Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezdomność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezdomność. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 sierpnia 2013

Idzie jesień

Nie wiem, czy ci z nas, którzy w Salonie24 bywają rzadko, znają blogera podpisującego się nickiem Lestat. Ja na niego zwróciłem uwagę, kiedy któregoś dnia, parę już lat temu, przeczytałem jego tekst zatytułowany „Dziewczynka z tutką i anioły, nie licząc misia”. Dziś nie będę akurat poświęcał uwagi samej tej notce, choćby z tego względu, że każdy, kto chce, może wejść na stronę Salonu i sobie ją przeczytać – również, jak najbardziej dzisiaj – natomiast chciałbym przede wszystkim przyznać, że, kiedy pierwszy raz ten tekst przeczytałem, wpadłem w autentyczny zachwyt. To było coś tak poruszającego, że ja natychmiast uznałem tego Lestata za „swojego człowieka”.
Druga jednak rzecz, jaką muszę tu powiedzieć, to to, że, co się okazało już po niedługim czasie, ów tekst był jedynym wartym uwagi tekstem Lestata, by nie powiedzieć, że niemal każdy z pozostałych był wręcz irytująco nie do zniesienia.
Stało się jednak coś jeszcze. Otóż, jak się okazało, samemu Lestatowi ów tekst tak się spodobał, że on postanowił go na swoim blogu wklejać rok w rok, co najmniej raz, a diabli wiedzą czy nie częściej. I to jest oczywiście coś, co, przynajmniej dla nas, zamyka sprawę Lestata na zawsze… i pewnie by ją zamknęło ostatecznie, gdyby nie pewien problem.
Otóż ja dziś wspominam tamten tekst wyłącznie ze względu na sytuację, w jakiej sam się znalazłem, i która mnie mocno męczy. Rzecz mianowicie w tym, że, jak niektórzy pamiętają, parę tygodni temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Bucik”, który wprawdzie nie wywołał jakiej szczególnie wyraźnej bezpośredniej reakcji czytelników, ale przede wszystkim sprawił, że sam poczułem się niezwykle z siebie dumny, a poza tym, to tu to tam, pojawiły się jednak głosy świadczące o tym, że nie tylko ja go ma do niego stosunek wyjątkowy.
Na czym polega problem? Na tym mianowicie, że od czasu gdy poznałem menela, któremu poświęciłem ów tekst, ja go spotykam niemal codziennie, codziennie z nim sobie rozmawiam, i, jak by na to nie patrzeć, to on mi właśnie dostarcza każdorazowo nowej porcji bardzo poważnych inspiracji. I oczywiście, ja mógłbym charakter tego bloga w jednej chwili zmienić z dotychczasowego, a więc polityczno-społecznego, na opisujący moje codzienne relacje z menelem Krzysiem, i próbować w ten sposób robić wrażenie na czytelnikach, ale wiem, że są granice bezczelności, i nawet jeśli przede mną przekroczył je bloger Lestat, to ja już tego akurat robić nie muszę. A mimo to, jest mi naprawdę bardzo trudno o nim nie pisać.
Proszę więc posłuchać. Miałem dziś naprawdę marną noc. Najpierw przydarzył mi się autentyczny koszmar i kiedy próbowałem dojść do siebie i już prawie zasypiałem, za oknem rozległy się śpiewy wracającej z całonocnej zabawy bandy młodocianych idiotów. Piosenka, którą oni śpiewali na znaną nam wszystkim melodię, brzmiała następująco: „Dobry Jezu a nasz Panie, daj nam siłę jebać Anię”. I tak w kółko. Ostatecznie, oni z jakiegoś powodu zatrzymali się pod naszymi oknami, i tak skandowali bez końca.
Nie bardzo potrafiłem już później zasnąć, więc ta sobota jest dla mnie dość ciężka. No ale, jak to często bywa, żona moja wysłała mnie na ciężkie zakupy, no i pod naszym lokalnym marketem spotkałem Krzyśka. Siedział sobie Krzysiek na ławce, przywitaliśmy się, ja na chwilę obok niego usiadłem, a on mnie zapytał, czy nie mógłbym mu kupić ćwiartki wódki. Po krótkich negocjacjach, które ja oczywiście na czysto przegrałem, opowiedziałem mu o mojej nocnej przygodzie. On pokiwał smutno głową, i już się nie odezwał, dopóki nie wróciłem do niego z tą flaszką. I wtedy on powiedział do mnie tak: „Siądź sobie na chwilę, Krzysiu, to pogadamy”. Siadłem, dałem mu tę flaszkę, a on mi na to mówi tak: „Zły dziś jestem jak cholera”. Pytam: „Dlaczego?” Na co on: „Zaraz ci powiem, tylko się napiję” Napił się łyczka i mówi do mnie: „Musisz wiedzieć, że ja mam bardzo dobrą pamięć. Co mi powiesz, to ja zapamiętam już na zawsze. No i zapamiętałem to, co mi powiedziałeś o tych małolatach: ‘Dobry Jezu a nasz Panie, daj nam siłę jebać Anię’. Ja to już zapamiętam na zawsze. I powiedz mi tylko, Krzysiu, jak to jest, że, ja nie mówię, żeby któremuś z nich w łeb walnął od razu piorun, ale żeby chociaż kamyk spadł z nieba? Jeden kamyk. Chuj tam kamyk – niechby chociaż zaczęło padać. A tu nic. Taka piękna pogoda i ani kropli deszczu”.
Parę dni temu wracałem do domu z pomidorami. Ponieważ w tych marketach, z jakiegoś niezbadanego powodu, kilogram pomidorów idzie za niewiele ponad złotówkę, żona moja wysłała mnie, żebym ich kupił dziesięć kilo. Na przeciery. Na jesień i zimę.
Wracam z tymi pomidorami, a na ławce siedzi Krzysio z kolegą. Krzysio, jak Krzysio, natomiast kolega znacznie młodszy, menel taki bardziej początkujący. Przywitaliśmy się, uścisnęliśmy sobie ręce, a ja mówię, że niosę dziesięć kilo pomidorów, po żona mi kazała kupić…
Wprawdzie mi tu nie bardzo wypada pisać, że mi brakuje słów, jednak tak to właśnie jest. Ja nie jestem w stanie znaleźć słów, by opisać to wzruszenie, jakie obu w jednej chwili ogarnęło. Jednego i drugiej jakby raził ów kamyk, którego tak nam czasem brakuje. Jeden i drugi natychmiast stali się śmiertelnie poważni, i niemal w jednym momencie obaj zapytali: „Na przeciery?”
Daję słowo, że ja, poza tym jednym słowem „spoważnieli”, nie umiem znaleźć odpowiedniego sposobu, by opisać tę ich reakcję – tę tęsknotę; ten żal; to poczucie utraty. Później, kiedy już wróciłem do domu, opowiedziałem Toyahowej sytuację, a ona, jak to ona, wzruszyła ramionami i powiedziała: „Widocznie przypomniał im się dom i mama robiąca przeciery”.
A więc tak. Są rzeczy wieczne, których nie zniszczy nic. I to jest naprawdę coś cudownego. I tylko czasami przychodzi ta myśl – żeby choć jeden kamień; choćby jedna kropla deszczu. A tu nic.

Bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga, na tyle, na ile kogo tam stać. Bez tego nie damy rady. Dziękuję.

sobota, 24 sierpnia 2013

Żeby Krzysiek...

Przez tę przerwę, nagromadziło się tyle rzeczy, o których wypadałoby opowiedzieć, i choć najprościej byłoby skorzystać ze sprawdzonej przecież powszechnie zasady „wszystko po kolei”, wciąż pojawiają się nowe wydarzenia, i jest bardzo trudno się od nich odpędzić.
Weźmy takiego Marka Bolana i jego wstrząsająco piękny grób na cmentarzu w Golders Green w Londynie. Byłem tam, przywiozłem ze sobą wspomnnienie i oczywiście fotografię, i chciałem podzielić się tu odpowiednią refleksją, ale cóż ja mogę zrobić, skoro dziś spotkałem mojego kumpla menela i jestem znów kompletnie porażony?
Problem menelstwa przez całe niemal życie odsuwałem od siebie z histeryczna wręcz determinacją, a powód miałem jeden. Otóż ja zawsze starałem się unikać rozwiązań najprostszych, również – a może przede wszystkim – na poziomie emocjonalnym, a nigdy nie ulegało dla mnie wątpliwości, że z punktu woidzenia tak zwanego popu, nie ma nic bardziej fascynującego, jak autentyczny menel z autentyczna historią.
Miałem kiedyś bardzo bliskiego kolegę, o którym zresztą napisałem wspomnienie w swoim „Biustonoszu”, który kiedyś był z nami niemal na co dzień, ale jego życie niestety tak się potoczyło, że stracił dom, a jakiś czas później, pewnego niedzielnego poranka, skończył na pewnym przystanku, zabity przez samochód, którego kierowca nieszczęśliwie zasnął za kierownicą. Ach! Jak się te losy plotą, czyż nie?
Otóż mój kumpel Harmyto, kiedy jeszcze nic nie wskazywało na to, że mu życie się ułoży tak jak się ułożyło, pracował w kiosku Ruchu, opowiadał z błyskiem w oku o pewnym lokalnym pijaczku, który regularnie przychodził do kiosku w celu nabycia kolejnej porcji wody brzozowej na potrzeby konsumpcyjne. Harmyto był swoimi kontaktami z tym człowiekiem tak bardzo poruszony, bo, z tego co mówił, wynikało, że mieliśmy do czynienia z człowiekiem bardzo szeroko wykształconym, znającym szereg obcych języków (w tym chiński), będącym w stanie rozmawiać na wszelkie możliwe tematy… tyle że śmierdział i wyglądał nieładnie. Kolega mój – trochę pewnie pod wpływem naszej fascynacji kulturą pop – strasznie przeżywał każde z tym człowiekiem spotkanie, a ja – no, cóż ja – wzruszałem ramionami i odsuwałem od siebie wszelkie emocje, bojąc się popaść w tani sentymentalizm. No, a poza tym mi nigdy nie imponowała ani wyższa wiedza, ani znajomość języków, no a już tym bardziej proste – czy nie proste – menelstwo.
Napisałem niedawno o człowieku, z którym się zapoznałem wyłącznie ze względu na jego cudowny uśmiech i tak niezwykle radosne spojrzenie, i który mi zaproponował, bym się modlił do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, bo tylko ona zna ten moment, kiedy to trzeba wystawić rękę, by złapać spadający ze stopy bucik. Obiecałem – sobie i jednemu z zaprzyjaźnionych komentatorów – że się dowiem, jak on ma na imię, no i się dowiedziałem. Otóż, proszę sobie wyobrazić, jemu na chrzcie dali Krzysztof. Wiadomość ta była dla mnie tak porażająca, że w pierwszej chwili mu powiedziałem, że moim zdaniem on sobie ze mnie stroi żarty, jednak na tyle na ile potrafię oceniać ludzi, musiałem przyjąć, że on mnie nie oszukuje, a więc najpierw on mi obiecał, że, jak się spotkamy w poniedziałek – w sumie ciekawe, czemu on wykluczył niedzielę – pokaże mi dowód osobisty, a potem zaproponował, że się napijemy za rok, 25 lipca.
Ale opowiedział mi coś jeszcze. Otóż – o czym wcześniej nie wspominałem – kiedy go poznałem, on miał dwie nowiusieńkie niebieskie kule. Dziś miał tylko jedną z nich i strasznie się, martwił, ze, kiedy on leżał gdzieś nieprzytomny, ktoś mu jedną z nich ukradł. Po co? Nie wiem. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że może ot tak, dla – jak to pięknie określił Norwid – ludzkiej zabawy?
Mój kumpel Krzysiek ma 50 lat i jest bezdomny od dwudziestu lat. Wcześniej był cukiernikiem, no a potem przyszła III RP, no i go wypchała na ulicę. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że gdyby on był troszkę starszy, pewnie by trafił tam gdzie jest, jeszcze za Jaruzelskiego i Kiszczaka, no ale my dziś rozmawiamy o Krzyśku, który wkroczył w nową Polskę jako cukiernik, i mu jakoś tam nie wyszło. Zapytałem go, gdzie śpi – czy może w tej opuszczonej kamienicy tuż obok? A on mi na to odpowiedział, że nigdzie. Że jak jest noc, to on w ogóle nigdzie nie śpi. „Trzeba czuwać” – tak mi powiedział. Natomiast w dzień, tak jak to w życiu, to tu to tam.
Na koniec naszej rozmowy Krzysiek mnie poprosił, żebym mu dał jakiś grosz. Nie miałem nic poza dziesięciozłotowym banknotem, więc mu dałem tę dychę. On się bardzo przejął i obiecał mi, że w poniedziałek odda mi resztę, na co ja zaproponowałem, że w tej sytuacji, zrobimy tak, że on w poniedziałek ode mnie nie dostanie nawet tradycyjnej puszki Żywca, i będzie gites. Zgodził się z radością.
Moja starsza córka twierdzi, ze tu w okolicy żyje człowiek, który kiedyś na wydziale socjologii Uniwersytetu Śląskiego doktoryzował się w zakresie bezdomności, i tak go ten temat wciągnął, że już tam został. Moje dziecko mówi mi, żebym uważał, bo tam musi być coś takiego, co wsysa tych bardziej wrażliwych z nas, jak czarna dziura. A ja jej mówię, żeby się nie martwiła. To wszystko się zaczyna znacznie wcześniej. Mniej więcej tuż po studiach, ewentualnie gdzieś w czasie pracy nad różyczkami z lukru na kolejny tort dla szczęśliwych nowożeńców. Większość z nas jest w miarę bezpieczna.

I tym optymistycznym akcentem chciałbym prosić o wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. W blogerze wprawdzie nastąpiła jakaś awaria i wszystkie dodatkowe informacje znalazły się na samym dole strony, jednak, jeśli tylko poszukać, wszystko jest jak było. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...