb płaszcz, dokładnie w taki sposób, jak to robią wyprowadzani z prokuratury, czy sądu przestępcy.
To był oczywiście odruch i on go natychmiast próbował naprawić, ale liczy się pierwszy gest i owego gestu symbolika, i tego nikt i nic już nie zmieni. Po tym wszystkim, co się dzieje od miesięcy, po tych kolejnych kompromitacjach w wykonaniu tak zwanych „profesorów prawa”, po tym laniu, jakie oni codziennie dostają, widok ich głównego czarownika, kiedy zakrywa płaszczem twarz, jest nie do zastąpienia.
I dla mnie mijający rok, to – pomijając oba cudowne zwycięstwa – to jest właśnie to. Kornel Morawiecki, kiedy mówi, że prawo nie może stać nad dobrem narodu i Rzepliński z narzuconym na łeb płaszczem.
No i oczywiście to dzisiejsze wystąpienie u Olejnik, kiedy on nagle prosi, by mu nie zaglądać do komputera. Dla takich chwil naprawdę warto żyć.

Zapraszam jak zawsze wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie kupujemy moje, i nie tylko moje, książki.

czwartek, 3 grudnia 2015

Kiedy nadchodzi burza, wspomnijmy premier Margaret Thatcher

Wczorajszy dzień upłynął nam jak każdy, a więc na zwykłych codziennych zajęciach, a więc gdy chodzi o sejmową awanturę w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, mieliśmy okazję obejrzeć zaledwie tak zwane powtórki, ale przyznaję, że było bardzo przyjemnie. Prawie. Jedyny problem polegał na tym, że moje najstarsze dziecko, osoba wyjątkowo miła i łagodna, w pewnym momencie oświadczyła, że skoro nasze życie ma przez najbliższe lata wyglądać właśnie tak, to ona rezygnuje i prosi o to, by do władzy wróciła Platforma. Przynajmniej będziemy mieli cywilizowaną opozycję.
No ale, jak mówię, poza nią, do tego cośmy widzieli wszyscyśmy byli nastawieni wręcz entuzjastycznie. Z naszego punktu widzenia bowiem, sprawa polega na tym, że, jak wszystko na to wskazuje, owo przejmowanie przez Prawo i Sprawiedliwość odpowiedzialności za Polskę i to z taką właśnie determinacją, wbrew temu, co sobie wyobraża powoli zdychający reżim, przede wszystkim jest znakomicie zaplanowane i z najwyższą starannością realizowane, a co może jeszcze ważniejsze, społeczne poparcie pozostaje zdecydowanie za zmianami i każdy kolejny dzień będzie tylko owo poparcie wzmacniać i poszerzać.
Co więcej, jeśli zajrzeć choćby do Internetu, który, jak już pewnie wszyscy zdążyliśmy zauważyć, staje się pierwszym kontrolerem społecznych emocji, by zobaczyć, że tam panuje wyłącznie szampańska zabawa. Jeśli zajrzymy do Internetu, zauważymy natychmiast, jak tam się w ogóle nie odczuwa jakiegokolwiek niepokoju co do tego, czy nam się uda, czy wytrzymamy, czy oni jednak czegoś nagle nie wyciągną, co nas któregoś dnia zwyczajnie zabije. Tam, jak mówię, jest niemal wyłącznie karnawał i kabaret. I tu muszę wspomnieć coś bardzo ważnego: kabaret najwyższej jakości.
Oto syn mój pokazał mi wczoraj właśnie, że na Facebooku pojawiła się grupa parodiująca ledwo co powołany do życia tak zwany Komitet Obrony Demokracji, pod tą samą nazwą – Komitet Obrony Demokracji. Efekt tego jest taki, że wszyscy ci, którzy mieliby ochotę wykazać się prawdziwie obywatelską postawą i zaangażować w prace na rzecz wyrwania Polski z faszystowskiego uścisku, jeśli zaczną poszukiwania na Facebooku trafią albo na oryginał, albo na kpinę, a czym bardziej kto z nich jest głupi, czy choćby naiwny, tym większa ma szansę na to, że zbłądzi. A tam już pozostaje mu tylko wiać, gdzie pieprz rośnie. Historia, którą opowiedział mi syn wiąże się z jakąś zamieszkałą w Szwecji panią o nazwisku Dana Demirel, która postanowiła do owej kpiarskiej grupy wysłać następującą wiadomość:
„Dziękuję za przyjęcie mnie do grupy. Czytałam, że już za granicami o Was słychać. Mieszkam na stałe w Szwecji, w jaki sposób mogłabym pomóc grupie w rozpowszechnianiu wiadomości o Waszym istnieniu? Czekam na zadania”.
Na to żartownisie z KOD2 zwrócili się do pani z pytaniem: „Pierwsze i zasadnicze pytanie. Czy jest Pani Żydówką?”, na co pani Demirel odpowiedziała, że nie i zapytała, „Jakie to by miało mieć znaczenie?”
I tu otrzymała następującą odpowiedź: „Co do okoliczności sytuacji i powstania tego ruchu ma wielkie znaczenie. Proszę opuścić grupę”.
„Czy mogłabym uzyskać jakieś bliższe wyjaśnienie, o co panu chodzi?” spytała zaniepokojona pani Demirel, na co uzyskała następującą odpowiedź: „Nie, z racji tego, że nie jest Pani Żydówką”
.„Czy to jest grupa wyłącznie dla Żydów?” zapytała pani Demirel. „Tak” odpowiedział przedstawiciel ruchu. „Dlaczego więc przyjęto mnie do grupy?” zapytała sprytnie pani Demirel i tu padło wyjaśnienie: „Bo dano pani szansę”. „OK, skoro nie jestem tu mile widziana, opuszczę tę grupę. Czy Pan jest moderatorem tutaj?” „Jeszcze nie”, odpowiedział człowiek z KOD2. „To dlaczego właśnie pan wydaje mi takie polecenia?” dociekała pani Demirel. „Jeżeli byłaby Pani Żydówką, inaczej bym pisał”, padła odpowiedź, a dalej „Wszyscy goje, którzy chcą bronić demokracji muszą codziennie odmówić 3 razy litanię do Donalda zbawiciela Polski i koronkę do Matki Angeli zawsze dziewicy. Prenumerata gazety wyborczej”.
A na sam koniec, już chyba pod nieobecność tej biednej istoty, padło coś absolutnie najlepszego:
„A na poważnie – to serdecznie witamy w KOD! Jest Pani mile widziana – z napletkiem, czy bez. Komitet Centralny przydzielił już Pani pierwsze zadanie: w niedzielę mamy manifę pod Sejmem i potem przemarsz pod Pałac Kultury. Spodziewamy się prawdziwych tłumów, tak około 15-16 osób! Sprawa jest więc bardzo poważna. Proszona jest Pani o organizacje cateringu: bezglutenowy chleb i wędzony łosoś z organicznym koperkiem. Proszę dostarczyć catering do Gdańska, tam pójdzie Pani na dworzec i wsiądzie w Pierdolino. Konduktor to nasz człowiek. Na hasło WOLNOŚĆ I DEMOKRACJA odda Pani do dyspozycji tajną salonkę Kopaczowej, w Warszawie na Dworcu Centralnym prof. Hartman odbierze kanapki. Pozna go Pani po brodzie i inteligentnym wyrazie twarzy”.
I tak to się kończy owa wymiana. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że któryś z czytelników powie, że to jest dokładnie tak samo tanie i głupie, jak cała reszta i ja nie będę się upierał. Przyznaję, że na kabaretach nie bardzo się znam. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś całkowicie nowego. Otóż po raz pierwszy od tych ośmiu, czy dziesięciu lat przeciwnicy Platformy Obywatelskiej przejmują kulturę popularną i w dodatku robią to z dwa razy większym zaangażowaniem, niż to mieliśmy okazję dotychczas oglądać. I proszę zwrócić też uwagę na fakt, że jakkolwiek mocno byśmy przymrużali oko na te teksty, one nie zostały napisane przez Łukasza Warzechę, Jana Pietrzaka, Krzysztofa Feusette, czy któregokolwiek z popularnych prawicowych komików. Już na pierwszy rzut oka widać, że to jest coś całkowicie świeżego i autentycznego. To nie jest kabaret stworzony na potrzeby bieżącej polityki, ani bieżącą polityką się karmiący. To jest czyste szyderstwo, które stanowi element owego społecznego – nie politycznego – protestu przeciwko autorytetom, które przez minione osiem lat zostały wyprodukowane przez System, i który to protest doprowadził do zmiany władzy.
Większość z nas zapewne wciąż pamięta, z jak niezwykłą pomysłowością i zaangażowaniem, a przede wszystkim szczerością, popularna kultura cztery, pięć, czy osiem lat temu potrafiła kpić z Prawa i Sprawiedliwości i wszystkiego, z czym się ta nazwa kojarzyła. Pamiętamy również tamten czas, kiedy to z kompletnego niebytu wyciągnięto Henrykę Krzywonos i niemal natychmiast na Facebooku pojawiła się grupa przyjaciół „słynnej tramwajarki”, która w ciągu zaledwie paru chwil zdobyła 50 tysięcy polubień. Pojawiały się głosy, że to jest wszystko sztucznie nakręcone, natomiast ja wiedziałem, że za tym stoją, fakt, że mocno naiwne, ale jednak szczere, ludzkie emocje. Proszę, zajrzyjmy do Internetu dziś i popatrzmy, jakie wrażenie zrobiła Henryka Krzywonos tym razem. I wtedy zobaczymy różnicę.
Pisałem tu kiedyś o Margaret Thatcher, przypominając, w jaki sposób ona komentowała czas, kiedy została premierem, a wokół niej toczyła się autentyczna wojna. Obserwowała tę agresję, tę wściekłość, widziała z prawdziwą wyrazistością, jak trudne czasy przed nią, a jednocześnie była szczęśliwa, bo wiedziała dwie rzeczy: pierwsza to taka, że ona ma dobry plan wielkich zmian, a druga, że ona ma wystarczająco mocne społeczne poparcie, by owe zmiany realizować. Wczoraj w Izbie Gmin doszło do bardzo gorącej debaty w sprawie ewentualnej brytyjskiej akcji w Syrii. W środku toczyła się ta bitwa, a na zewnątrz trwały demonstracje, o jakich my nawet nie możemy marzyć. Brytyjski parlament przegłosował naloty i w tym samym momencie wystartowały pierwsze samoloty.
Myślę, że dziś i my widzimy, jak się robi poważną politykę.

Dziś rozpoczęły się wrocławskie targi książki. Na miejscu jest Coryllus, ja natomiast przyjeżdżam w sobotę i zostaję do niedzieli. Zapraszam wszystkich. Jednocześnie przypominam, że nasze książki są stale do nabycia w księgarni www.coryllus.pl.

środa, 2 grudnia 2015

Ho, ho, tak, tak, czyli o zachowywaniu proporcji

Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że wielu z nas życzyłoby sobie, bym skomentował w jakiś sposób zamieszanie, jakie mamy z Trybunałem Konstytucyjnym, no i w ogóle z realizacją przez Prawo i Sprawiedliwość projektu pod tytułem „Polska”. I daję słowo, że bardzo bym chciał powiedzieć tu coś strasznie oryginalnego i mądrego, ale zwyczajnie nie potrafię. Jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że wreszcie doczekałem chwili, kiedy oni wszyscy, po tych strasznych ośmiu latach, zapowiadają, że w tej jakże ponurej dla nich sytuacji będą musieli się odwołać do głosu ulicy. Co ciekawe, w imieniu całej opozycji – a więc poza Nowoczesną z kropką, jeszcze Platformą i PSL-em – odwoływać się będzie Ryszard Petru, który nagle doszedł do wniosku, że jeśli on tym swoim aksamitnym głosem Justyny Pochanke zacznie przekonywać nas do podjęcia akcji bezpośredniej w celu wsparcia skorumpowanych elit, my ulegniemy jego urokowi i pójdziemy za nim, jak w dym. Otóż nic z tego. To z czym mamy dziś do czynienia, to klasyczny leżajsk i kwiczajsk i ja już nie mogę się doczekać, jak przed budynkiem Sejmu zetrą się dwie konkurencyjne demonstracje.
I to jest naprawdę wszystko, co mam dziś na ten temat do powiedzenia. Natomiast wczoraj późnym wieczorem na Onecie trafiłem na wiadomość, która mnie zainteresowała naprawdę i która – jestem pewien, że przy odpowiednim skupieniu, każdy z nas zrozumie, jak wiele ona wnosi do tego, czym na co dzień żyjemy – moim zdaniem stanowi początek i koniec jakiejkolwiek politycznej dyskusji, którą prowadzimy, czy dopiero mamy zamiar prowadzić, a przy okazji pokazuje nam prawdziwy cel, jaki powinniśmy sobie wyznaczać. Właściwie mógłbym tu wstawić link, ale ponieważ wiem, jak część czytelników reaguje na linki, pozwolę sobie przekleić dłuższe fragmenty.
Tytuł informacji brzmi „Donald Tusk prezydentem Europy jest równo rok. Zarobił już ponad 1,3 mln zł.”, dalej jest tak zwany lead: „Donald Tusk za każdy miesiąc pracy na stanowisku szefa Rady Europejskiej zarabia ponad 100 tys. zł. Co więcej, po roku zapewnił już sobie unijną emeryturę w wysokości 4,3 tys. zł. Zarobki polityka są jednymi z najwyższych spośród światowych przywódców. Podsumowujemy wszystkie dochody prezydenta Europy”, a dalej już Onet przechodzi do sedna:
„Każdego miesiąca Donald Tusk z racji sprawowania funkcji przewodniczącego Rady Europejskiej otrzymuje pensję w wysokości blisko 25 tys. euro, czyli – licząc po aktualnym kursie - równowartość 106 tys. złotych. Przez ostatni rok Tusk zarobił więc prawie 1,3 mln zł.
Tym samym jest jednym z lepiej opłacanych przywódców na świecie. Rocznie zarabia więcej od kanclerz Niemiec Angeli Merkel (otrzymuje równowartość 95 tys. zł), premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona (86 tys. zł), a nawet – przynajmniej według oficjalnych danych – od prezydenta Rosji Władimira Putina (548 tys. zł). Jego pensja jest tylko trochę skromniejsza od tej, którą otrzymuje prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama (1,6 mln zł).
Wysokie dochody Polaka to w Unii Europejskiej nic nadzwyczajnego. Dokładnie tyle samo co Tusk zarabia szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Niewiele mniej dostaje szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini – jej roczna pensja to ok. 1,2 mln zł.
To nie koniec profitów, które zdobył Polak w trakcie pracy szefa Rady. Do wysokości jego pensji podstawowej należy doliczyć także tzw. dodatek mieszkaniowy, który polityk otrzymuje, mieszkając w Brukseli. Rocznie to kolejne 40 tys. euro, czyli równowartość 170 tys. zł.
Ile Tusk przez ostatni rok zaoszczędził, nie wiadomo. Jako przewodniczący RE nie musi ujawniać swojego majątku.
[…] Niezależnie [od tego,] kiedy Tusk odejdzie z unijnej pracy, dostanie odprawę w wysokości miesięcznej pensji. Do tego, przez kolejne trzy lata otrzymywać będzie tzw. dodatek przejściowy w wysokości 55 tys. zł miesięcznie.
Ten ostatni ma być niejakim spadochronem po powrocie do warunków krajowych. W Polsce Tusk zarabiał zdecydowanie mniej.
[…] Polityk po zakończeniu unijnej kariery nie będzie musiał jednak żyć z oszczędności, bo już nabył prawo do emerytury przysługującej przewodniczącym RE. Jej wysokość to 4,274 proc. miesięcznej pensji za każdy rok sprawowania funkcji. Po roku Tusk zapewnił więc już sobie ok. 4,5 tys. zł miesięcznie. Po pięciu latach jego emerytura – zależnie od kursu walut - sięgać będzie ponad 22 tys. zł. Uprawniony do jej pobierania będzie po ukończeniu 65., a nie 67. roku życia, jak to teraz ma miejsce w Polsce”.
I ta ostatnia, emerytalna, wiadomość jest w sumie na tyle pasjonująca, że można by ją było pozostawić, jako clou całej tej opowieści, jednak bez dodatkowej refleksji się nie obejdzie. Otóż kilka lat temu uczyłem angielskiego w ING Banku w Katowicach. Sam go wprawdzie nie uczyłem, ale autentyczną gwiazdą był tam człowiek, o którym mówiło się, że najpierw stworzył, a następnie obsługiwał cały system informatyczny banku. Znałem go z widzenia, był to gość znacznie młodszy ode mnie, wyglądający zupełnie normalnie, tyle że ile razy się pojawiał, wokoło następowała cisza. Dziś już nie umiem powiedzieć nawet tego, jak on miał na imię, ale pamiętam, że na drzwiach pokoju, gdzie pracował, przyczepiona była kartka z informacją: „Tu pracuje Wojtek, przy wchodzeniu proszę zdjąć buty”, czy coś w tym stylu. Pytałem uczniów, ile on zarabia, ale oni mówili, że choć nikt tego nie wie, to muszą być takie sumy, by ING miało gwarancję, że on się stamtąd nie ruszy. I powiem szczerze, że tego typu sytuację uważam za normalną. Uważam, że ten Wojtek, czy Maciek, czy Rysiek zasługiwał na każde pieniądze, a ING Bank zapytany, czemu mu płaci aż tyle, nie miał najmniejszych problemów z odpowiedzią.
A gdyby ktoś myślał, że patrzę zbyt wąsko, gotów jestem tu również oświadczyć, że ja naprawdę nie mam nic nawet przeciwko temu, by – skoro już jesteśmy przy temacie – ING Bank płacił tyle ile płaci temu durniowi Markowi Kondratowi. I też potrafię tę opinię uzasadnić.
Natomiast kiedy pojawia się kwestia taka oto, dlaczego firma o nazwie Unia Europejska kobiecie o nazwisku Federica Mogherini (przepraszam bardzo, ale kontynuować wątek Tuska jest mi zwyczajnie wstyd) postanawia płacić 1,2 miliona złotych rocznie, ja się bardzo mocno zastanawiam, co ona ma w sobie takiego, że została aż tak wyróżniona. I w tej sytuacji do głowy przychodzi mi już tylko wypowiedź, którą tu już parokrotnie cytowałem, a której autorem jest zmarły dziś już Aleksander Gudzowaty. Proszę posłuchać:
„Jeśli się komuś płaci 4 miliony złotych nagrody rocznej, to nie po to, żeby go karmić, ale po to, by go dyscyplinować”.
A my się tu, biedactwa, emocjonujemy sporem o to, jaki los czeka dziesięciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Ho, ho, tak, tak. Jak mawiał sam Mistrz.

Już jutro we Wrocławiu ruszają kolejne targi książki. Ja się tam wybieram dopiero w sobotę i zostaję do niedzieli, natomiast od samego początku z naszymi książkami na czytelników czekać będzie Gabriel Maciejewski, czyli nas kumpel Coryllus. Serdecznie zapraszam. W międzyczasie, każdego, kto ma ochotę sobie poczytać i mieć z tego satysfakcję, zapraszam jak zawsze do księgarni na stronie www.coryllus.pl.




czwartek, 26 listopada 2015

Czy Trybunał Konstytucyjny przykryjemy szmatą?

Wymieniając oczywiście na pierwszym miejscu zdarzenie najważniejsze, a więc mam nadzieję, że ostateczne postawienie przez Parlament do pionu paru sędziów, którzy nagle uznali, że trzecia władza to władza pierwsza i w praktyce jedyna, wczorajszy dzień przyniósł parę drobniejszych satysfakcji, z których każda mogłaby się doczekać osobnej notki, no ale ponieważ mamy takie a nie inne tempo, odniosę się dziś krótko do każdej z nich. Oto podczas debaty sejmowej wystąpił Kornel Morawiecki i powiedział dwie rzeczy: pierwsza to ta, że prawo to nie matematyka, a druga, że owo prawo ma służyć Narodowi, bo w przeciwnym wypadku, staje się bezprawiem. Słowa Morawieckiego wywołały powszechny entuzjazm i powiem szczerze, że ja go podzielam w pełni. Nie pamiętam bowiem, kiedy ostatnio mieliśmy okazję doświadczyć tego rodzaju intensywności komentarza w stosunku do naszej rzeczywistości. Nie wiem, czy Morawiecki wcześniej to sobie przemyślał, czy tak mu to nagle przyszło do głowy, ale to było naprawdę coś, zwłaszcza w tym konkretnym wykonaniu. Chwała mu za to.
Po serii niezapomnianych głosowań, znaleźliśmy się w studio TVN24, gdzie postanowiono skontaktować się telefonicznie z sędzią Stępniem i spytać się go, jak się czuje. Rozmowa była długa i wynikało z niej niezbicie, że Stępień z tych wszystkich wrażeń zwariował, co mnie również ucieszyło. On wprawdzie cały czas zapewniał, że jest szczęśliwy, bo Sejm właśnie potwierdził, jak ważny jest Trybunał Konstytucyjny i mimo coraz większej konsternacji prowadzącego rozmowę, trzymał się swojej wersji do końca, myśmy tutaj mieli obraz człowieka, któremu jednoznacznie coś, jak to pięknie mówią Czesi, preskoczilo.
No i wreszcie pokazano nam prof. Rzeplińskiego, jak obrażony wychodzi z Sejmu i drze mordę na Bogu ducha winną dziennikarkę telewizji TVN24 jak najbardziej. Wszyscy dziś się skupiają na tym, co i w jaki sposób on do niej mówił, i podczas gdy również moim zdaniem ów przedziwny atak w istocie był godny uwagi, uważam jednocześnie, że o wiele ciekawiej było chwilę wcześniej, kiedy na Rzeplińskiego wyskoczyli dziennikarze z mikrofonami i kamerami, a on w pierwszym odruchu narzucił sobie na łeb płaszcz, dokładnie w taki sposób, jak to robią wyprowadzani z prokuratury, czy sądu przestępcy. To był oczywiście odruch i on go natychmiast próbował naprawić, ale liczy się pierwszy gest i owego gestu symbolika, i tego nikt i nic już nie zmieni. Po tym wszystkim, co się dzieje od miesięcy, po tych kolejnych kompromitacjach w wykonaniu tak zwanych „profesorów prawa”, po tym laniu, jakie oni wczoraj dostali, widok ich głównego czarownika, jak zakrywa płaszczem twarz, jest nie do zastąpienia.
Jakiż piękny poranek!

Dziś już za godzinę rozpoczynają się kolejne Targi Książki Historycznej. Na miejscu jest już Coryllus z naszymi książkami, a ja sam dojadę w sobotę i zostanę do niedzieli. Zapraszam wszystkich bardzo serdecznie. Warszawa, Arkady Kubickiego pod Zamkiem. Jeśli ktoś nie da rady, pozostaje jak zawsze księgarnia pod adresem www.coryllus.pl.

sobota, 21 listopada 2015

Czy sędziom Trybunału byłoby do twarzy w perukach?

Skoro od paru dni jedynym praktycznie tematem jest zamach rządu Prawa i Sprawiedliwości pod patronatem prezydenta Andrzeja Dudy na tak zwaną „niezależność i odrębność” Trybunału Konstytucyjnego, nie widzę sposobu, by się do sprawy jakoś nie odnieść. Tym razem jednak nie będę się silił na jakiekolwiek komentarze, ale przedstawię gołe fakty. Otóż Trybunał Konstytucyjny w Polsce to 15 sędziów, a jeśli uwzględnimy naszą dziś dość szczególną sytuację polityczną – sędziów 17. Wszyscy oni, jak przystało na „niezależne i odrębne” jednostki, zostali wydelegowani do swoich zadań przez partie polityczne i aktualnie tworzą następującą drużynę:

1. Zbigniew Cieślak – Prawo i Sprawiedliwość
2. Teresa Liszcz – Prawo i Sprawiedliwość
3. Mirosław Granat – Samoobrona/LPR
4. Andrzej Rzepliński – Platforma Obywatelska
5. Stanisław Biernat – Platforma Obywatelska
6. Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz – Platforma Obywatelska
7. Stanisław Rymar – Platforma Obywatelska
8. Piotr Tuleja – Platforma Obywatelska
9. Marek Zubik – Polskie Stronnictwo Ludowe
10. Małgorzata Pyziak-Szafnicka – Platforma Obywatelska
11. Andrzej wróbel – PSL/SLD
12. Leon Kieres – PSL/SLD/PO
13. Roman Hauser – PSL/SLD/PO
14. Krzysztof Ślebzak – PSL/SLD/PO
15. Andrzej Jakubecki – PSL/SLD/PO
16. Bronisław Sitek – PSL
17. Andrzej Sokala – SLD

Ponieważ dwóch pierwszych sędziów z tej listy za parę dni kończy swoją służbę, otrzymujemy to, co otrzymujemy, a mianowicie Trybunał Konstytucyjny złożony z 15 wybitnych sędziów, którzy, cokolwiek by o nich nie mówić, mają jedną cechę wspólną, a mianowicie szczerze nienawidzą Jarosława Kaczyńskiego i wszystkiego, co się z nim kojarzy. Najpierw, jeszcze w maju, naród wybrał Andrzeja Dudę prezydentem, następnie, parę tygodni temu, Prawo i Sprawiedliwość, w sposób bezwzględny, wygrało wybory parlamentarne, tymczasem Trybunał Konstytucyjny składa się niemal wyłącznie z osób, które do obecnej władzy czują jedynie obrzydzenie i życzą jej wszystkiego najgorszego, a jakby tego było mało, za parę dni dwóch ostatnich członków Trybunału, choćby teoretycznie związanych z obecnym rządem, kończy swoją kadencję, a na ich miejsce wchodzą kolejni nominaci Platformy Obywatelskiej, SLD i PSL-u.
Tak się ma sytuacja? Otóż nie. Dzięki determinacji rządu i prezydenta owa katastrofa nam nie grozi. Dzięki politycznym zdolnościom Jarosława Kaczyńskiego i jego ludzi, Polska ma szansę zachować odpowiedni kulturowy i cywilizacyjny wymiar. Oczywiście Zły jak zwykle warczy, do tego jednak zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Damy radę. A kiedy już wpadniemy w naprawdę dobry nastrój, wprowadzimy rozporządzenie, by sędziowie musieli nosić peruki, wtedy oni będą wyglądać jak z Monty Pythona, a tytuł profesora nabierze wreszcie odpowiedniego kolorytu.

Książki, przypominam, można zamawiać wyłącznie przez internet na stronie www.coryllus.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...