Kilka już razy zadręczaliśmy się tutaj dylematem w takiej o to kwestii, czy oni wiedzą że kłamią? I na to pytanie odpowiedzi oczywiście były dwie, no może trzy. Pierwsza taka, że nie – nie wiedzą. Druga, że oczywiście wiedzą. Trzecia natomiast taka, że czasem wiedzą, a czasem zupełnie nie mają o tym pojęcia. Zwróćmy przy tym uwagę na fakt szczególny. Otóż ani na moment nie pojawiła się ewentualność taka, że oni nie kłamią, lub nawet że nie kłamią czasami. I to również było sprawą oczywistą. Bo oni kłamią zawsze, a jeśli jest w tym coś jeszcze bardziej szczególnego, to fakt, że oni nawet kiedy mówią prawdę, to też kłamią, bo skala ich opętania jest tak wielka, że ta prawda pojawia się w ich ustach wyłącznie na zasadzie kompletnego przypadku. A, jak wiemy, prawda przypadkowa, nie jest żadną prawdą.
To zresztą prowadzi nas do zjawiska bardzo interesującego cywilizacyjnie. Myślę, że znakomicie opisał tę kwestię w jednym ze swoich komentarzy nasz kolega Orjan, pisząc, że o ile w czasach Jezusa, kiedy Piłat pytał „Czym jest prawda”, on ani nie negował potrzeby prawdy, ani w ogóle nie kwestionował faktu, że prawda istnieje. On zaledwie wyrażał swoją bezradność wobec próby opisu prawdy. Dziś, w nowoczesnym świecie, którego nowoczesność jest tak znakomicie symbolizowana przez to, co niektórzy nazywają postpolityką, a co mamy okazję z wybałuszonymi oczami obserwować na co dzień w prezentacjach dostarczanych nam przez służby Systemu, problem tego czym jest prawda, nie istnieje. Jeśli to z czym mamy do czynienia możnaby opisać przy pomocy pytania, to brzmiałoby ono tak: „Po co prawda?”
I naturalnie, w odróżnieniu od piłatowego pytania, gdzie odpowiedź była albo niezwykle trudna do znalezienia, albo akurat wyjątkowo prosta, bo stojąca w zakrwawionych szatach tuż przed jego oczyma, to nowe, bardzo nowoczesne pytanie, nawet już nie czeka na odpowiedź, bo ona jest dostarczona w pakiecie z samym pytaniem. Ona powstaje dokładnie w tym samym momencie, w którym zadane zostaje to pytanie. Otóż prawda jest po nic. Z punktu widzenia dzisiejszych czasów, prawda jest przede wszystkim kompletnie nieinteresująca, nieinspirująca i nie mająca żadnej przyszłości. Z punktu widzenia dzisiejszych czasów – a prorocy tych czasów, znakomicie to rozumieją i świetnie się z tą wiedzą czują – to co jest naprawdę fascynujące i piękne to właśnie skuteczne kłamstwo, a więc kłamstwo, które pokazuje jak bardzo prawda, nawet nie to że jest wobec niego bezradna, ale że w ogóle jest stara, brzydka i niedołęzna.
I o tym też już, o ile sobie dobrze przypominam, rozmawialiśmy. Weźmy kwestię taką, że Polska jest, jak powszechnie wiadomo, krajem ludzi religijnych, myślących tradycyjnie, według niektórych wręcz obskuranckich. I oto nagle pojawia się informacja, że ci właśnie katolicy, antysemici, tępi konserwatyści, tak jak popierają stosowanie kary śmierci za ciężkie zbrodnie, lub chcą intronizacji Chrystusa na Króla Polski, postulują równocześnie wprowadzenie prawa do aborcji, eutanazji, zapłodnienia in vitro, a na dokładkę pozbawienia księży praw wyborczych. I wtedy okazuje się nagle, że ta przedziwna sytuacja, świadcząca wyłącznie albo o jakimś szaleństwie, lub w najlepszym wypadku o ciężkim moralnym kryzysie, jest opisywana jako coś niezwykle interesującego i wartego ważnej debaty.
Całe sztaby socjologów i tak zwanych psychologów społecznych, stwierdzają w swej pracy badawczej, że oto znaczna część społeczeństwa, na co dzień bardzo mocno związana z nauką Kościoła Katolickiego, regularnie praktykująca swoją wiarę, aktywnie uczestnicząca w różnego rodzaju grupach modlitewnych, pielgrzymkach i wszelkich innych kościelnych projektach, jednocześnie za swoich głównych wrogów uważa Radio Maryja i Jarosława Kaczynskiego. I to odkrycie, zamiast budzić w nich oczywisty niepokój, powoduje wyłącznie pełen pięknej elektryczności dreszcz. A kiedy na dodatek zaobserwują fakt, że ci sami ludzie czują nieposkromioną sympatię do osób, których cała publiczna działalność ma na celu zniszczenie Kościoła w Polsce, to wtedy już potrafią wyłącznie krzyczeć ze szczęścia.
Od czterech już niemal lat, każdy w miarę przytomny obserwator naszej sceny publicznej widzi, że projekt o nazwie Platforma Obywatelska przynosi Polsce wyłącznie ruinę i wstyd. To w skali ogólnej. Natomiast jeśli idzie o poziom gestów codziennych i podstawowych, nie ma praktycznie dnia, żeby któryś z wybitnych przedstawicieli tego projektu nie zrobił, lub nie powiedział czegoś, co i jego i ów projekt wyłącznie kompromituje. Dowiadujemy się powiedzmy któregoś dnia, że oto któryś z ministrów, lub sam Premier, coś ukradł, zepsuł, lub zwyczajnie zrobił z siebie idiotę, a jego najbliższe otoczenie, nie jest w stanie go nawet za to potępić, bo, jak się okazuje, każdy z nich ma na swoim koncie winy jeszcze znacznie bardziej poważne. I to stanowi wiadomość jak najbardziej oficjalną. I w tym momencie owi socjologowie i psychologowie społeczni przeprowadzają szereg badań, z których wynika, że właśnie opisany wyżej szereg zdarzeń doprowadził do znacznego wzrostu poparcia dla rządu i tworzącej go koalicji. Czy ta konstatacja budzi w nich jakikolwiek niepokój? Czy ten typ obserwacji każe im się zastanowić nad tym, że skoro dochodzi do tego rodzaju zakłóceń poznawczych, to albo coś bardzo niedobrego musi się dziać z samym społeczeństwem, albo system politycznej propagandy stworzył bardzo niebezpieczny mechanizm nacisku na ludzi i go bardzo skutecznie realizuje? Ależ skąd! Oni wszyscy są wręcz zachwyceni, że oto prawda została w tak cudowny sposób zrealitywizowana, że nagle okazała się zupełnie niepotrzebna.
Skąd mi przyszło do głowy, by ponownie pochylać się nad tym przykrym elementem naszego dzisiejszego życia? Pierwszy powód to ten, o którym już wspomniałem wyżej. Ostatnie tygodnie przyniosły nam kompromitację tego rządu w skali dotychczas chyba jednak niespotykanej. Przede wszystkim mam tu na myśli kompletną klęskę Polski, jako tzw. wielkiego placu budowy. W dodatku, jeszcze, skoro mówimy o klęsce, należy zauważyć, że to nie jest tylko tak, że oni się bardzo starali, ale im nie wyszło, bo czy to zabrakło pieniędzy czy też spadł deszcz, czy może wszystko nagle zamarzło. Owa budowlana katastrofa ma przyczyny jak najbardziej subiektywne, i wszystko wskazuje na to, że za nią stoi czyste, zwykłe przestępstwo. Jeszcze nie zdążyliśmy przetrawić dobrze informacji o niespodziewanym końcu budowy, kiedy okazało się, że inflacja osiągnęła niespotykany od 10 lat poziom 5%.
Jakby tego było mało, na Polaków zaczęły spadać zwykłe pospolite nieszczęścia, które oczywiście najczęściej są przede wszystkim skutkiem działań złego losu, ale ponieważ tak to się nieszczęśliwie ułożyło, że od pewnego czasu – jak najbardziej z inicjatywy partii rządzącej – były chętnie używane jako bat na polityczną opozycję, będą już w ten sposób wykorzystywane zawsze. Mam tu na myśli serię bardzo tragicznych wypadków drogowych, które – co akurat tu jest niezwykle istotne – dotknęły ludzi bardzo biednych i bardzo pracowitych. Dziś dowiadujemy się, że w Świętochłowicach, w jednej z tych nędznych śląskich kamienic, doszło do tragicznego pożaru i kolejnych pięć osób straciło życie. Czy owa seria dramatycznych wydarzeń w jakikolwiek sposób wpłynęła na zmianę społecznych nastrojów? Ani trochę. Czy to znaczy, że one się nie zmieniły? Ależ wręcz przeciwnie. Zmieniły się bardzo. Wedle relacji, jakie otrzymujemy od socjologów i psychologów społecznych, bardzo znacznie wzrosło poparcie dla obecnej władzy, a to prawdopodobnie dlatego, że ludziom bardzo spodobał się ostatni kongres Platformy Obywatelskiej.
I co w związku z tym? Jak to co? Jest świetnie. Z punktu widzenia interesów nauk społecznych, ten rodzaj opętania jest prawdziwym skarbem.
A więc to byłby jeden powód, dla którego postanowiłem dziś wrócić do tematu, czym jest prawda i czym kłamstwo, z rozszerzeniem o ów nowy wymiar problemu, a więc kwestię określoną przez Orjana słowami: „Po co prawda?”. Drugi z nich związany jest natomiast z wydarzeniem dość peryferyjnym, a jednak, moim zdaniem, niezwykle istotnym. Otóż ostatnio rząd wysłał w naszym kierunku dwa przekazy. Pierwszy sformułowany przez samego Premiera, że mianowicie chorwackie truskawki są znacznie smaczniejsze od polskich, a drugi, przez ministra Sikorskiego, że oto Polacy powinni zrezygnować z wakacji w kraju na rzecz wakacji w Egipcie, po to by wesprzeć tamtejszą gospodarkę. Obie te wypowiedzi, a zwłaszcza ta odnosząca się do potrzeby wspierania przez polskich obywateli egipskiego państwa, spotkały się naturalnie z odpowiednią reakcją wszystkich choćby minimalnie wrażliwych obserwatorów, w tym samego Jarosława Kaczyńskiego. I kiedy wydawało się, że sprawa jest tak oczywista, że nie ma potrzeby jej dalszego komentowania, okazało się, że nawet jeśli ona jest oczywista, to akurat Jarosław Kaczyński powinien siedzieć cicho, bo wszyscy rzekomo pamiętamy, jak to on parę lat temu sam wysyłał Polaków do Egiptu.
I teraz jest tak. Otóż każdy kto pamięta tamto wystąpienie, wie, że Jarosław Kaczyński nie wysyłał Polaków do Egiptu, nie namawiał ich, żeby korzystali z egipskich luksusów, tylko mówił, że nie może być tak, żeby znaczna część polskiego społeczeństwa – społeczeństwa jak by nie było europejskiego i demokratycznego – skutkiem straszniej i bezprzykładnej biedy, było wyłączona z tego typu ewentualnych przyjemności, jak wakacje w Egipcie. On nie mówił ani jednym słowem, że Egipt jest miejscem dla nas, że wakacje w Egipcie są lepsze niż wakacje nad polskim morzem. On jedynie wyrażał oburzenie sytuacją, w której wielkiej części Polaków odbiera się możliwość sprawdzenia tego stanu rzeczy. I oto nagle pojawia się cała banda zwykłych, codziennych kłamców, którzy aż łapią się za brzuchy z rozbawienia, jak to ten sam Kaczyński, który dwa lata temu kazał Polakom jechać do Egiptu, dziś oburza się na Sikorskiego, kiedy ten robi dokładnie to samo.
Ktoś powie, że to standard. Temat nie wart uwagi. Otóż byłoby pewnie dokładnie tak, gdyby nie to, że wszystko wskazuje na to, że o celności owego szyderstwa przekonani są nie tylko oni, ale również i ci, kórych psim obowiązkiem jest myśleć i nie dać sobą manipulować. Wczoraj w Wirtualnej Polsce Igor Janke poświęcił tej sprawie cały swój felieton. Że sprawa Polaków w Egipcie niby ze strony Jarosława Kaczynskiego stanowi szczególną bezczelność, natomiast dla polityków jest ostrzeżeniem, by uważać na swoje słowa, bo one zwykle obracają się przeciwko nim samym. Igor Janke, z tego co czytam w tym dziwnym felietonie, jest szczerze przekonany, że przed dwoma laty Jarosław Kaczyński rzeczywiście polecał Polakom wakacje w Egipcie. Nie że on o Egipcie mówił w sposób czysto symboliczny i że załamywał ręce nad tym, że Polaków na Egipt nie stać, ale nad tym, że oni tam nie chcą jeździć. Ktoś znów powie, że z Igora Janke nie jest żaden wzór zwykłego uczciwego dziennikarstwa. A ja na to odpowiem, że może i nie jest, natomiast jestem przekonany, że akurat jeśli idzie o niego, on swój felieton pisał jak najbardziej uczciwie i w przekonaniu, że jego umysł jest tu niezwykle ostry i czujny. Czemu tak myślę? Dlatego mianowicie, że po pierwsze, co by o Igorze Janke nie mówić, on nie należy do pierwszego rzędu reżimowych manipulatorów, a z całą pewnością nie w obowiązującym w tamtych rejonach stopniu.
Jest jednak jeszcze coś, co każe mi wierzyć, że Janke jest tu szczery. A powodem tym jest osoba posłanki Prawa i Sprawiedliwości nazwiskiem Zalewska. Otóż wczoraj w telewizji wystąpiła owa kobieta i na uwagi Bogdana Rymanowskiego na temat Egiptu – uwagi, zaznaczmy, całkowicie zgodne w nastroju z obowiązującym trendem – wpadła w kompletną panikę. On ją pytał, jak to jest, że jej osobisty prezes może być aż tak zakłamany, a ta wiła się jak piskorz, by uniknąć przykrej sytuacji, cały czas zmieniała temat, przerzucała zarzuty na Sikorskiego, tłumaczyła że ona nie chce rozmawiać o Kaczyńskim, bo oskarżony jest Sikorski, i ani jednym słowem nie potrafiła zgasić tego szaleństwa. W pewnym momencie doszło do tego nawet, że zamiast powiedzieć, że ona siedziała podczas przemówienia Kaczyńskiego w pierwszym rzędzie – bo siedziała w tym rzędzie w rzeczy samej – i wszystko świetnie słyszała, i że Kaczyński nikogo nie namawiał do wyjazdu do Egiptu, w czystej już desperacji, przyjęła propozycję Rymanowskiego, żeby uznać, że wszyscy politycy lubią od czasu do czasu zaliczyć wpadkę, a Kaczyński nie jest tu wyjątkiem.
Ja od niej nie wymagam, żeby ona była tak sprytna, by wyjaśnić Rymanowskiemu, obecnemu w studio Wenderlichowi, a przy okazji Igorowi Janke i całej kupie otumanionych widzów, że nie jest uczciwe kogoś, kto na przykład ubolewa na tym, że ludzi w Polsce nie stać na prywatną opiekę zdrowotną, oskarżać o to, że każe ludziom chodzić do prywatnego lekarza. Natomiast spodziewam się po niej, że ona będzie rozumiała, co do niej mówi prezes jej partii. I że będzie umiała to co zrozumie, zapamiętać.
Na początku tych refleksji pojawił się problem określony przeze mnie pytaniem: „Czy on wie, że kłamie”. I zaraz po tym pytaniu pojawiła się odpowiedź, że raz wie, raz nie wie, a raz wie lub nie wie. Dziś zaczynam się obawiać, że w przypadku wielu z nas – nie wielu z nich, ale wielu z nas – to pytanie również robi wrażenie bardzo aktualnego. Ponieważ mam przed sobą tak zwanych „naszych”, nie będę zakładał, że oni kłamią z rozmysłem. Nawet nie bardzo mam ochotę sugerować, że oni w ogóle kłamią. Wolę zakładać, że „nasi” są okay. To są dobrzy, porządni, wrażliwi ludzie, którzy kłamstwem się brzydzą i kochają prawdę. Dla nich nie istnieje ani dylemat pod tytułem „Czym jest prawda?” ani też dylemat drugi, pod tytułem „Po co prawda”. Jedyny ich problem polega na tym, że są leniwi i gnuśni. Bo to że głupi, też z czystego dla nich szacunku, odrzucam jako pomówienie. Tyle że co nam z tego?
Mija kolejny tydzień autentycznego strachu. Jeśli ktoś z czytających te słowa ma jakiś luźny grosz, proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.