Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Don Paddington. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Don Paddington. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 września 2024

x. Rafał Krakowiak: Świadectwo

 

       W związku z aktualnymi tragicznymi zdarzeniami, jakie spadły na naszą Polskę, ogarniają nas najróżniejsze refleksje oraz wspomnienia, sięgające niekiedy aż do roku 1997, a zatem do czasu gdy te same tereny kraju, ze szczególnym wyróżnieniekm miasta Wrocław, zaatakował podobny żywioł. Powiem szczerze, że nie planowałem ani poświęcać czasu na komentowanie dzisiejszych wypadków, ani tym bardziej na przywoływanie dawnych wspomnień, ale oto dziś, zanim jeszcze położyłem się do łóżka, dotarła do mnie wiadomość, że już jutro, w związku z Powodzią, odbędzie się wspólna konferencja prasowa  niesławnego premiera Tuska i niemal podobnie niesławnego Jerzego Owsiaka. A w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak przypomnieć świadectwo, jakie na tym blogu jeszcze w roku 2011 pozostawił jego samozwańczy duszpasterz ksiądz Rafał Krakowiak, dziś proboszcz w wiosce Ludomy w Wielkopolsce, a przez całe lata nasz wierny przyjaciel. Posłuchajmy po raz kolejny.

       Jerzy Owsiak kojarzy mi się nieodmiennie z jednym wydarzeniem, które w sposób decydujący wpłynęło na sposób, w jaki go postrzegam. Otóż w czasie wielkiej powodzi 1997 roku, w parafii w której pracowałem, zorganizowaliśmy zbiórkę artykułów pierwszej potrzeby dla powodzian. Z Kurii otrzymaliśmy adres jednej z parafii pod Opolem i postanowiliśmy ciężarówką mojego znajomego zawieźć zebrane dary do potrzebujących. I wtedy pojawił się pewien problem. Nie mogliśmy w żaden sposób skontaktować się z tamtejszym proboszczem, a jazda w ciemno nam się nie uśmiechała. Nasi kurialiści zapewniali jednak, że nie ma się czym przejmować – adres został przesłany z Kurii opolskiej i nawet jeśli przyjedziemy niezapowiedziani, zostaniemy przywitani serdecznie. Oczywiście, to czy doznamy tam jakichś serdeczności, czy też nie, nie było moim zmartwieniem. Problemem była tylko i wyłącznie kwestia dojazdu. Chcieliśmy wiedzieć, czy przy wciąż wysokim poziomie wody w Odrze, zalanych bądź podmytych drogach i zagrożonych mostach, w ogóle jest możliwe do owych powodzian dotrzeć.

      Tak czy inaczej pojechaliśmy, i po licznych przygodach i jeszcze liczniejszych objazdach, dotarliśmy na miejsce. Owa wieś wyglądała strasznie. To niesamowite, co rozszalała woda może nawyczyniać. Do dzisiaj śnią mi się niektóre widoki. Podjechaliśmy pod widoczny już z daleka kościół. Stała tam grupka ludzi, od której na nasz widok odłączył się jakiś mężczyzna, energicznie otworzył drzwi naszej ciężarówki i zaczął na nas wrzeszczeć. Prawdę powiedziawszy, rzucał najgorszym mięsem, przy czym najbardziej dobitnie brzmiało słowo „wypierdalać!”. Ponieważ nosił na sobie kapłańską koszulę, domyśliłem się, że jest to ów miejscowy proboszcz, który według poznańskich kurialistów, miał nas bardzo serdecznie przywitać. No i przywitał…

      Po chwili jednak okazało się, że zaszło przykre nieporozumienie, a jego przyczyną okazał się być sam Jerzy Owsiak. Otóż owa podopolska wioska w czasie powodzi została praktycznie odcięta od świata, i bardzo szybko zaczęło ludziom brakować wody pitnej, żywności, suchych ubrań, leków itd. W ogólnym bałaganie i przy permanentnej niemożności miejscowych władz, proboszcz okazał się jedynym człowiekiem, który potrafił powodzian skrzyknąć, zorganizować ich i w ogóle zacząć działać, tak by w tej trudnej sytuacji ratować co się da i pomóc zwłaszcza tym, którzy z racji wieku, albo choroby mieli najtrudniej. To był naprawdę dzielny ksiądz, choć, jak widzimy, trochę choleryczny.

      Kiedy woda trochę opadła, pojawiła się możliwość wspomożenia tej wsi transportami podobnymi do naszego. Jako jedne z pierwszych pojawiły się bodajże trzy ciężarówki od Jerzego Owsiaka. To znaczy pojawiły się kilka kilometrów od celu, jeszcze przy wjeździe na most ma Odrze… i się zatrzymały. Tymczasem, kiedy proboszcz dowiedział się, że wspomniane ciężarówki jadą właśnie do niego, zwołał ludzi do wyładunku, czeka, a tu nic – ani widu, ani słychu. Ciężarówki jak stały za Odrą, tak stoją. Zepsuły się? Nie wiadomo. Ludzie czekali najpierw całą noc, potem cały dzień. W końcu proboszcz, jako że samochody zalało i były nie do użytku, wsiadł na rower i pojechał na drugi brzeg. I tam oto grzecznie mu wyjaśniono, że ponieważ pan Owsiak życzy sobie, żeby wjazd transportu do wsi i rozdzielanie darów rejestrowała ekipa telewizyjna, musi uzbroić się w cierpliwość, bo tak się niefortunnie złożyło, że owa ekipa najwcześniej może przyjechać jutro, a kto wie, czy nie dopiero za dwa dni.

      Proboszcz oczywiście zasugerował, by machnąć ręką na telewizję i jak najszybciej przyjeżdżać, bo powodzianie bardzo potrzebują pomocy. Wtedy to jeden z członków owego transportu, w obecności księdza, zadzwonił z komórki do Owsiaka, przedstawił sytuację i spytał co robić. Po chwili rozłączył się i powiedział, że szefowi bardzo jednak na telewizji zależy, a więc jednak trzeba będzie te parę dni jeszcze poczekać.

      Proboszcz na takie dictum zdenerwował się okrutnie, nawkładał tym ludziom – z Jerzym Owsiakiem na czele – od bezdusznych chamów, i kazał im, jak już zostało wspomniane, „wypierdalać”. Przy okazji też zapowiedział, że jeśli którakolwiek z panaowsiakowych ciężarówek wjedzie do jego wsi, to on i jego parafianie własnoręcznie te ciężarówki, wraz z tym co się na nich znajduje, spalą. No i to właśnie następnego dnia, tak się złożyło, że do owej wioski wjechała nasza ciężarówka, a ksiądz proboszcz – biorąc nas za ludzi z ekipy Jerzego Owsiaka – zareagował jak zareagował.

      Wydarzenie to przypomina mi się zawsze wtedy, gdy widzę Jerzego Owsiaka, lub gdy ktoś zastanawia się, co z nim jest nie tak, skoro właściwie wszystko wydaje się być super. I przychodzą mi wtedy na myśl słowa Chrystusa: „Kiedy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.” (Mt 6,2-4)

      I na koniec zdanie prawosławnego teologa, diakona Andrieja Kurajewa*: „Zło może podejmować nawet pożyteczne działania, nie zmieniając swojej własnej natury. Na przykład czyniąc to w taki sposób, że pomagając ludziom pod jednym względem, pod innym względem będzie się umacniało ich sojusz ze złem w innych dziedzinach życia – choćby przez rozpalanie próżności ofiarodawców”.


* Cytat z „Frondy”. Diakon Kurajew pisze tam o Apokalipsie św. Jana Apostoła. Temat mnie zainteresował, ponieważ swego czasu prowadziłem rekolekcje, których zagadnieniem była właśnie Apokalipsa z jej „błyskawicami, głosami, gromami, wielkimi trzęsieniami ziemi i krwią tryskającą aż po wędzidła koni” – i było to coś (przynajmniej dla rekolekcjonisty) wspaniałego. Kurajew, choć schizmatyk, bardzo dorzecznie - a przy tym ortodoksyjnie - sprawę przedstawia, i jak sądzę, jego przemyślenia mogą być całkiem niezłym komentarzem, do niektórych z naszych notek.

 

      Powód dla którego dziś tu się ukazało powyższe wspomnienie wydaje się oczywisty. Wspólna konferencja prasowa Donalda Tuska i Jerzego Owsiaka, w dzisiejszej sytuacji, to nie w kij dmuchał. Ja jednak mam tu pewien dodatkowy powód, by po raz kolejny tę historię opowiedzieć. Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby powyższe świadectwo za tym blogiem zacytowały wszystkie ogólnopolskie media – co ja mówię, wszystkie, wystarczyłyby nasze tzw. prawicowe, wystarczyłby choćby sam mistrz Sakiewicz– zarówno po Owsiaku, jak i w dalszej perspektywie i Donaldzie Tusku, nie pozostałoby nawet wspomnienie. Wystarczyłoby, żeby paru polityków Prawa i Sprawiedliwości zwołało jutro równoległą konferencję prasową i opowiedziało, jak się w roku 1997 zachował nie kto inny jak nasz Juras, żeby ów szkodnik zniknął ze sceny. A wraz z nim wszyscy inni.

       Niestety tak się nie stanie. Jeden powód jest taki, że te moje komentarze nie mają absolutnie żadnego znaczenia, a drugie, że ci, którzy o ich istnieniu, podobnie jak o tym blogu, świetnie wiedzą i jedno i drugie od lat uważnie śledzą, staną na głowie, by nikt i nic nie zakłóciły im dotychczasowego komfortu. Nawet kosztem dobra powszechnego. I to jest prawdziwa rozpacz. Nie ta powódź. To.



    

 

sobota, 6 stycznia 2024

Don Paddington: Serce, część 3

 Koszulki z napisem „Gaśnica wolności”, „Ręce precz od Janka Pietrzaka!”, „1670! Żądam kolejnego sezonu. Subito!”, oraz „Polskie media, nie niemieckie!” w cenie już od 67.99 zł, czyli esej o byciu kimś wyjątkowym. 


Boże, jak ja kocham symbolikę!...

(anonimowy komentarz do wydarzeń po 15.10.2023.)



Część 3: Najważniejsze jest to, co w sercu.


Trzeci problem, z którym wypada nam się w tym eseju zmierzyć, ilustruje pewna robocza hipoteza, którą można sformułować w sposób następujący: Allan Quatermain i Alison Doody  – choć sami w sobie imponujący – nie mają wstanu do Władka.

Oczywiście nie mam tutaj na myśli Allana Quatermaina i Alison Doody w sensie ścisłym, lecz efekty działania niemieckiego idealizmu i efekty stosowania metody statystycznej – efekty w postaci tworzenia niezwykłości w naszym świecie, których symbolem są w niniejszym tekście Allan i Alison. Sadzę, że jest to jasne, natomiast nie sądzę, by ktokolwiek z Czytelników wiedział, kim jest Władek.

Władek, dzisiaj już świętej pamięci, był moim parafianinem. Zmarł na krótko przed świętami i wszyscy którzy go znali, są jego śmiercią nader przejęci. Sama śmierć była bardzo zwyczajna: Władek zmarł na szpitalnym łóżku, zmożony ciężką chorobą. Tyle tylko, że ciężko jest uwierzyć, że już go pośród nas nie ma…

Był kilka lat starszy ode mnie. Sprawiał wrażenie chłopa nie do zdarcia. Był mężem, ojcem i dziadkiem. Był rolnikiem i strażakiem. Głośno i wyraźnie wyrażał swoją opinię o różnych sprawach. Zawsze był obecny na pierwszej niedzielnej Mszy Świętej i zawsze przystępował do Komunii Świętej. Tyle. W sumie nic nadzwyczajnego…

Gdy Władek zmarł i przyszedł dzień pogrzebu, przewożono rankiem jego ciało z kostnicy do kościoła. I wtedy mieszkańcy wioski, w której Władek mieszkał, wylegli na ulicę, by mu pomachać i w ten sposób go pożegnać. Zachowanie tych ludzi było niezwykłe. Pogrzeby się zdarzają i dość często dotyczą one osób nader przyzwoitych, czy wręcz zasłużonych. Tym niemniej ja, w swej dość już długiej karierze proboszcza, nie spotkałem się jeszcze z tego rodzaju manifestacją. Bo to była manifestacja. Żegnano Władka jak króla, prezydenta, papieża, choć jako żywo królem, prezydentem, czy papieżem nie był. Kim więc był?


Mówiłem kazanie na pogrzebie Władka. Znałem go trochę, ale postanowiłem porozmawiać wcześniej z ludźmi – krewnymi, przyjaciółmi, znajomymi – którzy z racji oczywistych znali go znacznie lepiej. Z ich opowieści wynikało, że Władek, tak trochę niepostrzeżenie zyskał sobie pośród nich taką pozycję, że teraz, gdy go nie ma, trudno im jest sobie wyobrazić codzienne życie bez niego. Gdy coś takiego mówi żona, albo dzieci, należy przyjąć to ze zrozumieniem i złożyć wyrazy współczucia. Ale gdy mówią coś takiego znajomi? Sąsiedzi? Także młodzi ludzie? Kim ten Władek był?


Kazanie, które powiedziałem na pogrzebie bardzo się ponoć ludziom spodobało. Nie będę go teraz powtarzał, natomiast warto nadmienić, że mówiąc o Władku, starałem się go pokazać jako porządnego faceta. Niekiedy używamy tego określenia – „porządny facet” – chcąc w skrócie opisać od dobrej strony jakiegoś mężczyznę, ale generalnie nie zastanawiamy się jaka jest, jaka powinna być treść tego określenia. Mam już 60 lat i przyznam się, że dopiero śmierć Władka i okoliczności dotyczące jego pogrzebu skłoniły mnie do tego, by nad tą treścią się zastanowić. To nie było trudne, ponieważ „porządny facet” wyłonił się ze zbieranych o Władku opowieści.

Oto więc, drodzy Czytelnicy, przedstawiam wam:

Przepis na to, w jaki sposób być porządnym Facetem

(podpowiedzi śp. Władka)


  1. Trzymać z Bogiem i Kościołem.


  1. Pracować, trzymać się swej żony, troszczyć się o najbliższych, szanować sąsiadów.


  1. Pomagać potrzebującym (zgodnie ze strażackim zawołaniem: „Bogu na chwałę, ludziom na ratunek!”).


  1. Mówić prawdę prosto w oczy: nie owijać w bawełnę, lecz otwarcie przedstawiać co leży na wątrobie.


  1. Wiedzieć z kim wypić, ale też wiedzieć komu odmówić towarzystwa.


  1. Wiedzieć kogo i za co pochwalić.


  1. Wiedzieć kogo i za co opieprzyć.


Jakże to wszystko jest proste i oczywiste. I jednocześnie trudne. Trudne w tym znaczeniu, że może zdarzyć się ktoś, kto postępuje w zgodzie z punktem 4. powyższego przepisu, ale à propos punktu 5. gubi się szalenie; ktoś z punktem 6. i 7. jest za pan brat, ale jednocześnie nie jest mu po drodze z punktem 1. Możliwości kombinacyjnych jest tutaj dużo. Władek zaś był wierny wszystkim 7. punktom jednocześnie. I to go czyni wyjątkowym. A źródło owej wyjątkowości biło w jego sercu.


Gdy niniejszej części eseju o byciu wyjątkowym dałem tytuł „Najważniejsze jest to, co w sercu”, pomyślałem sobie, że być może część Czcigodnych Czytelników uzna go za nieznośnie trywialny, kościółkowy, coelhowski. Niestety, myśląc o Władku i o tym na czym polega bycie kimś wyjątkowym, nie byłem w stanie nic mądrzejszego i zgrabniejszego wymyśleć. Wskazanie bowiem na serce jest tutaj trafne, ponieważ w Piśmie Świętym serce jest synonimem wnętrza człowieka: serce to jego dusza, wola, rozum, sumienie. To właśnie tam, człowiek – jeśli tylko chce – jednoczy się z Bogiem. I tam, z tego zjednoczenia (a nie ze statystyk, bujnej wyobraźni i tym podobnych pomysłów), wyłania się to, co prawdziwie jest wyjątkowe. 

Tak… Najważniejsze jest to, co w sercu. Wszystko inne, to głupstwa.


Pozdrawiam wszystkich serdecznie.


P.S.: Bardzo proszę, by zainteresowani koszulkami kierowali zamówienia bezpośrednio do producenta, czyli do wspomnianego już wcześniej p. Stefana Kaczmarka, właściciela firmy NOWIECZEK. Firma jest duża i bardzo znana; bez kłopotu można namiary na nią znaleźć w internecie.


P.P.S.: Istnieje też możliwość, że wzmianka o koszulkach w tytule eseju, jest zwykłym, chamskim klikbajtem.


piątek, 5 stycznia 2024

Don Paddington - Serce, część 2

 Koszulki z napisem „Gaśnica wolności”, „Ręce precz od Janka Pietrzaka!”, „1670! Żądam kolejnego sezonu. Subito!”, oraz „Polskie media, nie niemieckie!” w cenie już od 67.99 zł, czyli esej o byciu kimś wyjątkowym. 


Boże, jak ja kocham symbolikę!...

(anonimowy komentarz do wydarzeń po 15.10.2023.)



Część 2: Wyobraźnia jest ważna? Równie ważne są statystyki!


Drugie istotne zagadnienie dotyczące bycia kimś wyjątkowym, wiąże się z odpowiedzią na proste pytanie: Czy Alison Doody jest dobrą Irlandką? 

Zanim przystąpimy do meritum powyższej kwestii, proszę pozwolić na krótkie wyjaśnienie. Otóż ośmielam się zaprzątać uwagę Czcigodnych Czytelników postaciami typu „Allan Quatermain”, czy „Alison Doody”, ponieważ niedawno obejrzałem film z 2004 roku, pt. „Kopalnie króla Salomona”. Książka pod tym samym tytułem, to najbardziej znane dzieło H. R. Haggarda – dosyć nużące, przynajmniej dla mnie. Obejrzałem ów film w związku z pobieranymi u Toyaha lekcjami angielskiego. Pomyślałem sobie, że warto osłuchać się z tym dziwacznym językiem, zwłaszcza w jego prostej, choć nie-zwulgaryzowanej wersji, a wydawało mi się, że „Kopalnie…” znakomicie się do tego nadają. Głównym bohaterem książki jest znany nam już Allan Quatermain, którego we wzmiankowanym filmie grał Patrick Swayze, a partnerowała mu właśnie Alison Doody. Aktorka wyglądała w tym filmie bardzo ładnie i kogoś mi przypominała, choć nie wiedziałem kogo. Trochę mnie to męczyło, dlatego wyguglałem co trzeba i dowiedziałem się, że owa pani jest Irlandką, a nade wszystko z pewną dozą zaskoczenia uświadomiłem sobie, że swego czasu, w wieku 23 lat, Alison Doody grała wspaniałą antagonistkę Indiany Jonesa („Indiana Jones i ostatnia krucjata” – 1989), czyli dr Elsę Schneider, zaciekłą nazistkę, romansującą także z ojcem Indiany, granym przez Seana Connery. W roku realizacji „Kopalni…” pani Doody miała 38 lat, stąd jej od razu nie poznałem, ale gdy pojąłem z kim mam do czynienia, popadłem w zachwyt. Zrozumiałem bowiem, że Alison Doody jest dobrą Irlandką, wręcz chlubą Irlandii (a może nawet całej zachodniej cywilizacji), bo jako jedyna w świecie aktorka może się pochwalić tym, że była:

  1. dziewczyną Bonda („Zabójczy widok” – 1985), 

  2. Indiany Jonesa („Indiana Jones i ostatnia krucjata” – 1989), 

  3. Allana Quatermaina („Kopalnie króla Salomona” – 2004). 

Czyż to nie jest wspaniałe? Oczywiście, że jest wspaniałe, niezwykłe, wyjątkowe – a uświadamiamy sobie ową wspaniałość dzięki statystycznej metodzie badania rzeczywistości. 


Tu mała dygresja, bo uczymy bawiąc i bawimy ucząc…

Metoda statystyczna ma dwa oblicza: jedno potoczne, drugie naukowe. Oblicze potoczne sprowadza się do szybkiego, często brutalnego licytowania. Dobrym przykładem tegoż, jest dialog prowadzony między generałem armii austriackiej, a zbójnikiem Kwiczołem, zaprezentowany w serialu „Janosik” Jerzego Passendorfera:

Generał: Brałem udział w siedemnastu bitwach i stu dwudziestu trzech potyczkach; czternaście razy byłem ranny.

Kwiczoł: Ni ma sie cym chwalić generale. Jo trzydzieści setków baranów porwołem, dwadzieścia setków baranów zjadłem, w tym ctery śmierdzące – i zyję, i dobze.

Oblicze naukowe metody statystycznej, to też właściwie licytacja, tyle tylko, że nieco bardziej złożona. Złożoność owa jest niekiedy tak wielka, że bez maszyn liczących nie można się obejść. My bez komputera jakoś sobie poradzimy, tym niemniej spróbujmy się przyjrzeć, co naukowiec, zwany statystykiem, tak naprawdę robi. Otóż najpierw pracowicie zbiera dane (w interesującym nas przypadku: określa co to znaczy „być dziewczyną” Bonda, Indiany Jonesa i Quatermaina, a następnie identyfikuje rzeczone we wszystkich dziełach filmowych traktujących o wspomnianych wyżej bohaterach). Następnie, zebrane dane poddaje analizie (np. ile z owych dziewczyn było rudych? dwie; ile potrafiło prowadzić samochód i pilotować samolot? jedna; ile miało zeza i dużą szparę między zębami? żadna; ile paradowało przed kamerą w stroju do jazdy konnej? jedna; ile spośród nich załapało się na to, by partnerować dwóm, albo nawet trzem z wymienionych wyżej panów? jedna; itd). Gdy już statystyk ma za sobą analizę danych (która – jak widać – zazwyczaj jest ilościowa, stąd mówi się o tzw. „mierzeniu”), przechodzi do interpretacji tego, co udało się zanalizować (1. ile z owych dziewczyn było rudych? dwie? dość ciekawe, ale banalne; 2. ile potrafiło prowadzić samochód i pilotować samolot? jedna? ciekawe, ale niestety też banalne; 3. ile miało zeza i dużą szparę między zębami? żadna? nie ma co interpretować; 4. ile paradowało przed kamerą w stroju do jazdy konnej? jedna? bardzo ciekawe, trochę niezwykłe, ale niewiele mówiące; 5. ile spośród nich załapało się na to, by partnerować dwóm, albo nawet trzem z wymienionych wyżej panów? jedna? no i to jest WOW! – WOW  na które czekaliśmy!).

Jak można bez większego trudu zauważyć, to co jest sednem metody statystycznej, sprowadza się do interpretacji pomiaru, a mówiąc ściśle, do kryteriów w oparciu o które ową interpretację się przeprowadza. Opis owych kryteriów, to podstawowa praca dzisiejszych filozofów (jeśli takowi istnieją), a postępowanie w zgodzie z nimi, to chleb powszedni dziennikarzy, polityków, celebrytów i wszystkich aspirujących.

Na nasz skromny użytek zwróćmy uwagę tylko na to, że najpowszechniej przyjmowanym kryterium, w oparciu o które interpretuje się dane statystyczne jest:

  1. aktualnie obowiązująca moda (kryterium popkulturowe),

  2. profesjonalizm (kryterium fachowości),

  3. a) i b) razem wzięte (kryterium użyteczności).

Gwoli wyjaśnienia: Oto mocą swej wyobraźni, oraz w oparciu o potężne narzędzia popkulturowe, ktoś (???) kreuje jakąś modę, która z jednej strony glajchszaltuje (od pięknego niemieckiego słowa „gleichschaltung” jakże znacząco w niemieckiej i nie tylko niemieckiej historii zakorzenionego), to znaczy ujednolica ludzkie postawy, poglądy, wizerunek i ogólny życiowy glamour, a z drugiej strony daje poczucie – paradoksalnie – że uległość wobec tej kreacji uczyni człowieka osobą wyjątkową. Wiem, że jest to dziwne, ale tak to działa i w praktyce się sprawdza. Któż bowiem nie chciałby być kimś nadzwyczajnym? A że zglajchszaltowanie? To tylko mały koszt, który warto ponieść, by być podziwianym jako niezwykłe zjawisko. Jeśli więc czyni się jakieś statystyczne pomiary, w ich interpretacji statystycy odwołują się do kryterium popkulturowego, ponieważ jest to dzięki ujednoliceniu zrozumiałe, a jednocześnie daje konsumentom popu poczucie wyższości nad tymi, którzy z dystansem odnoszą się do tak wysublimowanego narzędzia, jak metoda statystyczna. A dystans ten jest czymś dziwnym, mało profesjonalnym i nie-modnym, ponieważ wystarczy do wyników tej metody się odwołać (np.: „Alison Doody jest jedyną w świecie aktorką, która grała dziewczynę Bonda, Indiany Jonesa i Allana Quatermaina.”, albo „Jakub Piotrowski, piłkarz Łudogorca Razgrad, jest jedynym reprezentantem Polski, który w 2023 roku zdobył trzy trofea: mistrzostwo, Puchar i Superpuchar Bułgarii.”), by zostać uznanym za fachowca w dziedzinie kinematografii, bądź piłki kopanej.

Podsumowując: „Panie statystyku – mówi dziennikarz, polityk, celebryta, bądź ktoś aspirujący – niech pan te dane, co wie pan, w taki sposób zinterpretuje, albo do interpretacji przygotuje, żebym po podaniu wszystkiego do wiadomości mógł uchodzić za kogoś kto gada w sposób zrozumiały, kto jest profesjonalny i oczywiście jest cool.”

Koniec dygresji.


Zdaję sobie sprawę z tego, że profesjonalny statystyk (zwłaszcza matematyk, a nie socjolog) moją próbę opisu metody statystycznej bezlitośnie obśmieje, jako powierzchowną, naiwną i mącącą ludziom w głowach. Chętnie z tym obśmianiem się zgodzę, tym niemniej ośmielam się zauważyć, że nie aspirujemy tutaj do założenia jakiejś pracowni badań statystycznych, lecz zaledwie do wyjaśnienia kwestii: Czy Alison Doody jest dobrą Irlandką? Wyżej stwierdziliśmy, że jest, wręcz musi być, bo dane statystyczne nie kłamią i nie ma o czym dyskutować. 

Pytanie tylko, dlaczego ta „jedyna w świecie aktorka, która może się pochwalić…”, tak przecież przez to wyjątkowa i niezwykła, nie zrobiła jakiejś oszałamiającej kariery, na ekranie pojawia się bardzo rzadko i w sumie jest właściwie mało znana? Być może chodzi o to, że statystyczne niezwykłości, nie są niezwykłościami realnymi? A być może chodzi o coś tak bardzo zwykłego, że aż w pewnych środowiskach wyjątkowego? Co mam na myśli? Otóż Alison Doody przez całą swoją aktorską karierę zawsze stanowczo odmawiała udziału w scenach z udziałem nagości. Ponoć ta dziwaczna stanowczość kosztowała ją utratę wielu lukratywnych ról filmowych. 

Tak… Zwykłość, która staje się czymś wyjątkowym… Ale o tym, to już w następnym odcinku.


czwartek, 4 stycznia 2024

Don Paddington - Serce, część 1

Po długiej przerwie, odezwał się do nas dobry ksiądz Rafał Krakowiak z całkiem świeżutką refleksją na tematy najważniejsze. Z radością zapraszam wszystkich co wiedzą, czego się spodziewać, ale też tych, co jeszcze nie mieli okazji.



Koszulki z napisem „Gaśnica wolności”, „Ręce precz od Janka Pietrzaka!”, „1670! Żądam kolejnego sezonu. Subito!”, oraz „Polskie media, nie niemieckie!” w cenie już od 67.99 zł, czyli esej o byciu kimś wyjątkowym. 


Boże, jak ja kocham symbolikę!...

(anonimowy komentarz do wydarzeń po 15.10.2023.)


Wstęp: Biję się w pierś.


Jeśli ktoś ma nadzieję, że zaobserwowane przed świętami ożywienie na naszym ulubionym blogu cokolwiek dobrego zwiastuje, to niestety wypada mi tę nadzieję zgasić. Tak to już bowiem jest, że aby cokolwiek na swoim blogu napisać, Toyah musi mieć chęci i czas, a te skutecznie zostały mu odebrane. Pewnie niektórym z Czcigodnych Czytelników przyszła do głowy ta myśl, że chęć do komentowania rzeczywistości odebrał panu Krzysztofowi wynik wyborów z dnia 15 października ubiegłego roku? Jest to myśl jakoś tam oczywista, tyle że błędna. Toyah ma już swoje lata, cieszy się wnukami i oddaje się swej pasji, czyli z zapałem naucza angielskiego, a więc jest do tego co się dzieje w tzw. sferze publicznej odpowiednio i zdrowo zdystansowany, a co za tym idzie nie widzi zapewne powodu, by nie spać po nocach ze względu na dziejące się wokół nas głupstwa. Dlaczego w takim razie blog jest martwy? Do pewnego momentu, opanowany pychą i naiwnością sądziłem, że – nie chwaląc się – jam to sprawił! To przeze mnie Osiejuk zamilkł! Okoliczności owego zamilknięcia były z mojego punktu widzenia następujące: w swej lekkomyślności uległem rozmaitym namowom i zacząłem uczyć się angielskiego. Ponieważ jedynym znanym mi człowiekiem, który mógł mi pomóc w przyswajaniu tego dziwnego języka jest pan Krzysztof Osiejuk, poprosiłem go o pomoc, a on – także powodowany jakąś lekkomyślnością – z radością (???) się zgodził. I to był jego błąd! Zmagając się bowiem bez większego sukcesu z moją wyrazistą tępotą i wrodzoną gnuśnością popadł w stan głębokiego, wręcz depresyjnego zniechęcenia, którego skutki oglądaliśmy także na niniejszym blogu. Tak to było! To znaczy wydawało mi się, że było, bo notka z dnia 21 grudnia rzuciła nieco więcej światła na okoliczności zaistnienia milczenia Toyaha. Mój brak postępów w nauce języka angielskiego miał niewątpliwie duży wpływ na jakże dojmującą martwotę tego miejsca (do niedawna miałem nawet z tego powodu trochę wyrzutów sumienia, choć z drugiej strony, oglądanie przez siebie spowodowanej przemiany człowieka szastającego na prawo i lewo srebrem słów, w człowieka ceniącego sobie nade wszystko złoto milczenia, było naprawdę miłym doświadczeniem), ale okazało się, że głównym powodem, dla którego pan Krzysztof nic nie pisał, było całkowite poświęcenie swego czasu i energii na lekcje angielskiego, które u niego pobierała nowa ministra od zdrowia, czyli pani Izabela Leszczyna. Nie wiem od jak dawna te lekcje się odbywają, ale ich efekt – podobnie jak i w moim przypadku – musi być bardzo mizerny, skoro nasz Gospodarz, nie ukrywając wielkich emocji dał tymże emocjom (czytaj: belferskiej frustracji) publiczny upust, lekko, acz boleśnie drwiąc ze swej uczennicy i jej „imparszjaliti”. Jeśli Toyah zdobył się na tak mało pedagogiczną manifestację bezradności, to tym samym musi być na skraju wytrzymałości. Dobrze to nie wróży i stąd nie należy się spodziewać większej aktywności p. Krzysztofa na blogu (nie dajmy się zwieść jakimś nędznym okruchom, które p. Osiejuk sypie nam w żłoby). Taka jest prawda i trzeba się z nią pogodzić.


No dobra!... Wyjaśniwszy kwestię katatonii w jaką popadł blog Toyaha, spróbuję przejść do adremu, by zaanonsowanym esejem pocieszyć wszystkich fanów naszego Gospodarza. Tuszę, że i On znajdzie w nim jakąś pociechę i orzeźwienie. 



Część 1: Wyobraźnia jest ważna!


Pierwsze nurtujące mnie w tym eseju zagadnienie, które oby okazało się być interesujące także dla Czytelników, jest następujące: Czy Allan Quatermain naprawdę umarł? 

Pytanie wydaje się być bezprzedmiotowe, ponieważ Allan Quatermain jako postać fikcyjna nigdy się nie urodził, a co za tym idzie nie mógł także umrzeć. Jak widzimy, logicznej poprawności powyższego rozumowania (tudzież innych rozumowań w rodzaju: „jeśli nie ma wódki, to nie można jej wypić”; „jeśli nie ma prawa, to nie można go złamać”; „jeśli nie ma Boga, to nie potrzeba się go bać” itd.) nic nie można zarzucić, ale dostrzegamy też, że niestety logika nie wszystkie skomplikowane meandry naszej egzystencji jest w stanie ogarnąć. Okazuje się bowiem – i nie sądzę, by było to dla kogokolwiek zaskoczeniem – że postaci fikcyjne mają swoje życie (w przekazie ustnym, pisanym, filmowym), które niekiedy się kończy (w przekazie ustnym, pisanym, filmowym), a co za tym idzie mogą w naszej wyobraźni całkiem nieźle żyć (owe postaci) i zupełnie na serio umierać. W sumie, nic wyjątkowego. Quatermain jest tutaj jednak postacią niebanalną, ponieważ kiedyś jakiś szaman przepowiedział, że Afryka nie pozwoli mu umrzeć. Oczywiście, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że fikcyjni bohaterowie mają „kilka żyć”, a interesy (bo niby cóż innego?!) pisarzy, filmowców, producentów, wydawców, tudzież oczekiwania konsumentów nie pozwalają rozmaitym Supermanom i Hulkom umrzeć, ale pomysł by Afryka była tamą dla śmierci jakiegoś Allana, jest czymś nader oryginalnym. 

No tak, przyznajmy uprzejmie, że faktycznie takie ujęcie sprawy jest jakoś tam oryginalne, ale dlaczego ma nas to w ogóle obchodzić, skoro wokół nas dzieje się tak wielkie mnóstwo fascynujących rzeczy (znacznie bardziej fascynujących niż „Afryka dzika dawno odkryta”), iż nie jesteśmy w stanie nadążyć z kupnem popkornu? Hm… Może dlatego, że za tego rodzaju obietnicą („Afryka nie pozwoli ci umrzeć!”) musi się kryć jakaś tajemnica. My zaś lubimy tajemnice, prawda?


Oczywiście, że lubimy, pytanie tylko gdzie owa tajemnica tkwi? Bo szczerze mówiąc, sam Allan Quatermain na pierwszy rzut oka nie był ani tajemniczy, ani też jakoś tam niezwykły. Ot, klasyczny, biały kolonizator, w którym była obecna nuta dekadenckich wątpliwości. Jego kreator – czyli Henry Rider Haggard – nie obdarzył go ujmującą powierzchownością, wielką inteligencją, czy nadzwyczajną siłą fizyczną. Był niezłym myśliwym, bo odznaczał się wytrwałością, miał w sobie rozsądną dozę odwagi, no i umiał dobrze strzelać (jak mówią w moich rodzinnych stronach: „mioł cela”), co było właściwie jedyną, ponadprzeciętną umiejętnością, którą Haggard go przyozdobił. Oprócz tego wiemy, że Allan przedwcześnie stracił żonę i syna, co nadało jego charakterowi rys cierpiętniczy, albo jak chcą niektórzy – bardziej ludzki. Kochał Afrykę (z wzajemnością) i źle się czuł, gdy musiał na jakiś czas ją opuścić. À propos zaś owych wspomnianych dekadenckich wątpliwości, ujawniały się one poprzez manifestacyjny szacunek z jakim odnosił się do Afrykanów (tych czarnoskórych), oraz poprzez brak wyrozumiałości wobec tych (zwłaszcza białoskórych), którzy Afrykę bezmyślnie eksploatowali, a wiadomych Afrykanów lekceważyli. To wszystko. Całość podana jak na dłoni, bo przygody Quatermaina i ich opis były tylko pretekstem, by pokazać, że jest on osobą owszem, dość zwyczajną, ale jednocześnie dobrze sobie radzącą nawet wtedy, gdy jest bardzo trudno. Co z tego wynika? Może to, że ktoś taki jak Allan idealnie nadawał się do tego, by odwzorowywać wyobrażenia tzw. prostych ludzi o życiu wypełnionym emocjonującymi wydarzeniami. Quatermain – jakże prosty i zwyczajny, choć żyjący w niezwykłych dla Europejczyka warunkach – stał się swego rodzaju archetypem, pierwowzorem kogoś, kogo każdy może naśladować, nawet ten najzwyklejszy Johann Schmidt z Martinsrieth, czy jeszcze zwyklejszy Dylan Jones z Bryngwyn, że o Stefanie Kaczmarku z Nowieczka i Prokopie Pospiszalu z Borovnika nie wspomnę. I to było coś nadzwyczajnego. To znaczy, nadzwyczajne były okoliczności, z racji których Quatermain został tzw. „bohaterem zbiorowej wyobraźni”.


No dobrze, ale czy mimo tych opisanych wyżej zwykłości, które nie tyle że przeszkodziły, ale wręcz pomogły Allanowi Quatermainowi zostać archetypem bohatera, na którym każdy, kto ma choć odrobinę wyobraźni bez większego trudu może się  wzorować, da się jednak dostrzec w nim samym coś wyjątkowego, jakieś supermoce, jakieś jedno, wielkie WOW? Cóż… Nie widać tego (poza tym, że „mioł cela”), ale owo coś – dość tajemnicze – musiało w nim być, skoro Afryka obiecała, że nie pozwoli mu umrzeć. Nie obiecuje się przecież czegoś takiego jakimś banalnym mięczakom. 

Moja hipoteza dotycząca wyjaśnienia tej tajemnicy, jest następująca: jeśli założymy, że wzmiankowana Afryka jest przepełnioną miłością niewiastą, to wszystko staje się klarowne, bo jak uczy nas ludzkie doświadczenie, supermocą mężczyzny jest kochająca kobieta i to ona właśnie czyni faceta kimś wyjątkowym. Ja oczywiście rozumiem, że większość mężczyzn obruszy się na tę hipotezę. Proszę bardzo! Możecie Panowie protestować sobie do woli i podawać jakże w tej sytuacji przewidywalne przykłady usidlonych i zniszczonych przez kobiety facetów. To o niczym nie świadczy, a jeśli już, to co najwyżej o waszej drodzy Panowie lekkomyślności i uleganiu stereotypom. A gdzie żywa wyobraźnia? Przecież wystarczy open swój mind, żeby to wszystko zobaczyć we właściwym świetle! Pomyślcie bowiem, ile kosztuje wyprawa do Afryki, zwłaszcza na safari? A teraz zastanówcie się ile zaoszczędzicie kasy uznając, że nie ma potrzeby jechać do Afryki, skoro Afrykę – i to kochającą – macie w domu? Słowem: coś pięknego i niedrogo! Jesteś wyjątkowy i jesteś tego warty! Afryka nie pozwoli ci umrzeć!


Pewnie zastanawiacie się, po co to wszystko piszę? Cóż… Po prostu czuję, że potrzeba nam niezwykłych ludzi. A ci na kamieniu się nie rodzą. Trzeba ich więc wykreować, ponieważ wyzwania przed którymi stoimy, są na miarę olbrzymów. Otwórzmy się więc na nowatorskie pomysły, odrzućmy wszelkie ograniczenia i zróbmy sobie jakieś nadzwyczajne postanowienie. Kiedy to czynić, jeśli nie na początku roku? Że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane? Dla człowieka o żywej imaginacji, nawet piekło nie jest groźne. Pozwólmy więc działać sile swej wyobraźni. To właśnie ona czyni nas wyjątkowymi. To wyobraźnia czyni wyjątkową rzeczywistość, w której żyjemy. To wyobraźnia ową rzeczywistość tworzy.

A konkrety? Proszę uprzejmie! 

Ja mam na przykład takie przekonanie, że świat stałby się piękniejszy, gdybym u Izabeli Leszczyny – a nie Krzysztofa Osiejuka – pobierał lekcje angielskiego. Równie pięknie byłoby, gdyby red. Ziemkiewicz (ewentualnie Lisicki, a na pewno Sakiewicz) został premierem, albo jeszcze lepiej prezesem ORLENU, albo jeszcze bardziej lepiej papieżem, Jarosław Kaczyński – reporterem sejmowym, mój brat Paweł, oraz prezydent miasta Poznania – hodowcami jedwabników, Stanisław Janecki ajentem „Żabki”, Donald Tusk – mechanikiem samochodowym, Andrzej Seweryn, albo Kuba Wojewódzki – dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury w Borgowie, Toyah, Anita Werner, Łukasz Warzecha i Tomasz Terlikowski – myśliwymi polującymi w Kenii na słonie, a Sławomir Mentzen – powszechnie uwielbianym, pierwszym bardem Rzeczypospolitej. Niemożliwe? Wręcz przeciwnie, bo jak mawiał nieodżałowanej pamięci Immanuel Kant: „Świat jest taki, jakim go sobie w umyśle konstruujemy.”

Że niekoniecznie świat staje się wtedy piękniejszy? No… To jest rzecz do dyskusji. Wcale nie twierdzę, że nie można pewnych rzeczy dopracować, ale to nie zmienia faktu, że w tak ukształtowanym – mocą wyobraźni! – świecie, niezwykłości byłoby całe mnóstwo. Dowiódł tego wspomniany wcześniej w osobie Kanta niemiecki idealizm, będący źródłem prawdziwej niemieckiej kultury, której nikt rozsądny, ze względu na tejże kultury osiągnięcia, negował przecież nie będzie. No a oprócz tego, dzięki niezwykłościom wykreowanym przez ludzką wyobraźnię, macherzy z Hollywood nie muszą narzekać na drętwe scenariusze. Ale o tym (tzn. o Hollywood) napiszę w następnej części.


poniedziałek, 27 marca 2023

Don Paddington: Części ciała (część 6)

Z bólem serca zapraszam do czytania ostatniego juz niestety odcinka rozważań naszego księdza. Mam nadzieję, że na kolejne jego przybycie nie będziemy musieli długo czekać.


Softpower ciągnie za sobą Gorgiasza i Sokratesa, by podziwiali Campo di Fiori, Ancilla cieszy się, że w ogóle żyje, a Jerry Lee Lewis używa wszystkich części swego ciała, czyli o ewentualnych pożytkach wynikających z filozofii. (epizod nr 6; ostatni) 


Jerry Lee Lewis uważał (a nie był w tym odosobniony), że grając i śpiewając rock and rolla, poświęcił się diabelskiej muzyce i że będzie z tego powodu potępiony. Ponoć bardzo to przeżywał (był przecież religijnie wychowanym chłopcem z amerykańskiego południa), choć jednocześnie nie potrafił zrezygnować z tego co diabelskie, bo dawało ono dużo „ziemskich rozkoszy”. Stał więc Jerry w rozkroku nad następującym dylematem: Czy wrodzony talent, powinien być wykorzystany na chwałę Bożą, czy też raczej powinien przynosić chwałę utalentowanemu? Lewis miał świadomość, że talent to Boży dar, Boża łaska, ale…


À propos łaski Bożej…

Jest taki znany, niepokojący wszystkich filozofów bon mot św. Augustyna: „Czym jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem; gdy zaś chcę wyjaśnić pytającemu – nie wiem.”

Oczywiście, jeśli ktoś jest filozofem, to musi wiedzieć (musi wiedzieć co to jest czas, prawda, relacja, człowiek, aksjomatyzacja, piękno, przypadłość, dobro, zło, analogia, kobieta, mężczyzna, prawidłowość, reguła, głębia, intencja, alternatywa, tożsamość, dusza, funkcja, metoda, zdanie, liczba, skłonność, stwierdzenie, abstrakcja, prawo, eksperyment, forma, słowo, porządek, sens, zjawisko, człowieczeństwo, substancja, znak, sprzeczność, teoria, interpretacja, język, analiza, twierdzenie, itd.), a jeśli ktoś jest rozsądny, to wie, że tak naprawdę niewiele o tym wszystkim wie, zwłaszcza wówczas, gdy ową rzekomą wiedzę trzeba komuś przekazać.

Przypomina to znane wszystkim „wiem, że nic nie wiem”, będące najprawdopodobniej (o ile Sokrates kiedykolwiek to zdanie w tej formie wypowiedział) ironicznym komentarzem do innego bon motu, autorstwa Gorgiasza: „Nic nie istnieje. Nawet gdyby istniało, to nie moglibyśmy tego poznać. Nawet gdybyśmy mogli coś poznać, to nie moglibyśmy tego zakomunikować.” Głupie, nie? Oczywiście, że głupie, bo istotnie, sceptycyzm jest głupkowaty. A św. Augustyn, choć przed swoim nawróceniem flirtował z rozmaitymi głupstwami, sceptykiem nie był. W swoim zdaniu o czasie, święty biskup wskazywał tylko na ograniczenia naszego rozumu, który z powodu owych braków, musi być uzupełniany łaską Boga. I mówił dalej święty z Hippony, że tak naprawdę nasze problemy (problemy ze wszystkim, w tym także z filozofią) biorą się stąd, że o łaskę Boga dla naszego rozumu nie zabiegamy, albo wprost ją odrzucamy. A rozum bez łaski Bożej może wyczyniać rozmaite harce.


Powie ktoś: „No tak. Ale jest jeszcze wrodzony wszystkim ludziom wspomniany wyżej zdrowy rozsądek.” Tak… Zdrowy rozsądek. Po pierwsze, nie każdy go ma. Po drugie, jeśli go mamy, to tak, czy siak jest on dziełem Bożej Opatrzności, czyli łaski Bożej. Po trzecie, zdrowy rozsądek też ma swoje ograniczenia. Pokazała to bardzo wyraźnie Leonia Pawlak, wybitny autorytet w dziedzinie filozofii prawa, która dowiedziawszy się, że nadciąga sowiecka armia, wybiegła z piwnicy, w której schroniły się przed ruskim ostrzałem rodziny Pawlaków i Kargulów. Na pytanie syna swego, Kazimierza: „A mama gdzie?” (w domyśle: gdzie biegnie?), odpowiedziała: „Powiedzieli, że wojsko idzie. Trzeba iść kury połapać.” Tym zdaniem Leonia Pawlak dała do zrozumienia, że znane jej jest zdroworozsądkowe wnioskowanie, które rozmaici mądrale określają jako modus ponendo ponens (dla chcących to rozkminić, schemat owego rozumowania jest następujący: jeżeli p to q; jest p, a więc q). Jednak fakt, że ktoś jest rozsądny nie oznacza, że ów ktoś w każdych okolicznościach zachowa się rozsądnie, albo że w ogóle jest mądry i dobry, bo zdanie: „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie” – nie jest ani mądre, ani dobre, choć na tym zdaniu ufundowana jest praktyka sądownicza w wielu krajach (np. w Burkina Faso, Birmie i Wenezueli). 


Powyższe jednak nie zmienia faktu, że lepiej zdrowy rozsądek mieć, niż go nie mieć.

W tym miejscu dobrze więc będzie zwrócić uwagę na kolejny pożytek wynikający z filozofii: ona docenia, wręcz promuje zdrowy rozsądek, ale jednocześnie podpowiada, że zdroworozsądkowe podejście do rzeczywistości nie zawsze jest w stanie poradzić sobie z wszystkimi problemami.


Żeby dobrze to zrozumieć, proszę pozwolić na kolejne wspomnienie o ks. Ludwiku Wciórce – wspomnienie, które kilka lat temu na tym blogu zostało już opublikowane, ale jak sądzę, warto je przypomnieć (tym bardziej, że już nie chce mi się pisać o czymś nowym). Rzecz dotyczy seminarium naukowego z filozofii, które ks. Ludwik w latach 90-tych ubiegłego wieku prowadził na studiach podyplomowych. W ramach tychże zajęć ks. Profesor zachęcał nas, byśmy podłubali trochę w tzw. filozofii lingwistycznej. Sądziliśmy, że pogadamy o Wittgensteinie, albo Austinie, a ks. Wciórka ni stąd, ni z owąd rozśmieszył nas, ponieważ próbował nas przymusić do zapoznania się ze słynną pracą Stalina z 1950 r., o językoznawstwie (owa praca, to w rzeczywistości trzy artykuły, pierwotnie opublikowane przez Józefa Wissarionowicza w moskiewskiej „Prawdzie”). Jak się okazało, ks. Ludwik w odróżnieniu od np. Stefana Kisielewskiego, czy Zbigniewa Herberta, tudzież innych prześmiewców, o których mawiał, że jeśli coś czytają, to często bez zrozumienia tekstu, stalinowski wkład w językoznawstwo traktował z pełną powagą, wręcz z atencją, a nasze śmichy-chichy i głupkowate komentarze, zbywał swoim serdecznym uśmiechem. Stukał palcem w jedyny dostępny, z seminaryjnej biblioteki wzięty egzemplarz rzeczonego dzieła, patrzył na nas i mówił z naciskiem: „Przeczytajcie!” Przeczytaliśmy. No i przestaliśmy się śmiać. A potem porozmawialiśmy.


W czasie owej rozmowy, ks. Profesor zwrócił nam uwagę, że Stalin we wspomnianej pracy, poza wykorzystaniem kwestii językoznawczych do ówczesnych, wewnątrzpartyjnych rozgrywek, przede wszystkim bronił zdrowego rozsądku. Powtórzmy, żeby to dobrze wybrzmiało: Stalin, w swej osławionej pracy o językoznawstwie, przede wszystkim BRONIŁ ZDROWEGO ROZSĄDKU. Józef Wissarionowicz wystąpił bowiem przeciwko pewnej językoznawczej tendencji – którą w jego artykule uosabiał radziecki językoznawca Mikołaj Marr – powszechnie w Związku Sowieckim przyjmowanej, a sprowadzającej się do tezy, że permanentna i wszechogarniająca rewolucja klasowa, dotyczy także języka. Stalin, słysząc o czymś takim, musiał to powiązać z Lwem Dawidowiczem Trockim, który jak powszechnie wiadomo cierpiał na pewną odmianę manii objawiającej się tym, by rewolucjonizować i militaryzować wszystkie obszary ludzkiego życia. Nie da się zaprzeczyć, że Stalin także był wielkim rewolucjonistą i wielkim militarystą, ale w odróżnieniu od Lwa Dawidowicza i jego zwolenników, próbował swój rewolucyjny i militarny zapał ująć w jakieś karby. Ponieważ koncepcja Marra na kilometr cuchnęła trockizmem, władca Sowietów poczuł się zmuszony zaprotestować przeciwko jego językoznawczej tezie, oraz wskazać, że nie ma czegoś takiego jak język klasowy. Istnieje tylko język ogólnonarodowy – wspólny burżujom i proletariuszom – w którym co najwyżej możemy wyróżnić jakieś dialekty, czy żargony, w tym klasowe.


Następnie Józef Wissarionowicz wyjaśnia, że język – podobnie jak maszyny – jest obojętny wobec klas i jako narzędzie z równym powodzeniem może być wykorzystywany zarówno w kapitalizmie jak i socjalizmie. Przede wszystkim zaś, Stalin protestuje przeciwko odrywaniu języka od myśli, tzn. przeciwko koncepcji, iż można sensownie, tzn. unikając anarchii, komunikować się na płaszczyźnie społecznej bez odwoływania się do języka pojmowanego jako „bezpośrednia rzeczywistość myśli”, tzn. języka spełniającego proste funkcje informacyjne: „to jest prawda”; „to jest fałsz”. 


Czy w tych wywodach Stalina jest coś śmiesznego? Mnie osobiście nic tutaj nie śmieszy, choć „Zbigniew Herbert mówił ponoć, że gdy chce się zdrowo pośmiać, sięga po pracę Stalina o językoznawstwie i nigdy nie doznaje zawodu.” Tak, wiem, że cytat bardzo jest oklepany, ale przyjemność z przytoczenia go w tym miejscu jest bardzo duża. A to, że Herbert wielkim poetą był? No, był! Ale cóż… Amicus Plato…, itd.


Ks. Wciórka mawiał, że Stalin był wielkim zbrodniarzem, ale nie był kretynem. Rozumiał bowiem, że jeśli całą swoją straszliwą władzą okaże poparcie dla językowych koncepcji „permanentnych rewolucjonistów”, bardzo szybko społeczna komunikacja zostanie obezwładniona przez wieloznaczność. Wieloznaczność zaś, dla tych rządzących, którzy nie są kretynami, jest kusząca tylko doraźnie (np. w walce z politycznymi przeciwnikami), w dłuższej perspektywie czasowej jest jednak z ich punktu widzenia zabójcza, ponieważ prowadzi najpierw do wspomnianej wyżej semantycznej anarchii, a potem do anarchii społecznej i politycznej, słowem: uniemożliwia sprawowanie władzy.


Stalin był mistrzem w stosowaniu kłamstwa i zasłony wieloznaczności. Uznał jednak, że „co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. Niechby tylko ktoś spróbował okłamywać towarzysza Stalina, albo kierować do niego wieloznaczny (tj. mętny) komunikat... Oprócz tego, kremlowski dyktator bał się, że jeśli rozpowszechni się traktowanie języka w oderwaniu od kategorii „prawda/fałsz”, to tym samym skończy się możliwość jakiegokolwiek społecznego współdziałania i możliwość oddziaływania na poddanych.

Ks. Wciórka mówił nam o tym wszystkim, nawiązując do coraz bardziej modnych koncepcji francuskich  postmodernistów (Derrida, Lyotard, Baudrilard). W tych „filozofach” ks. Profesor widział kontynuatorów Marra, a wymyśloną przez nich tzw. dekonstrukcję i przesunięcie paradygmatu językowego, skutkujące wieloznaczną drwiną zaprawioną szczyptą ironii, traktował jako współczesne narzędzia permanentnej rewolucji, która żyje i ma się dobrze. Mówiąc o tych „pożytecznych idiotach” (a może nie idiotach, lecz ludziach wynajętych przez „Fenicjan”?), ks. Ludwik wskazywał na rzecz następującą: w czasie rządów Stalina, ludzie milionami byli mordowani. I dawało się to określić albo jako coś złego (zbrodnia przeciw ludzkości), albo jako coś dobrego (efekt koniecznej walki klasowej). Mimo różnic w ocenie, wiadomo było, o co chodzi. W momencie jednak, gdy ulegamy wpływowi dekonstrukcjonistów i narzędziem naszego opisu świata staje się ironia wyrastająca z wieloznaczności, zaczynamy czuć się bezradni wobec rozmaitych komunikatów – nawet tak drastycznych, jak te dotyczące stalinowskich ofiar. I wtedy, albo treść owych komunikatów odrzucamy (tzn. traktujemy je jako coś poza-rzeczywistością), albo ową treść rozmywamy (tzn. uznajemy, że walor prawdy jest czymś nieuchwytnym – czyli pomijalnym – a przez to zupełnie nieistotnym). Inaczej mówiąc: przestajemy racjonalnie reagować na rzeczywistość, bo zdrowy rozsądek jest zabijany, ośmieszany, odsyłany do lamusa. W tej sytuacji biedny człowiek bardzo często nie wie, co zrobić z przyrodzonym sobie zdrowym rozsądkiem, przez co staje się jeszcze bardziej biedny, ponieważ nie ogarnia tak prostych faktów jak te, że może istnieć kilkadziesiąt płci, że fotowoltaika montowana na tak małym kontynencie jak Europa, może pozytywnie wpłynąć na cały ziemski klimat, że „chłop z chłopem” i „baba z babą” to nasza cywilizacyjna, wspaniała przyszłość, albo że znany polityk, który jest wypełnionym troską o Kościół katolikiem, jednocześnie o tym Kościele – zapewne wspomnianą troską i miłością powodowany – może mówić w sposób następujący: „Kościół stał się gigantycznym przedsiębiorstwem nastawionym na zysk i właściwie nie zainteresowanym ewangelizacją.”


Stalin był odrażającą postacią. I z racji popełnionych przez niego zbrodni, tak jakoś przyzwyczailiśmy się do myśli, że Józef Wissarionowicz nie mógł promować czegoś dobrego (np. obrony zdrowego rozsądku) i że jeśli przeciwko komuś występował, to ów ktoś na pewno musiał być mądry, szlachetny i niewinny. No tak, oczywiście. Ale czy pośród owych mądrych, szlachetnych i niewinnych, mamy też umieszczać „permanentnych rewolucjonistów” (czytaj: Gorgiaszów i Sokratesów podziwiających filozoficzną subtelność Giordana Bruno)? Nie wydaje mi się.


Dlaczego o nich piszę? Czynię to dlatego, ponieważ żyjemy w świecie, w którym „permanentni rewolucjoniści” tryumfują. Ich „długi marsz przez instytucje” – wspierany, a pewnie także inspirowany przez „Fenicjan” – zakończył się (!?) sukcesem. To właśnie o ludziach tej umysłowej formacji, wspomniany Stefan Kisielewski – przytaczając wypowiedź bodajże Pawła Jasienicy – napisał w swoich „Dziennikach”: „Ci dopiero dadzą nam w dupę!” I dają nam w dupę. Popierani przez „Fenicję” trzęsą mediami, katedrami uniwersyteckimi, mają wpływ na wielki biznes, oraz na to, co wydaje nam się być wielką polityką. A że w tym wszystkim obecne jest – jak to przy dekonstrukcji – kłamstwo („Jakie kłamstwo? Wypraszam sobie! A poza tym: Cóż to jest prawda?”), naukowy i publicystyczny brak staranności, nieustanny rechot, że o pyle i smrodzie nie wspomnę – to cóż stąd? Jeśli jest show, to jest fun, a tak naprawdę tylko to w życiu się liczy. Rozum i zdrowy rozsadek są nudne, a w dzisiejszych czasach tak naprawdę tylko poprzez show i fun można sobie zdobyć liczne rzesze zwolenników.


Czy wobec tej smutnej sytuacji da się sformułować jakiś kolejny pożytek wynikający z filozofii? Może tylko ten, że ona pozwala nam dostrzec problemy, ale niekoniecznie daje narzędzia, by owe problemy rozwiązać.


Jerry Lee Lewis… Nie był filozofem, ale na pewno był – nie pierwszy i nie ostatni – częścią soft power, wykorzystywanej do obezwładnienia zdrowego rozsądku. 

Skąd pomysł, by właśnie ten muzyk towarzyszył nam w rozważaniach o filozofii? Może stąd, że wszystko w jego sztuce i życiu nastawione było na budzenie jak największych emocji u publiczności. A nic tak dobrze nie ogranicza zdrowego rozsądku, jak właśnie emocje. Uważajmy na nie. Uważajmy na tych, którzy nasze emocje, nasze życie próbują rozkołysać (że nawiążę do znanego przeboju Lewisa: Rockin' my life away). Oni tak naprawdę próbują nam wyrwać grunt spod nóg. Grają na nas tak, jak Jerry grał na fortepianie: wszystkimi częściami swego ciała, tzn. stosując wszystkie możliwe środki i triki, by zdobyć nad nami „gorgiaszowską” władzę. Zgadzamy się na sprowadzenie nas do poziomu instrumentu, ponieważ wiąże się to z odczuwaniem rozmaitych przyjemności, ale jest to tylko złuda wykorzystywana na naszą niekorzyść przez TegoKtóryNieOpuszczaŻadnychOkazji. Bo tak naprawdę nasz rozum doświadczaną emocją jest usypiany, tak jak kobra jest usypiana przez zręcznego fletnistę. 


Smutne? Nie. Bo poza rozumem wielbionym przez prawdziwą filozofię – rozumem, który jest często bezradny wobec złości i podstępów Złego, jest jeszcze wiara w Boga. A dla Boga nie ma nic niemożliwego! 


KONIEC




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...