Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2013

O niezapłaconych rachunkach i kolczyku w języku

Nie wiem, czy poniższy tekst będzie najkrótszym, jak dotychczas napisałem, ale biorę bardzo mocno pod uwagę, że tak – ten będzie najkrótszy. No, ale są rzeczy, które – a już na pewno na tym blogu – nie dość, że nie wymagają dodatkowych słów, to od niepotrzebnych komentarzy wręcz cierpią. Otóż moja młodsza córka opowiedziała mi coś, co się jej przydarzyło, a ja od razu sobie pomyślałem, że byłoby najlepiej gdyby ona to mogła opowiedzieć tu na tym blogu. Ponieważ jednak jest to niemożliwe, to ja postaram się, najlepiej jak potrafię, odtworzyć tę historię. Proszę posłuchać, co mi opowiedziała moja młodsza córka. Postaram się być możliwie dokładny: „ Szłam sobie po Mariackiej, a przede mną szła pani z malutkim, takim może trzyletnim chłopczykiem. Nagle chłopczyk zapytał: ‘ Mamusiu, a gdzie my idziemy? ’, na co ta mama zaczęła na niego ryczeć: ‘Ile razy mam ci powtarzać? Idziemy zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku! Zapłacić rachunki i wymienić mamusi kolczyk w języku!!! Cz

Być jak Tomasz Terlikowski

Nadszedł weekend, a wraz z nim kolejny felieton dla "Warszawskiej Gazety". Myślę, że stanie się to naszym zwyczajem, no i że tak będzie dobrze. Miałem okropny koszmar. Śniło mi się, że zadzwoniła do mnie Agnieszka Kublik z „Gazety Wyborczej” i zapytała, czy nie zgodziłbym się udzielić jej wywiadu. Pomysł był oto taki, że im bardzo zależy na tym, by zainicjować debatę na temat prawicowego obłędu, i uznali, że ja, jako wybitny przedstawiciel tak zwanej patriotycznej części politycznej sceny, oraz osoba szczególnie niezrównoważona, idealnie pokażę zjawisko, o którym „Wyborcza” chciałaby opowiedzieć swoim czytelnikom. W moim koszmarze, redaktor „Gazety Wyborczej” zapewniła, że wywiad będzie miał aż sześć stron, zostanie opublikowany w piątkowym wydaniu, będzie nosił tytuł „Smoleńscy mordercy nie unikną kary”, i że wszystko, co powiem, zostanie najpierw przez mnie autoryzowane, a następnie wiernie opublikowane. No i śniło mi się, że ja tę propozycję przyjąłem. To był straszny s

O fałszu nie do zniesienia, z nadzieją na upragnione światło

Miałem już nie pisać o wódzie, bo raz że ktoś mnie zacznie podejrzewać o to, że ja pije więcej, niż piję, a od czasu, jak któregoś dnia wpadłem na moją koleżankę Ginewrę cały śmierdzący piwem, szczególnie mi zależy, by tu nie było żadnych nieporozumień, a dwa, że wydaje mi się, że wszystko, co miałem do powiedzenia na temat uzależnień i relacji między nimi, a tak zwaną „dupą”, w jakiej się znajduje człowiek uzależniony, już powiedziałem. Więc po co się dalej popisywać? Stało się jednak tak, że, jak już wspominałem parę dni temu, kupiłem mojej żonie i jednemu z dzieci tygodniki „Sieci” i „Do Rzeczy”, i nie ma dnia, bym nie przeczytał czegoś jeszcze bardziej szczególnego, niż to, co mi się zdarzyło przeczytać dzień wcześniej. I oto trafiłem na tekst Piotra Skwiecińskiego o Aleksandrze Kwaśniewskim, a dokładnie o tym, jak to on chlał, kiedy był jeszcze prezydentem, no a później też, czyli mniej więcej zawsze. I jaki to wstyd i żenada dla kogoś, komu przyszło odgrywać rolę osoby publiczne

Dlaczego pijacy to złodzieje? Dlaczego kurwy kradną?

Moja ciocia, siostra mojej mamy, któregoś dnia, kiedy siedzieliśmy sobie u nas na wsi i oglądaliśmy telewizję, rzuciła następujące zdanie: „Popatrz na niego. Obraca tymi oczami, jakby chciał cos ukraść”. Opis ten dotyczył występującego akurat przy jakiejś okazji Donalda Tuska, natomiast na mnie zrobił takie wrażenie, że do dziś go pamiętam, nawet nie ze względu na swoją celność – on faktycznie wyglądał tak, jakby akurat kombinował, żeby coś zbroić – ale przez owo słowo „ukraść”. Pamiętam, że pomyślałem sobie wtedy, że jak to się stało, że w kulturze ludowej grzech kradzieży został uznany za coś tak strasznego, że wszedł do sfery symboli czegoś najgorszego. Na blogu tym, ledwo co wczoraj, pojawił się nowy komentator, podpisujący się nie wiedzieć czemu Roman G, i zgłosił do mnie pretensje o to, że, chcąc dokuczyć kompozytorowi Preisnerowi, zelżyłem go od „pijaków”. Wedle argumentacji Romana G, ponieważ we wspomnianej wcześniej kulturze wiejskiej istnieje zbitka „pijak i złodziej”, ja w t

Zbigniew Preisner słyszy głosy

Ponieważ bardzo ładnie nam tu wyszła poprzednia notka, będąca powtórzeniem mojego ostatniego felietonu dla „Warszawskiej Gazety”, pomyślałem sobie, że ze względu na nasze wspólne sprawy, zamieszczę dziś kolejny tekst, jaki napisałem dla Piotra Bachurskiego, a który w tej sytuacji oczywiście już się okazać będzie mógł tylko tutaj. Bachurski zatem dostanie coś nowego, a my tymczasem czytajmy o Preisnerze. Zbigniew Preisner i jego kompozytorska twórczość zajmują mnie o tyle, o ile jestem gdzieś z wizytą, i gospodarze nagle wyciągną dołączoną do „Gazety Wyborczej”, czy do któregoś z kolorowych magazynów, płytę z jego muzyką, i powiedzą: „Posłuchaj, jakie to piękne”. Poza tym, na jego temat nie wiem nic, i, prawdę powiedziawszy, kiedy przed chwilą dowiedziałem się, że ów człowiek zapowiedział pozwanie do sądu Prawa i Sprawiedliwości za bezprawne wykorzystanie jego utworu, pierwsze, co pomyślałem, to to, że ciekawe, że on jeszcze żyje. No i okazało się, że nie dość, że żyje, to jeszcze kop

Jarosław Gowin - człowiek z sercem po prawej stronie

Poniższy tekst ukazał się wczoraj w „Warszawskiej Gazecie”, jako kolejny z felietonów, które dzięki zainteresowaniu Piotra Bachurskiego mam okazję publikować tam od kilku miesięcy. Umieszczam go tu, raz, ponieważ zwykle dzielę się tym, co robię poza tym blogiem, a dwa, że, moim zdaniem, temat, który tu poruszyłem, z każdym dniem staje się coraz bardziej aktualny, i szkoda by było go ograniczyć tylko do jednego miejsca. Proszę o uwagę. Jeśli ktoś powie, że w dniach po 10 kwietnia 2010 roku, demonstrowane przez oficjalną opinię publiczną żal i poruszenie, były większe, niż to, co obserwujemy dziś, kiedy to w wyniku eksplozji w Bostonie zginęły trzy osoby, nie będę się upierał i twierdził, że było inaczej. Niemniej to, co właśnie obserwuję, każe mi podejrzewać, że te różnice nie są jakoś szczególnie rażące. Weźmy choćby jedną z pierwszych informacji, jakie do nas dotarły, kiedy już policzono straty i mniej więcej uprzątnięto teren ataku, a mianowicie, że cała kupa gwiazd amerykańskiego

Układ otwarty! Cieszmy się i radujmy!

Tuż obok tekstu – zajmowałem się nim we wczorajszej notce – zachęcającego do tego, by, jeśli ktoś tylko jest spragniony rozrywki na wysokim poziomie, a w dodatku ma jeszcze pewne ambicje intelektualne, zechciał zaprosić do siebie artystę estradowego Ryszarda Makowskiego, a on, dzięki swojemu niewymuszonemu poczuciu humoru i miłej powierzchowności, rozrywkę ową zapewni w jednej chwili, pojawiła się informacja, że oto filmowy przebój ostatnich miesięcy, a kto wie, czy nie lat, „Układ zamknięty”, przede wszystkim bije rekordy popularności, a w dodatku otrzymał nagrodę ufundowaną przez coś, co nosi nazwę „Pracodawców Rzeczpospolitej Polskiej”. Nagroda nazywa się „Wektor Nadziei”, wręczony został podczas uroczystej gali, a twórcy wspomnianego filmu otrzymali go za „ odwagę w dążeniu do przedstawienia prawdy o problemach, z którymi zmagają się polscy przedsiębiorcy w starciu z bezwzględna machiną urzędniczą ”. Ja nie mam pojęcia, jak wyglądała ta gala, nie wiem, czy jej gościem honorowym by

O tym jak Rudy, Alek i Zośka trafili do burdelu

Tygodnik „Sieci”, dawniej „W Sieci” kupuję z dwóch powodów. Przede wszystkim, zarówno pani Toyahowa, jak i starsza Toyahówna bardzo nalegają na to, by w domu zawsze było jakieś tak zwane prawicowe pismo, a ja już wolę, gdy jest to „Sieci”, niż „Do Rzeczy”, czy co gorsza „Rzeczpospolita”. Drugi natomiast powód jest taki, że swego czasu zauważyłem pewną prawidłowość. Otóż, ile razy zarzucałem czytelnictwo prawicowych mediów, ów gest, w połączeniu z wcześniejszą rezygnacją z oglądania telewizji, odbierał mi choćby i minimalną codzienną porcję inspiracji, tak przecież potrzebną do prowadzenia bloga takiego jak ten. No więc w tym tygodniu również zakupiłem numer tygodnika „Sieci” i, powiem szczerze, po raz pierwszy, z tak potężną wyrazistością, zrozumiałem, że to wszystko jest znacznie bardziej poważne i jednocześnie o wiele tragiczniejsze, niż to się mogło wydawać. I tym razem nie mam ochoty ani drwić z tej tak zawstydzająco tandetnej okładki, gdzie widzimy trzech kultowych powstańców Wars

Wciąż nie strzelają. Niech żyje III RP!!!

Oczywiście, osoby, które na co dzień interesują się tym co się w Polsce dzieje, musiały wiadomość tę zauważyć, poza nimi jednak, nie sądzę, by to był jakiś tak zwany nowocześnie event. A, jeśli się zastanowić nad tym, co się stało, tak już bardziej na poważnie, można dojść do wniosku, że stało się coś absolutnie porażającego. Otóż prokuratura w Warszawie umorzyła sprawę namawiania przez Grzegorza Brauna do mordowania dziennikarzy „Gazety Wyborczej” i TVN-u, wyjaśniając, że przede wszystkim, na poziomie intencji, a one są tu najważniejsze, do mordowania dziennikarzy nie zachęcał, a poza tym, on tak naprawdę opisywał sytuacje czysto hipotetyczne, a zatem z dzisiejszą Polska nie mające nic zgoła wspólnego. No dobra, powie ktoś, prokuratura najpierw wszczęła śledztwo – do czego jest przeznaczona – następnie to śledztwo umorzyła – co też jej się nie tak wcale rzadko zdarza, więc o czym tu gadać? Jakiż to event mamy przed sobą? Otóż tym razem, nie chodzi o zwykłą prokuratorską codzienność.

Witamy w sklepie z kolczatkami

Kolega mój, publikujący w Salonie24 bloger Grudeq, zamieścił w tych dniach notkę, która, mimo że traktująca o czymś wręcz tak oczywistym i pospolitym, że najprościej byłoby się porzygać, zrobił na mnie wrażenie piorunujące. Może, jeśli ktoś lubi tego typu zmiany miejsc, przyda się tu umieścić link do wspomnianego tekstu i zachęcić do zajrzenia do oryginału: http://grudqowy.salon24.pl/500470,nie-moge-zniesc-mysli-ze-polska-nie-mogla-byc-wielka. No ale, jeśli ktoś woli się stąd nie ruszać, opowiem krótko, o co chodzi. Otóż przy którejś z kolejnych okazji, znany nam niestety aż nazbyt dobrze dziennikarz Waldemar Kuczyński stwierdził, że dla niego Katastrofa Smoleńska nie może być niczym więcej, jak zwykłym wypadkiem, bo on nie umie sobie wyobrazić, by komuś z poważnych graczy tego świata przyszło do głowy zabić „mało ważnego prezydenta mało ważnego kraju”. Na te słowa Grudeq przypomniał dwie historyczne wypowiedzi dwóch historycznych europejskich przywódców, a mianowicie Maragaret Thatche

O tym jak się za nas biorą poważni państwo

Ponieważ poprzedni mój tekst został w sposób wręcz modelowy strollowany przez grupę jakichś przyjaciół Eski, którą ja rzekomo zraniłem, sugerując, jakoby książkę, którą jej sprezentowałem, ona ode mnie wyprosiła, pomyślałem sobie, że wypadałoby się zastanowić, jak działa ta cała Sieć na poziomie może nie tyle już agenturalnym, ale zwykłych emocji, na jakich – już z zupełnie innej strony – próbuje grać ów biznes, któremu opisaniu poświęciłem tyle wysiłku. Proszę bowiem się przyjrzeć do czego doszło. Ja piszę kolejny, spośród już dużo ponad tysiąca tekstów, w których apeluję do ludzi, którym zależy na sukcesie Polski, o większą szczerość, większe oddanie, i głębsze zaangażowanie, o nie uleganie terrorowi autorytetów, o wystrzeganie się kłamców i stręczycieli, i nagle się okazuje, że ja właśnie popełniłem grzech największy – zaatakowałem samą Eskę. Bo nie oszukujmy się. To całe gadanie o „prawdziwych” okolicznościach, w jakich ona dostała ode mnie moją książkę, to zwykła wymówka. Tak nap

Na końcu, zawsze jesteśmy sami

Większość osób, jakie znam, nastawione są do życia w taki sposób, że kiedy na przykład idą ulicą, to jeśli kogoś zauważą, to raczej przez przypadek. Podniosą akurat wzrok i zorientują się, że oto coś się ciekawego stało, lub pojawił się ktoś znajomy. Jak idzie o mnie, z jakiegoś, nieznanego mi powodu, od zawsze mam tak, że chodzę z głową podniesioną i staram się przy tym zobaczyć jak najwięcej. I mimo że wiem bardzo dobrze, że to może być uznane nawet za niegrzeczne, zawsze patrzę na mijanych przeze mnie ludzi, widzę ich twarze, no a przez to też wiem, czy i oni mnie widzą, czy też, jak większość, nie widzą nic, a tym bardziej oczywiście i mnie. Przez to moje ciągłe przyglądanie się mijanym ludziom, widzę też tych, którzy z jakiegoś powodu przyglądają się mnie. Najczęściej przelotnie i od niechcenia, ale czasem z pewną jednoznaczną intencją. Niekiedy z oczywistą złością, czy pogardą. Wtedy to – przepraszam, ale nic na to nie mogę poradzić – myślę sobie, że to jest ktoś, kto czyta mój b

Być jak Henryk Sawka, czyli między nami celebrytami

Za każdym razem, gdy mija jesień, nadchodzi zima i nowy rok tuż za progiem, żona moja przypomina sobie, że trzeba kupić kalendarz do kuchni. Kiedy mówię „kalendarz”, mam na myśli zawsze to samo, czyli ową cegłę kartek do odrywania każdego ranka, na których z przodu widnieje data, natomiast z tyłu jakaś niespodzianka, czy to w postaci przepisu na ciasto, czy anegdoty o kimś sławnym, czy rysunkowego żartu. Ponieważ osobiście nie jestem szczególnie zainteresowany ani dzienną datą, ani tym bardziej informacją, czyjeż to dziś imieniny, nie wspominając już o przepisach na ciasto, czy rysunkach Andrzeja Mleczki, czy Henryka Sawki, o tym kalendarzu nie pamiętam, a tym bardziej nie zajmuje się zdzieraniem kolejnych kartek. Jeśli dziś jednak postanowiłem się tematem zająć, to tylko dzięki mojemu dziecku, które, któregoś wieczoru, kiedy ja już spałem – pewnie po to, by mnie dowcipnie powitać z samego ranka – zostawiło mi na stole w kuchni kartkę z tego kalendarza, na odwrocie której znajdował się

O ruskich celebrytach, bez zbędnych słów

Próba napisania kilku krytycznych słów w temacie Juliusza Machulskiego i jego gwałtownego come-backu – gdyby ktoś nie wiedział, polskim reżyserze filmowym – w mojej sytuacji, stanowi zadanie i proste i nie proste. Z jednej strony bowiem, ja już od samego początku narażam się na zarzut stronniczości, no bo jakiejż to wiarygodności można się spodziewać po kimś, kto wręcz programowo deklaruje pogardę do wszelkiej, niemal bez wyjątku, twórczości artystycznej, jaką polskie środowiska twórcze wydały w ciągu minionych trzydziestu, powiedzmy, lat? To samo jednak, co stanowić może o słabości tej próby, ma akurat szansę stworzyć jej siłę. Rzecz bowiem w tym, że nikt mi nie zarzuci, że jeśli ja się dziś nagle biorę za Machulskiego, oznacza to, że ponieważ on się postanowił zaangażować politycznie po stronie Nowej Bolszewii, ja na przykład zdecydowałem się już nigdy w życiu nie oglądać filmu „Seksmisja”. A więc, co by nie powiedzieć, to przynajmniej jestem szczery. Inna sprawa polega jednak na tym

O Bolesławie Marnotrawnym

Jak idzie o Lecha Wałęsę, wydaje mi się, że nie ma słów, które mógłbym uznać za zbyt dla niego okrutne czy w owym okrucieństwie niesprawiedliwe. Jak idzie o niego, jestem pewien, że on sobie zasłużył na każdy cios, który na niego spadł dotychczas, i jeszcze kiedyś spadnie. To jednak, co się dzieje wokół Lecha Wałęsy, jak idzie o jego wypowiedź na temat pederastów i ich rzekomych praw, sprawia, że czuje pewien niepokój. I nie chodzi mi o to, że nagle Wałęsa powiedział coś sensownego, a ja natychmiast jestem mu gotów wybaczyć wszystkie niegodziwości. W żaden sposób nie mam na myśli tego, że on, jedynie przez swoją tępotę, znalazł się pod ostrzałem Systemu, i to Systemu na poziomie znacznie przewyższającym jakieś paplanie Donalda Tuska, czy Bronisława Komorowskiego, czy nawet kompletnie już zidiociałych mediów, ale Systemu w wydaniu turbo. Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że Wałęsa w sposób oczywisty znalazł się na krawędzi czegoś, co, jeśli on się jakimś cudem nie zdoła uratować, musi go po

O ludziach z kłódką i kluczykiem

W przedświątecznym wydaniu tygodnika „W Sieci” – tym z Panem Jezusem – znajduje się tekst, anonsowany już na samej okładce tytułem: „’Układ zamknięty’: Ten film wstrząśnie Polską”. Ów tekst to wywiad, jaki bracia Karnowscy przeprowadzili ze scenarzystami filmu, a tytuł wywiadu robi wrażenie jeszcze większe, niż zapowiedź na okładce: „Jako społeczeństwo i państwo doszliśmy do muru, do pewnej granicy. O tym jest nasz film, ‘Układ zamknięty,’ Samego wywiadu już nie przeczytałem. Trochę dlatego, że w ogóle słabo u mnie ostatnio z czytaniem tekstów gazetowych, ale głównie może przez to, że nie bardzo wierzę w to, by Piepka i Pruski, nawet i dociskani przez takie gwiazdy prawicowego dziennikarstwa, jak bliźniacy Karnowscy, byli w stanie powiedzieć mi coś choćby minimalnie interesującego. No i jeszcze coś. Co mnie może obchodzić polskie kino polityczne niemal 40 już lat po premierze „Wodzireja” Falka? No co? Że to Bugajski? Przepraszam bardzo, ale co z tego? „Przesłuchanie” akurat też widział