Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 sierpnia 2017

Śmierć wrogom Ojczyzny, czyli o prawie do wolnych wyborów

      CBOS opublikował kolejny sondaż dotyczący politycznych wyborów Polaków, z którego wynika, że poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości przebiło kolejny sufit, a ja jestem przekonany, że, choć my, jak wiemy, traktujemy CBOS jako jedną ze swoich bardzo cennych politycznych zdobyczy, wyniki jakie nam przedstawiono są wciąż mocno niedoszacowane. Czemu tak myślę? Z różnych oczywiście powodów, a jestem pewien, że każdy z nich jest wystarczająco mocny, natomiast wystarczy, że przywołam zdjęcie, które tu niedawno opisałem, pewnej kobiety na plaży we Władysławowie, która dała sobie na plecach wytatuować pięknego orła w koronie, a biodra przepasała sobie bluzą z napisem „Śmierć wrogom Ojczyzny”. Otóż sprawa polega na tym, że tego typu obrazek nie stanowi dziś naprawdę nic wyjątkowego. Wokół nas, ni stąd ni z owąd, pojawiły się tysiące ludzi, którzy dotychczas ani się polityką nie interesowali, ani nie głosowali w wyborach, a co może ważniejsze nigdy wcześniej nie mieli powodu, by zastanawiać się nad tym, kim są, a którzy dziś nagle zakładają t-shirty z napisem „Jestem dumny, że jestem Polakiem”. I to oni za dwa lata, być może pierwszy raz w życiu, zagłosują w wyborach. I to właśnie na PiS, dając mu przewagę konstytucyjną. I tego jestem dziś pewien w stu procentach.
      Tym bardziej więc chodzi mi po głowie myśl, by się dziś wstawić za tymi, którzy Polskę kochają, wrogom Ojczyzny życzą niczego więcej jak śmierci, cześć i chwałę Bohaterom głoszą od rana do wieczora, a i tak na Prawo i Sprawiedliwość nie zagłosują, choćby ich przypalano rozgrzanym żelazem, bo tej bandy zakłamych skurwysynów nie znoszą. A przychodzi mi to tym łatwiej, że sam od Prawa i Sprawiedliwości się już pewnie do śmierci nie odwrócę.
      Rzecz mianowicie w tym, że coraz częściej ostatnio w przestrzeni publicznej pojawia się myśl, że którykolwiek polityczny wybór, jaki część z nas podejmie, na poziomie praktycznym jest kompletnie bez sensu, a to z tego względu, że wszystkie strony zaangażowane w tak zwany „spór polityczny” stanowią część tej samej szajki, która nas traktuje wyłącznie jako alibi do systematycznego rozwijania swoich najbardziej nieczystych interesów. Owszem, nasza decyzja, czy zagłosować na Prawo i Sprawiedliwość, Platformę Obywatelską, czy na, znów tak zwane – swoją drogą, to jest bardzo ciekawe, jak często musimy ostatnio używac tego zastrzeżenia – „ugrupowanie Pawła Kukiza” ma pewien walor moralny, choćby z tego względu, że wszyscy wyznajemy pewne wartości, z pewnego punktu widzenia jednak, każdy z naszych głosów – ale też nasz sprzeciw w postaci zbojkotowania wyborów – na praktycznym poziomie idzie na marne. Za każdym razem bowiem jedyny wybór jaki mamy, to ten, czy głosować na tych, których nam przedstawiono, czy nie głosować w ogóle.
      Pisząc dzisiejszy tekst czuję się zainspirowany przez mojego serdecznego kumpla, Adama Kosterskiego, z którym na ten temat rozmawialiśmy już jakiś czas temu, sprawy jednak wciąż idą swoim tropem, czas mija, a ja uznałem, że nastał znakomity moment, by tu własnie przedstawić ową, moim zdaniem, niezwykle istotną myśl – powtarzam, nie moją, lecz jego – która, gdyby została wprowadzona w życie, niechybnie załatwiłaby nasze problemy raz na zawsze i diabeł jeden wie, czemu wcześniej nie przyszła ona nikomu do głowy. A może przyszła, tyle że od razu wyszła? Może?
      Rzecz w tym, że gdybyśmy szczerze uznali, że nie ma nic lepszego niż demokracja, system wyborczy – i to, jak wiemy, każdy, a nie tylko ten znany nam tu w Polsce – byłby zorganizowany w taki sposób, by na kartach do głosowania pojawiła się dodatkowa kratka z opcją „w tym stanie rzeczy mam was wszystkich w dupie” i żeby ów głos nie był traktowany, jako głos nieważny, lecz jako wyraz pewnej postawy obywatelskiej, która winna być szanowana. Tymczasem, praktycznie w całym cywilizowanym świecie, mamy do czynienia z sytuacją, gdzie, jeśli komuś się polityka w sugerowanym kształcie nie podoba, ma do wyboru trzy możliwości: albo w ogóle nie głosować, albo oddać głos nieważny, albo wreszcie, w poczuciu obowiązku, zagłosować na coś, co uważa za mniejsze zło. Powiedzieć jednoznaczne „nie wszystkim”, w sposób systemowy, nie wolno. Demokracja, z jaką mamy dziś do czynienia, i to, pozwolę sobie powtórzyć, praktycznie na całym świecie, spod swojej protekcji wyklucza tych, którzy nie zamierzają iść na żadne kompromisy. Oni są z automatu zaliczani do grupy – „niezainteresowani”, podczas gdy – a to jest całkiem możliwe – są zainteresowani bardziej niż ktokolwiek inny.
      A jeśli się zastanowić, z praktycznego punktu widzenia, wprowadzenie tego typu poprawki nie powinno stanowić jakiegoś szczególnego problemu. Jest część obywateli, którzy lubią partię A, są też tacy, którzy popierają partię B, są również tacy, których interesuje tylko telewizor i sklep, a o polityce nie mają, i mieć nie chcą, pojęcia – i ci na wybory nie chodzą – ale też są tacy, którzy są polityką bardzo zainteresowani, tyle że w pewnym sensie czują się przez nią zdradzeni, i oni akurat są w kropce. A naprawdę nie ma żadnego technicznego problemu, by na karcie do głosowania uwzględnić również te ich emocje.
      A jednak z jakiegoś powodu, z tego co mi wiadomo, tego typu rozwiązanie nie zostało wprowadzone nigdzie. Ani w Polsce, ani nigdzie na świecie. Dlaczego? Aaaa… to już jest temat na inną rozmowę. Ja tylko zwracam uwagę na problem.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Swoją drogą, to że są jeszcze czytelnicy tego bloga, którzy ich wszystkich nie przeczytali, to dla nich zwyczajnie wstyd… no z wyjątkiem sytuacji, że oni akurat w ogóle książek czytać nie lubią. Co ja, przyznaję, znakomicie rozumiem.

wtorek, 28 lutego 2017

Trynkiewicz się ożenił, czyli 25 lat wolności

       Po dwudziestu pięciu latach, jakie upłynęły od czasu, gdy objęcie władzy w Polsce przez koalicję Frontu Jedności Narodu z Solidarnością zostało najpierw uczczone powszechną amnestią, w ramach której wszystkim skazanym na karę śmierci zabójcom zamieniono wyroki na 25 lat więzienia, a następnie świadomość obywatelska osiągnęła poziom rozwoju, na którym nie dość że przestała być w ogóle wymierzana kara śmierci, to jeszcze za barbarzyństwo uznano wyrok dożywotniego więzienia, a my znaleźliśmy się jako społeczeństwo w punkcie dość szczególnym. Oto bowiem okazuje się nagle, że owi najbardziej brutalni mordercy, którzy w normalnych warunkach gryźliby już ziemię, zaczynają powoli wychodzić na wolność, a zarówno państwo, jak i społeczeństwo są kompletnie nieprzygotowane do tego, by się skutecznie bronić przed całą kupą nie dość że całkowicie nieobliczalnych psychopatów, to jeszcze psychopatów najprawdopodobniej dodatkowo zdewastowanych przez lata życia w odosobnieniu.
       Pamiętamy zamieszanie, jakiego dzięki uprzejmości mediów mogliśmy być niemymi świadkami parę lat temu, kiedy to nagle się okazało, że już wkrótce na wolność wychodzi niejaki Trynkiewicz, człowiek, który w roku 1988 brutalnie zgwałcił, a następnie zamordował czwórkę małych chłopców i wedle wszelkich danych, nie ma sposobu, by go, jako człowieka w pełni już wolnego, powstrzymać przed dalszym zabijaniem. Postanowiono więc Trynkiewicza skierować na przymusowe leczenie, gdzie plan był taki, że się go uzna za osobę wciąż niebezpieczną i dzięki temu będzie go można izolować tak długo aż zdechnie. Niefortunnie jednak lekarze-terapeuci ogłosili sukces i kazali Trynkiewicza wypuścić, w związku z czym natychmiast odkryto w jego celi rzekomo pedofilskie materiały plus ludzkie szczątki i kazano mu siedzieć dalej. Wkrótce okazało się, że z tymi szczątkami to była głupia nadgorliwość, Trynkiewicza trzeba było wypuścić, niemal natychmiast jednak, zanim ten zdążył zrobić komukolwiek krzywdę, Sejm błyskawicznie przegłosował tak zwaną „ustawę o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób” i w roku 2014 Trynkiewicza zamknięto w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie, a rok później dla pewności znaleziono, jak się zdaje, solidniejsze już materiały pedofilskie, co mu decyzją sądu zagwarantowało bezpieczne pięć i pół roku za kratami. Co będzie dalej, tego oczywiście nie wiemy, ale jestem pewien, że polskie państwo coś tu wymyśli. W końcu czas leci, a bronić się trzeba. Jedyny problem jest taki, że ponieważ Trynkiewicz właśnie się ożenił z kobietą, która ręczy za to, że jest on człowiekiem z natury dobrym i wrażliwym, a ona osobiście nie spotkała w życiu nikogo, kto by miał w sobie tyle ciepła, miejscowi psychologowie mogą mu skrócić ten smutny czas i będziemy jeszcze mieli okazję obejrzeć prawdziwy spektakl.
      Ja tu oczywiście trochę ironizuję, ale nie oszukujmy się – Trynkiewicz to jest zaledwie pierwszy z wielu, co sprawia, że problem mamy bardzo poważny. Oto na przykład właśnie pojawiła się informacja, że już za chwilę będzie trzeba nam tu wpuścić kolejnego beneficjenta pamiętnego święta odzyskania wolności z roku 1989, człowieka nazwiskiem Pękalski, podejrzewanego o zamordowanie w latach 80. i 90. ponad 90 kobiet, a skazanego w roku 1996 na 25 lat więzienia za jedną jedyną 17-letnią Sylwię, biedną wiejską dziewczynę ze wsi Darskowo. Pękalski pojawi się więc wśród nas, jako wolny człowiek, a my, jako społeczeństwo znów będziemy zachodzić w głowę, co zrobić, żeby, skoro się już go nie da normalnie powiesić, to przynajmniej go odizolować w taki sposób, by europejskie instytucje nie miały do nas pretensji. Na szczęście mamy ów fantastyczny ośrodek w Gostyninie i ową jeszcze fajniejszą ustawę o tak zwanych bestiach, co możemy chyba z czystym sumieniem traktować, jako jedyny faktyczny sukces rządów Platformy Obywatelskiej i prezydenta Komorowskiego, a co nam być może umożliwi odizolowanie Pękalskiego na zawsze.
       Przed nami oczywiście kolejne nazwiska, kolejne „bestie” i kolejne kłopoty, a ja już tylko chciałbym zapytać, co komu przeszkadzała owa stara dobra szubienica. Że dr Moczydłowski czułby dyskomfort? Przepraszam bardzo, ale w obliczu dzisiejszych dylematów, w jaki sposób to ma być nasze zmartwienie?


Jak zawsze zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia jego, moje, a także wiele innych znakomitych książek. Koniecznie.

sobota, 25 lutego 2017

O granicach autonomii twórczej księdza Międlara i jego owczarni

       Wpadłem wczoraj w sieci na tekst nieznanego mi, ale z całą pewnością szanowanego w branży, redaktora „Gazety Wyborczej” Witolda Mrozka na temat niesławnego spektaklu Teatru Powszechnego pod tytułem „Klątwa”, gdzie wieszano na szubienicy Jana Pawła II, podcierano się flagą Watykanu, oraz – last but not least – wzywano do zbierania pieniędzy na wynajęcie zawodowego zabójcy, w celu pozbawienia życia Jarosława Kaczyńskiego.  Przyznaję, że tekst Mrozka tak mną poruszył, że zamierzałem odpowiedzieć mu bezpośrednio, jednak już w trakcie pisania tego felietonu poczułem, że na tym poziomie kosmosu zwyczajnie nie dam rady i postanowiłem przedstawić coś zupełnie od siebie. Proszę zatem posłuchać.
      Otóż ile razy zdarzy się tak, że gdzieś, czy to w Polsce, czy na świecie, dojdzie do profanacji Krzyża, czy innego symbolu uznawanego przez Kościół Powszechny za świętość – a przyznamy chyba wszyscy, że do tego typu zdarzeń dochodzi dziś praktycznie bez jakichkolwiek ograniczeń – reakcja reprezentujących tak zwaną „opinię publiczną” mediów jest jedna i niezmienna: „Każdy z nas ma prawo do wolności wypowiedzi i nikomu nie wolno jej w żaden sposób ograniczać”. Ów liberalny radykalizm staje się jeszcze bardziej bezkompromisowy, kiedy do owej profanacji dochodzi na poziomie dzieła artystycznego, a więc w filmie, teatrze, literaturze, czy w sztukach plastycznych. Wtedy to już nie tylko mamy do czynienia z prostą obroną wolności ekspresji, ale wręcz do politycznych ataków na rzekomą próbę cenzury działa artystycznego, a więc czegoś co przez swoją naturalną autonomię podlega szczególnej ochronie. Przyjęło się bowiem uważać, że jeśli władza totalitarna prześladuje pojedynczego człowieka, stanowi to element, jeśli nawet niedemokratycznego, to jednak jakiegoś porządku, zamach na kulturę to jest już zbrodnia wręcz niesłychana. Dlaczego? Teorii tu jest kilka, osobiście mam jednak wrażenie, że oficjalne przynajmniej tłumaczenie jest takie, że dzieło sztuki stanowi akt czysto intelektualny i nie może być oceniany, jako element świata rzeczywistego. Wyjaśniając sprawę obrazowo, gdyby ktoś publicznie ogłosił, że uważa za pożyteczne przy pomocy kultowego jeszcze gdzieniegdzie gazu pod nazwą Cyklon B wybić co do nogi wszystkich dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, na czele z Sewerynem Blumsteinem, to jest duża szansa, że opinia ta zostałaby uznana za przestępstwo, a co najmniej – i tu już pojawia się myśl czysto liberalna – wypowiedź kontrowersyjną, gdyby natomiast tego typu kwestia została wypowiedziana ze sceny teatralnej, cały tak zwany cywilizowany świat stanąłby w obronie reżysera i artystów na czele oczywiście z „Gazetą Wyborczą”, a już zwłaszcza gdyby zgromadzona na sali publiczność pod duszpasterska opieką księdza Międlara, urządziła aktorom owację na stojąco. Czemu? No bo, jak wiemy, wszystko to stanowiło jedynie eksplozję twórczego talentu artysty, a więc nie miało nic wspólnego z osobistymi poglądami twórców, które w rzeczy samej mogą być całkowicie odwrotne…
     Nie? No dobra. Poniosło mnie. Chyba jednak powinienem się był trzymać Kościoła i tego... jak mu tam? Krzyża.

Zapraszam wszystkich bardzo szczerze do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować nasze książki. Powiem zupełnie szczerze, że książki najlepsze.




wtorek, 4 listopada 2014

Coryllus - człowiek, który postanowił, że nie będzie psem

O naszym labradorze pisałem już i tu na blogu i nawet trochę miejsca poświęciłem mu w książce „Marki, dolary…” i za każdym razem zwracałem uwagę na to, jak on od czasu gdy z nami zamieszkał, w każdym z nas wzbudził ten rodzaj czułości, z jakim do tego czasu żadne z nas nie miało do czynienia chyba nigdy. Szczególnie tu dużo do powiedzenia może mieć moja żona. Otóż każdy z czytelników tego bloga, któremu zdarzyło się mieszkać pod jednym dachem z kobietą, szczególnie z kobietą inteligentną, ambitną i posiadającą własne zdanie, wie, jak potrafi być ciężko. Właściwie z każdym kolejnym rokiem małżeństwa, czy jak to ostatnio bywa niestety coraz częściej, związku partnerskiego, ów ciężar bywa coraz bardziej widoczny. Ludzie słabi i głupi często go nie wytrzymują i dochodząc do jakże niemądrego wniosku, że następnym razem będzie lżej, albo znajdują sobie kochanki, albo się rozwodzą i wchodzą w nowe związki, a wszystko po to, by się przekonać, że lepiej już zdecydowanie było. Inni, w moim odczuciu, bardziej zaradni i rozsądni, trwają i starają się temu co trudne, jak to ujął zgrabnie poeta, „odejrzeć”.
I tak to jest z nami. Żyjemy sobie na tej pięcioosobowej kupie plus pies, z większym lub mniejszym sukcesem staramy się podtrzymywać tę miłość, a ja z prawdziwym zachwytem patrzę na relacje, jakie łączą moją żonę i psa. Otóż jedno jest absolutnie oczywiste: od czasu gdy on się pojawił, moja żona jest zdecydowanie w lepszym nastroju. Nie ma bowiem takiego zmartwienia, takiego zmęczenia, takich zgryzot, które by były w stanie pokonać jej uczucie do niego. Ona wraca z pracy, zła jak wielkie nieszczęście, umordowana, wściekła na nas wszystkich, że w domu jest brud i bałagan i że większość z tych rzeczy, które ona nam wychodząc rano do szkoły zapisała na kartce, nie została zrealizowana, a w drzwiach czeka na nią pies, merda ogonem, patrzy wiernie jej prosto w oczy, a w pysku trzyma tę swoją pluszową owieczkę, z nadzieją, że ona mu ja rzuci, a on ją wtedy jak zawsze tak sprytnie złapie. No i ona wtedy zaczyna się uśmiechać i przemawiać do niego tak czule i słodko, że nam już tylko pozostaje patrzeć na to wszystko z zazdrością.
Ale przecież nie chodzi tylko o moją żonę. My wszyscy tak naprawdę mamy do niego podobny stosunek. Ta jego wierność, ta cierpliwość, to oddanie, ta nieludzka wręcz – oczywiście, że nieludzka! – szczerość, są autentycznie porażające. Nawet teraz, kiedy ja piszę ten tekst, a on już zaczyna czuć, że czas na spacer, i biedny nie wie, że dziś idzie z nim jego właścicielka, która jak zawsze, jeszcze nie wyszła z łóżka, leży cierpliwie pod moim nogami i próbuje spać, a ja wiem, że wystarczy, że ja się tylko ruszę, a on się zerwie na równe nogi, gotowy, żeby wychodzić.
Czemu on jest taki wierny, wydaje się sprawą jasną. Psy takie są. Taka jest ich natura i nie ma na to rady. Jeśli zdarzy się tu wyjątek, to znaczy, że z tym psem jest coś nie tak i najczęściej trzeba go uśpić, bo któregoś dnia nas zwyczajnie zagryzie na śmierć. Czemu jednak my go tak kochamy? Otóż moim zdaniem tu też mamy do czynienia z naturą. Natura nasza jest bowiem taka, że my bardzo lubimy, jak ktoś jest nam wierny, posłuszny, w stosunku do nas cierpliwy i jeśli wymagający, to wyłącznie w takim zakresie, w jakim nas to jakoś szczególnie nie obciąża. Ja bym to nazwał „syndromem pilota”, który jest zawsze pod ręką i jedyne czego od niego wymagamy, to to, by nam gdzieś nie wpadł między poduszki fotela, bo go potem będziemy musieli szukać i to nas może rozstroić nerwowo.
A zatem, z jednej strony mamy tego psa, a z drugiej człowieka. A ja mam bardzo mocne przeświadczenie, że relacja, którą tu starałem się opisać jest wciąż obecna w naszym życiu, nawet tam gdzie nie ma ani psów, ani mężów, ani żon, ani owych zwykłych, codziennych relacji zależności. Chodzi mi o to, że my samy niekiedy zachowujemy się, jak z jednej strony owe psy, a z drugiej ich właściciele – właśnie tak: właściciele.
Zacząłem o tym wszystkim myśleć w ostatnich dniach, kiedy nie mogłem nie zauważyć, jak po raz kolejny już tu na blogach wezbrała fala autentycznej, wstrząsającej niekiedy wręcz nienawiści do Gabriela Maciejewskigo, pisarza, blogera i wydawcy. Przyznam uczciwie, że ja nigdy nie potrafiłem zrozumieć owej tak ostro demonstrowanej niechęci, a dziś ona mnie zwyczajnie poraża. Mamy bowiem owego Coryllusa, który przez te minione pięć lat spędzone na blogu osiągnął tak bardzo dużo. Przede wszystkim ów blog zdobył sobie pozycję zupełnie wyjątkową, oprócz tego otworzył Coryllus to swoje wydawnictwo i zaczął pisać książki, wydawać je własnym sumptem, sprzedawać, znalazł w sobie możliwości, by publikować książki innych autorów, obok tych książek założył kwartalnik, który jak dotychczas ukazuje się z wyjątkową regularnością, niedawno wydał ten komiks i też go sprzedaję z dużym sukcesem, ma całą kupę planów, które, gdy sądząc po tym, co widzimy, zrealizuje z powodzeniem… jednym słowem odniósł autentyczny sukces. Mało tego. Wszyscy wiemy, że owe pięć, siedem, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, czy ile on już tych książek wydał, to nic takiego, o ile nie ma z nich pieniędzy. Ale Coryllus z tego co robi utrzymuje rodzinę, i to utrzymuje ją wyjątkowo skutecznie. Z tego co wiem, on robiąc to co robi, zawsze liczył wyłącznie na siebie, nie ma żadnych kredytów, żadnych wobec kogokolwiek zobowiązań, autorom płaci uczciwie i w terminie, dzięki swojej pracy kupił nowy samochód, wyremontował od piwnicy po dach dom, i ów sukces zawdzięcza wyłącznie sobie, w tym nawet sensie, że sam, zupełnie jednoosobowo prowadzi promocję swojego produktu. Jego nie ma w telewizji, w ogólnopolskiej prasie, na ulicznych plakatach, nawet nie ma mowy o tym, by któryś z bardziej znanych autorów poświęcił mu tekst w którymś z tygodników. Jest tylko ten blog i te teksty. No i owa niezwykła wprost nienawiść, która siłą rzeczy musi zastępować normalny rynek.
Skąd to się wszystko bierze? Otóż, moim zdaniem, pomijając oczywiście działania organizowane przez rynek, który chce zniszczyć każdego, kto próbuje odnosić sukcesy na własny rachunek, kto nie chce się owymi sukcesami dzielić z nikim poza Urzędem Skarbowym, kto o nic nie pyta, i niczego od nikogo nie chce, mamy do czynienia ze wspomnianym wcześniej „syndromem pilota”. Dla wielu z nas, tego typu zachowanie jest czymś, czego nie jesteśmy w stanie tolerować, i to całkowicie bezinteresownie. Wyłącznie dlatego, że dla wielu z nas ono jest ciężkim, nieznośnym, najbardziej bolesnym wyrzutem sumienia. Wielu z nas bowiem jest jak ten pies, który chce tylko jednego: by jego pan go nakarmił, wyprowadził na spacer i rzucił pluszową owieczkę, którą on mu zaraz grzecznie odniesie.
No bo pomyślmy tylko: jakie może mieć do Coryllusa pretensje ktoś, kto ani nie jest przez rynek wynajęty do tego, by utrzymywać wokół odpowiedni porządek, ani sam nie czuje się w żaden sposób zagrożony przez autorską i wydawniczą działalność Gabriela Maciejewskiego? Ja biorę pod uwagę, że niektórzy z nas są tak wrażliwi, że widząc ów sukces, ich zdaniem całkowicie niezasłużony, reagują zwykłym moralnym wzburzeniem. Oni czytają te teksty, widzą, jakie one są beznadziejne, w dodatku wciąż trafiają na ową – z tą cholerną, z taką regularnością umieszczaną pod każdym tekstem, tak irytującą w swoim chłodnym przekazie – autoreklamę, no i nie wytrzymują – muszą zaprotestować. No ale, przepraszam bardzo, nawet jeśli założyć, że książki Maciejewskiego są najgorsze, nie jest wcale tak, że on tu nie ma żadnej konkurencji. I to wcale nie musimy się trzymać tylko literatury. Przecież produkowane ostatnio filmy, kabarety, teatry, piosenki dostarczają nam wystarczająco dużo przykładów tego, jak człowiek potrafi być nieutalentowany. Czy to możliwe więc, że my te wszystkie nieszczęścia traktujemy z taką wyrozumiałością, bo tam zachowana jest podstawowa hierarchia i żaden z nich ani nie zamarzy, by się wysunąć przed szereg? Czy to możliwe, że Maciejewski jest tak strasznie tępiony przez osoby, których życie wydawałoby w żaden sposób nie jest zależne od tego, co on robi, wyłącznie przez to, że on jest dla nich zwykłym wyrzutem sumienia? Otóż mam wrażenie, że to o to właśnie chodzi. Stoimy tu bowiem w pewnym sensie wobec sytuacji podobnej do opisanej w starym już filmie „Lot nad kukułczym gniazdem”, kiedy to McMurphy zwraca się do tych wszystkich ludzi zduszonych przez System, by zagłosowali za oglądaniem meczu, a oni, jak te psy, wręcz boją się ruszyć. Różnica jest tylko taka, że tam oni McMurphiego podziwiają i bardzo chcą być tacy jak on. Obawiam się, że to jest zresztą błąd tej opowieści. Gdyby to się działo naprawdę, oni wszyscy z tej złości, że nie potrafią być tacy, jak on, by go zwyczajnie ukrzyżowali, a siostra Ratched by ich pochwaliła. Bo przecież tacy właśnie jesteśmy. Lubimy jak pilot leży zawsze pod ręką, a przy fotelu leży nasz pies i nam bezgranicznie ufa.

Książki są jak zawsze do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Wszystkich szczerze zapraszam.

piątek, 21 lutego 2014

I jeszcze raz modlitwa za zieloną Ukrainę

Kiedy Ukraina ponownie stanęła w ogniu, a tu na blogach w jednej chwili podniosła się owa wrzawa, uznałem, że choć mimo późnej pory i faktu, tego i tak już pewnie nikt nie przeczyta, powinienem zamieścić bardzo króciutki tekst, w którym nie będę ani szydził, ani nikogo piętnował, lecz jedynie dam świadectwo swojemu przekonaniu, że oto stoimy nie przed żadnym obywatelskim przebudzeniem, ale tylko kolejną wyprzedzającą akcją Systemu, który pozwolić może na wiele, ale na jedno nigdy: na to mianowicie, by tam gdzie już wcześniej zadecydowano, że demokracji nie będzie, nikomu nie przyszło do głowy naruszać status quo.
Inna sprawa, że tak naprawdę, status quo bez wiedzy i za zgodą Systemu nie wolno naruszać nigdzie, nawet i w tak prężnych demokracjach jak Francja, Włochy, Niemcy, a nawet Stany Zjednoczone, natomiast, jak wiemy choćby z Orwella wszyscy są równi, tyle że niektórzy równiejsi.
Co dokładnie chciałem zasugerować w tamtej notce? To mianowicie, że jeśli mamy do czynienia z systemem niedemokratycznym, czy, jak to lubimy określać, demokratycznym częściowo, to władzę można zmienić albo przez zmanipulowany głos oszukanych obywateli, ewentualnie przez sfałszowanie wyborów, albo przez równie zmanipulowaną rewolucję przeprowadzoną rękami zawsze tych samych, równie oszukanych, obywateli. Jak odbywa się zmiana władzy w pierwszym z powyższych przypadków, mieliśmy okazję oglądać u nas w Polsce przy okazji dwóch kolejnych wyborów parlamentarnych w latach 2007 i 2011, oraz oczywiście podczas wyborów prezydenckich w roku 2010. Jak zatem wygląda zmiana władzy przez oszukaną – niektórzy twierdzą, że nie-oszukane w przyrodzie nie istnieją – rewolucję? Oczywiście najpierw System, widząc, że nominowana przez niego władza nie wypełnia nałożonych na nią zadań, zwraca się do tych co ją trzymają, by zrezygnowali, jednak ponieważ władza korumpuje, a już zwłaszcza władza uzyskana w sposób nieuczciwy, o dobrowolnym ustąpieniu mowy być nie może, no i wtedy organizuje się rewolucję. Mieliśmy z tym do czynienia w powojennej parokrotnie: pierwszy raz w roku 1956, następnie w grudniu 1970, no i ostatnio w sierpniu 1980. Czasem udaje się wszystko przeprowadzić bez niepotrzebnych ofiar, jednak znacznie częściej ktoś musi umrzeć. I z tą sytuacją mieliśmy do czynienia u nas w roku 1956 i 1970, z pewnymi nieudanymi próbami parokrotnie w latach 80-tych, jak na dłoni wszystko było widać w roku 1989 w Bukareszcie, a dziś, dzięki Internetowi, mamy fantastyczną wręcz okazję być żywym wręcz świadkiem owego szczególnego procederu na przykładzie Ukrainy.
Jestem głęboko przekonany, że to, z czym mamy do czynienia w Kijowie i w innych miejscach Ukrainy, jest efektem tego, że Rosja – a kto wie, czy tylko Rosja – zniecierpliwiwszy się polityczną bezradnością prezydenta Janukowicza, postanowiła go zmusić do odejścia. A nie widząc innego sposobu, by to jego odejście sprokurować, zorganizowano tę krwawą rewolucję, wraz z całym owym medialnym przedstawieniem, licząc na to, że te 30 zabitych wystarczy, by Janukowicza albo zwyczajnie odsunąć, albo choćby i dla przykładu powiesić.
Czy to faktycznie wystarczy, tego nie wiemy i wiedzieć póki co nie możemy. Możliwe, że tam musi zginąć sto, a może i dwieście osób, ostateczny efekt będzie i tak jeden: Janukowicz zostanie wymieniony na kogoś, kto da szansę na pociągnięcie tego co dla Ukrainy zamierzono na kolejne lata. A i zarówno sami Ukraińcy, jak i tym bardziej my tu w Polsce, nie mamy w tej sprawie nic do gadania. W ogóle, jeśli o to idzie nikt nie ma tu nic do gadania, oczywiście poza tymi, którzy mają. I to jest czymś tak oczywistym, że aż głupio to w tak poważnym miejscu, jak ten blog, powtarzać.
Wczoraj przez Sieć przeleciała wiadomość, że oto sprawa ukraińska okazała się tak ważna, że nawet doszło do swoistego zawieszenia broni między Donaldem Tuskiem, a Jarosławem Kaczyńskim, no a jeśli między nimi, to i naturalną koleją rzeczy, między wszystkimi stronami naszego politycznego konfliktu. Nie zdziwię się wieć, jeśli nagle w tej sprawie sam Adam Michnik się pogodzi ze swoim kiedyś przecież kolegą Jarkiem. I ja, wbrew temu, co mogłoby się wydawać, wcale się tym ani nie oburzam, ani nawet nie dziwię. W końcu po władzy i jej przydupasach niczego się już nie spodziewam, a Jarosław Kaczyński? Co on ma zrobić? Ogłosić, że to wszystko fikcja, a dla nas to co najważniejsze, i tak naprawdę jedynie ważne, to to błoto i owe wbite w nie strzępy ciał? To dopiero byłby śmiech i oburzenie! To nie jest ta sama rewolucja, z którą mieliśmy do czynienia w przypadku Gruzji, gdzie, jak wszyscy pamiętamy, System - choćby w osobie wspomnianego Michnika – poparł nie demokrację, ale Rosję. Tu na jakiekolwiek niuanse nie ma miejsca.
A my tutaj możemy wyrazić nadzieję, że przez to, że – co by nie powiedzieć, i nad czym by się nie zapłakać – Polska to Naród o tysiącletniej tradycji, z niejednym bohaterem i niejednym wieszczem, którego jakieś dwadzieścia, czy choćby i pięćdziesiąt lat czarnego kłamstwa nie rzuci na kolana, i kiedy wreszcie przyjdzie czas odpłaty, nikt do nikogo nie będzie już strzelał. Bo kto ma grać, niech sobie gra, a my powinniśmy się modlić, by wreszcie przyszedł czas, gdy ów straszny, nieludzki, szatański System zadrży. I nawet jeśli w końcu pozostanie nam dojść do wniosku, że to akurat niestety jest nie do zrobienia, zawsze nam pozostanie opcja ostateczna, i od być może początku jedyna – wiernie iść. Tak niewiele, ale za to jak cudownie!

Z różnych względów, druga połowa miesiąca okazuje się być dla nas nie byle jakim wyzwaniem, i już tylko liczymy dni do marca. Proszę więc każdego, komu te teksty przynoszą dobre natchnienie i inspirację, o wsparcie pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 14 listopada 2013

Wrocław - Pietuszki, czyli powrót do PRL-u

Michael Palin, o którym tu już w tym kontekście wspominałem, w swojej wędrówce dookoła świata zajechał aż do Chile, no i, siłą rzeczy, też do Santiago. I tam, w Santiago właśnie, zaszedł do jakiegoś parku, gdzie natrafił na człowieka, który stał tam sobie z Pismem Świętym w ręku i głosił swoje, jakoś tam, mniej lub bardziej związane z wiarą chrześcijańską, nauki. Możemy tę scenę oglądać na filmie telewizji BBC, a widok ów jest wręcz porażający. Otóż stoi ten człowiek na środku jakiejś alejki, z tym Pismem Świętym w dłoniach, i naucza. Co on dokładnie mówi, nie wiem, bo nie znam języka, a sam Palin – uznając widocznie, że to akurat nie jest istotne – nam jego słów nie tłumaczy. Z tego jednak, co udało mi się wychwycić, domyślam się, że treścią jego wystąpienia jest zło opanowujące świat, zło, z którym my powinniśmy w Imię Jezusa Zmartwychwstałego walczyć.
Człowiek ów więc naucza, tymczasem wokół niego – jako że to jest miejski park – widzimy ławki, a na tych ławkach zakochane pary, które, nie zwracając na owego kaznodzieję najmniejszej uwagi, z prawdziwym oddaniem - jak to zakochane pary - się obściskują. No a na jednej z tych ławeczek siedzi też sam Palin, jednym okiem patrzy na tych zakochanych, drugim na kaznodzieję, no a świat się kręci wedle swojego wewnętrznie ustalonego porządku.
Jak już wspomniałem, kaznodzieja jest jeden, a ja się zastanawiam, czy gdyby tam z nim był jeszcze ktoś, powiedzmy rozdający jakieś ulotki, czy atmosfera byłaby tak samo zgodna? No a gdyby tam były nie dwie, ale cztery osoby: on, głoszący Słowo Boże, jego rozdający ulotki kolega, no i na przykład dwie pobożnie klęczące i odmawiające Różaniec dziewczyny? Czy ktoś by zainterweniował? Czy może przyjechałaby policja i ich wylegitymowała? A może ci zakochani dostaliby na nich cholery i ich stamtąd przepędzili? A może któryś z nich by wstał i demonstracyjnie oddał mocz na te klęczące i modlące się dziewczyny? Tego oczywiście nie wiemy, ale mam bardzo mocne wrażenie, że nawet gdyby ich tam było sześcioro, o ile tylko wciąż jedyne, co by było widać i słychać, to ta modlitwa i ta Ewangelia, wszystko pozostałoby dokładnie na tym poziomie, jaki mieliśmy okazję oglądać na tym filmie. A więc Palin by siedział i kontemplował ów widok, a młodzi na to, co się wokół niech dzieje, nie zwracaliby nawet uwagi, bo są zakochani i ich nic poza tą ich miłością nie interesuje.
Chyba kilka dni temu na którejś z wrocławskich ulic pojawiła się paroosobowa grupa młodych ludzi, reprezentujących coś, co, o ile dobrze zapamiętałem, nosi nazwę Krucjaty Modlitewnej i postanowili przeprowadzić akcję ewangelizacyjną na rzecz zachowania czystości w duchu chrześcijańskim. Nie mam do końca pewności, ilu ich tam dokładnie było, ale z tego co zauważyłem na umieszczonym w Sieci filmie, mieliśmy tego „kaznodzieję”, dwie osoby odmawiające Różaniec, oczywiście człowieka z kamerą, no i ludzi przechodzących tamtędy, w jedną czy drugą stronę. A zatem, sytuacja była dość podobna do tego, cośmy oglądali w pokazanym przez Michaela Palina parku w Santiago. Z jedną bardzo istotną różnicą. Otóż w pewnym momencie, w oknie sąsiadującego z placem bloku pojawiła się jakaś kobieta, skutecznie obrzuciła modlących się jajkami, po czym pokazała im środkowy palec i zamknęła się w mieszkaniu. W pewnym też momencie podszedł do nich jakiś w najmniejszym stopniu nie wyglądający ekscentrycznie człowiek, zwymyślał ich powszechnie uważanymi za obelżywe słowami, by na nich w końcu dosłownie nasikać.
Wreszcie pojawił się radiowóz policyjny, wyszło kilku policjantów – mam wrażenie, że było ich więcej, niż tych ludzi z Krucjaty – i rozgonili „nielegalne zbiegowisko”. Oczywiście nie przy pomocy armatek wodnych, pałek, czy gazów łzawiących – w końcu mamy upragnioną demokrację – ale w sposób jak najbardziej cywilizowany, a więc legitymując modlących się i tym samym skutecznie przerywając akcję.
Jak to się stało, że policja – która wcześniej akurat, kiedy Krucjata była obrzucana jajami, przeklinana i wreszcie oblewana moczem, szczególnego zainteresowania wydarzeniem nie wykazała – zjawiła się na miejscu? Jak sądzę, musiało dojść do interwencji. Jest prawdopodobne, że któryś z przechodniów, widząc, co się dzieje, zadzwonił po policję, no i oni przyjechali. Tyle że ja się zastanawiam, co ten ktoś powiedział? Jak owo zawiadomienie o przestępstwie mogło wyglądać? Jak ja bym coś takiego zgłaszał? „Dzień dobry. Informuję, że na Rynku stoją jacyś i się głośno modlą”? No a wtedy co? Dyspozytor mówi: „Dziękuję za zgłoszenie. Już jedziemy”? No, bądźmy poważni.
Otóż moim zdaniem tak to wyglądać nie mogło. Tu musiało dojść do interwencji na znacznie wyższym szczeblu. Na filmie krążącym w Sieci to wszystko świetnie widać. Ci biedni policjanci wyglądają, jakby jedyne co im przychodziło do głowy, by powiedzieć, to: „Zrozumcie nas. My tu tylko sprzątamy”. Tyle że tego nie powiedzieli, no bo jak? To wszystko musiało się odbyć w zupełnie inny sposób. Telefon na policję musiał przyjść z zupełnie innej strony, i to nie dyspozytor odbierał to doniesienie. Przynajmniej nie w pierwszej kolejności. I forma owego doniesienie też była kompletnie inna. To nawet nie było doniesienie. To musiało być proste, czyste polecenie: „Wyślijcie mi tam ludzi i zróbcie porządek z tą bandą faszystów. I to raz dwa”.
Kto więc tam był przede wszystkim zaangażowany, tego nie wiem. W końcu nie jestem z Wrocławia i nie znam tam obowiązujących zależności. Natomiast wiem jedno z całą pewnością. Polska jest krajem zdecydowanie bliższym, nie tylko geograficznie, ale przede wszystkim, cywilizacyjnie, Rosji, niż Chile. I wcale nie uważam, że to dlatego, że Pinochet już nie żyje, a Jaruzelski – owszem.

Zachęcam oczywiście do kupowania książki o zespołach, która jest do nabycia u Gabriela w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, i – jeśli ktoś ma ochotę na autograf – i u mnie osobiście. Przy okazji również informuję, że przed nami parę spotkań oko w oko. 29 listopada będę w Warszawie na targach książki, 7 grudnia mam spotkanie autorskie w księgarni „Latarnik” w Częstochowie, już następnego dnia jadę na targi do Wrocławia, a parę dni później z Gabrielem będziemy się produkować w Katowicach u Franciszkanów. Oczywiście o każdym ze spotkań będę na bieżąco przypominał. Oczywiście, jak zawsze, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta.

środa, 10 października 2012

Gorzej już nie będzie - felieton optymistyczny

Pamiętam jak któregoś dnia jeszcze w czasach najgłębszego PRL-u w księgarniach pokazała się skromna, napisana przez Jacka Fedorowicza książeczka zatytułowana „W zasadzie tak”. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że cenzura zgodziła się na to, by ją wydać, i jedyne wytłumaczenie jakie mi przychodzi do głowy jest takie, że sam Fedorowicz musiał być kimś od nich i sobie tę publikację zwyczajnie załatwił. Przyszło mu to zapewne o tyle łatwiej, że w książce nie było nic takiego, co można by było traktować jako bezpośredni zamach na sojusze, czy wewnętrzny porządek, a samo jej przesłanie było przedstawione w sposób tak bardzo ironiczny, że nie wydaje mi się, by ono mogło w pełni dotrzeć do wystarczająco dużej liczby czytelników.
Książka w swojej warstwie podstawowej stanowiła poradnik odnośnie tego, jak żyć w PRL-u w taki sposób, by mieć jak najmniej powodów do narzekania, a jeden z jej rozdziałów poświęcony był temu, jak rozmawiać z milicjantem. Fedorowicz swoje stanowisko wyłożył na przykładzie kierowcy, który został zatrzymany za jakieś wykroczenie, a ograniczało się ono do tego, by pod żadnym pozorem nie próbować z milicjantem wchodzić w jakikolwiek spór. Należy każdą uwagę przyjmować z pokorą, kiwać ze zrozumieniem głową i – co bardzo ważne – wciąż podkreślać, jaki to z nas bałwan i głupek. Na końcu, zgodnie z sugestią Fedorowicza, nieodmiennie należało zadać milicjantowi to jedno, kluczowe pytanie: „I co teraz ze mną będzie?” Żeby mu w ten sposób najbardziej jasno zadeklarować naszą nieskończoną podległość. Po co? Oczywiście wyłącznie w jednym celu. Żeby nie zapłacić mandatu i za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze kupić sobie coś ładnego.
Przyznaję, że nie miałem w swoim życiu zbyt wiele okazji, by z tej porady w ogóle korzystać. Ale miałem ją w pamięci, i biorąc pod uwagę fakt, że natura systemu totalitarnego – a PRL jak najbardziej taki system stanowił – jest taka, że każdy bezpośredni kontakt z władzą może być tym pierwszym i ostatnim, wiedziałem, że lepiej uważać.
Spójrzmy na tę jedną z naprawdę nielicznych przygód, jakie mi się na tym poziomie przytrafiły. Był 1 października, piękny, ciepły, jesienny dzień, a ja właśnie, po raz kolejny dostałem się na studia i jechałem do Sosnowca, aby odebrać legitymację, indeks i takie tam. Jechałem taksówką. I tu muszę odwołać się do pewnej dygresji. Był to mianowicie czas – nie wiem, jak to się stało i jak długo trwało, ale tak akurat było – kiedy jazda taksówką z Katowic do Sosnowca była niezwykle tania. Zwłaszcza gdy pod dziś Empikiem, a wówczas Supersamem na Piotra Skargi stało pełno taksówek z sosnowiecką rejestracją, czekając aż będą mogły za jakiś marny grosz wrócić do siebie. Ponieważ czterdziestka była zwykle straszliwie przepełniona i istniało ryzyku uduszenia, wielu z nas, od czasu do czasu wsiadało do tej taksówki i wołało: „Na Bando proszę”.
Jechałem więc do Sosnowca, ubrany lekko i swobodnie, oraz – co tu akurat istotne – z bardzo króciutko przystrzyżonymi włosami. Na pierwszym skrzyżowaniu już w Sosnowcu, okazało się, że chwilę wcześniej wydarzył się jakiś wypadek. Taksówkarz zatrzymał się na światłach i w tym momencie zauważył go milicjant z drogówki, który się tam kręcił, i rozpoznał w nim swojego kumpla. Podszedł do nas, otworzył sobie drzwi i, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi, zaczął z taksówkarzem sobie gawędzić. Zwyczajnie, w stylu co tam kurwa słychać. Po pewnym czasie, kiedy mu się już znudziło stać, wlazł do środka, usiadł obok kierowcy i rozmowa – zupełnie jakby mnie tam nie było, i oczywiście przy cały czas stukającym liczniku – trwała w najlepsze. A ja siedziałem i nie odzywałem się jednym słowem. Nie wiem ile czasu minęło, może dziesięć minut, kiedy nagle milicjant odwrócił się, spojrzał mi prosto w oczy i zapytał: „Co się, kurwa, patrzysz?”
Odpowiedziałem grzecznie, że nie mam żadnych szczególnych myśli, siedzę i patrzę przez okno. I wtedy milicjant zadał mi następne pytanie: „Coś się tak, kurwa, ostrzygł?” Odpowiedziałem, cały czas grzecznie, że mam dziś początek roku akademickiego i jadę do Sosnowca odebrać legitymację i indeks. No i tak sobie rozmawialiśmy, w końcu mnie spisał, powiedział: „W ogóle mi się, kurwa, nie podobasz” i sobie poszedł. Drogo mnie ta jazda kosztowała, jak jasna cholera.
Jednak nie tak drogo, jak chłopaka pewnej koleżanki mojej żony. Miała na imię Ela, studiowała w Sosnowcu, natomiast mieszkała w Radomiu, no i w każdy piątek wieczorem wracała do tego swojego Radomia. Pociąg przyjeżdżał późno w nocy, więc z tego dworca za każdym razem odbierał ją jej ukochany. Któregoś wieczoru przyjazd się opóźniał, więc chłopak owej Eli podszedł do informacji, ale pani z okienka stała gdzieś w głębi, plotkowała z jakąś swoją koleżanką i ani w głowie jej było reagować na wołania chłopaka. W końcu, kiedy ten zaczął pukać w szybę i wołać panią informatorkę, ona podeszła do okienka, wystawiła przez na zewnątrz głowę i zawołała do przechodzących milicjantów: „Zróbcie coś, bo tu się jakiś pijany awanturuje”. No więc oni przyszli i go zabrali. Wprawdzie go nie pobili, bo się nie stawiał i się z nimi nie kłócił, ale za pijackie awantury na dworcu w Radomiu, dostał zwyczajowe kolegium. Nie pamiętam, ile to wtedy było, ale dużo. Kolegium to było nie byle co.
Opowiadam obie te historię z jednego powodu, i to wcale nie po to, by się skarżyć, jak to za komuny było strasznie. Wcale nie. Chodzi mi o coś zupełnie innego. Chcę w ten sposób pokazać, na czym polega coś co, czasem bez szczególnej troski, nazywamy totalitaryzmem. Totalitaryzm to nie jest bowiem system gdzie ludzie są wywlekani z domu pod osłoną nocy, bez świadków, z lufą przy skroni. Totalitaryzm bowiem to układ, gdzie obywatel, stając wobec takiej urzędniczki w okienku na dworcu, czy na poczcie, ma przeciwko sobie nią tylko ją, ale całe państwo, z taksówkarzem, policjantem, kelnerem, i listonoszem na dokładkę. Nawet jeśli w życiu zawodowym jest akurat którymś z nich.
I to jest właśnie powód, dla którego tak bardzo się cieszę, kiedy widzę jak wszystko wskazuje na to, że to już koniec. Że może jeszcze parę miesięcy, a może kto wie, czy nie tygodni, jak to wszystko ostatecznie walnie. I nie chodzi o to, że przede mną spokojne wieczory i poranki i noce. Ale że pojawia się bardzo dobra szansa na to, że uda się nam uniknąć powrotu do tego niezwykłego stanu, kiedy to najbardziej groźny potrafił być słoneczny jesienny dzień.

Przy okazji, proszę o wspieranie tego bloga. W każdy dostępny sposób. Dziękuję. Gdyby ktoś potrzebował numer konta, jest tuż obok

wtorek, 31 stycznia 2012

Kto lubi "jebać"? Kogo, kiedy i dlaczego?

Pomysł na poniższą refleksję narodził się zupełnie niespodziewanie, po tym jak już napisałem tekst dla Piotra Bachurskiego do „Warszawskiej Gazety” o Facebooku. Tak to zresztą często bywa, że wystarczy o czymś pomyśleć, raz, drugi, trzeci, a dalej to myśli przychodzą już same i nie sposób ich zatrzymać. Zresztą, jak podejrzewam, tekstu dla Bachurskiego też by nie było, gdyby nie to, co ja tu nieco wcześniej zostawiłem na temat Zbigniewa Hołdysa. W sumie więc, to wszystko jest bardzo ciekawe. Kiedy pojawił się problem ACTA, obiecałem sobie, że tym się zajmować nie będę, bo ani się na tym nie znam, ani znać się nie potrzebuję, a tymczasem wygląda na to, że – po tych dwóch nieśmiałych próbach – będzie już niemal wyłącznie o tej ustawie. Dlaczego? Z tej prostej przyczyny, że ja już chyba wiem, o co tu w tym wszystkim chodzi. I mam wrażenie, że to jest naprawdę coś specjalnego.
Ale stało się jeszcze coś, co sprawiło, że potrzeba pisania o Internecie i o tym, co się wokół niego ostatnio dzieje, musiała się skończyć tym tekstem. Otóż głos w sprawie zabrał sam Lech Wałęsa i powiedział, że jego zdaniem, zdecydowanie trzeba coś z robić z tym Internetem, bo on, jako wręcz nałogowy jego użytkownik, już nie może wytrzymać tej wolności i tego chamstwa. A to, moim zdaniem, cały problem – nie dość, że i tak już ciekawy – ustawia w jeszcze ciekawszym świetle. No ale zacznę od początku. Stało się bowiem tak, że wczoraj otrzymałem doniesienie o dwóch komentarzach, jakie zostały umieszczone na Facebooku przez dwóch niezależnych, choć prawdopodobnie skolegowanych, użytkowników, na temat katastrofy w Smoleńsku. Pierwszy z nich, niejaki Grzesiek, napisał coś takiego:
Codziennie ktoś umiera. A że to był prezydent, to co z tego? Bardziej się przejąłem, jak mi pies zdechł. Dla mnie to zwykli złodzieje. Trzeba jeszcze z 3 tupolewy i może coś się zmieni”.
Na to drugi odpisał mu w ten sposób:„Grzesiu popieram :) ja tam się cieszyłem, jak tupolew pierdolnął, myślałem że się coś zmieni, ale jeszcze jedna kurwa kaczka została i mąci dziwka jebana”.Oczywiście, pod jednym i drugim, od razu pojawiło się nowe towarzystwo, spod znaku „lubię to”.
Ponieważ, wbrew temu, co się tym dzieciom wydaje, Internet nie jest ich sekretnym ogródkiem, zakopanym głęboko w dziurkach w nosie, lecz jak najbardziej oficjalną przestrzenią, całkowicie kontrolowaną przez zewnętrzny świat, nie miałem najmniejszych kłopotów, by ustalić, kim są ci dwaj – dokładnie, z ich nazwiskami, adresami i zdjęciami – i pomyślałem, że wyłącznie w celach poglądowych ujawnię te dane publicznie. Żeby pokazać, jakie to wszystko jest proste. I tu niestety spotkałem się z protestem, który nadszedł ze strony jak najbardziej nieoczekiwanej. Otóż moje dzieci powiedziały mi, że ja tego zrobić nie mogę. I nie miało znaczenia, że i jeden i drugi z tych wybitnych komentatorów, wszystkie dane o sobie sami ujawnili i, jakby tego było mało, ubarwili je swoimi zdjęciami. Okazuje się bowiem, że ów Facebook – w serdecznym przekonaniu jego użytkowników – jest miejscem, gdzie wszelka prywatność jest bardzo skrupulatnie chroniona, i jeśli ktoś się tam przedstawia, robi to w pełnym przekonaniu, że te dane są wyłącznie do wiadomości kumpli. I nikogo więcej. A więc, jeśli ja jakimś cudem – bo oczywiście mogłem to zrobić tylko cudem – do nich dojdę, to mam zachować dyskrecję. Bo inaczej postąpiłbym jak jakiś haker, lub ktoś jeszcze gorszy. Na pewno ktoś gorszy.
A zatem, to co o nich wiem, zachowam sobie do własnej wiadomości, i dziś tylko powiem, że oni mają na przykład wielkie szczęście, że nie trafili na kogoś, kto, jak się domyślam, wedle ich wyobrażenia, stanowi typ moherowego krzyżowca i mordercy, bo już by było po nich. A to by było okropne, bo – sądząc po zdjęciach – to są naprawdę mili i porządni chłopcy. Natomiast przedstawię coś, co nawet jeśli ich identyfikuje, to w sposób bardzo pośredni, natomiast w bardzo podstawowym wymiarze określa to, czym jest dziś Facebook, a więc i Internet. Oto lista tego, co „lubi” kolega Grzesia. Proszę się trzymać krzeseł:
Filmweb, Regionalna Warzelnia Piwa, Bydgoska Masa Krytyczna, Rowerowa Brzoza, AGRU.pl - Repliki białej broni, ASG, Pij, pij, będziesz łatwiejsza, Pij, nie pierdol, Puma, Ruscy są zajebiści, Jebać Acta, Skopa, Pipa, Wolność dla Internetu, Bitwa pod Kłuszynem, Noc przed egzaminem jest jak Noc Wigilijna - nie śpisz i czekasz na cud, Im mniej wiesz tym lepiej śpisz, Śpisz? Nie, oglądam sobie powieki, ”Shit man, I jus forgot wat I was about to tell you!'', je ne comprends comprends pas comment ont peut aimer ne rien faire, Men on Fire, Eat shit and die :), Wkurwia mnie, gdy nie wiem kto mówi w domofonie, Im dłużej myślę, tym bardziej nie wiem, Wali mnie to, Nie znoszę gdy Internet zamula, Lubię sery, Peja, Nie znoszę chrapania!, Jak uzbieram na czołg to macie przejebane, No i would NOT like a detention. Are you f*cking retarded??, EPIC FAIL, zrobię Ci z dupy jesień średniowiecza, Weź się ogarnij, bo tak mnie wkurwiasz, że Ci zaraz wpierdolę, Nienawidzę gdy się produkuję, a ktoś odpisuje tylko lol lub aha, Pozdrawiam wrogów środkowym palcem, Boże daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę to ich wszystkich rozpierdolę, ‘Chuj z tym’ jako wyraz całkowitej rezygnacji, Tak mam dzisiaj wqrw, Ty mi tu nie pierdol., Nie pierdol, polej, Kobiety to same problemy, a z problemem najlepiej się przespać, "Pan życia i śmierci"/"Lord of the war", Wrzuta.pl, Nike”.
Wprawdzie, wśród ulubionych grup tego dziecka – niech mu będzie Bartek – nie znalazłem nic na temat Zbigniewa Hołdysa, ale, owszem, są tam jak najbardziej ACTA – w postaci grupy „Jebać Acta”, no i wolności Internetu. A z tego wnioskuję, że Bartek należy do tej części świadomych obywateli, którzy są przeciwko inwigilacji Internetu. On zdecydowanie był jednym z tych, którzy ostatnio, mimo mrozu, poszli krzyczeć przeciwko Tuskowi.
A zatem opowiem pewną historię, którą usłyszałem od znajomych znajomych. Otóż ich syn – bardzo porządny, inteligentny i spokojny chłopak – pewnego wieczora siedział przed swoim komputerem i nudził się jak pies. Siedział oczywiście na Facebooku, i po raz sześćdziesiąty ósmy oglądał te same miejsca. W pewnym momencie – z tych właśnie nudów – wszedł na stronę jednej z posłanek do Sejmu, i postanowił sprawdzić, czy będzie miał kłopot z włamaniem się do jej skrzynki mailowej. Okazało się, że hasło zabezpieczające było tak trywialnie proste, że nie mógł się powstrzymać, by tego nie sprawdzić. No i skorzystał. Wlazł więc jej do skrzynki, zostawił tam pewien bardzo skromny ślad – tak jak pies zostawia kupę – i o sprawie zapomniał. Nie narobił tam żadnych szkód. Ani nikogo nie obraził, ani nikomu nie groził, ani nic nie poniszczył. Zwyczajnie postanowił się zabawić. I zostawić swój adres IP. Jeden jedyny z tysięcy. Do czasu. Już bowiem po krótkiej chwili w jego domu zjawili się panowie z policji i uruchomili odpowiednie procedury. Z wszelkimi tych procedur konsekwencjami.
Kiedy go spytano, dlaczego on – taki inteligentny, spokojny i nieskłonny do sportów ekstremalnych chłopak – nie wziął pod uwagę tego, że on równie dobrze mógłby wyjść na środek ulicy i się rozebrać do rosołu, odpowiadał niezmiennie, że nie wie. Po prostu siedział sobie w swoim kąciku i klikał. Ale dlaczego nie pomyślał, że jeśli owa posłanka się tym czymś zdenerwuje – a ponieważ jest zaledwie głupią posłanką, zdenerwować się może bardziej, niż któraś z jego koleżanek – to go bez najmniejszego problemu wytropi, wzruszał ramionami i odpowiadał biedaczek, że o tym w ogóle nie myślał. On sobie tylko siedział przy swoim biurku – dokładnie tym samym, przy którym na co dzień się pilnie uczy – i klikał. Ale czy nie przyszło mu do głowy, że to jest gra naprawdę ostra? On nic nie sądził. Nudził się i klikał. Koniec, kropka. A później o wszystkim zapomniał. Proszę pamiętać, nie mówimy tu o idiocie. Nie tu.
A więc ja uważam, że to jest właśnie to, co Internet robi z ludźmi. On oczywiście daje nam przeróżne możliwości poszerzania wiedzy, uczy tego wszystkiego, czego ani ja, ani inni moi rówieśnicy kiedyś nawet nie mogliśmy sobie wymarzyć, i, niewykluczone, że sprawia, że nasze dzieci są tak nieprawdopodobnie sprytne i inteligentne. Jednak przy okazji, w pewnym bardzo szczególnym zakresie, robi z nich na ten jeden niewinny moment kompletnych bałwanów. W tym mianowicie, że one całkowicie tracą instynkt samozachowawczy. Ale mało tego. Bo gdyby przy podobnych jak wyżej opisana okazjach, te dzieci się zreflektowały i uznały, że trzeba koniecznie coś z sobą zrobić, bo po drugiej stronie czyhają takie niebezpieczeństwa, że normalny człowiek sobie z nimi nie poradzi, jakoś by mogły z tego wyjść. Natomiast one postępują wręcz odwrotnie. Głoszą mianowicie swoje niczym nieograniczone prawo do swobodnej ekspresji, z uporem maniaka twierdzą, że owa ekspresja jest chroniona nie tylko prawnie, ale też faktycznie – przez pełną anonimowość mianowicie – i oczywiście są gotowe wyjść na ulicę na samą myśl o tym, że ktoś im na tym biurku próbuje inaczej poukładać to, co oni tam tak ładnie przecież poukładane mają.
Popularna opinia jest taka, że ów gniew internautów, z którym mamy dziś do czynienia, a który okazał się tak wielki, że zwrócił się aż przeciwko dwóm wiecznym bohaterom współczesnej Polski – Donaldowi Tuskowi i Zbigniewowi Hołdysowi, jest związany głównie z obawą, że oni nie będą mogli ściągać za darmo piosenek, filmów i oglądać pornografii. Otóż uważam, że nie o to poszło. Wystarczy spojrzeć na listę grup, które polubił nasz Bartek, by mieć pewność, że dla nich filmy, piosenki i pornografia stanowią maleńki ułamek tego, co ich interesuje tak naprawdę. Dla nich filmy, piosenki, czy wreszcie te dupy są niemal bez znaczenia. Oni już wszystko słyszeli i widzieli, a sposób na życie, jaki dla siebie wybrali sprawił, że większość z nich i tak stała się rzeczywistymi impotentami, więc seks ich zwyczajnie nie interesuje. Ich zresztą już nie interesuje nic, poza gadaniem na wszelkich możliwych forach. Oni na uwadze mają już tylko „shit, man” i „wali mnie to”. A więc nic. Ich już nie obchodzi nic, z wyjątkiem tej szczególnej złości, która wcześniej została odpowiednio ukierunkowana. I uważam, że jeśli oni dziś się tak zdenerwowali, to dlatego, że dostali cholery na wiadomość, że ktoś na nich będzie patrzył, jak oni sobie tam siedzą i klikają. Rodziców – pomijając fakt, że oni i tak często mieszkają w akademikach – już ze swojego pokoju skutecznie wypędzili, i ci mają tam prawo wchodzić tylko wtedy, gdy dziecko jest w szkole, lub na uczelni, a to i tak tylko po to, by wynieść kubki, talerze, kartony po pizzy i puste flaszki po coca coli. Wypędzili stamtąd swoje rodzeństwo, a z kolegami w realu nawet już nie potrafią rozmawiać. I teraz oni jedynie sobie konsekwentnie nie życzą, by ktoś im się tam kręcił i patrzył, co oni robią.
I to jest właśnie to coś, co świadczy o tym, że oni są kompletnie chorzy. Weźmy wspomnianego wcześniej Bartka. Dlaczego on apeluje – wspólnie z innymi swoimi znajomymi z Facebooka, by „jebać ACTA”? Nie dlatego, że im nie wolno będzie robić tego, co robią dotychczas, ale wyłącznie dlatego, ze kiedy oni będą to robić, ktoś ich będzie obserwował. Ale skąd mu przyszło do głowy, że dotychczas, skoro on tam siedział sam ze sobą, to pozostawał tak idealnie anonimowy? Dlaczego on, jak się domyślam, uważa, że jeśli ja dziś znam jego nazwisko, wygląd i miejsce, gdzie go mogę znaleźć, to tylko dzięki ACTA? Odpowiedź jest prosta. Bo jest durniem. Zwykłym, solidnie wykształconym durniem, który dał sobie wyprać mózg i nawet tego nie zauważył.
Na koniec jeszcze jedno pytanie. Co z tym Wałęsą? Po co nam on? Po co ja o nim w ogóle wspomniałem? Otóż Wałęsa jest tu bardzo ważny. On, zabierając głos w sprawie ACTA w taki sposób, w jaki to zrobił, potwierdził autorytatywnie, że tu nie chodzi o wolność słowa i chamstwo, jakie ta wolność dopuszcza. To akurat zostanie nietknięte. Tu nic nikomu się nie stanie. Jak ktoś będzie chciał „jebać Jarka” – będzie to mógł robić bezkarnie, dokładnie tak jak dotychczas. Podejrzewam, że nawet będzie mógł – w określonych warunkach – „jebać Hołdysa”. Nie wolno natomiast będzie „jebać Komorowskiego”. No ale znów – to już chyba było, prawda?
Natomiast, faktycznie, może się zdarzyć, że te filmy i piosenki trzeba będzie ściągać z Chin. I to, jak wiemy, dla niektórych może stanowić zmartwienie. Tyle że, jak już wcześniej zostało powiedziane, to jest naprawdę margines, a zatem w istocie nie ma o czym gadać. To jest tylko koniec świata. Tak się właśnie kończy świat. Nic naprawdę wielkiego.

Proszę, jak zawsze, wspierać ten blog, albo wrzucając na co kogo stać do puszki, albo kupując książkę. Wszystko co jest do tego potrzebne, znajduje się tuż obok po prawej stronie. Dziękuję.

czwartek, 9 czerwca 2011

Marylka: Szabla, szklanka i Gruzini

Niedawny post Toyaha o Węgrzech – nie o Kolonii, nie o Maastricht, ale o Węgrzech – i niektóre komentarze pod nim, przypomniały mi o świetnych winach naszych braci Gruzinów, o akcji wspierania Gruzinów przez kupowanie ich wina, która jakoś ucichła i zamarła, i o tym, że dwóch młodych Gruzinów z polskimi korzeniami i polskim nazwiskiem dwa miesiące temu otworzyło w Warszawie na ul. Ząbkowskiej mały sklepik z gruzińskim winem i gruzińskimi przysmakami pod nazwą Alaverdi - The Georgian Point. I pomyślałam sobie, że bardzo bym chciała, żeby im się powiodło, ale nie wiem, jak im pomóc oprócz tego, żeby kupować u nich jak najczęściej i zachęcać do tego samego tych moich przyjaciół, którzy lubią wino albo na przykład sok z granatów.
Dlaczego tak mi zależy na powodzeniu tych chłopców – poza tym, że są mi bliscy jako Gruzini, jako Polacy i jako synowie swoich rodziców, a moich i naszej Polski przyjaciół? Otóż chodzi mi tylko i najbardziej o solidarność, bez której, czego jestem pewna, stalibyśmy się w końcu nikim z tymi naszymi wspominkami o pięknej polskiej historii, a nawet może zasługiwalibyśmy na ten marny los, który nam szykują różne moce. Dla mnie sklep, który założyli chłopcy, to kawałek Gruzji, która wciąż znajduje w sobie wolę i zdolność do walki.
No a rodzina Domuchowskich to wspaniali i wyjątkowi ludzie, o których pokrótce opowiem. Znaleźli się w Polsce jako jedni z pierwszych, a może nawet pierwsi uchodźcy polityczni po 1989 roku. Nie przyjechali tu, żeby poprawić sobie swój byt ani robić interesy, lecz znaleźć azyl. Wiktor, fizyk z wykształcenia, był od lat 80. działaczem niepodległościowym i jednym z najbliższych współpracowników prezydenta Zwiada Gamsachurdii. Czy ktoś pamięta postać pierwszego prezydenta Gruzji? Wikipedia dziś poświęca mu 12 linijek tekstu, ale od Wiktora i jego żony Rusudan można dowiedzieć się, jak ciekawa i pod wieloma względami znakomita to była postać. No i jak z bliska wyglądały krwawe początki niepodległej Gruzji. Mam nadzieję, że kiedyś napiszą o tym wszystkim.
W każdym razie w 1992 roku Rosja ze swoim SPECNAZ-em wsparła zbrojnie przeciwników Gamsachurdii, a on musiał z Gruzji uciekać. Przez jakiś czas wybrany w wolnych wyborach parlament gruziński obradował konspiracyjnie w Czeczenii, gdzie też przebywał Gamsachurdija pod opieką Dżohara Dudajewa, podczas gdy w Gruzji rządził z ruskiego nadania Szewardnadze ze swoimi władzami. Wiktor z rodziną był przez rok na emigracji w Azerbejdżanie, skąd jeździł do Czeczenii na obrady uchodźczego parlamentu. W 1993 roku został porwany z Baku przez służby Szewardnadzego wraz z przyjacielem i wtrącony do więzienia. Tam przeżył bicie, tortury, czekając na wyrok śmierci – mógł się tego spodziewać, bo jego towarzyszy skazywano na śmierć i rozstrzeliwano. Pewnie tak by się stało, gdyby nie jego żona, która podjęła dramatyczną walkę o niego. Znalazła drogi dotarcia do tzw. społeczności międzynarodowej, organizacji praw człowieka i polityków. Z pewnością dzięki temu Wiktor został skazany „tylko” na 14 lat więzienia. Rusudan nie ustawała w staraniach, żeby go uwolnić i sprowadzić do Polski, gdzie pojechała wraz z dziećmi. I to się udało. W 1998 roku ktoś przekonał ówczesnego ministra SZ Geremka, żeby w czasie oficjalnej wizyty w Gruzji upomniał się o Domuchowskiego. Po dwóch dniach Wiktor był wolny i połączył się w Polsce z rodziną. Tu dorośli i wykształcili się ich synowie.
Czy muszę dodawać, że choć cała czwórka tęskni i zawsze będzie tęsknić za swoją ojczyzną, to stała się niegorszymi, a może nawet lepszymi od nas Polakami? Tak bywało z wieloma cudzoziemcami, którzy w ciągu historii osiadali w Rzeczypospolitej – z jej zasługą czy bez. Dla mnie osobiście ta znajomość jest bezcenna z innego jeszcze powodu. Ci, którzy żyli w piekle rosyjskim i podjęli z nim walkę – a walka o niepodległość na Kaukazie oznaczała zawsze prawdziwą, krwawą wojnę – wiedzą, czują i oceniają rzeczywistość polityczną znacznie lepiej niż my. Jeśli coś niecoś rozumiem z tego, co się dzieje w Polsce, w Rosji, na świecie, to w jakimś stopniu zawdzięczam to takim ludziom jak Domuchowscy – wychodźcom z Kaukazu.

niedziela, 13 marca 2011

O władzy, która psuje

Nie wiem, czy ta moja przypadłość pozwoliła mi na życie spełnione, czy wręcz przeciwnie. Wprawdzie osobiście czuję się człowiekiem bardzo szczęśliwym, natomiast nie mogę mieć pewności, czy gdybym miał inny charakter, lub mój los potoczyłby się inaczej, miejsce w jakim dziś się znajduje nie było jaśniejsze i bardziej sympatyczne. I na przykład nie musiałbym prosić o wsparcie. Co mam na myśli, mówiąc o przypadłości? Otóż chodzi mi o to, że ja w sobie nie mam nic z lidera. Gdyby ktoś, w którymkolwiek momencie mojego życia ktoś mi zaproponował, żebym został kierownikiem, dyrektorem, naczelnikiem, czy jakimś prezesem, najpierw wpadłbym w panikę, a następnie powiedział, że jednak nie. I co najgorsze, nie ma takich pieniędzy, którymi można by mnie tu kupić. Nie ma takich pieniędzy, które by mogłyby kupić mój wstyd, w wypadku pierwszej kompromitacji.
A zatem, uczucie, jak to jest być szefem – pomijając niekiedy jakiś mały senny koszmar – jest mi całkowicie obce. Nawet u siebie w domu, choć akurat – przyznaję z dumą – jedyną osobą, której nasz pies słucha akurat jestem ja, to nie ja rządzę. Jest jednak coś jeszcze, co mnie niekiedy w duszy boli. Mam na myśli to, ze ja fizycznie, psychicznie, duchowo i serdecznie nie toleruję, jak ktoś mnie traktuje po dyrektorsku. Jeśli mogę na chwilę znów wrócić do życia rodzinnego, to powiem, że robi to notorycznie moja żona, i to jest maksimum tego, co potrafię zaakceptować. Drugiej żony nie jestem już w stanie zdzierżyć. Nie jestem w stanie tolerować jednego pojedynczego zachowania, gdzie jestem traktowany w sposób protekcjonalny, czy demonstracyjnie lekceważący. Ja zwyczajnie już w pierwszej sekundzie tracę cierpliwość i ogarnia mnie tu czysta, żywa desperacja, kiedy ktoś pokazuje mi moje miejsce i kiedy robi to nie ktoś ode mnie mądrzejszy, bardziej zasłużony, lub po prostu lepszy, lecz ktoś, kogo jedyna przewaga nade mną sprowadza się do tego, że akurat wyświadcza mi jakąś przysługę, lub że ja akurat od niego coś chcę. Jeśli coś takiego się dzieje, ja oczywiście walczę z sobą jak mogę, choćby dlatego, że wiem, iż jest to moja swego rodzaju skaza. Walczę z tym niekiedy zadziwiająco długo, ale wiem przy tym, że jeśli ten ktoś nie przestanie, to wszystko skończy się tak, że ja mu powiem, żeby spieprzał. I to nawet za cenę spowodowanych tym gestem zmartwień.
Opowiadał mi wczoraj pewien mój znajomy historię o jakimś swoim z kolei znajomym, któremu do pracy dali nowego dyrektora – podobno nie dość, że kompletnego idiotę, to jeszcze kogoś, z kim naprawdę było trudno wytrzymać. Znajomy ów jednak jakoś wytrzymywał, znosił jego obecność i nawet zachowania, cierpiał jak nie wiem, aż któregoś dnia dyrektor ów zaprosił znajomego do siebie do gabinetu, poprosił by usiadł, a później jakimś wyjątkowo irytującym tonem zapytał go: „No i co, panie kolego, niech pan powie, co pan sobie o mnie myśli?” Ton musiał być na tyle trudny do zniesienia, że znajomy mojego znajomego – świetnie rozumiejąc oczywiście konsekwencje swojego kroku – powiedział: „Myślę, ze jest pan skończonym ciulem”. Dosłownie tak. No i oczywiście na drugi dzień stracił pracę. Oczywiście.
I to jest właśnie to, co mam na myśli, mówiąc o tym, że ja bardzo źle znoszę konieczność pokornego powstrzymywania się od reakcji na złe traktowanie. Tyle jednak na razie o mnie. Pora na samo traktowanie. I o dyrektorów. Nie wiem, czy czytelnicy tego bloga, a jeśli tak, to czy w dużej liczbie, znają ze swojego życia sytuację, kiedy to nasz dobry znajomy, lub wręcz kolega, czy kumpel, zostaje szefem, i to w dodatku naszym. Mnie to coś przytrafiło się raz w życiu, ale też zdarzyło się to pani Toyahowej, pewnemu mojemu kuzynowi, i dość wielu bliższym i dalszym znajomym. Otóż oni wszyscy w pełnej rozciągłości potwierdzają moje na tym polu doświadczenia. A są one takie, że ten nasz kumpel, czy znajomy, w momencie jak zostaje naszym szefem, natychmiast staje się pierwszej wody sukinsynem i idiotą.
Oczywiście ja zdaję sobie sprawę – i mam nadzieję, że i ci, co te słowa czytają, również – że zarówno ów „sukinsyn” jak i „idiota” nie odnoszą się bezpośrednio i dosłownie do osoby tego kolegi-dyrektora, ale do samego sposobu w jaki my na niego patrzymy. Jest bowiem tak, że on, zostając tym dyrektorem, zaledwie po paru tygodniach zaczyna zachowywać się w sposób, który dla nas jest zachowaniem sukinsyna i idioty. On w normalnym życiu może i jest dalej taki sam jak był zawsze, natomiast w tym jego dyrektorowaniu jest coś, co powoduje, że nagle on w sobie kumuluje wszystko co w człowieku najgorsze. I zaczynamy go nienawidzić.
Ktoś powie – zwłaszcza pewnie ktoś, kto właśnie został dyrektorem – że wina leży po naszej stronie. Że nam się wydaje, że to jest nadal nasz kumpel, podczas gdy on ma już większą odpowiedzialność, więcej obowiązków, mniej dla nas czasu, no i przede wszystkim wystarczająco dużo zmartwień, by niekiedy może i nawet być zmęczony, a przez to trochę bardziej nerwowy. Otóż nie. To wszystko oczywiście jak najbardziej się dzieje, ale mi akurat nie o to chodzi, że on już nie chce być naszym kumplem. Ani o to, że my bardzo chcemy. Kiedy mówię, że on się staje nagle zwykłym sukinsynem, to mam na myśli sytuację, że on już właściwie po paru tygodniach swojego szefowania, wpada w taki stan, który mu każe – i to każe niemal zawsze – w każdej sprawie, z jaką do niego przychodzimy, mówić nam coś w stylu: „Proszę cię, stary, nie zawracaj mi teraz głowy”. A i to tylko w wersji soft. Bo tych odzywek jest znacznie więcej, i mógłbym je tu wyliczać. „Ile razy ci mówiłem, żebyś z takimi sprawami do mnie nie przychodził?” Albo: „Czy ja, kurwa, mam za was wszystko robić?” Albo: „Proszę cię, stary, przynajmniej dziś mnie nie wkurwiaj”.
Co to jest za cholera? Czy może gdzieś tam w tych dyrektorskich rejonach, oni mają jaką specjalną komórkę, gdzie każdy z nich od razu musi się zgłosić po odbiór kompilacji tego typu odzywek, z zaleceniem nauczenia się ich wszystkich na pamięć w ciągu najbliższych dwóch tygodni? Nie wiem, natomiast faktem jest, że większość z nich działa tu jak zaprogramowani, nakręceni i wprawieni w ruch. Faktem jest też to – i tu wracam do swojej osobistej sytuacji – że ja w całym swoim życiu nie posiadłem odporności na tego rodzaju rytuał. I być może znalazłbym w sobie jakiś mechanizm, który by mnie tu jakoś chronił, gdyby nie jeszcze coś, co sprawia, że dla mnie przynajmniej sprawa staje się całkowicie beznadziejna. Chodzi mi o to, że przy tym wszystkim, co opisałem wyżej, dochodzi do jeszcze czegoś, co przy moich, wspomnianych na początku, kompleksach, jest dla mnie autentycznym piekłem. Jest mianowicie też u świeżoupieczonych dyrektorów coś takiego, co nie pozwala im słuchać, co się do nich mówi. Oni – choćby wcześniej byli najinteligentniejszymi i najbardziej wrażliwymi ludźmi – z dnia na dzień tracą całkowicie umiejętność słuchania i rozumienia.
Mieliśmy przyjść za dwie godziny. Przychodzimy po tych dwóch godzinach, nasz kolega-szef patrzy na nas nieprzytomnym wzrokiem i pyta: „Co znowu?” Mówimy mu, że własnie minęły dwie godziny, a on rozkłada demonstracyjnie bezradnie ręce i jęczy: „Dwie godziny to 120 minut, stary, a nie 15”. I dodaje: „Mnie tu płacą za bycie dyrektorem, a nie niańką dla dzieci, które nie znają się na zegarku”. Mówimy mu cierpliwie raz jeszcze: „O ósmej mówiłeś, żeby przyjść o dziesiątej, jest po dziesiątej, to przychodzę”. Nasz szef na to wbija w nas tępy wzrok i mówi: „Czy ty myślisz, ze ja może jestem idiotą? A może byś tak trochę popracował, zamiast się snuć po korytarzach i kombinować, co by tu zjeść?” Więc my z kolei patrzymy na niego, i w naszej głowie krąży już tylko jedna myśl. Żeby powiedzieć mu, że jest durniem, że mamy go dość i że niech spieprza. Następnie wyjść i wrócić za chwile z wymówieniem. No i któregoś dnia to robimy. To znaczy nie wszyscy. Większość się męczy do emerytury. Ja owszem.
To znaczy nie wychodzę, bo nie bardzo mam okazję. Zdarzyło mi się to dwa razy i wystarczy. Natomiast, skoro już wspominam wciąż o swoim życiu, to powiem jeszcze, że ono tak się potoczyło, że wprawdzie nigdy nie byłem kierownikiem, ale też właściwie nigdy – pomijając około dziesięciu lat pracy w szkole – nie miałem szefa. Tak jakoś układało mi się życie, że zawsze starałem się być na swoim i zawsze to sobie bardzo ceniłem. Przy okazji jednak, w miarę upływu lat, stawałem się coraz bardziej radykalny jeśli idzie o mój stosunek do opisanych wyżej rytuałów. Bo, trzeba nam wiedzieć, to coś nie dzieje się tylko na płaszczyźnie biurowej, czy gabinetowej. Nie jest wcale tak, że człowiek narażony jest na impertynencje ze strony tylko swoich bezpośrednich szefów. To się dzieje przez całe życie wszędzie. Niedawno zaszedłem do sklepu Saturn i postanowiłem sobie kupić taki czteropłytowy box Milesa Davisa z orkiestrą Gila Evansa. Podszedłem do chłopaka, który tam obsługiwał i poprosiłem go, żeby mi otworzył to pudełko, żebym mógł zobaczyć jak to wygląda. On bez słowa odlepił tę folię, dał mi pudełko, ja je otworzyłem i zauważyłem, ze te dyski są tam umieszczone w jakiś bardzo dziwny, nieznany mi wcześniej sposób. Zapytałem więc chłopca, czy nie wie, jak się te płyty wyjmuje. On wziął to do ręki i zaczął się męczyć. W końcu wyjął jedną z nich, wsadził z powrotem, znów wyjął, wsadził z powrotem, dał mi to pudełko i rzucił: „Musi pan uważać”. Więc pytam go: „Trochę się pan męczył. Myśli pan, że ja sobie poradzę” A on mi na to: „Tego nie mogę wiedzieć. Ja pana nie znam. Nie wiem, co pan umie, a co nie”.
Nie powiem, co mu powiedziałem, bo to nie ma większego znaczenia. Ale dziś tę historię opowiadam, bo to jest właśnie to. To jest stan, jaki osiąga człowiek, kiedy znajdzie się w sytuacji, że ktoś coś od niego chce, a on sobie z tego świetnie zdaje sprawę. Oczywiście, to dziecko w Saturnie to jakiś wół, którego los skierował na ten odcinek i który pewnie już tam zostanie do końca swoich dni. Podobnie jak te dziewczyny w warszawskim McDonaldach, czy dyżurny na pogotowiu w Łodzi, czy asystenci na Uniwersytecie Śląskim. Prawdziwi szefowie, to są ludzie poważni i z dorobkiem. Mechanizm jest jednak wciąż ten sam. I ja go nie toleruję. I to jest między innymi powód, dla którego moje teksty będą dostępne już tylko tu, na tym blogu. Gdzie jeśli z kimś się zepnę – a zdarzy się to pewnie nie raz i bardzo brutalnie – to na dokładnie identycznych zasadach i warunkach. Demokratycznie. Gdzie ja mogę nie pisać, a ten ktoś może nie czytać. I tak jest dobrze.

niedziela, 2 stycznia 2011

O wolności, która jest, której nie ma i której nigdy nie było

Sprawa Białorusi i pełna obłudy reakcja na sytuację w tym kraju ze strony Polski i Europy, kazała mi się ponownie zastanowić nad tym, czym jest dla nas wolność i demokracja. Czym jest jedno i drugie dla nas, i czym w ogóle są demokracja i wolność, jeśli spojrzymy już na całą sprawę bardziej uniwersalnie. Jakkolwiek byśmy do białoruskich wydarzeń i wszystkiego co one wywołały nie podchodzili, co do jednego powinniśmy się wszyscy zgodzić. Wolność jest dobra, demokracja nienajgorsza, a sytuacja, kiedy jednego i drugiego jesteśmy pozbawieni, godna pożałowania. Na tym jednak porozumienie się kończy, Choćby dlatego, że jeśli idzie o wolność, mamy na jej temat bardzo różne wyobrażenia, a z kolei demokracją jest tak, że jej definicja przez lata tak fantastycznie ewoluowała, że dziś już naprawdę nie sposób się zorientować, czy to co uważamy za demokrację, wciąż nią jest, i czy dla ustalenia czegokolwiek nie należy się najpierw zwrócić do ekspertów.
Weźmy Polskę sprzed 5 lat. Po w pełni, jak by się mogło wydawać, demokratycznych wyborach, prezydentem został wybrany Lech Kaczyński, a parlamentarną większość uzyskało Prawo i Sprawiedliwość. I od pierwszego dnia po tym rozstrzygnięciu, demokratyczna prawomocność tych wyborów zaczęła być bardzo gruntownie kwestionowana, i to nie przez jakichś monarchistów, anarchistów, czy komunistów, ale przez pełną gębą demokratów. Stopniowo doszło do tego, że demokracja i związane z nią hasła zostały całkowicie wyparte przez jeden wielki zgiełk domagający się… no właściwie, nie wiadomo czego. Obojętnie, byleby tylko cofnąć czas i dać owej demokracji jeszcze jedną szansę.
Popatrzmy na dzisiejsze Węgry. Wybory – podobno demokratyczne – jak wiemy, wygrała tam bezwzględną większością partia konserwatywna i okazuje się, że od samego niemal początku ten wybór jest kwestionowany przez – nie, nie monarchistów, nie anarchistów, nie komunistów – lecz przez jak najbardziej gorliwych i jednoznacznie zdeklarowanych demokratów, którzy dla tej demokracji daliby się pokroić, i którzy twierdzą, że demokracja i wolność są oczywiście cywilizacyjnie gwarantowane, o ile tylko ich ofiarą nie padną interesy tych, którzy w tym boju zostali zwyczajnie odsunięci. W tym oczywiście ich samych.
No i wreszcie wróćmy na chwilę do Białorusi. Tu akurat jest nam szczególnie trudno powiedzieć cokolwiek mądrego, głównie ze względu na fakt, że wszystko co do nas dochodzi z tamtej strony jest już odpowiednio przycięte pod kątem zainteresowań tych, którzy je w odniesieniu do Białorusi deklarują. Dotychczas powszechna wiedza była taka, ze białoruskie społeczeństwo jest do tego stopnia zsowietyzowane i otumanione przez biedę i brak informacji, że przez wiele następnych lat nie ma żadnych szans, by tam jakiekolwiek wpływy osiągnęły idee niepodległościowe. Walka głównie toczyła się o to, żeby dać szanse politycznej opozycji i tak zwanemu społeczeństwu obywatelskiemu, żeby w ewentualnej przyszłości Białoruś mogła stać się państwem bardziej europejskim niż post-sowieckim. Proszę zwrócić uwagę, dotychczas nikt nie kwestionował, że kolejne wyniki wyborów na Białorusi były uczciwe. Zgadzano się co do tego, że opozycja jest źle traktowana, że Łukaszenka jest dyktatorem, ale to, że z punktu widzenia większości białoruskiego społeczeństwa, tak jak jest, jest dobrze, było przyjmowane za smutną oczywistość.
Dziś się nagle wszystko zmieniło. Okazuje się, że wedle ocen Zachodu, w ostatnich wyborach Łukaszenka nie wygrał, natomiast wybory zostały dramatycznie sfałszowane. A z tego, możemy się domyślać, wynika, że w białoruskim społeczeństwie doszło do jednoznacznego zwrotu i Białorusini mają już dość tego satrapy i chcą do Europy. A zatem, Białoruś poczuła powiew cywilizacji i postanowiła machnąć ręką na tę swoją nędzę, ten sowiecki syf, na to wszystko co ich dotychczas tak ograniczało, i ruszyć na Zachód.
Mam jednak poważne podejrzenia, że to jest nieprawda. Że Łukaszenka trzyma wszystko silną ręką, a to co słyszymy w telewizji i czytamy w gazetach, to wyłącznie propaganda tworzona przez tych wszystkich, którzy uważają, że nie ma dla Białorusi lepszej przyszłości, niż Unia Europejska. Dlaczego tak myślę? Z bardzo prostego powodu. Ja przez minione lata nie otrzymałem jednej, choćby minimalnie wyczerpującej informacji na temat tego, jak wygląda życie na Białorusi. Czy oni mają sklepy tak jak my? Czy oni mają, podobnie jak my dziesiątki kanałów telewizyjnych? Czy oni maja puby z piwem i muzyką? Czy u nich można kupić Heinekena i paczkę Marlboro. Czy u nich, w odróżnieniu od Polski lat 80., można w sklepie kupić płytę z muzyką Led Zeppelin? I czy przeciętnego człowieka na to stać? I wreszcie, czy ludzie na Białorusi czekają ze strachem końca miesiąca, czy może, tak jak u nas, u nich też pojawiła się nowa instytucja o nazwie Biuro Windykacji. I czy oni już doszli do tego, że i u nich powstał tak zwany Krajowy Rejestr Dłużników. Tego nie wiem. Na ten temat nie mam jednej normalnej informacji. Jedyne co słyszę, to, że jakiś działacz mniejszości polskiej został spałowany przez milicję, albo że kolejne wybory zostały sfałszowane.
Do czego mi te informacje są potrzebne? Otóż do tego, bym wiedział, czy Białorusini trzymają się mocno, czy zaczynają pękać. I wreszcie, czy jeśli trzymają się mocno, to z głupoty, czy może z głupoty zaczynają pękać. A może to wszystko nieprawda, a oni są wciąż jeszcze zwykłymi, dbającymi o swoje ludźmi.
Jedno wiadomo z całą pewnością. Europa ma na Białoruś chrapkę. Wiadomo też, że ta chrapka połączyła doraźnie wszystkie, nawet najbardziej odległe od siebie środowiska, od Gazety Wyborczej, przez komunistów, aż po Gazetę Polską. No i że ta chrapka coś bardzo cuchnie. Czym? Mianowicie tym ciągłym gadaniem o wolności. W reakcji na mój poprzedni tekst pojawiło się kilka komentarzy sugerujących, że współczesny świat, w swoich najbardziej rzekomo cywilizowanych zakątkach, doprowadził do całkowitego zniewolenia człowieka. Że dziś człowiek stoi wobec dwóch tylko wyzwań: musi z jednej strony więcej pracować, a z drugiej znajdować więcej sposobów na skuteczne wynajdowanie przyjemności, które pozwolą mu nabrać sił do dalszej pracy. Że w dzisiejszym świecie System traktuje człowieka jak inwentarz, o który dba tak jak rolnik dba o swoje bydło i kury, tyle że zamiast siana i ziarna, jest sklep, telewizja i możliwość wyjazdu na wakacje do jakiegoś ciepłego kraju. I że w tym spisku – bo jest to oczywisty spisek – przeciwko człowiekowi wystąpiły połączone siły Państwa i Kościoła. I że jeśli Białoruś chce zachować wolność, musi nie dać się zwieść współczesnemu światu, który, czy to oferując dobrą płacę za dobrą pracę, czy przyszłą nagrodę za posłuszeństwo, zniewala i wykorzystuje człowieka dla swoich podłych interesów.
I wszystko to, moim zdaniem, jest głęboko i mądrze prawdziwe. Z jednym wyjątkiem. Otóż wciąż nie ustaliliśmy, czym jest ta wolność, którą tak kochamy. Wszelkie jej zewnętrzne manifestacje, a więc wolność do robienia tego, na co człowiek ma ochotę, albo wolność do opieki medycznej, czy wolność do nauki, czy bogacenia się, nie rozwiązują problemu. To wszystko mają ludzie mądrzejsi i lepsi od nas, a i tak wielu z nich albo właśnie strzela sobie w łeb, albo już to zrobiło. Jeśli walczymy o wolność, jakie marzenia mamy przed sobą? Co jeśli nie Europa? Poczucie szczęścia? Życie bez strachu? A czym jest szczęście, i co nas przeraża?
Moja córka, która, jak niektórzy wiedzą studiuje biotechnologię i jest w związku z tym szalenie mądra, przyszła do mnie z pewną bardzo intrygującą informacją. Otóż, jak się okazuje, naukowcy jakiś czas temu wykryli, że istnieje coś takiego jak witamina B17, a największe jej stężenie występuje w fasoli, orzeszkach, jagodach, nasionach, trawach, ziarnach, pestkach lub nasionach owoców. Chodzi teraz o to, że witamina ta podobno produkuje w organizmie człowieka niewielkie ilości cyjanku potasu, który skutecznie niszczy komórki rakowe. Kiedy wyniki badań zostały ogłoszone, zostały natychmiast zaatakowane przez coś co się nazywa American Medical Association i przeróżne kompanie farmaceutyczne, które wydały kupę pieniędzy na to, żeby dowieść, że owa witamina jest śmiertelnie niebezpieczna dla zdrowia, i wymusiły na rządach wprowadzenie surowych kontroli, w wyniku których dokonano rewolucji genetycznej na takim poziomie, że dziś efekt jest taki, że podczas gdy kiedyś ludzie przyjmowali od 250 do 1500 mg witaminy B17 dziennie, dziś przyjmują jej zaledwie 2 mg. Czemu owe kompanie tak zrobiły? Mówią nam, że dla pieniędzy. Że jeśli z dnia na dzień, umrze z powodu raka jedna połowa ludzkości, to z punktu widzenia światowych interesów, nie stanie się nic bardzo kłopotliwego. Pod warunkiem oczywiście, że wśród tych zmarłych nie znajdzie się ktoś z tych, kto akurat temu światu jest od czegoś potrzebny. A ów krąg akurat wcale nie jest tak wielki.
W artykule towarzyszącym informacji, jaką otrzymałem od mojej córki, czytam, jako motto, następującą wypowiedź dwukrotnego laureata Nagrody Nobla dr Linusa Paulinga: „Powinniśmy wszyscy mieć świadomość tego, że większość oficjalnych badań przeciw rakowi to gigantyczne oszustwo".
Skoro już zacząłem opowiadać o tym, co sobie ostatnio przeczytałem, opowiem jeszcze coś. Coś bardzo bezpośrednio związanego z Białorusią, a przynajmniej z terenami, które dziś należą do Białorusi. Mam na myśli książkę Floriana Czarnyszewicza „Nadberezyńcy”. Oto fragment, gdzie Czarnyszewicz opisuje tak zwaną Białą Procesję, która kiedyś miała miejsce w dzień po Bożym Ciele. Oto maleńki fragment:
Potem wyszedł sztandar Trójcy Przenajświętszej, patronującej kościołowi z pajęczyną białych i amarantowych wstęg; sztandar niósł kleryk, wychowanek kanonika, a wstęgi trzymały najurodziwsze mieszczki bobrujskie.
Dalej wypłynęły szpalery dziatwy do pierwszej komunii: wprzódy dziewczynki w białych sukienkach ze złożonymi nabożnie rączynami, później chłopaki z książkami w ręku.
Za dziećmi grono szlachcianek dworskich wyniosło obraz Matki Boskiej Majowej spowity w żywe kwiecie i ziele, a potem nastąpiły hufce młodzieży starszej – bujnej, urodziwej, dobieranej. Zrazu przeszło 120 dziewcząt zaściankowych, caluśkich w bieli z welonikami na głowach, z kwiatem lilii w rękach, potem, po parze chorągwie, czterdziestu uczniów gimnazjalnych w mundurkach ze złoconymi guzikami, a na końcu sto smagłych chłopców w opaskach.
Serce rosło, pierś rozpierało dumą, patrząc na te hufce, że to kraj kresowy tyle zdrowia i urody w sobie ma, tyle obrońców wiary i zwolenników idei Królowej Jadwigi świętej hołduje”.
Co mi przyszło do głowy, żeby na koniec tej refleksji cytować drobny fragment wielkiej powieści wielkiego Polaka? Otóż chodzi o to, że, kiedy mówimy o wolności, musimy pamiętać, że wolność jest jedna. Mianowicie ta, którą otrzymaliśmy od Boga w Trójcy Jedynego. Poza tą wolnością nie ma innej. Jeśli nie ma tej wolności, jakiekolwiek gadanie o człowieku i jego prawach, nie ma najmniejszego sensu. Jeśli nie ma tej wolności, to co się stanie z Białorusią, ale też i z Polską nie ma najmniejszego znaczenia. Jeśli nie będzie tej wolności, powinien nam wszystkim całkowicie wystarczyć telewizor, sklep i ten nędzny basen przy jakimś tandetnym hotelu na Karaibach. I te wybory. Uczciwe, nieuczciwe – jeden czort! Tak jak od lat.
Oni to wiedzą. Wiedzą to świetnie. Stąd ich każdy gest, każde słowo, każda pojedyncza myśl. A dają temu codzienne dowody. A my? Czy my to wiemy? I co nam z tej wiedzy?

Powyższy tekst ukazał się wcześniej w wersji nieco skromniejszej w Warszawskiej Gazecie

środa, 24 listopada 2010

Teraz Rymkiewicz - część 1

Kiedy na początku tego roku byłem w Warszawie, by odebrać nagrodę za blog, miałem okazję udzielić krótkiej wypowiedzi jakimś dwóm młodziakom z Onetu, i w trakcie tej rozmowy bardzo wyraźnie zaznaczyłem, że sukces tego bloga, to w bardzo dużej mierze sukces osób, które tu komentują. Że gdyby nie komentarze – komentarze tej a nie innej jakości – ten blog nie bylby tym czym jest nawet w marnym procencie. Od tamtego dnia, wiele się zmieniło i w Polsce i też tu u nas. Został zamordowany prezydent Lech Kaczyński, mafia w swojej wojnie z narodem radykalnie się rozepchała, a my w międzyczasie przenieśliśmy się z Salonu do siebie. Jedno pozostało z pewnością nietknięte – poziom komentarzy.
Od razu muszę wygłosić pewne oświadczenie. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to ja jestem głównym autorem tego bloga, że ja nim kieruję i że w ogóle to jest mój blog. Zdaję sobie też sprawę, że dla wielu osob, które tu przychodzą moje pisanie stanowi inspirację i jest źródłem wszelkiej satysfakcji. Moja wiara w to jednak, że bez tych komentarzy, ani to pisanie, ani to miejsce nie byłyby tym czym są, jest szczera i coraz bardziej niezachwiana. Jak stali czytelnicy zauważyli, ostatnio coraz częściej udzielam tu miejsca naszemu księdzu. Niedawno opublikowałem tu znakomity tekst Coryllusa. Wciąż myślę, jak by to zrobić, żeby tu mogli pisać inni, często - w moim szczerym przekonaniu – autorzy z pewnością nie mniej zdolni ode mnie. Dlaczego takie myśli chodzą mi po głowie? Przecież nie dlatego, że nie chce mi się pisać, albo, że nie mam o czym. Ani jedno, ani drugie nie jest prawdą. Po prostu co chwilę widzę gdzieś jakiś tekst, który jest tak wybitny, że nie mogę znieść myśli, że on miałby gdzieś się zagubić, a z drugiej – bardzo samolubnie – kombinuję sobie, że jak by to było dobrze, gdyby i on mógł uświetnić to miejsce. Jest jeszcze jedno. Ja tak bardzo bym chciał powiedzieć znacznie więcej niż potrafię, i ta moja bezradność tak często i tak bardzo mi dokucza, że kiedy widzę, jak ktoś nagle zechciał wyrazić to, czego ja nie jestem w stanie, a w dodatku umie to zrobić znacznie ode mnie lepiej i intensywniej – po prostu i zwyczajnie chcę to tu umieścić.
Tak dużo jest do powiedzenia. Tyle rzeczy się dzieje w jednej chwili, rzeczy tak ważnych i tak bogatych w znaczenia, że powoli robi się tu już pełny chaos. Nawet widać to w tych komentarzach, które coraz częściej stanowią pełne odbicie tych moich trosk, o których wyżej, a wśród nich tej głównej – że tyle jest do powiedzenia. Ksiądz pisze o Poznaniu, a nasz przyjaciel Orjan o Świebodzinie. Choćby coś takiego! A wszystko takie piękne!
I co chwilę ktoś zwraca uwagę na kolejną wypowiedź Rymkiewicza, który nam ostatnio tak cudownie się uaktywnił. Otóż to – Rymkiewicz. Ja wiem, co dla nas znaczy choćby Herbert. I ten szacunek w pełni podzielam. Jeśli jednak idzie o Rymkiewicza, muszę przyznać, że takiej intensywności czystej prawdy i tak niewzruszonej odwagi i bezkompromisowości w jej głoszeniu osobiście nie spotkałem chyba nigdy. Nie jestem – o czym tu już wspominałem – kimś bardzo oczytanym. Kiedy byłem znacznie młodszy, owszem, czytałem dość dużo, ale później jakoś mi się odechciało i teraz jest mi niezwykle trudno do tego sportu wrócić. Pamiętam jednak stare lektury i to, jak bardzo przeżywałem to moje czytanie. Pamiętam choćby jak siedziałem nad Pod wulkanem Lowry’ego i każde zdanie czytałem wielokrotnie, bo jego siła – i ta wspomniana tu już dziś dwukrotnie intensywność – nawet w tłumaczeniu, były tak porażające, że nie mogłem przejść dalej. Tego Lowrego czytałem jak wiersze Lowella, albo Delmore’a Schwartza, Pounda, czy Eluarda.
I nagle, po latach wziąłem do ręki Rymkiewicza i jego Kiderszenen… i właściwie cały czas płakałem. Dziś czytam z nim rozmowy, i to moje wzruszenie mnie nie opuszcza na wszystkich możliwych poziomach. I jeśli idzie o intensywność słowa, i o jego urodę i o samą myśl. Myśl, głoszoną – jak już wspomniałem – z bezkompromisowością wręcz na poziomie pierwszego, jeszcze sprzed okresu komercyjnego, punk rocka. Wiem, że Rymkiewiczowi by się to porównanie mogło nie spodobać, ale akurat on się na tym nie zna.. Choć gdyby się znał, wiedziałby jak ja bardzo go podziwiam. Czytam te wywiady z Rymkiewiczem i jest bezradny. Bezradny jako ktoś, kto by chciał umieć wyrażać swoje myśli tak czysto i na takim poziomie wręcz świętej powagi, ale też dlatego, że ja nie jestem w stanie zrozumieć, jak w tych naszych parszywych czasach mógł uchować się taki diament. Rymkiewicz mówi, a przed nami otwiera się obraz czegoś tak nieludzkiego – a może własnie tak bardzo ludzkiego, że aż egzotycznego – że myślimy sobie, że mamy do czynienia albo z szaleństwem, albo z Prawdą. Ewentualnie wyłącznie z talentem. Ale, z drugiej strony, jeśli to ma być tylko talent, to mi to też wystarczy.
Gdyby ktoś mnie kiedyś spytał, po co ja prowadziłem ten blog i na co liczyłem, to dziś już wiem, co bym odpowiedział – żeby spróbować wyrazić coś co uważam za prawdę i zrobić to tak poważnie i tak intensywnie, jak to tylko możliwe. Ja tu ani przez moment nie chciałem powtarzać tego, co można sobie poczytać w prawicowych tygodnikach, czy na prawicowych i patriotycznych blogach. Ja z każdym miesiącem coraz mniej chciałem, by ten blog służył doraźnemu komentowaniu wydarzeń. To na przykład z tego powodu, nie mam ochoty pisać dziś o tym, jak to Komorowski zaprosił do siebie Jaruzelskiego, czy analizować kolejne ruchy rusko-polskiej prokuratury w sprawie Smoleńska. Tak jak napisałem w notce obok, ja bardzo sobie zamierzyłem, żeby to – jeśli cokolwiek – była zwyczajna poezja konfesyjna. Taki bardzo poważny i najbardziej przejmujący skowyt. Choć trochę taki jaki znajduję i u Eluarda i u Rymkiewicza.
Wiem, że wielu z czytelników bardzo czeka na to, bym wreszcie powiedział coś od siebie. Zapewniam, że powiem, jednak jeszcze nie dziś. I nie jutro. Nawet nie pojutrze. Przede mną trzy ostatnio opublikowane rozmowy z Rymkiewiczem. Uważam jak najbardziej uczciwie, że byłoby grzechem, gdybym je w jakikolwiek sposób zlekceważył. Dla mnie grzechem, a dla tych, którzy z jakiegoś powodu, albo ich nie czytali, albo przeczytali szybko i niestarannie. Własnie dlatego, poniżej jeden f4agment z jednego z nich. W kolejnych kilku wpisach przedstawię kilka następnych. Jestem pewien, ze tak trzeba. To jest gest dla naszego wspólnego dobra.
Jak niektórzy wiedzą, trwa rozprawa, jaką Rymkiewiczowi wytoczył Michnik. O co? Nieważne. Cel jest zawsze ten sam. Powody też. Oto, co na ten temat mówi Rymkiewicz:

Prześladowanie i ograniczanie wolności słowa jest w naszym kraju rzeczą tak oczywistą, niemal codzienną, że właściwie nie warto już o tym mówić. W mojej mowie chciałbym raczej pokazać, w jaki sposób idee wczesnego komunizmu, czyli idee Róży Luksemburg, sformułowane na przełomie XIX i XX wieku, działają do dzisiaj i jaki mają wpływ na nasze życie. Róża Luksemburg była wybitną działaczką komunistyczną, najpierw w Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL), a potem w Komunistycznej Partii Niemiec, którą założyła. Siła jej idei była co najmniej równa sile idei Lenina. Potem nieśmiertelna Róża, jak ją nazywano (biessmiertnaja Roza), została trochę zapomniana, bo tak się złożyło, że ją zamordowano, a Lenin i Stalin potępili tzw. błąd luksemburgizmu, czyli wykluczyli jej pisma teoretyczne ze swojego dziedzictwa. Ale idee nieśmiertelnej Rozy, choć tępione przez komunistów, dalej działały. Gdy czyta się dziś jej arcyciekawe rozprawy, mówiące o tym, jak ma być rozwiązana w Europie kwestia narodowa, to widać, że jesteśmy u samych fundamentów Unii Europejskiej, że Unia Europejska została wymyślona właśnie wtedy, we wczesnym komunizmie. Idea stworzenia społeczeństwa globalnego, takiego, które nie będzie dzielić się na różne narody, a więc idea wynarodowienia, została sformułowana właśnie wtedy i właśnie przez Różę Luksemburg, i niemal nienaruszona, w różnych przebraniach, dotrwała do naszych czasów. Mamy więc obecnie do czynienia z ideami rdzennie komunistycznymi - zresztą nie tylko w tej dziedzinie życia, w innych też - które występują w przebraniach liberalnych, demokratycznych, socjaldemokratycznych, a niegdyś stanowiły fundament światowego ruchu komunistycznego. Biessmiertnaja Roza uważała, że Polacy nie powinni istnieć, nie powinni też domagać się niepodległości, ponieważ musi powstać w Europie jedna europejska klasa proletariuszy, a nie da się osiągnąć tego celu, jeśli będą istniały narody i narodowości. Roza przewidywała ponadto, że powstaną Stany Zjednoczone Europy, które będą początkowo tworem ‘burżuazyjnym’, ale potem, kiedy wybuchnie rewolucja, zostaną przejęte przez klasę robotniczą, przez proletariat. No i teraz trochę to się sprawdza, co prawda nie ma klas, nie ma proletariatu, nie ma nieśmiertelnej Róży, niby nie ma i komunizmu, ale wszystko układa się właśnie tak, jak to zaprojektowała ta wielka Roza. Coraz częściej słyszymy, że narodów nie będzie, bo nie są potrzebne. Wydaje mi się, że ludzie Adama Michnika są propagatorami właśnie tej idei, idei Europy ponadnarodowej, takiej Europy, która będzie się obywać bez narodów. To bardzo poważna sprawa, która dla mnie przybiera kształt pytania: czy Polacy mają szansę na przetrwanie, czy będą istnieli? […]
Pragnę coś przypomnieć, na co może nikt nie zwrócił dotąd uwagi. Otóż Order Orła Białego został ustanowiony na początku XVIII wieku przez Augusta II, naszego pierwszego króla z dynastii saskiej. Początkowo kosztował 10 000 czerwonych złotych i mógł go dostać niemal każdy, kogo było na to stać. Wśród jego pierwszych kawalerów byli dygnitarze carscy, Aleksander Mienszykow i Nikołaj Repnin. Order Orła Białego został więc zhańbiony już na początku swojej historii. Potem przyznawano go w bardzo różny sposób - niekiedy prawdziwym bohaterom, niekiedy wielkim łajdakom. Pod koniec wieku XVIII otrzymywali go targowiczanie, czyli Stanisław August, król zdrajca, dekorował nim zdrajców. To była już tradycja ruska, wedle której im większy łajdak, tym większy ma order. W ogóle przyznawanie orderów jest ruską tradycją, a w naszej I Rzeczypospolitej noszenie jakichkolwiek orderów było zakazane przez prawo. Dobrze byłoby wrócić do tamtych naszych obyczajów. Po Powstaniu Listopadowym, po roku 1831, Orzeł Biały został włączony do hierarchii orderów carskich. Był trzecim pod względem znaczenia orderem imperium rosyjskiego: po św. Andrzeju i po Aleksandrze Newskim. Jeśli więc tak spojrzymy na dzieje Orderu Orła Białego, to będziemy mogli powiedzieć, że i w tym wypadku historia Polski zatacza teraz krąg - wciąż mamy do czynienia z czymś, co już się kiedyś wydarzyło".

niedziela, 17 października 2010

Dzień na żywo

Jakiś czas temu, jeszcze we wczesnym okresie istnienia tego blogu, poskarżyłem się na zagrożenia, jakie tu odczuwam wobec wykonywania swojego zawodu, a więc też i zarabiania na utrzymanie rodziny, wyłącznie z tego powodu, że jestem tak zwanym kaczystą. Jak może niektórzy z bardziej uważnych czytelników sobie przypominają, pisałem wówczas, ze właśnie ze względu na świadomość tych zagrożeń, w osobistych kontaktach ze swoimi uczniami praktycznie nie poruszam tematów związanych z polityką. A już na pewno ich unikam, kiedy spotykam kogoś, kto tą polityką żyje i tę swoją pasję od pierwszego słowa manifestuje. Dlaczego? Dlatego że świetnie wiem, do czego prowadzą tego typu emocje. A ja nie mam żadnego interesu w tym, żeby kolekcjonować wrogów, szczególnie wśród osób, dzięki którym mam co jeść.
W sąsiedztwie mieszka pewna pani. Gdybyśmy mieli zaryzykować najbardziej prostacki face value system, ona jest typem najbardziej słodkiej katechetki, lub zakonnicy. Każdym swoim gestem, każdym słowem, sposobem w jaki przechyla głowę i na nas patrzy, brzmieniem głosu, ona manifestuje czystą, wręcz karykaturalną łagodność serca. Znam ją z niedzielnych mszy i z lokalnego sklepu, gdzie czasem stoimy w kolejce, a ponieważ ona jest emerytowaną nauczycielką, a ja niemal – o czym będzie później – emerytowanym nauczycielem, przez wspólnotę zawodowych losów sobie rozmawiamy. O czym? Głównie o polityce. To znaczy, ona rozmawia, a ja uprzejmie kiwam głową. O czym są te rozmowy? Głównie o tym, że ona już nie może patrzeć na „tę mordę”. O czyją mordę chodzi? Otóż o mordę Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego ja jej nie powiem, że ma pomieszane w głowie? Przede wszystkim dlatego, że to nic nie da. A poza tym, mi się naprawdę nie chce awanturować ze starszymi paniami. A jak już idzie o moje najbliższe sąsiedztwo, wystarczy mi Kazimierz Świtoń, który na mój widok demonstracyjnie odwraca wzrok.
Oto świat, który nam został w ostatnich latach pokazany i sprezentowany, jako oferta jedyna i praktycznie nie do odrzucenia. Świat splątany ideologicznie w labirynt, z którego nie ma już żadnej ucieczki.
Kiedy pisałem tamten tekst, nie chciałem jedynie narzekać, ale może przede wszystkim wskazać na plan o wiele bardziej ogólny i zdecydowanie bardziej przemyślany, niż przemyślane są ludzkie emocje. Chciałem pokazać, jak aż groźba utrata pracy, czy zaledwie strach przed lokalnym ostracyzmem stanowią wyłącznie koszt projektu, którego celem jest władza i tylko władza. Że na tamtym końcu tego planu stoją ludzie, dla których ja z moją rodziną, czy ktokolwiek inny, jesteśmy wyłącznie pionkami, a co się z nami stanie jest bez znaczenia, byleby tylko owo napięcie wokół nas trwało i miało się dobrze. Bo dzięki niemu, trwają i dobrze się mają własnie oni. Dziś czuję, jak nagle to wszystko staje się sprawą osobistą. Wyłącznie osobistą. Dziś czuję, jak bardzo ci wszyscy moi znajomi, którzy – choćby na tym blogu czy blogach zaprzyjaźnionych – są roztropni i czujni, stając na głowie, by nikt z osób wśród których przyszło im żyć i pracować nie dowiedział się, jakie oni maja poglądy polityczne. Roztropni i czujni, bo świetnie świadomi tego, jak dzisiejsza Polska jest krajem zwykłego, najbardziej ordynarnego kulturowego terroru, gdzie wióry lecą równo i szeroko.
Kiedy zaczynałem prowadzić ten blog, to kim jest jego autor wiedzieli tylko moi najbliżsi, i przez wiele miesięcy nic nie wskazywało na to, by ta sytuacja miała się zmienić. Nawet wówczas, gdy moje nazwisko – dzięki mojej nieroztropności i aktywności paru wybitnych polskich patriotów – trafiło do sfery bardziej publicznej, włącznie z Radiem Maryja, też nie miałem z tym kłopotu, wiedząc, że to jest wciąż tylko nisza i to nisza wyjątkowo niszowa. Kiedy ten blog otrzymał nagrodę Onetu, cos się zdecydowanie zmieniło, a ja z kolei i tak już wiedziałem, że tego procesu ujawniania i tak się już nie da zatrzymać. Że każdy kto chce wiedzieć, kto pisze to wszystko co tu się każdego dnia pojawia, dowie się o tym w jednej chwili, a co gorsza dowie się o tym też wielu takich, którym grzebanie w Sieci wcześniej nawet nie przyszło do głowy. A później, to już wiedziałem, że jeśli ktoś mnie ma znienawidzić, to znienawidzi, a jedyne co mogę zrobić ja, to tylko modlić się, żeby wśród nich było jak najmniej osob, od których zależy mój byt.
Może ktoś zauważył, że z głównej strony tego bloga zniknął banner Facebooka. Możliwe, że ktoś też zauważył coś jeszcze. Że z samego Facebooka zniknęło moje konto osobiste i konto przyjaciół bloga toyah.pl. Dlaczego? Wszystko usunąłem sam i osobiście. Dlaczego? Otóż wszystko ma zawsze tę samą przyczynę. Wyrejestrowując się z Facebooka zaznaczyłem nawet odpowiednią opcję – bezpieczeństwo. O jakim bezpieczeństwie mówię? O tym samym, o którym wspomniałem w pierwszej części tego wpisu. Opowiem jak to wygląda. Człowiek w pewnym momencie, całkowicie uspokojony towarzyskim i zawodowym komfortem i satysfakcją, jakie mu przynosi każdy kolejny dzień, zaczyna nagle widzieć, jak atmosfera wokół niego zaczyna się wyraźnie zagęszczać, a część osób, bez najmniejszego powodu najpierw przestaje się do niego uśmiechać, a później zaczyna wykonywać nieprzyjazne gesty, a później dowiaduje się, że ta z początku ledwo uchwytna niechęć, zaczyna przybierać postać praktyczną – choćby w formie groźby utraty pracy. Tylko tyle i aż tyle. Na poziomie poważnych biznesów, na temat których zdolni reżyserzy kręcą filmy, sprowadza się to do tego, że z dnia na dzień, bez jednej wyraźnej przyczyny, jeden po drugim wycofują się kolejni inwestorzy. Na poziomie politycznego bloga roku, chodzi zaledwie o drobne przesunięcia w ofercie pracy. W końcu nikt nikogo nie może zmusić do współpracy z kimś, kto jest w sposób oczywisty psychicznie niezrównoważony. Szczególnie w okresie silnych społecznych i politycznych napięć. Prawda?
Ten blog będzie działał dalej, dokładnie tak jak dotychczas. Obawiam się przy tym, że powrót do skutecznej konspiracji jest już mało możliwy. Choćby na przykład dlatego, że teraz już moje nazwisko musi pozostać obok tego numeru konta, który – jak się nagle okazuje – też musi pozostać. Właśnie ze względu na sytuację, o której wyżej. A zatem walczymy dalej, tyle że jeszcze bardziej świadomi, gdzie żyjemy i kto nam to życie organizuje. I świadomi tego, że jeśli w końcu dojdzie do tego, że dla mnie ten blog stanie się jedynym źródłem utrzymania – to będę mógł uczciwie powiedzieć, że to wyłącznie przez tę wyżej wspomnianą „mordę” i przez tych dla których utrzymywanie powszechnej świadomości tej „mordy” stało się pewnym momencie jedynym ratunkiem i ich jedynym sukcesem.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...